NiuchTekst

Z serii: Świat dysku #39
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

SNUFF

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2011

First published as SNUFF by Transworld Publishers

All rights reserved

Ilustracja na okładce

Paul Kidby

Redakcja

Agnieszka Rosłan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-565-0

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU

I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUT LUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

Robowi… za to, co w jego wolnym czasie.

Emmie… za to, że pomogła mi zrozumieć gobliny.

I Lyn… za zawsze.

1

Wizję świata w rozumieniu goblinów prezentuje unggue, ich kult czy też religia. Najkrócej – jest to niezwykle złożony system wierzeń obejmujący zmartwychwstanie, a oparty na świętości wydzielin cielesnych. Centralna doktryna mówi tyle, że wszystko, co zostaje usunięte z ciała goblina, w oczywisty sposób było kiedyś jego częścią, a zatem powinno być traktowane z szacunkiem i przechowywane tak, by we właściwym czasie można było to złożyć do grobu wraz z właścicielem. Póki ta chwila nie nadejdzie, materiał jest przechowywany w urnach ungguańskich, niezwykłych tworach, o których opowiem później. Po krótkim zastanowieniu stwierdzimy z niesmakiem, że dzieła takiego nie zdoła dokonać żadna istota, chyba że los jej nie poskąpi wielkiego bogactwa, znacznej przestrzeni magazynowej i pełnych zrozumienia sąsiadów.

Dlatego też w rzeczywistości większość goblinów przestrzega reguły zwanej Unggue Had – czegoś, co można uznać za pospolitą i swobodniejszą formę unggue – obejmującej woskowinę uszną, ścinki paznokci i smarki. Woda, ogólnie biorąc, nie jest uznawana za unggue, ale za coś, co jedynie przepływa przez ciało, nie stając się jego częścią; gobliny argumentują, że nie ma widocznej różnicy w wodzie przed i po fakcie (co źle świadczy o świeżości wody, z jakiej korzystają w swych podziemnych siedzibach). Podobnie fekalia uznawane są za jedzenie, w którym nastąpiła zmiana stanu. Co zaskakujące, zęby wcale nie interesują goblinów, które uważają je za rodzaj grzyba; nie przywiązują też żadnej wagi do włosów, zresztą – trzeba zaznaczyć – zwykle mają ich niewiele.

W tym miejscu lord Vetinari, Patrycjusz Ankh-Morpork, przerwał lekturę i zapatrzył się w pustkę. Po kilku sekundach pustkę tę przesłoniła sylwetka Drumknotta, jego sekretarza (który, co należy podkreślić, przez całą swą karierę starał się zmienić w coś możliwie podobnego do pustki).

– Wydajesz się melancholijny, panie – zauważył Drumknott, dodając do tego spostrzeżenia najdelikatniejszy znak zapytania, który stopniowo się rozwiał.

– Zalewam się łzami, Drumknott, zalewam się łzami.

Drumknott przerwał odkurzanie nieskazitelnie lśniącego, czarnego, lakierowanego blatu biurka.

– Pastor Oats pisze bardzo przekonująco, prawda?

– W samej rzeczy, Drumknott, ale kluczowy problem pozostaje niezmienny, a przedstawia się tak: człowieczeństwo może pogodzić się z krasnoludami, trollami, a nawet orkami, jakkolwiek przerażający byliby w przeszłości. A wiesz, czemu tak jest, Drumknott?

Sekretarz starannie złożył ściereczkę i spojrzał w sufit.

– Zaryzykowałbym sugestię, panie, że w ich skłonności do przemocy widzimy samych siebie.

– No brawo, Drumknott, jeszcze zrobię z ciebie cynika! Drapieżcy szanują drapieżców, prawda? Może nawet szanują ofiary: lew może położyć się obok jagnięcia, choć zapewne tylko lew wstanie znowu, ale lew nie położy się przy szczurze. Szkodniki, Drumknott. Robactwo. Cały gatunek zredukowany do poziomu robactwa.

Vetinari ze smutkiem pokręcił głową, a zawsze czujny Drumknott zauważył, że jego lordowska mość już po raz trzeci tego dnia powrócił do stronicy zatytułowanej „Urny ungguańskie”. Zdawało się przy tym, co niezwykłe, że mówi sam do siebie…

– „Tradycyjnie wykonywane są przez samego goblina z dowolnego materiału, od cennych minerałów przez skórę i drewno po kość. Wśród tych pierwszych spotyka się pojemniki o ścianach cienkich jak skorupka jaja, najwspanialsze na świecie. Plądrowanie osad goblinów przez łowców skarbów, poszukujących takich arcydzieł, oraz działania odwetowe goblinów aż do dziś stanowią podstawę ludzko-goblinich relacji”.

