ValisTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Valis
Valis
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 153,04  122,43 
Valis
Valis
Audiobook
Czyta Phil Gigante
115,14 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Lech Jęczmyk


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 2012

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Zdrowy małż nie rodzi perły

Valis wraz z Bożą inwazją i Transmigracją Timothy’ego Archera to trzy ostatnie powieści Dicka, które nazwał on „Trylogią Valisa”, choć nie mają ze sobą nic wspólnego. To dla niego nietypowe, bo na ogół jego powieści są bardzo jednorodne. Niektórzy pisarze czy malarze podchodzą do każdego dzieła z osobna, eksperymentują z formą, są jak ludzie biegający po polu literatury lub sztuk plastycznych i kopiący wiele dołków w różnych miejscach. Dick, podobnie jak Dostojewski czy w malarstwie Braque, przez całe życie kopał jedną studnię. Po jego śmierci pisał Frederick Pohl: „Dzieło Phila zawsze wydawało mi się niemalże jedną ogromną sagą, z której co jakiś czas odcinał mniej lub bardziej przypadkowe fragmenty i publikował je jako powieści i opowiadania, a teraz koniec z sagą i nigdy już nie będziemy wiedzieli, jak się kończyła”. To bardzo trafna uwaga kolegi pisarza, bo zakończenia wielu powieści Dicka sprawiają wrażenie sztucznie doklejonych, jakby autor powiedział sobie „mógłbym to jeszcze pisać przez rok, ale kończy mi się kasa i muszę coś wysłać do wydawnictwa”. Pisarz czuł już wtedy oddech śmierci na karku, mówił, że zbliża się do momentu, kiedy koszty są wyższe od zysków, i tworzył z gorączkową szybkością. Każdą z tych trzech powieści napisał, jak mówi mieszkająca z nim wtedy Doris Sauter, w osiem do dwunastu dni. Valis powstał w ciągu dwunastu. Wiele osób dłużej przepisywałoby tę książkę na maszynie, ale Dick znany był z błyskawicznego pisania.

Jest to najbardziej autobiograficzna z jego powieści. Pierwsze siedem rozdziałów relacjonuje niezwykłe zdarzenie, które stało się jego udziałem w marcu 1974 roku, kiedy to trafił go w głowę różowy promień, powodując zmiany w jego świadomości, podobno poszerzając wiedzę, a nawet zmieniając upodobania smakowe. Do końca życia Dick zastanawiał się, co to było, i zapisywał swoje wnioski w stosach odręcznych notatek, które nazwał Tractates Cryptica Scriptura, a w skrócie Egzegezą. Próbował różnych kluczy, od ortodoksyjnego judaizmu do gnostycyzmu esseńczyków, dopuszczał też myśl, że był to jakiś epizod psychotyczny, ale zawsze odrzucał tę hipotezę jako niewystarczającą. Dick nigdy nie twierdził, że znalazł odpowiedź, zawsze szukał, zastanawiał się nawet, czy promień nie został wystrzelony z sowieckiego satelity szpiegowskiego (był to czas, kiedy Amerykanów straszono rzekomą przewagą technologiczną Związku Radzieckiego). Nie zrozumieli tej hipotetyczności niektórzy polscy czytelnicy, którzy uznali tę powieść za wykład gnozy, a tłumacza za lokalnego proroka świętego Dicka.

Valisa można odbierać bardzo różnie. Lawrence Sutin, autor znakomitej, połączonej z omówieniem twórczości biografii pisarza, w swojej klasyfikacji daje tej powieści dziesięć punktów, notę najwyższą, jaką dostały jeszcze tylko Trzy stygmaty Palmera Eldritcha. A znakomita pisarka Ursula Le Guin stwierdziła, że to objaw szaleństwa. Również Norman Spinrad, przyjaciel Dicka w ostatnim okresie jego życia, w zbiorze artykułów Science Fiction in the Real World mówi o „poślednich utworach w rodzaju Valisa czy Bożej inwazji”.

