Pape Satan aleppe

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


WSTĘP

Rubrykę „La Bustina di Minerva”1 zacząłem prowadzić na łamach „L’Espresso” w 1985 roku; przez długi czas pojawiała się ona każdego tygodnia, później co dwa tygodnie. Jak już kiedyś wspomniałem, zapałki książeczkowe Minerva miały w środku dwa puste pola, na których można było coś zapisać. Wyobrażałem sobie moje felietony właśnie jako krótkie notatki i dywagacje na tematy, które akurat chodziły mi po głowie. Zazwyczaj były inspirowane bieżącymi wydarzeniami, ale nie tylko, gdyż dla mnie tak samo bieżące jest, gdy któregoś wieczoru najdzie mnie chętka, żeby wrócić na przykład do jakiegoś fragmentu z Herodota, baśni braci Grimm czy komiksu o Popeye’u.

Wiele z „Bustine” zamieściłem w Il secondo diario minimo z 1992 roku, sporo pojawiło się w zbiorze La Bustina di Minerva2, zawierającym felietony opublikowane do początku 2000 roku, a niektóre znalazły się w A passo di gambero3 z 2006 roku. W okresie 2000–2015, licząc dwadzieścia siedem „Bustine” rocznie, napisałem ich ponad czterysta – uznałem, że niektóre są nadal aktualne.

Uważam, że wszystkie (lub prawie wszystkie) felietony zebrane w tym tomie można odbierać jako refleksje nad zjawiskami zachodzącymi w naszym „płynnym społeczeństwie”, opisanym przeze mnie w jednej z najnowszych „Bustine”, którą postanowiłem zamieścić na początku książki.

Mimo że starałem się usunąć powtarzające się tematy, pewnie nie do końca mi się to udało, ponieważ niektóre zjawiska w ciągu ostatnich piętnastu lat powtarzały się z niepokojącą regularnością, skłaniając mnie do ponownego drążenia nadal alarmująco aktualnych tematów.

Słowo na temat tytułu. Jest to oczywiście cytat z Dantego („Pape Satàn, pape Satàn aleppe”, Piekło VII, 1), lecz powszechnie wiadomo, że choć całe rzesze badaczy usiłowały odnaleźć sens tego wersu, większość z nich zgadza się, że nie da się go jednoznacznie wytłumaczyć. W każdym razie wypowiadane przez Plutusa słowa zbijają z tropu i, jak się zdaje, pasują do wszelkiego rodzaju tematów. Dlatego też uznałem, że doskonale nadają się na tytuł tego zbioru, który nie tyle z winy mojej, ile z winy naszych czasów jest niejednorodny i – jak by to powiedzieli Francuzi – przeskakuje „z koguta na osła”, idealnie zarazem oddając płynny charakter tych piętnastu lat.

1 Bustina di Minerva – zapałki książeczkowe firmy Minerva (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

2 Obie książki wydane w Polsce w trzech tomach Zapisków na pudełku od zapałek (częściowo) w latach 1993, 1994, 1997. [wróć]

3 Wyd. polskie Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów, 2007. [wróć]

PŁYNNE SPOŁECZEŃSTWO

Koncepcję nowoczesności, czy też „płynnego” społeczeństwa, stworzył, jak wiadomo, Zygmunt Bauman. Gdyby ktoś chciał przyjrzeć się bliżej temu pojęciu i jego znaczeniu, odsyłam do State of crisis, w którym Bauman i Carlo Bordoni omawiają ten i inne problemy.

Płynne społeczeństwo pojawiło się wraz z postmodernizmem (będącym pojęciem „parasolem”, pod którym, nie zawsze spójnie, mnoży się wiele zjawisk z różnych dziedzin, od architektury do filozofii i literatury). Postmodernizm wyznaczył kryzys „wielkich narracji”, które sądziły, że świat da się opisać wedle jakiegoś porządku; zrewidował przeszłość, odczytując ją ludycznie bądź ironicznie, oraz wielokrotnie znajdował punkty wspólne z nihilizmem. Niemniej jednak dla Bordoniego także postmodernizm jest w fazie schyłkowej. Miał on charakter tymczasowy, przeszliśmy przez niego, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a za jakiś czas będziemy go studiować tak, jak omawia się preromantyzm. Służył jedynie do zwrócenia uwagi na toczące się wydarzenia, stanowił rodzaj pomostu między nowoczesnością a jeszcze nienazwaną teraźniejszością.