Lord Vetinari odchrząknął i mówił dalej:

– Raz jeszcze zacytuję pastora Oatsa, Drumknott. „Muszę stwierdzić, że gobliny żyją na krawędzi często dlatego, że zostały tam zepchnięte. Tam, gdzie nic nie przetrwa, one przetrwają. Ich powszechnym powitaniem jest, jak się zdaje, słowo hang, co znaczy »przeżyj«. Wiem, że zarzuca się im straszne zbrodnie, jednak świat nigdy nie był wobec nich łagodny. Niech będzie tu powiedziane tyle, że ci, którzy przeżywają swe życie tam, gdzie wisi ono na mniej niż włosku, rozumieją straszliwą algebrę konieczności, która nikomu nie okazuje łaski, a kiedy konieczność przyciska najmocniej, cóż, wtedy właśnie kobiety muszą wykonać ungguańską urnę zwaną duszą łez, najpiękniejszą ze wszystkich urn, rzeźbioną w małe kwiatki i zmywaną łzami”.

Drumknott, z perfekcyjnym wyczuciem czasu, postawił przed swym pracodawcą filiżankę kawy dokładnie w chwili, gdy Vetinari skończył zdanie i uniósł głowę.

– „Straszliwa algebra konieczności”, Drumknott… No cóż, dobrze wiemy, co to znaczy, prawda?

– Istotnie. A przy okazji, otrzymaliśmy list od diamentowego króla trolli, który dziękuje nam za twardą postawę w kwestii narkotyków. Gratuluję, panie.

– To żadne ustępstwo. – Vetinari lekceważąco machnął ręką. – Znasz moje stanowisko, Drumknott. Nie zamierzam zbyt mocno ograniczać prawa ludzi do przyjmowania substancji, po których czują się lepiej, czy też pewniej, albo też, skoro już o tym mowa, widzą małe tańczące fioletowe wróżki, albo nawet swojego boga, jeśli już do tego dojdzie. To w końcu ich mózgi i społeczeństwo nie ma do nich żadnych praw, pod warunkiem że w danej chwili nie kierują ciężkim sprzętem. Jednakże sprzedaż trollom narkotyków, od których głowy im fizycznie eksplodują, to zwykłe morderstwo. Karane śmiercią. Z zadowoleniem stwierdzam, że w tej kwestii komendant Vimes całkowicie się ze mną zgadza.

– Istotnie, panie. Chciałbym też przypomnieć, że już wkrótce nas opuści. Czy zamierzasz go pożegnać?

Patrycjusz pokręcił głową.

– Raczej nie. Ten człowiek żyje w straszliwym zagubieniu i obawiam się, że moja obecność tylko by pogorszyła sytuację.

– Nie obwiniaj się, panie. – W głosie Drumknotta zabrzmiała nuta współczucia. – W końcu i ty, i komendant, obaj znajdujecie się w rękach siły wyższej.

* * *

Jego łaskawość diuk Ankh, sir Samuel Vimes, komendant Straży Miejskiej Ankh-Morpork, nerwowo wciskał ołówek do buta, żeby się podrapać tam, gdzie swędziało. Wszystkie jego skarpety powodowały takie swędzenie. Po raz setny już pomyślał, czy nie powiedzieć żonie, iż pośród jej wspaniałych zalet – a były liczne – nie ma, niestety, umiejętności robienia na drutach. Jednak wolałby raczej odrąbać sobie stopę, niż zrobić coś takiego. Złamałby jej serce.

Były to skarpety potworne, tak grube, pełne supełków i nierówne, że musiał kupować buty półtora raza większe od stóp. A robił tak, ponieważ Samuel Vimes, który nigdy z religijnym zamiarem nie odwiedził miejsca czci, czcił lady Sybil – i co dzień zdumiewał się faktem, iż ona wydaje się traktować go tak samo. Uczynił ją swoją żoną, a ona uczyniła go milionerem; z jej wsparciem smętny, ponury, ubogi i cyniczny glina stał się bogatym i potężnym diukiem. Udało mu się jednak zachować cynizm, a nawet zaprzęg wołów na sterydach nie zdołałby wyrwać z Sama Vimesa gliniarza – trucizna przeniknęła zbyt głęboko i owinęła się wokół kręgosłupa. I tak Sam Vimes cierpiał swędzenie i liczył swoje błogosławieństwa, aż skończyły mu się liczby.