Zgadzam się w stu procentach ze Spinradem co do tego, że Dick jest największym (może jedynym) geniuszem w literaturze science fiction. Jest też jednym z największych pisarzy drugiej połowy dwudziestego wieku w całej literaturze. Zgadzam się też ze Spinradem w wyborze najwybitniejszych (i najsłabszych) książek Dicka. Nie zgadzam się natomiast stanowczo z deprecjacją dwóch powieści z ostatniego okresu twórczości Dicka: Valisa i Bożej inwazji. Spinrad wymienia je jednym tchem z tak zwaną Egzegezą, masą automatycznie pisanych, jak twierdził Dick, notatek będących niewątpliwie produktem wysoce rozchwianego umysłu. Tylko że Spinrad, sumarycznie odrzucając te książki, nie zadał sobie trudu, żeby zbadać różnicę między gorączkowym chaosem Egzegezy a logiczną, podporządkowaną rygorom pisarstwa konstrukcją powieści. Na tym polega cud twórczości artystycznej, że z chaosu potrafi stworzyć porządek. Dlatego artystę nazywamy twórcą, bo naśladuje w tej kwestii Najwyższego, który stworzył świat z pierwotnego chaosu.

Tłumacząc powieść Valis, miałem okazję porównać Dodatek Tractates Cryptica Scriptura (Dick wśród licznych omamów miał i ten, że zna łacinę) z zapiskami z Egzegezy. Otóż Dick nie cytował swoich notatek, ale zmienił je, przetworzył, podporządkował logice dzieła literackiego. Czy tak postępuje wariat? Nie, tak postępuje zwariowany artysta do końca wierny swej sztuce. Czy zwróciliście uwagę na naszych braci alkoholików? Ci ludzie przepijają wszystko – małżeństwo, miłość, majątek, duszę nieśmiertelną. Ostatnią rzeczą, jakiej się trzymają, jest ich praca zawodowa, zwłaszcza jeśli są artystami.

W powieści Przez ciemne zwierciadło bohaterem jest policjant, który służbowo wchodzi w środowisko narkomanów i sam pada ofiarą dragów. Już jest wrakiem, ludzkim łachmanem, nie potrafi sklecić zdania, ale w decydującej chwili dostarcza kluczowego dowodu. Jak żołnierz, który ginie, ale wykonuje zadanie. Tacy są też artyści. Pośmiertna sława jest ich orderem przypiętym do sztandaru na trumnie.

Spinrad przytacza historię o Ursuli Le Guin, która przeczytawszy w Bożej inwazji rozmowy Konioluba Grubasa z Philipem Dickiem, publicznie wygłosiła opinię, że Dick zwariował. Na co ten odpowiedział spokojnie: Ursula, zapominasz, że Koniolub Grubas to postać fikcyjna. Nic dodać, nic ująć. A gdyby Ursula przeczytała ten fragment na spokojnie, przekonałaby się, że kiedy Dick z przyjaciółmi wsiadają do samochodu, to Koniolub Grubas, który – dla nie znających powieści – jest projekcją umysłu Dicka, nie wymaga dodatkowego miejsca. Kolego Spinrad! Pani Ursulo! Czy tak pisze wariat?

To prawda, że Dick nie chciał wyprowadzić się z nory, w której mieszkał, bo twierdził, że Bóg zna już ten adres. Ale jeżeli oszalał, to jak wytłumaczyć, że jego ostatnia powieść, napisana zaraz po Bożej inwazji, poświęcona wprawdzie niewątpliwemu wariatowi, jakim był episkopalny biskup Pike, jest najnormalniejszą w jego twórczości powieścią realistyczną? Biskup Pike za swoje herezje został wyrzucony z cechu biskupów, Philip Dick nie został wyrzucony i nigdy nie zostanie wyrzucony z cechu pisarzy.

Wielki fizyk Ernest Rutherford, oceniając teorię jednego z młodszych kolegów, zastanawiał się, czy jest wystarczająco szalona, żeby być prawdziwa. Jeżeli tak jest w fizyce, to co dopiero mówić o sztuce. Fizycy i matematycy przeżywają taki błysk szaleństwa, pozwalający spojrzeć za kulisy świata, zwykle tylko raz w życiu, i to we wczesnej młodości. Rzecz w tym, żeby ten błysk przekazać innym. Matematycy i fizycy mają do tego swoje wzory, muzycy – nuty, mistycy posługują się metaforą lub aluzją. Poezja jest specjalnie do tego stworzonym językiem, a stosunkowo najtrudniej jest to zrobić w prozie, językiem tak bardzo obciążonym codziennymi, bytowymi znaczeniami. Sztuka polega na tym, żeby wychylić się jak najdalej poza granicę naszego świata, nie tracąc z nim kontaktu. Ci, którzy wychylą się za daleko, wypadają z naszego świata, posługują się językiem dla nas niezrozumiałym i nazywamy ich wariatami (nie wiem, jak to jest w języku politycznej poprawności – może „komunikatywnymi inaczej”?).