Dla Baumana jedną z cech charakteryzujących tę rodzącą się teraźniejszość jest kryzys państwa (bo jaka wolność decyzyjna pozostaje w rękach państw w obliczu władzy organów ponadnarodowych?). Zanika organ, który gwarantował jednostce możliwość kompleksowego rozwiązania różnych problemów naszych czasów; wraz z jego kryzysem pojawił się także kryzys ideologii oraz idący za nim kryzys partii, a bardziej ogólnie – każdej formy wspólnoty podzielającej te same wartości, która pozwalała jednostce czuć się częścią czegoś, co zaspokajało jej potrzeby.

Wraz z kryzysem idei wspólnoty narodził się nowy rodzaj niepohamowanego indywidualizmu; nikt już nie jest towarzyszem drogi dla innych, ale wrogiem, przed którym należy się chronić. Ten „subiektywizm” osłabił fundamenty nowoczesności, sprawił, że jest ona krucha, i przez to znaleźliśmy się w sytuacji, w której z powodu braku jakichkolwiek punktów odniesienia wszystko staje się płynne. Zatracono wiarę w praworządność (sądy są postrzegane jako wróg), a jedynym rozwiązaniem dla jednostki niemającej żadnych punktów odniesienia jest pokazanie się za wszelką cenę, pokazanie, które zresztą stało się już wartością (często poruszałem ten temat w felietonach), oraz konsumpcjonizm. Jego celem jest krótkotrwałe zaspokojenie żądzy posiadania przedmiotów, które szybko stają się zbędne, a konsument przechodzi od jednego pragnienia do kolejnego w czymś w rodzaju bezsensownej bulimii (nowy telefon, który nie różni się zbytnio od poprzedniego, wyrzuconego tylko po to, by wziąć udział w tej orgii żądz).

Kryzys ideologii i partii: ktoś powiedział, że partie stały się taksówkami, do których przywódcy albo głowy rodzin mafijnych, kontrolujący głosy, wsiadają wedle własnego uznania, gdy jest to dla nich najkorzystniejsze – w ten sposób można zrozumieć nawet najbardziej skandalicznych oportunistów. Ciągły stan prekariatu nie dotyczy tylko jednostek, ale całego społeczeństwa.

Czym możemy zastąpić to upłynnianie? Jeszcze nie wiadomo i to interregnum może trochę potrwać. Bauman zauważa, że (skoro nikt nie wierzy już w wybawienie pochodzące z góry, ze strony państwa albo dzięki rewolucji) typowe dla interregnum są ruchy oburzonych. Te ruchy wiedzą, czego nie chcą, ale nie wiedzą, czego chcą. I chciałbym przypomnieć, że jednym z problemów, jaki osoby odpowiedzialne za porządek publiczny mają z czarnym blokiem, jest to, że nie da się go określić, tak jak było to możliwe w wypadku anarchistów, faszystów czy Czerwonych Brygad. Oni po prostu działają, nikt nie wie, kiedy ani w którą stronę się zwrócą. Zresztą oni sami też nie.

Czy istnieje jakiś sposób na przetrwanie płynności? Tak, a polega on właśnie na uświadomieniu sobie, że żyjemy w społeczeństwie płynnym, które – by zostać zrozumiane i być może przezwyciężone – wymaga od nas nowych narzędzi. Problem w tym, że politycy i duża część inteligencji jeszcze nie zrozumieli zasięgu tego zjawiska. Na razie Bauman pozostaje vox clamantis in deserto.

2015

RAKIEM
Frywolni katolicy i laiccy bigoci

Mówiąc o wielkich duchowych przemianach, które naznaczyły koniec XX wieku, zazwyczaj natychmiast wspomina się o niekwestionowanym kryzysie ideologii, który zaburzył tradycyjny podział na prawicę i lewicę. Pozostaje nam jednak zastanowić się, czy upadek muru berlińskiego był przyczyną tych zmian, czy może tylko jedną z ich konsekwencji.