Natomiast wśród przekleństw było to swędzenie i robota papierkowa.

 

Zawsze czekały jakieś papiery. Jest faktem dobrze znanym, iż wszystkie próby redukcji ilości papierów prowadzą jedynie do jej zwiększenia. Oczywiście, miał ludzi do pracy z papierami, ale prędzej czy później musiał przynajmniej je podpisać, a czasem, kiedy nie miał już innego wyjścia, nawet przeczytać. Nie było przed tym ucieczki – w ostatecznym rozrachunku, przy dowolnej policyjnej robocie istniała poważna szansa, że nawóz trafi w wiatrak. Inicjały Sama Vimesa na dokumencie były niezbędne, by poinformować świat, że to jego wiatrak, a zatem i jego nawóz.

Teraz jednak przerwał tę robotę, by przez otwarte drzwi wezwać sierżant Tyłeczek, która pełniła funkcję jego ordynansa.

– Coś już jest, Cudo? – spytał z nadzieją.

– Nie w takim sensie, o jaki chyba panu chodzi, sir, ale ucieszy pana, że dostaliśmy wiadomość sekarową od Haddocka, tymczasowo pełniącego obowiązki kapitana w Quirmie, sir. Zawiadamia, że dobrze sobie tam radzi, sir, i naprawdę smakuje mu avec1.

Vimes westchnął.

– Coś jeszcze?

– Spokój jak w grobie, sir – odparła krasnoludka, wsuwając głowę przez drzwi. – To przez ten upał, sir. Za gorąco, żeby się bić, za lepko, żeby kraść. Czy to nie wspaniałe, sir?

Vimes prychnął niechętnie.

– Gdzie są policjanci, tam są przestępstwa, sierżancie. Pamiętajcie o tym.

– Tak jest, sir, pamiętam, choć brzmiałoby to lepiej, gdyby trochę przestawić słowa.

– Pewnie nie ma żadnej szansy, żeby się wykręcić?

Sierżant Tyłeczek zrobiła zatroskaną minę.

– Przykro mi, sir, ale to przesądzone. W południe kapitan Marchewa oficjalnie odbierze pańską odznakę.

Vimes walnął pięścią w stół.

– Nie zasłużyłem sobie na takie traktowanie! Całe życie poświęciłem pracy dla miasta! – wybuchnął.

– Jeśli wolno zauważyć, komendancie, zasługuje pan na wiele więcej.

Vimes oparł się na fotelu i jęknął.

– Ty też, Cudo?

– Naprawdę bardzo mi przykro, sir. Wiem, jakie to dla pana trudne.

– Żeby po tylu latach tak zwyczajnie mnie stąd wyrzucali! Błagałem, a wiesz dobrze, że takiemu człowiekowi jak ja nie przychodzi to łatwo. Błagałem!

Ktoś wchodził schodami na piętro. Cudo patrzyła, jak Vimes wyjmuje brązową kopertę, wsuwa coś do środka, liże szybko i zakleja, a potem rzuca na blat. Koperta brzęknęła.

– Proszę – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Moja odznaka, tak jak rozkazał Vetinari. Sam oddaję. Nikt nie powie, że mi ją odebrali.

Kapitan Marchewa wkroczył do gabinetu, schylając na moment głowę, kiedy przechodził przez drzwi. W ręku trzymał jakąś paczkę, a za jego plecami ustawiło się kilku wyszczerzonych radośnie policjantów.

– Proszę o wybaczenie, sir, ale siła wyższa i w ogóle. Jeśli to pana pocieszy, sir, w sumie miał pan szczęście, że wykpił się pan tylko dwoma tygodniami. Początkowo mówiła o miesiącu.

Wręczył Vimesowi pakunek.

– Zrobiliśmy z chłopakami zrzutkę, komendancie – wyjaśnił z wymuszonym uśmiechem.

– Wolałbym coś skromniejszego, jak główny funkcjonariusz albo co… – Vimes chwycił prezent. – Wiecie, tak myślałem, że jeśli pozwolę sobie nadać odpowiednio dużo tytułów, w końcu dostanę jakiś, z którym da się wytrzymać.

Rozerwał papier i wyjął bardzo małe, bardzo kolorowe wiaderko i łopatkę, ku ogólnej radości dyskretnych obserwatorów.