Dick bywał nieodpowiedzialny, kiedy ćpał bez pamięci (wówczas w Kalifornii nikt nie informował, że „poszerzanie świadomości” skraca życie), sprowadzał do domu podejrzane typy, zakochiwał się i żenił, zwłaszcza kiedy się żenił. Ale kiedy siadał do pisania, kontrolował swoje szaleństwo, rozkładał narzędzia i stawał się majstrem w swoim zawodzie.

Tylko czy Dick byłby tym, kim był, gdyby jego talent pisarski nie był podłączony do szaleństwa? Współczesny autor amerykański Chuck Palahniuk (swoją drogą też niezły kawał wariata) tak pisze o Paganinim, „prawdopodobnie najlepszym skrzypku wszystkich czasów”: „Dręczyła go gruźlica, syfilis, zapalenie kości szczęki, biegunka, hemoroidy i kamica nerkowa. Zatrucie rtęcią, którą doktorzy leczyli go na syfilis, spowodowało, że wypadły mu zęby. Jego skóra przybrała ołowianą barwę. Stracił włosy. Paganini był chodzącym trupem, ale kiedy brał do ręki skrzypce, wykraczał poza to, co ludzkie”.

Cierpiał też na zespół Ehlersa-Danlosa, wrodzone schorzenie powodujące zwiększoną ruchomość stawów.

Francisco Goya otruł się ołowiem ze swoich jaskrawych farb, które nakładał palcami. Encefalopatia, głuchota, depresja i szaleństwo. I wspaniałe obrazy.

Charles Méryon, znakomity francuski rytownik, który popadł w schizofrenię i skończył w domu dla obłąkanych. Realistyczne, drobiazgowe przedstawienie gmachu Ministerstwa Żeglugi, tyle że z nieba wypada banda rozwrzeszczanych demonów.

Théodore Géricault, autor Tratwy Meduzy, obrazu, którego nie sposób zapomnieć, żeby przedstawić zmarłych i umierających z głodu i pragnienia rozbitków, spędzał całe dnie w szpitalach i kostnicach. Oszalał i popełnił samobójstwo tuż po trzydziestce. Obraz został.

A Jonathan Swift ze swoim zespołem Ménière’a? A nasz Chopin dręczony chorobą? Tak można bez końca. Wszystko to byli ludzie chorzy i nieznośni, nie daj Boże mieć takiego w rodzinie albo za sąsiada. Ale to jest cena za geniusz. Bo zdrowy małż nie rodzi perły, panie Spinrad, pani Ursulo.

 

Tak, nadmiar szaleństwa zrywa kontakt między szalonym artystą a normalnym odbiorcą. Zawsze jest ryzyko, że szaleństwo wymknie się spod kontroli mistrzostwa i otrzymamy bełkot. W powieściach Valis i Boża inwazja Dick niebezpiecznie, brawurowo zbliża się do powierzchni lustra, ale nie przechodzi na drugą stronę. Przysyła nam zrozumiałe komunikaty z niezrozumiałego świata. Biegnie po ostrzu. Nie ma większej sztuki w sztuce.

Dick zdawał sobie sprawę, na co się porywa. W zbiorze The Golden Man z roku 1980 pisał: „Science fiction jest dziedziną buntu przeciwko akceptowanym poglądom i instytucjom, przeciwko wszystkiemu, co jest. W tym, co piszę, podaję w wątpliwość nawet wszechświat: zastanawiałem się na głos, czy on naprawdę istnieje i […] czy my istniejemy naprawdę. Nie oszczędziłem więc niczego”.

Lech Jęczmyk

Dla Russella Galena,

który wskazał mi właściwą drogę

VALIS (skrót od Vast Active Living Intelligence System, czyli Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny, z amerykańskiego filmu) – turbulencja w polu rzeczywistości, w której tworzy się spontaniczne, samokontrolujące się negentropijne zawirowanie dążące stopniowo do podporządkowania sobie otoczenia i wykorzystania go do tworzenia zestawów informacji.

Charakteryzuje się pozorną świadomością, celowością, inteligencją, rozwojem i swoistą koherencją.

Wielka Encyklopedia Sowiecka, wydanie szóste, 1992


1

Koniolub Grubas załamał się nerwowo w dniu, kiedy zatelefonowała do niego Gloria z pytaniem, czy ma nembutal. On spytał, po co jej to potrzebne, a ona powiedziała, że chce się zabić. Dzwoniła po wszystkich znajomych. Miała już pięćdziesiąt pigułek, ale potrzebowała jeszcze trzydziestu albo czterdziestu, żeby uzyskać całkowitą pewność.