Rozważmy kwestię nauki: tam zawsze królowała neutralna ideologia, a idea postępu łączyła liberałów z socjalistami (różnica polegała na tym, w jaki sposób ten postęp miał się realizować i kto miał być jego beneficjentem, a oddaje to świetnie Manifest komunistyczny z 1848 roku, w którym zawarto całą serię pochwał dla osiągnięć kapitalizmu, konkludując mniej więcej tak: „A teraz my chcemy tego samego”). Postępowy był ten, kto wierzył w rozwój technologiczny, a reakcyjny ten, kto nawoływał do powrotu do Tradycji i nieskalanej pierwotnej Natury. Co prawda zdarzały się incydenty „odwrotnej rewolucji”, jak w przypadku luddystów, którzy chcieli zniszczyć maszyny, ale były to tylko epizody. Nie miały one większego wpływu na wyraźny podział na dwa stanowiska.

Podział ten natomiast zaczął się załamywać podczas protestów w 1968 roku, kiedy to miłujący stal staliniści mieszali się z dziećmi kwiatami, a gloryfikatorzy klasy robotniczej, pełni obaw, że automatyzacja zmniejszy liczbę miejsc pracy, z prorokami wyzwolenia przez narkotyki don Juana. Całkowity zanik tego podziału nastąpił wraz z pojawieniem się populistycznego zainteresowania Trzecim Światem, które połączyło skrajną lewicę ze skrajną prawicą, i tak oto na naszych oczach powstały takie ruchy, jak ten w Seattle, gdzie neoluddyści, radykalni ekolodzy, byli komuniści, lumpenproletariat i różne szychy razem protestują przeciwko klonowaniu, Big Macom, transgeniczności i energii jądrowej.

Nie mniejsze zmiany zaszły w tradycyjnym podziale na świat wierzący i świat laicki. Od tysiącleci duchowość religijna kojarzyła się z brakiem zaufania wobec postępu, odrzuceniem świata oraz nieugiętością doktrynalną. Świat laicki natomiast z optymizmem przyjmował wszelkie zmiany w naturze; zasady etyczne uznawał za elastyczne i przychylnie patrzył na odkrywanie innych, również prymitywnych form religijności.

Oczywiście nie oznacza to, że także wśród wierzących nie można znaleźć odniesień do rzeczywistości ziemskich albo historii jako drogi ku wyzwoleniu (wystarczy przypomnieć sobie Teilharda de Chardin). Podobnie nie brakowało też „apokaliptycznych” laików, antyutopii Orwella i Huxleya oraz fantastyki przepełnionej wizjami przyszłości zdominowanej przez okropny racjonalizm naukowy. Ale w końcu to jednak religijne kazania zajmowały się przypominaniem o rzeczach ostatecznych, a laicyzm – głoszeniem peanów na cześć lokomotyw.

 

Natomiast ostatni kongres papaboys1 pokazuje nam efekt przemian rozpoczętych przez Wojtyłę: oto mamy masę młodych wierzących ludzi, którym daleko do fundamentalistycznej zajadłości, a za to, sądząc po ich wypowiedziach w wywiadach z ostatnich dni, są gotowi na wiele kompromisów w kwestii stosunków przedmałżeńskich, antykoncepcji, niektórzy nawet w kwestii narkotyków, a wszyscy zgodnie w kwestii dyskotek. W tym samym czasie świat laicki płacze nad zanieczyszczeniem, hałasem i nad duchem New Age, który zdaje się jednoczyć neorewolucjonistów, zwolenników wielebnego Milinga i sybarytów lubujących się w masażach orientalnych.

To jest dopiero początek, ale możemy się jeszcze spodziewać wszystkiego.

2000

Naprawdę aż tyle wynaleźliśmy?

Ogłoszenie to prawdopodobnie pojawiło się w Internecie, niestety nie wiem gdzie, gdyż przesłano mi je za pośrednictwem poczty elektronicznej. Ma ono imitować reklamę nowego produktu: Built-in Orderly Organized Knowledge, w skrócie BOOK, czyli książka.