– Wiemy, że nie jedzie pan nad morze, komendancie, ale…

– Wolałbym nad morze – poskarżył się Vimes. – Nad morzem rozbijają się statki, nad morzem siedzą przemytnicy, nad morzem trafiają się utonięcia i inne zbrodnie! Coś ciekawego!

– Lady Sybil twierdzi, że znajdzie pan tam wiele zajęć, sir – zapewnił Marchewa.

Vimes parsknął niechętnie.

– Wyjazd na wieś… Za miasto! Wiecie, Marchewa, czemu to się nazywa „za miastem”? Bo tam już nie ma miasta! Niczego nie ma! Oprócz tych przeklętych drzew, którymi podobno mamy się przejmować, ale tak naprawdę są tylko sztywnym zielskiem! Nuda! Nic, tylko taka bardzo długa niedziela! I będę musiał się spotykać z ziemiaństwem!

– Spodoba się panu, sir. Nie pamiętam, żeby choć raz wziął pan sobie wolny dzień, chyba że był pan ranny – odparł Marchewa.

– Nawet wtedy bez przerwy się zamartwiał i gderał – odezwała się lady Sybil Vimes od drzwi.

Vimes odkrył, że wcale mu się nie podoba to, jak jego ludzie się z nią liczą. Kochał lady Sybil do szaleństwa, naturalnie, ale nie mógł nie zauważyć, że ostatnio jego kanapka z bekonem, sałatą i pomidorem przestała być tradycyjną kanapką z bekonem, pomidorem i sałatą, a stała się kanapką z sałatą, pomidorem i bekonem. Oczywiście, chodziło o jego zdrowie. To przecież spisek – bo niby dlaczego nigdy nie znaleźli warzywa, które szkodzi? A niby co jest złego w sosie cebulowym? Miał w środku cebulę, tak? A człowiek miał po nim wiatry, tak? A to przecież zdrowe, prawda? Był pewien, że gdzieś o tym czytał.

Dwa tygodnie wakacji, podczas których żona będzie nadzorowała każdy posiłek… Naprawdę wolałby o tym nie myśleć, ale nie mógł się powstrzymać. W dodatku był przecież Młody Sam, który rósł jak na drożdżach i w ogóle. Wyjazd na świeże powietrze bardzo dobrze mu zrobi, jak stwierdziła jego matka. I nie warto było się z nią kłócić, bo nawet jeśli człowiek już myślał, że wygrał, okazywało się – drogą jakiejś magii, absolutnie niedostępnej mężom – że był dramatycznie niedoinformowany.

Przynajmniej pozwolili mu wyjechać z miasta w napierśniku. Ten pancerz stał się już nieodłączną częścią właściciela, równie poobijany jak on. Tyle że w pancerzu wgniecenia dało się wyklepać.

* * *

Vimes, z synem na kolanach, spoglądał na oddalające się miasto z okna powozu, który wiózł go w stronę dwóch tygodni sielankowej drzemki. Czuł się jak człowiek skazany na wygnanie. Jednak trzeba być optymistą – na pewno w mieście zdarzy się jakieś potworne morderstwo albo okropna kradzież, które z bardzo ważnych powodów – choćby w celu podtrzymania morale, jeśli już nic innego – wymagać będą obecności komendanta straży. Mógł tylko mieć nadzieję.

Samuel Vimes od dnia ślubu wiedział, że żona ma wiejską posiadłość. Wiedział między innymi dlatego, że mu ją oddała. Prawdę mówiąc, przeniosła na niego cały rodzinny majątek, przy czym rzeczona rodzina składała się w owej chwili wyłącznie z niej samej. Uczyniła to w staroświeckim i wzruszającym przekonaniu, iż na męża powinien spadać obowiązek posiadania2. Uparła się.

Okresowo, zależnie od pory roku, do ich domu przy Alei Scoone’a w Ankh-Morpork przybywał wóz załadowany owocami, warzywami, serami i mięsem – wszystkimi produktami owej wiejskiej posiadłości, której Vimes nigdy nie widział. I niezbyt mu zależało, żeby ją teraz zobaczyć. Jedyne, co wiedział na temat wsi, to że chlupie pod nogami. Owszem, większość ulic w Ankh-Morpork także chlupała pod nogami, ale to był właściwy rodzaj chlupotu – chlupot, w jakim chlupotał, odkąd nauczył się chodzić i (nieodmiennie) ślizgać i przewracać.