Koniolub Grubas natychmiast doszedł do wniosku, że to jest jej sposób na zwrócenie się o pomoc. Grubas latami łudził się, że może komuś pomóc. Jego psychiatra powiedział mu kiedyś, że jeśli chce się wyleczyć, musi zrobić dwie rzeczy: rzucić narkotyki (czego nie zrobił) i nie próbować już pomagać ludziom (nadal próbował).

Faktem jest, że nie miał nembutalu. Nie miał żadnych środków nasennych, bo nigdy ich nie zażywał. Brał środki pobudzające. Dlatego nie mógł dać Glorii pigułek, za pomocą których mogłaby popełnić samobójstwo. Zresztą gdyby je miał, też by jej nie dał.

– Mam dziesięć – skłamał, bo gdyby powiedział prawdę, odłożyłaby słuchawkę.

– W takim razie przyjadę do ciebie – odpowiedziała Gloria racjonalnym, spokojnym tonem, takim samym, jakim pytała o pigułki.

Wtedy Grubas zrozumiał, że ona nie szuka pomocy, że ona chce umrzeć. Kompletnie szalona. Gdyby była przy zdrowych zmysłach, zdawałaby sobie sprawę, że musi ukryć swój zamiar, bo w ten sposób czyniła Grubasa współwinnym zabójstwa. Żeby się zgodzić, musiałby chcieć jej śmierci. Ani on, ani nikt inny nie miał powodu, żeby tego pragnąć. Gloria była osobą miłą i kulturalną, ale łykała masę prochów. Nie ulegało wątpliwości, że przez ostatnie pół roku, kiedy nie miał od niej wiadomości, prochy zrujnowały jej mózg.

– Gdzie się podziewałaś? – spytał Grubas.

– Byłam w szpitalu Syjon w San Francisco. Próbowałam popełnić samobójstwo i matka mnie tam oddała. Wypisali mnie w zeszłym tygodniu.

– Wyleczyli cię?

– Tak – powiedziała.

Wtedy właśnie Grubas zaczął wariować. Wówczas tego nie wiedział, ale został wciągnięty w nie mającą nazwy psychologiczną grę bez wyjścia. Gloria Knudson zniszczyła nie tylko swój mózg, ale i jego, swojego przyjaciela. Pewnie mimochodem, za pomocą podobnych rozmów telefonicznych, zniszczyła sześć albo siedem innych osób, które były jej przyjaciółmi. Niewątpliwie zniszczyła również matkę i ojca. Grubas słyszał w jej racjonalnym tonie nutę nihilizmu, pogłos pustki. Nie miał do czynienia z człowiekiem, miał na drugim końcu linii wyładowanie łukowe.

Nie wiedział wtedy, że utrata zmysłów bywa czasami najwłaściwszą reakcją na rzeczywistość. Słuchanie, jak Gloria racjonalnie prosi o śmierć, było wdychaniem zarazków. Była to chińska pułapka na palec, z której im energiczniej człowiek stara się uwolnić, tym mocniej ona się zaciska.

– Gdzie teraz jesteś? – spytał.

– W domu rodziców. W Modesto.

Ponieważ on mieszkał w hrabstwie Marin, dzieliło ją od niego kilka godzin jazdy. Niewiele powodów mogłoby go zmusić do takiej wyprawy. To był jeszcze jeden dowód szaleństwa – trzy godziny jazdy w jedną stronę po dziesięć pigułek nembutalu. Czy nie lepiej sprzedać samochód? Gloria nie popełniała swego irracjonalnego czynu w sposób racjonalny. Dzięki ci, Timie Leary1, pomyślał Grubas. I twojej propagandzie radości z rozszerzenia świadomości przez narkotyki.

Grubas nie wiedział, że jego własne życie jest podobnie zagrożone. Był rok 1971. W 1972 znajdzie się na północy, w Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie samotny, bez grosza przy duszy i przestraszony w obcym mieście będzie usiłował popełnić samobójstwo. Teraz ta wiedza była mu oszczędzona. Chciał jedynie ściągnąć Glorię do hrabstwa Marin, żeby jej pomóc. Jedną z największych łask Boga jest to, że trzyma nas w ciągłej niewiedzy. W roku 1976 kompletnie oszalały z rozpaczy Koniolub Grubas podetnie sobie żyły (próba samobójstwa w Vancouver była nieudana), połknie czterdzieści dziewięć tabletek skoncentrowanego wyciągu z naparstnicy i zamknie się w garażu, zapuściwszy silnik samochodu. Też mu się nie uda. Cóż, ciało rozporządza mocami nie znanymi umysłowi. Umysł Glorii jednak miał pełną kontrolę nad jej ciałem, ona była racjonalnie szalona.