Żadnych kabli, żadnych baterii, żadnego obiegu elektrycznego ani przełączników czy guzików; jest kompaktowa i przenośna, można jej używać, nawet siedząc przy kominku. Składa się z serii ponumerowanych kartek (z papieru nadającego się do recyklingu), z których każda zawiera tysiące bitów informacji. Kartki te trzymają się razem w odpowiedniej kolejności dzięki eleganckiemu etui zwanemu oprawą.

Każda strona zostaje optycznie zeskanowana, a informacja jest zapisywana w mózgu. Dzięki poleceniu „browse” tylko jednym ruchem palca można przejść ze strony na stronę, zarówno w przód, jak i w tył. Narzędzie nazywane „spisem treści” ułatwia natychmiastowe odnalezienie szukanego tematu na odpowiedniej stronie. Można dokupić do niej dodatek „zakładka”, który umożliwia szybki powrót do miejsca, w którym się skończyło poprzednim razem, nawet jeśli BOOK została zamknięta.

Ponadto ogłoszenie zawiera różne inne uściślenia dotyczące tego niezwykle innowacyjnego urządzenia oraz zapowiada rychłe wprowadzenie na rynek Portable Erasable-Nib Cryptic Intercommunication Language Stylus, PENCIL (czyli ołówek). Nie jest to jedynie zabawny tekst humorystyczny, ale także odpowiedź na pełne niepokoju pytania odnośnie do potencjalnego końca książki w obliczu rozpowszechnienia komputerów.

Wiele przedmiotów, takich jak szklanka, łyżka albo młotek, nie zmieniło się od czasu, gdy zostały wynalezione, i nie da się ich już ulepszyć. Kiedy Philip Stark zmienił kształt wyciskarki do cytrusów, stworzył co prawda piękny przedmiot, ale taki, który pozwala, by pestki wpadały do szklanki z sokiem, podczas gdy w klasycznej wyciskarce były one oddzielane razem z miąższem. Ostatnio podczas wykładu bardzo zdenerwował mnie kosztowny projektor elektroniczny, ponieważ wyświetlał obrazy w słabej jakości, o wiele gorzej od starszych projektorów, a nie wspomnę nawet o zabytkowych epidiaskopach.

Gdy już XX wiek zbliża się ku końcowi, warto by zadać sobie pytanie, czy w ciągu tych stu lat naprawdę wynaleźliśmy aż tyle nowych rzeczy. Wszystko, czego używamy na co dzień, zostało wynalezione w XIX wieku. Wymienię tylko kilka przykładów: pociąg (choć maszyna parowa jest z poprzedzającego wieku), samochód (razem z przemysłem paliwowym), statki parowe z napędem śrubowym, budynki z żelbetu i drapacze chmur, łódź podwodna, podziemna kolej, dynamo, turbina, silnik Diesla na ropę, samolot (choć ostateczna próba braci Wright zostanie zorganizowana trzy lata po końcu wieku), maszyna do pisania, gramofon, dyktafon, maszyna do szycia, lodówka, konserwy, mleko pasteryzowane, zapalniczka (i papieros), kłódki Yale, winda, pralka, żelazko elektryczne, wieczne pióro, gumka do mazania, bibuła, znaczek, poczta pneumatyczna, toaleta, dzwonek elektryczny, wentylator, odkurzacz (1901), maszynka do golenia, składane łóżko, fotel fryzjerski i krzesło biurowe na kółkach, zapałka, płaszcz przeciwdeszczowy, zamek błyskawiczny, agrafka, napoje gazowane, rower z oponami, dętkami, kołami z metalowymi szprychami i przekładnią łańcuchową, omnibus, tramwaj elektryczny, kolej nadziemna, celofan, celuloid, sztuczne włókna, wielkie sklepy, w których sprzedaje się te wszystkie rzeczy, a poza tym jeszcze oświetlenie elektryczne, telefon, telegraf, radio, fotografia i kino. Do tego Babbage wymyślił maszynę liczącą, która potrafiła wykonać sześćdziesiąt sześć działań na minutę, tym samym otwierając drogę do wynalezienia komputera.