Oficjalnie posiadłość nosiła nazwę Crundells, lecz zawsze mówiono o niej „Ramkinowy Dwór”. Należało do niej chyba koło mili potoku z pstrągami oraz – o ile Vimes dobrze pamiętał dokumenty – także pub. Wiedział, że można być właścicielem pubu, ale nie miał pojęcia, jak mieć na własność potok i pstrągi – no bo gdyby to rzeczywiście był jego kawałek, to przecież właśnie spływał w dół, pluszcząc przy tym wesoło. Czyli ktoś inny łowił teraz te pstrągi w jego wodzie, drań jeden! A ten kawałek przed nim jeszcze przed chwilą należał do gościa powyżej – i ten tłuścioch, nadęty plutokrata, pewnie teraz jego, Sama Vimesa, uważa za kłusownika i drania! No i przecież ryby pływają sobie, gdzie chcą, prawda? Skąd wiadomo, które są czyje? Pewnie są znakowane – dla Vimesa brzmiało to bardzo wiejsko. Za miastem stale trzeba być w defensywie, całkiem inaczej niż w mieście.

* * *

Nietypowo dla siebie, lord Vetinari zaśmiał się głośno. Niemal napawając się upadkiem swego wroga, z rozmachem rzucił na biurko otwarty na stronie z krzyżówką „Puls Ankh-Morpork”.

– Coś się zmienia, ale kąty zostają: konforemność! I gram pani na nosie, madame!

Drumknott, który starannie układał dokumenty, uśmiechnął się dyskretnie.

– Kolejne zwycięstwo, panie?

Wojna Vetinariego z główną układaczką krzyżówek „Pulsu Ankh-Morpork” była powszechnie znana.

– Jestem przekonany, że traci panowanie nad sobą – stwierdził Patrycjusz i oparł się wygodnie na krześle. – Co tam masz, Drumknott? – Wskazał grubą brązową kopertę.

– Odznakę komendanta Vimesa, panie, dostarczoną mi przez kapitana Marchewę.

– Zaklejona?

– Tak, panie.

– W takim razie nie ma tam odznaki Vimesa.

– Nie, panie. Staranne badanie dotykowe koperty sugeruje, że zawiera puste pudełko po tabace Podwójny Grom. Wniosek ten potwierdziło szybkie niuchnięcie.

– Ale kapitan musiał zdawać sobie z tego sprawę, Drumknott – zauważył wciąż pobudzony Vetinari.

– Oczywiście, panie.

– Naturalnie, coś takiego leży w naturze naszego komendanta – uznał Vetinari. – Ale czy chcielibyśmy, żeby się zmienił? Wygrał tę potyczkę, a człowiek, który potrafi wygrywać drobne potyczki, jest dobrze przygotowany do zwycięstwa w wielkich bitwach.

Co niezwykłe, Drumknott zawahał się chwilę, nim odpowiedział:

– Istotnie. À propos… To lady Sybil zaproponowała wyjazd na wieś, prawda?

Vetinari uniósł brew.

– Ależ oczywiście, Drumknott. Nie wyobrażam sobie nawet, kto inny mógłby to wymyślić. Dzielny komendant znany jest ze swego oddania pracy. Któż, jeśli nie kochająca żona, zdołałby go przekonać, że parę tygodni przyjemnego urlopu na wsi na pewno mu się przyda?

– Istotnie, któż? – zgodził się Drumknott i przerwał w tym miejscu, jako że nie było sensu dodawania czegokolwiek. Jego pracodawca dysponował chyba źródłami informacji, niedostępnymi nawet dla Drumknotta, choćby nie wiadomo jak się starał. A tylko niebiosa wiedziały, kim byli wszyscy ci, którzy przemykali się w ciemnościach długimi schodami w pałacu. Tak więc życie w Podłużnym Gabinecie toczyło się wśród tajemnic, rozważań i fałszywych tropów, a natura prawdy zmieniała się jak kolory tęczy. Wiedział to dobrze, gdyż sam grał nie całkiem nieznaczną rolę w jej widmie. Jednak wiedzieć to, co wiedział lord Vetinari, i dokładnie to, co lord Vetinari myślał, byłoby psychologiczną niemożliwością, a człowiek mądry potrafił to zaakceptować i zająć się segregacją dokumentów.

Vetinari wstał i wyjrzał przez okno.