Większość szaleństw można utożsamić z dziwacznością i teatralnością. Człowiek wkłada garnek na głowę, owija się ręcznikiem w pasie, maluje się na fioletowo i wychodzi na ulicę. Gloria natomiast była jak zawsze spokojna, uprzejma i kulturalna. Gdyby żyła w starożytnym Rzymie albo w Japonii, nikt by nic nie zauważył. W swojej wyprawie po dziesięć pigułek nembutalu zatrzymywała się na każdym czerwonym świetle i nie przekraczała dozwolonej prędkości.

Koniolub Grubas to ja, piszę to w trzeciej osobie, żeby uzyskać niezbędny dystans. Nie byłem zakochany w Glorii Knudson, ale ją lubiłem. W Berkeley ona i jej mąż wydawali eleganckie przyjęcia, a my z żoną zawsze byliśmy zapraszani. Gloria godzinami przygotowywała małe kanapki i podawała różne wina, elegancko się ubierała i wyglądała uroczo z krótko przystrzyżonymi włosami piaskowego koloru.

Tak czy inaczej Koniolub Grubas nie miał dla niej nembutalu i tydzień później Gloria rzuciła się z dziesiątego piętra ośrodka Synanonu w Oakland w Kalifornii i roztrzaskała się na chodniku bulwaru MacArthura, Koniolub Grubas zaś powoli i niezauważalnie staczał się w nędzę i chorobę, w ten rodzaj chaosu, jaki zdaniem astrofizyków czeka cały wszechświat. Grubas wyprzedzał swój czas, wyprzedzał wszechświat. W końcu zapomniał, jakie wydarzenie zapoczątkowało jego osuwanie się w entropię. Bóg w łaskawości swojej zasłania przed nami nie tylko przyszłość, ale i przeszłość. Dowiedziawszy się o śmierci Glorii, przez dwa miesiące płakał, oglądał telewizję i dalej łykał prochy. Jego mózg też się rozsypywał, ale on tego nie wiedział. Dobroć Boga jest nieograniczona.

Nawiasem mówiąc, rok wcześniej własna żona Grubasa odeszła w chorobę umysłową, szerzyło się to jak zaraza. Nikt nie potrafił powiedzieć, ile w tym było winy narkotyków. Ten czas w Ameryce, lata sześćdziesiąte, i to miejsce, nad Zatoką San Francisco w północnej Kalifornii, były kompletnie popieprzone. Mówię wam to z przykrością, ale to fakt. Żadna wymyślna terminologia ani zawiłe teorie nie mogą tego ukryć. Władze były równie pomylone jak ci, których ścigały. Chciały pozamykać wszystkich, którzy się jakkolwiek wychylali. Władze były przepełnione nienawiścią. Na Grubasa też policjanci patrzyli wzrokiem wściekłych psów. W dniu, kiedy czarną marksistkę Angelę Davis przeniesiono z więzienia hrabstwa Marin, władze zlikwidowały ośrodek kultury. Żeby zaskoczyć radykałów, którzy chcieliby rozpętać zamieszki. Unieruchomiono windy, na drzwiach zawieszono fałszywe informacje, prokurator okręgowy wyjechał. Grubas był świadkiem tego wszystkiego. Wybrał się tego dnia do ośrodka kultury, żeby zwrócić książkę do biblioteki. W wejściu była elektroniczna bramka i dwaj gliniarze przetrząsali książkę i papiery, które Grubas miał przy sobie. Był zdumiony. Cały ten dzień go zdumiewał. W stołówce inny uzbrojony gliniarz nadzorował jedzących. Grubas wrócił do domu taksówką, bojąc się własnego samochodu, i zastanawiał się, czy zwariował. Zwariował, ale wszyscy inni też.

Jestem z zawodu pisarzem science fiction i robię w fantazjach. Całe moje życie jest fantazją. A jednak Gloria Knudson leży w urnie w Modesto w Kalifornii. Mam w albumie zdjęcie jej wieńców pogrzebowych. Zdjęcie jest kolorowe, możecie więc zobaczyć, jakie to były ładne wieńce. W tle widać zaparkowanego volkswagena. Ja wciskam się do volkswagena w połowie ceremonii, bo nie mogę już dłużej wytrzymać.