Oczywiście XX wiek dał nam elektronikę, penicylinę i wiele innych leków, które przedłużają nam życie, tworzywa sztuczne, fuzję jądrową, telewizję i loty kosmiczne. Pewnie o czymś jeszcze zapomniałem, ale zwróćmy uwagę, że dzisiaj wieczne pióra i najdroższe zegarki stylizowane są na klasyczne modele sprzed stu lat, a jak już wspomniałem w którymś felietonie, ostatnie udoskonalenie w dziedzinie komunikacji, czyli Internet, nie jest niczym innym jak przejściem od bezprzewodowego telegrafu Marconiego do telegrafu z przewodami, stanowiąc powrót od radia do telefonu.

Przynajmniej dwóch wynalazków XX wieku: tworzyw sztucznych i fuzji jądrowej, już teraz próbujemy się pozbyć, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę, że zagrażają one naszej planecie. Postęp niekoniecznie musi oznaczać posuwanie się naprzód za wszelką cenę. Ja poprosiłem, żeby oddali mi mój stary projektor.

2000

Cała wstecz!

W jednym ze starszych felietonów pisałem o tym, jak staliśmy się świadkami interesującego regresu technologicznego. W pierwszej kolejności, dzięki wynalezieniu pilota, udało się zapanować nad niepokojącą dominacją telewizora, co pozwala każdemu widzowi na uprawianie zappingu i wkroczenie w pewien etap wolności twórczej, który możemy nazwać „fazą miszmaszu”. Ostateczne wyzwolenie spod władzy telewizji nastąpiło dzięki magnetowidowi, który stanowił kolejny krok w ewolucji w kierunku projekcji kinowej. Pilot umożliwił nam także wyeliminowanie dźwięku, przenosząc nas do epoki kina niemego. Z kolei oparty głównie na komunikacji słownej Internet uspokoił tych, którzy obawiali się nadejścia cywilizacji obrazu. Na tym etapie można było równie dobrze całkowicie pozbyć się obrazu, wymyślając rodzaj skrzynki, która tylko emituje dźwięki, a do tego nawet nie potrzebuje pilota. Wtedy myślałem, że żartuję, prorokując wynalezienie radia, ale okazało się, że (najwyraźniej natchniony przez bogów) wyczułem nadejście iPoda.

Ostatnie stadium osiągnięto, gdy zamiast tradycyjnej emisji sygnału telewizyjnego wprowadzono płatne kanały transmitowane przez kable telefoniczne, a tym samym przeszliśmy od bezprzewodowej telegrafii do przewodowej telefonii – fazy, którą dopełniło pojawienie się Internetu. Od Marconiego wróciliśmy do Meucciego.

O mojej teorii dotyczącej rozwoju ukierunkowanego wstecz pisałem w książce Rakiem…, w której zastosowałem ją również, odnosząc się do świata polityki (a zresztą nawet w jednym z ostatnich felietonów zauważyłem, że przez wojskowe patrole na ulicach oraz dzieci i nauczycielki w mundurach można odnieść wrażenie, że wróciliśmy do roku 1944). Ale od tego czasu wydarzyło się o wiele więcej.

Jeśli ktoś w ostatnim czasie musiał kupić komputer (a po trzech latach stają się one przestarzałe), pewnie zauważył, że wszystkie mają już zainstalowany system Windows Vista. Wystarczy jednak przejrzeć blogi internetowe i poczytać opinie użytkowników o Viście (nie zaryzykuję przytaczania ich, by nie skończyć w sądzie) albo zapytać przyjaciół, którzy dali się złapać w tę pułapkę, by stracić ochotę na zakup tego systemu operacyjnego. Mimo to, jeśli chcecie mieć nowoczesny komputer o rozsądnych wymiarach, będziecie musieli jakoś wytrzymać z Vistą. Ewentualnie możecie zdecydować się na maszynę wielkości tira, którą złoży dla was jakiś uczynny sprzedawca, instalując na niej Windows XP albo jeszcze wcześniejsze wersje. W ten sposób wasze biurko będzie wyglądać jak laboratorium Camilla Olivettiego z maszyną liczącą Elea z 1959 roku.