– To miasto żebraków i złodziei, Drumknott, mam rację? Jestem dumny z tego, że mamy u siebie tych najlepiej wykwalifikowanych. Prawdę mówiąc, gdyby istniało coś takiego jak międzymiejski turniej złodziejski, Ankh-Morpork wróciłoby do domu z pucharem i portfelami wszystkich obecnych. Złodziejstwo ma swój sens, Drumknott. Jednak człowiek wewnętrznie czuje, że jak są rzeczy niedostępne człowiekowi z gminu, są i takie, które nie powinny być dozwolone bogatym i potężnym.

Zrozumienie, jakie przejawiał Drumknott dla procesów myślowych swego pracodawcy, komuś z zewnątrz mogłoby się wydać magiczne. Jednak zadziwiająco wiele można było wywnioskować z obserwacji, co czyta lord Vetinari, ze słuchania jego pozornie oderwanych uwag i z łączenia tego wszystkiego, jak tylko Drumknott potrafił łączyć, z bieżącymi kłopotami i niepokojami.

– Czy chodzi teraz o przemyt, panie? – zapytał.

– Owszem, Drumknott. Prawdę mówiąc, przemyt mi nie przeszkadza. Wymaga przedsiębiorczości, dyskrecji, oryginalności myślenia, jednym słowem atrybutów, które należy wspierać u prostych ludzi. W rzeczywistości nie wyrządza wielkich szkód, a człowiekowi z ulicy pozwala na lekkie frisson podniecenia. Każdy powinien od czasu do czasu złamać prawo w jakiś skromny, ale rozkoszny sposób. To dobre dla higieny mózgu.

– Jednakże, panie, podatki muszą być ściągane i płacone – stwierdził Drumknott, którego wewnątrzczaszkowa czystość nie podlegała dyskusji. – Miasto się rozwija. I trzeba za to płacić.

– Istotnie – zgodził się Vetinari. – Mogłem obłożyć podatkiem wiele rzeczy, jednak zdecydowałem się opodatkować coś, bez czego w oczywisty sposób można żyć. I prawie nie jest uzależniające, nieprawdaż…

– Niektórzy uważają, że tak. Pojawiają się narzekania.

Vetinari zaczął przeglądać dokumenty.

– Drumknott – rzekł, nie podnosząc głowy. – Życie jest uzależniające. Jeśli ludzie zaczną nadmiernie się skarżyć, wydaje mi się, że będę musiał zwrócić ich uwagę na ten fakt.

 

Uśmiechnął się znowu i złożył palce w piramidkę.

– Krótko mówiąc, Drumknott, pewna doza zdrowego rozbójnictwa w klasach niższych może być przyjmowana z uśmiechem, jeśli nie wręcz aktywnie promowana, dla zdrowia miasta. Jak jednak powinniśmy reagować, kiedy przestępstwami zajmuje się ktoś wysoko urodzony i bogaty? Jeśli człowiek ubogi spędzi rok w więzieniu za to, że ukradnie z głodu, to jak wysoka musi być szubienica, na której zawiśnie bogacz, który łamie prawo z zachłanności?

– Chciałbym raz jeszcze zaznaczyć, panie, że sam kupuję swoje spinacze – zapewnił nerwowo Drumknott.

– Oczywiście, ale w twoim przypadku z przyjemnością stwierdzam, iż masz umysł tak nieskazitelny, że aż skrzy.

– Zachowuję paragony, panie. – Drumknott nie ustępował. – Na wypadek gdybyś chciał je obejrzeć. – Przez chwilę milczał, nim podjął: – W tej chwili komendant Vimes jest już daleko w drodze do Ramkinowego Dworu, panie. Co może się okazać szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Vetinari nie zmienił wyrazu twarzy.

– Rzeczywiście, Drumknott. Rzeczywiście…

* * *

Dwór był oddalony od miasta o pełny dzień drogi, co w terminologii woźniców oznaczało dwa dni, z postojem w zajeździe. Vimes spędził ten czas, nasłuchując tętentu kopyt wierzchowców posłańców z miasta, ścigających ich, by przekazać tak pożądane wieści o katastrofie. Zwykle Ankh-Morpork dostarczało ich praktycznie co godzinę, teraz jednak wyraźnie zawiodło swego zrozpaczonego syna w jego godzinie wegetacji.