Po pogrzebie były mąż Glorii, Bob, ja oraz jakiś zapłakany przyjaciel jego i jej poszliśmy na późny lunch do eleganckiej restauracji niedaleko cmentarza w Modesto. Kelnerka posadziła nas w najdalszym kącie, bo wszyscy trzej wyglądaliśmy jak hipisi, mimo że byliśmy w garniturach i krawatach. Guzik nas to obchodziło. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Poprzedniej nocy Bob i ja… to znaczy Bob i Koniolub Grubas… pojechaliśmy do Oakland zobaczyć film Patton. Przed samym pogrzebem Grubas poznał rodziców Glorii. Podobnie jak ich zmarła córka, traktowali Grubasa niezwykle uprzejmie. Grupa przyjaciół Glorii stała w kiczowatym saloniku w westernowym stylu, wspominając osobę, która ich łączyła. Rzecz jasna pani Knudson miała zbyt mocny makijaż. Kobiety zawsze tak robią, kiedy ktoś im umiera. Grubas głaskał kota nieboszczki, który zwał się Przewodniczący Mao. Wspominał te kilka dni, które Gloria spędziła u niego, kiedy przyjechała po nembutal, którego on nie miał. Ujawnienie jego kłamstwa przyjęła spokojnie, a nawet obojętnie. Kiedy człowiek szykuje się na tamten świat, nie przejmuje się drobiazgami.

– Zażyłem je – powiedział Grubas, piętrząc kłamstwo na kłamstwie.

Postanowili pojechać na plażę, wielką, oceaniczną plażę na przylądku Point Reyes. Pojechali volkswagenem Glorii i ona prowadziła (Grubasowi nigdy nie przeszło przez myśl, że pod wpływem impulsu mogłaby rozwalić jego, siebie i samochód). Godzinę później siedzieli na piasku, paląc marychę.

Grubasa najbardziej ze wszystkiego interesowało, dlaczego ona chce się zabić.

Gloria miała na sobie sprane dżinsy i podkoszulek z wyszczerzoną gębą Micka Jaggera na froncie. Piasek był tak przyjemny, że zdjęła pantofle, i Grubas zauważył, że ma nienaganny pedicure i pomalowane na różowo paznokcie. Umiera tak, jak żyła, pomyślał.

– Ukradli mi konto bankowe – powiedziała.

Po chwili wywnioskował z jej potoczystej, pogodnej opowieści, że żadnych „onych” nie było. Gloria roztoczyła przed nim panoramę totalnego i niezłomnego szaleństwa, lapidarnego w swojej konstrukcji. Wypełniła wszystkie szczegóły, używając narzędzi logicznych nie ustępujących precyzją narzędziom dentystycznym. W jej historii nie było najmniejszej szczeliny, żadnego błędu, poza, oczywiście, podstawowym założeniem. Polegało ono na tym, że wszyscy jej nienawidzą, że chcą ją wykończyć i że ona jest pod każdym względem bezwartościowa. W miarę jak mówiła, zaczęła znikać. Patrzył, jak odchodzi, było to zdumiewające. Gloria z każdym swoim odmierzonym słowem wykreślała się z życia. Był to racjonalizm w służbie… hmm, pomyślał… w służbie niebytu. Jej umysł stał się jedną wielką, znakomitą gumką do wycierania. Jedyne, co z niej pozostało, to był zezwłok, jej nie zamieszkane ciało.

Ona już nie żyje, uświadomił sobie tamtego dnia na plaży.

Kiedy wypalili całą trawkę, poszli na spacer, wymieniając uwagi na temat wodorostów i wysokości fal. Nad ich głowami skrzeczały mewy, szybując jak frisbee. Tu i ówdzie siedzieli lub spacerowali jacyś ludzie, ale w sumie plaża była prawie pusta. Tablice ostrzegały o niebezpiecznych prądach. Grubas za nic nie mógł zrozumieć, dlaczego Gloria po prostu nie rzuci się w fale. Nie miał dostępu do tego, co działo się w jej głowie. Potrafiła myśleć o nembutalu, który był jej potrzebny albo tak jej się wydawało.

– Mój ulubiony album Grateful Dead to Workingman’s Dead – powiedziała w pewnym momencie Gloria. – Myślę jednak, że nie powinni zachęcać do zażywania kokainy. Dużo dzieciaków słucha rocka.

 

– Oni wcale do tego nie zachęcają. Piosenka jest tylko o kimś, kto zażywał kokainę. I ona go pośrednio zabiła, bo wykoleił pociąg.

– Ale ja dlatego zaczęłam się bać – powiedziała Gloria.

– Z powodu Grateful Dead?

– Dlatego – powiedziała Gloria – że wszyscy chcieli, abym zaczęła to robić. Mam już dosyć robienia tego, czego chcą inni.