Sądzę, że producenci komputerów zorientowali się, iż sprzedaż spada, ponieważ użytkownicy, by nie musieć przechodzić na Vistę, nie kupują nowszych komputerów. Jaki był efekt? Najłatwiej to zrozumieć, gdy się wpisze w wyszukiwarce takie hasła, jak: „Vista downgrading” itp. Dowiecie się w ten sposób, że jeśli kupiliście (za niemałą sumę) nowy komputer z Vistą, to za dodatkową opłatą i po serii różnych procedur (wystarczająco skomplikowanych, bym nawet nie próbował ich zrozumieć) możecie odzyskać możliwość korzystania z Windowsa XP albo starszych.

Każdy użytkownik komputera wie, że upgrading oznacza aktualizowanie oprogramowania w celu korzystania z jego najnowszej wersji. Analogicznie, downgrading pozwala na to, by twój najnowocześniejszy komputer wrócił do swojej starej radosnej wersji. I to za opłatą. Zanim w Internecie pojawił się ten neologizm, w tradycyjnych słownikach downgrade jako rzeczownik oznaczał: spadek, degradację albo okrojoną wersję, a jako czasownik: cofać się, degradować, redukować, zdeprecjonować. Czyli, jednym słowem, za niemałą kwotę i kosztem jakiegoś wysiłku możemy zdegradować i zdeprecjonować coś, za co sporo zapłaciliśmy. Wydaje się to niewyobrażalne, a jednak to prawda (pisał o tym humorystycznie także Giampaolo Proni w magazynie online „Golem-L’indispensabile”) i wcale nietrudno znaleźć w Internecie biedaków, którzy męczą się i płacą, by zdegradować swoje oprogramowanie. Ciekawe, kiedy dojdziemy do momentu, gdy za rozsądną cenę pozwolimy, by zamieniono nasz komputer na zeszyt, kałamarz i pióro ze stalówką marki Perry.

Ale wcale nie jest to aż takim paradoksem. Zdarzają się innowacje technologiczne, których nie można dalej rozwijać. Nie da się skonstruować mechanicznej łyżki, a ta, którą wynaleziono dwa tysiące lat temu, nadal się sprawdza. Porzuciliśmy samoloty Concorde, choć dzięki nim można było polecieć z Paryża do Nowego Jorku w trzy godziny. Nie wiem, czy to była dobra decyzja, ale wiem, że postęp czasem oznacza zrobienie dwóch kroków w tył, tak jak w przypadku powrotu energii wiatrowej na miejsce różnych paliw. Myślcie przyszłościowo! I cała wstecz!

2008

Odradzam się, odradzam się w 1940

Życie nie jest niczym innym niż ciągłym wspominaniem dzieciństwa. Zgadzam się. Dlatego jednak tak chętnie wracamy myślą do tych odległych czasów, że przez nostalgię miło wspominamy również momenty, które kiedyś były dla nas bolesne, nawet dzień, w którym ześlizgnęliśmy się do rowu i skręciliśmy nogę, i przez piętnaście dni byliśmy przykuci do łóżka z nogą zagipsowaną bandażami nasączonymi białkiem jajka. Ja sam z sentymentem wspominam noce spędzone w schronie przeciwlotniczym. Budzono nas w środku nocy, wyrywając z najgłębszego snu, i zaciągano w samych piżamach i płaszczach do wilgotnych piwnic, zbudowanych ze zbrojonego betonu i oświetlonych słabymi żarówkami. Graliśmy w berka, a nad naszymi głowami rozlegały się głuche wybuchy i nie wiedzieliśmy nawet, czy to artyleria przeciwlotnicza czy kolejne bomby. Nasze matki drżały z zimna i strachu, ale dla nas był to rodzaj dziwnej przygody. Właśnie tak działa nostalgia. Dzięki niej na starość możemy wspominać z sentymentem te straszne lata czterdzieste.

Jak wyglądały miasta w tamtych czasach? Nocą pogrążone były w mroku, a z powodu zaciemnienia nieliczni przechodnie nie mogli nawet używać latarek na baterie, tylko tych na dynamo, podobnych do lamp rowerowych, które ładowało się przez tarcie, spastycznie naciskając rodzaj spustu. Później wprowadzono godzinę policyjną i nie można było w ogóle wychodzić na ulicę.