Inne słońce zachodziło już, rzucając blask na tego konkretnego syna, kiedy powóz zatrzymał się przed bramą. Po sekundzie czy dwóch stary człowiek… bardzo stary człowiek… pojawił się znikąd i urządził prawdziwy pokaz otwierania wspomnianej bramy. Potem stanął na baczność, przepuszczając powóz, rozpromieniony świadomością dobrze spełnionego obowiązku.

Za bramą powóz się zatrzymał.

Sybil, która coś czytała, szturchnęła męża, nie podnosząc głowy znad książki.

– Zwyczajowo należy dać panu Coffinowi pensa. Za dawnych czasów mój dziadek miał w karocy mały węglowy piecyk, w teorii żeby było cieplej, ale głównie po to, żeby rozgrzewać pensy do czerwoności, a potem chwytać je jakimiś szczypcami i rzucać odźwiernemu. Podobno wszystkich to bawiło, tak przynajmniej twierdził mój dziadek, ale już tego nie robimy.

Vimes pogrzebał w sakiewce, szukając jakichś drobnych, otworzył drzwiczki powozu i wysiadł, ku zaskoczeniu rzeczonego pana Coffina, który cofnął się w gęste krzaki. Patrzył na Vimesa wzrokiem zapędzonego w pułapkę zwierzęcia.

– Dobrze się pan spisał, panie Coffin, znakomicie pan podniósł ten skobel, świetna robota.

Chciał wręczyć staruszkowi monetę, ale pan Coffin cofnął się jeszcze dalej, budząc wrażenie, że lada chwila rzuci się do ucieczki. Vimes cisnął monetę w powietrze, a przerażony staruszek złapał ją, splunął na nią sprawnie i rozpłynął się w roślinności. Vimesowi zdawało się, że nie był zadowolony z braku syknięcia.

– Jak dawno twoi krewni przestali rzucać służącym gorące pieniądze? – zapytał, kiedy wrócił na miejsce, a powóz ruszył dalej.

Sybil odłożyła książkę.

– Mój ojciec kazał tego zaniechać. Mama się skarżyła. Podobnie jak odźwierni.

– No myślę.

– Nie, Sam. Oni się skarżyli, że ten zwyczaj się skończył.

– Przecież to poniżające!

– Tak, Sam. Wiem. – Sybil westchnęła. – Ale rozumiesz, to także dodatkowy dochód. Za czasów mojego pradziadka, jeśli ruch był duży, odźwierny mógł zarobić nawet sześć pensów dziennie. A że staruszek był niemal permanentnie nasączony rumem i brandy, często rzucał nawet dolara. Wiesz, takiego prawdziwego, staromodnego dolara z litego złota. Za coś takiego człowiek mógł swobodnie przeżyć rok, zwłaszcza tutaj.

– No tak, ale… – zaczął Vimes, lecz żona uciszyła go uśmiechem.

Na takie okazje miała specjalny uśmiech: ciepły, przyjazny i wykuty z kamienia. Człowiek musiał przerwać dyskusje o polityce, bo mógł się z nim zderzyć, nie powodując żadnych strat dla nikogo prócz siebie. Rozsądnie, z mądrością zyskaną na dobrze przećwiczonych lekcjach, Sam Vimes ograniczył się do wyglądania przez okno.

Kiedy brama została już daleko w tyle, w gasnącym świetle dnia Vimes zaczął się rozglądać za wielkim domem, który powinien chyba stać w samym środku tego wszystkiego. Nie znalazł go, dopóki nie przeturkotali długą aleją drzew przez coś, co jakiś nędzny poeta nazwałby pewnie „łąką szmaragdową” z białymi punktami, będącymi – jak uznał Vimes – prawie na pewno owcami, przez wymanikiurowany lasek, za którym dotarli do mostu, jaki nawet w mieście nie byłby nie na miejscu3. Most spinał brzegi czegoś, co Vimes uznał początkowo za ozdobne jeziorko, a co okazało się bardzo szeroką rzeką. Kiedy przejeżdżali nad nią z godnością, zobaczył dużą łódź poruszającą się po wodzie jakimś nieznanym sposobem, który jednak – sądząc po zapachu, kiedy ich mijała – miał coś wspólnego z bydłem.

W tym momencie odezwał się Młody Sam.

– Te panie nie mają żadnych ubrań! Czy chcą sobie popływać?

Vimes z roztargnieniem kiwnął głową, ponieważ dziedzina nagich dam nie należała do tematów, o których chciałby dyskutować z sześcioletnim chłopcem. Poza tym cały czas obserwował łódź; woda pieniła się wokół niej, a marynarze na pokładzie wykonali coś, co zapewne było tradycyjnym marynarskim gestem, w stronę lady Sybil, choć możliwe, że w stronę jednej z nagich dam.