– Nie zabijaj się – prosił Grubas. – Zamieszkaj ze mną. Jestem zupełnie sam. I naprawdę cię lubię. Przynajmniej spróbuj przez jakiś czas. Ja i moi przyjaciele przewieziemy twoje bagaże. Jest masa rzeczy, które możemy robić, chodzić gdzieś, tak jak dzisiaj na plażę. Czy tu nie jest ładnie?

Gloria nic na to nie odpowiedziała.

– Czułbym się okropnie przez resztę życia, gdybyś to zrobiła – powiedział Grubas. W ten sposób, jak sobie później uświadomił, podsuwał jej niewłaściwe powody do życia. Miała żyć ze względu na innych. Gdyby myślał latami, nie mógłby wymyślić gorszego argumentu. Lepiej było najechać na nią volkswagenem. To dlatego telefonów zaufania dla kandydatów na samobójców nie mogą obsługiwać głąby. Grubas przekonał się o tym później w Vancouver, kiedy sam był w nastroju samobójczym i zadzwoniwszy do Centrum Kryzysowego Kolumbii Brytyjskiej, otrzymał fachową poradę. Nie przypominało to w niczym tego, co on powiedział Glorii tamtego dnia na plaży.

– Chciałabym dziś u ciebie przenocować – powiedziała Gloria, zatrzymując się, żeby strącić ze stopy przyklejone kamyki.

Grubas mimowolnie pomyślał o seksie.

– Bomba – rzekł, bo takim językiem się wtedy posługiwał. Kontrkultura rozporządzała bogatym zbiorem wyrażeń, które znaczyły właściwie tyle co nic. Grubas splatał z nich całe wiązanki. Zrobił tak i teraz w fałszywym przekonaniu, że oto uratował życie przyjaciółce. Zdolność oceny sytuacji, która nigdy nie była jego mocnym punktem, spadła na rekordowo niski poziom. Życie dobrej osoby wisiało na włosku, Grubas trzymał ten włosek i myślał tylko o tym, żeby mu się udało.

– Kumam wszystko – bełkotał, idąc z Glorią po plaży. – Odlotowo.

Kilka dni później Gloria nie żyła. Spędzili tę noc razem, śpiąc w ubraniach i nie kochając się. Nazajutrz po południu Gloria odjechała. Oficjalnie po to, żeby zabrać swoje rzeczy z domu rodziców w Modesto. Nie zobaczył jej już nigdy. Przez kilka dni czekał na nią daremnie, aż pewnej nocy zadzwonił telefon i odezwał się jej były mąż, Bob.

– Gdzie teraz jesteś? – spytał Bob.

Pytanie zadziwiło Grubasa. Był w domu, tam gdzie był jego telefon, w kuchni. Głos Boba brzmiał normalnie.

– Jestem tutaj – odpowiedział Grubas.

– Gloria popełniła dziś samobójstwo – powiedział Bob.

Mam zdjęcie Glorii z Przewodniczącym Mao w ramionach. Gloria klęczy roześmiana i oczy jej błyszczą. Przewodniczący Mao próbuje się uwolnić z uścisku. Z lewej strony widać fragment choinki. Na odwrocie zdjęcia pani Knudson napisała swoim czytelnym pismem: „Oto jej wdzięczność za naszą miłość”.

Nigdy nie udało mi się zgłębić, czy pani Knudson napisała to przed śmiercią Glorii czy po. Knudsonowie wysłali mi to zdjęcie… wysłali Koniolubowi Grubasowi to zdjęcie miesiąc po pogrzebie Glorii. Grubas napisał do nich list z prośbą o jej fotografię. Najpierw zwrócił się do Boba, który odpowiedział gniewnie: „Do czego ci potrzebne zdjęcie Glorii?” Na co Grubas nie znalazł odpowiedzi. Kiedy Grubas zmusił mnie do pisania poniższego, spytał, dlaczego według mnie Bob Langley tak się wściekał na tę prośbę. Nie wiem. Nic mnie to nie obchodzi. Może Bob wiedział, że Gloria i Grubas spędzili razem noc, i był zazdrosny. Grubas mówił nieraz, że Bob Langley był schizoidem, twierdził, że wie to od samego Boba. U schizoida brak jest korelacji między myśleniem a czuciem, cierpi na to, co nazywa się spłaszczeniem uczucia. Schizoid nie widziałby powodu, żeby czegoś takiego o sobie nie powiedzieć. Z drugiej strony podczas pogrzebu Bob schylił się i położył na trumnie Glorii różę. W tym samym czasie Grubas odczołgiwał się do volkswagena. Która reakcja była właściwa? Grubas, który płacze samotnie w zaparkowanym samochodzie, czy były mąż, który pochyla się z różą, nic nie mówi, nic nie okazuje, ale coś robi… Grubas nie przyczynił się do uświetnienia pogrzebu niczym poza bukietem kwiatów kupionym w ostatniej chwili w drodze do Modesto. Wręczył je pani Knudson, która zauważyła, że są urocze. Wybrał je Bob.