W ciągu dnia przez miasto przetaczały się oddziały wojska: przynajmniej do 1943 roku stacjonowała tu armia lądowa, a jeszcze więcej żołnierzy pojawiło się w czasach Republiki Salò, kiedy to nieustannie pełno było oddziałów piechoty morskiej z pułku San Marco albo oddziałów Czarnych Brygad; natomiast na terenach podmiejskich łatwiej było spotkać grupy partyzantów. Jedni i drudzy byli uzbrojeni po zęby. W zmilitaryzowanych miastach czasami zakazywano zgromadzeń, roiło się od ubranych zawsze w mundury faszystowskich młodzieżówek, jak Balilla czy Piccole Italiane, a w południe także od uczniów w czarnych fartuszkach wychodzących właśnie ze szkół. Ich mamy w tym czasie próbowały kupić coś do jedzenia w sklepach spożywczych, choć żeby dostać chleb, nawet nie biały, ale taki, który nie smakowałby obrzydliwie albo jak trociny, trzeba było słono za niego zapłacić na czarnym rynku. W domach światło było słabe, ogrzewanie włączało się tylko w kuchni, a w nocy do łóżek wkładało się ogrzane cegły. Dzisiaj wspominam z sentymentem nawet tamte odmrożenia. Nie można powiedzieć, że teraz to wszystko wróciło, a już na pewno nie w tym samym wymiarze, ale niektóre rzeczy zaczynają wydawać się znajome. Zacznijmy choćby od faszystów w rządzie. Może to nie są tamci faszyści, ale to nie ma znaczenia, bo jak wiadomo, historia za pierwszym razem przychodzi w formie tragedii, a za drugim obraca się w farsę. W tamtych czasach na murach pojawiały się plakaty, na których odrażający (i pijany) Afroamerykanin obejmował białą Wenus z Milo. Dzisiaj natomiast oglądamy w telewizji złowieszcze twarze wychudzonych czarnych, którzy całymi hordami chcą wtargnąć na nasze ziemie, i prawdę powiedziawszy, ludzie teraz obawiają się bardziej niż wtedy.

 

Do szkół wracają czarne fartuszki i nie miałbym nic przeciwko (lepsze to niż markowe T-shirty szkolnych chuliganów), gdyby nie to, że w ustach zaczynam czuć smak magdalenek zamoczonych w naparze z lipy i mam ochotę powiedzieć jak Gozzano: „Odradzam się, odradzam się w 1940”. Niedawno przeczytałem w gazecie, że wywodzący się z Ligi Północnej burmistrz Novary zabronił, by w nocy w parku spotykały się więcej niż trzy osoby. Z proustowskim drżeniem oczekuję powrotu godziny policyjnej. Nasi żołnierze walczą w, można powiedzieć wschodniej, Azji (niestety już nie w Afryce) z rebeliantami o kolorowych twarzach, ale żeby zobaczyć w pełni uzbrojonego żołnierza w mundurze maskującym, wystarczy wyjść na ulicę w którymś z włoskich miast. Tak jak kiedyś, wojsko zajmuje się nie tylko walką na froncie, ale też działaniami policyjnymi. Czasem odnoszę wrażenie, że przeniosłem się do Rzymu, miasta otwartego. Czytam artykuły i słucham wypowiedzi niemal identycznych z tymi, które kiedyś publikowano na łamach „La difesa della razza”; atakowano w nich nie tylko Żydów, ale też Cyganów, Marokańczyków i ogólnie wszystkich innych obcokrajowców. Chleb z dnia na dzień drożeje. Ostrzegają nas, że niedługo trzeba będzie zacząć oszczędzać benzynę, ograniczyć zużycie prądu i gasić na noc sklepowe wystawy. Maleje liczba samochodów, a znów pojawiają się Złodzieje rowerów. Może dla urozmaicenia niedługo zaczną racjonować wodę. Jeszcze nie mamy oddzielnego rządu na Północy i Południu, ale już znaleźli się tacy, którzy nad tym pracują. Brakuje mi tylko przywódcy państwa, który by obejmował i niewinnie całował w policzki krzepkie gospodynie wiejskie. Ale to już kwestia gustu.

2008