– To rzeka, prawda? – zapytał.

– Tak, Quire – potwierdziła lady Sybil. – Zbiera wody z prawie całej krainy oktarynowych traw i wpada do morza w Quirmie. O ile jednak sobie przypominam, większość ludzi nazywa ją Zdradziecką Staruchą. Ma swoje humory. Ale pamiętam, że jako dziecko lubiłam te małe rzeczne stateczki. Naprawdę były ładne.

Powóz zaturkotał na drugim końcu mostu i ruszył długim podjazdem do… tak jest, do wiejskiego domu, nazywanego tak zapewne dlatego, zdaniem Vimesa, że był wielkości sporej wsi. Niewielkie stadko saren czekało na trawniku, a wielkie stado ludzi zebrało się przy tym, co najwyraźniej było frontowymi drzwiami. Ustawili się w dwa rzędy, jak na weselu. Tworzyli coś w rodzaju gwardii honorowej, a musiało się ich tu zjawić ze trzysta osób, od ogrodników do lokajów. Wszyscy próbowali się uśmiechać, choć nie wychodziło im to dobrze. Przypominali Vimesowi paradę Straży Miejskiej.

Dwaj lokaje zderzyli się ze sobą, próbując ustawić stopień przy drzwiczkach powozu, a Vimes całkiem zmarnował okazję, wysiadając po drugiej stronie i sprowadzając za sobą lady Sybil.

Pośrodku nerwowego tłumu zauważył przyjazną twarz. Należała do Willikinsa, kamerdynera i ogólnego zaufanego sługi z miasta. W jego kwestii Vimes okazał się nieugięty: skoro ma wyjechać na wieś, zabiera ze sobą Willikinsa. Przecież, jak tłumaczył żonie, Willikins nie jest policjantem, więc to jednak nie to samo co zabieranie pracy na wakacje. I to była prawda. Willikins absolutnie nie był policjantem, ponieważ większość policjantów nie ma pojęcia, jak załatwić kogoś rozbitą butelką, nie kalecząc sobie przy tym rąk, albo jak z typowych przyrządów kuchennych stworzyć broń o ograniczonym, ale specyficznym działaniu niszczącym. Willikins miał przeszłość, która ujawniała się, kiedy przychodziło mu kroić indyka. Teraz Młody Sam, widząc jego poznaczoną bliznami, ale znajomą twarz, przebiegł przed rzędem niepewnych służących i objął kolana kamerdynera. W odpowiedzi Willikins podniósł chłopca, przytrzymał głową w dół, a potem zakręcił nim, po czym delikatnie postawił na ziemi. Cały ten proces jak zawsze dostarczył sześciolatkowi wielkiej radości. Vimes ufał Willikinsowi. A mało komu potrafił zaufać. Wieloletnia praca w policji sprawia, że człowiek staje się w tej kwestii dość wybredny.

Pochylił się do żony.

– Co mam teraz robić? – szepnął, gdyż szeregi tych niespokojnych półuśmiechów zaczynały go denerwować.

– Co tylko zechcesz, skarbie – odparła. – Ty tu jesteś szefem. Przyjmujesz paradę straży, prawda?

– Tak, ale wtedy wiem, kto jest kim, jaki ma stopień i wszystko! W mieście nigdy nie byłem w takiej sytuacji!

– Owszem, kochanie, ale to dlatego, że w Ankh-Morpork wszyscy znają komendanta Vimesa.

No dobrze… Przecież to nie może być zbyt trudne…

Podszedł do mężczyzny w wystrzępionym słomkowym kapeluszu, z łopatą w ręku oraz – kiedy Vimes się zbliżył – w stanie tłumionego przerażenia, większego nawet niż u samego komendanta.

Vimes wyciągnął rękę. Mężczyzna wyglądał, jakby jeszcze nigdy w życiu niczego takiego nie widział.

– Witam, jestem Sam Vimes – zdołał powiedzieć Vimes. – A pan kim jest?

Człowiek, do którego się zwrócił, rozejrzał się przerażony, szukając pomocy, wsparcia, porady albo ucieczki, jednak bezskutecznie. W tłumie zaległa śmiertelna cisza.

– William Butler, wasza łaskawość – przedstawił się w końcu. – Jeśli wasza łaskawość nie ma nic przeciw temu.