Po pogrzebie, w eleganckiej restauracji, w której kelnerka usunęła ich trójkę z widoku, Grubas spytał Boba, co Gloria robiła w Synanonie, skoro miała zabrać swoje rzeczy i wracać do hrabstwa Marin, żeby zamieszkać z nim, jak myślał.

– Carmina namówiła ją, żeby poszła do Synanonu – powiedział Bob. Carmina to była pani Knudson. – Z powodu narkomanii.

– Nie można powiedzieć, żeby jej bardzo pomogli – odezwał się Timothy, którego Grubas dotąd nie znał.

Było tak, że Gloria weszła frontowymi drzwiami do ośrodka Synanonu, a tam natychmiast się do niej zabrali. Kiedy czekała na wstępną rozmowę, ktoś, przechodząc obok niej, celowo zrobił uwagę na temat jej brzydoty. Następna przechodząca osoba poinformowała ją, że ma fryzurę jak szczurze gniazdo. Gloria zawsze miała kompleks na punkcie swoich kręconych włosów. Pragnęła mieć włosy długie i proste, jak wszyscy na świecie. Nie dowiemy się, co powiedziałby trzeci pracownik ośrodka, bo Gloria była już w drodze na dziesiąte piętro.

– Czy to są metody stosowane w Synanonie? – spytał Grubas.

– To jest technika rozbijania osobowości – wyjaśnił Bob. – Faszystowska terapia, która ukierunkowuje człowieka całkowicie na zewnątrz i uzależnia od grupy. Wtedy mogą budować nową osobowość, nie uzależnioną od narkotyków.

– Czy oni nie wiedzieli o jej manii samobójczej? – spytał Timothy.

– Oczywiście, że wiedzieli – powiedział Bob. – Gloria dzwoniła i rozmawiała z nimi. Znali jej nazwisko i wiedzieli, z jakiego powodu przyszła.

– Rozmawiałeś z nimi po jej śmierci? – spytał Grubas.

– Zadzwoniłem do nich i poprosiłem do telefonu kogoś z kierownictwa. Powiedziałem, że zabili moją żonę, na co mój rozmówca zaproponował mi, żebym tam przyjechał i nauczył ich, jak obchodzić się z samobójcami. Był bardzo poruszony. Zrobiło mi się go żal.

Usłyszawszy to, Grubas uznał, że Bob sam ma nie po kolei w głowie. Bob litował się nad ośrodkiem Synanonu. Bobowi wszystko się popieprzyło. Wszyscy byli popieprzeni, włącznie z Carminą Knudson. W całej północnej Kalifornii nie ostał się ani jeden normalny człowiek. Czas było się stąd zabierać. Jadł swoją sałatę i zastanawiał się, gdzie by tu wyjechać. Uciec do Kanady jak dezerterzy? Znał osobiście z dziesięciu ludzi, którzy wymknęli się do Kanady, żeby nie walczyć w Wietnamie. Pewnie w Vancouver spotkałby z pół tuzina znajomych. Mówią, że Vancouver to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. I jak San Francisco jest wielkim portem. Mógł zacząć życie od nowa i zapomnieć o przeszłości.

Kiedy tak siedział nad sałatą, przypomniało mu się, że Bob nie powiedział przez telefon: „Gloria popełniła samobójstwo”, tylko „Gloria dzisiaj popełniła samobójstwo”, jakby było nieuniknione, że któregoś dnia to zrobi. Może to przeważyło szalę, to przekonanie? Glorii mierzono czas, jakby zdawała test z matematyki. Kto tu był naprawdę szalony? Gloria czy on (pewnie on), czy jej były mąż, czy wszyscy w Strefie Zatoki, nie zwariowani w potocznym sensie tego słowa, ale w rozumieniu ściśle medycznym?

Przypomnijmy, że jedną z pierwszych oznak psychozy jest poczucie, że człowiek popada w psychozę. Jeszcze jedna chińska pułapka na palec. Nie można o tym myśleć, nie stając się tego częścią. Rozmyślając o szaleństwie, Koniolub Grubas stopniowo pogrążał się w szaleństwie.

Szkoda, że nie mogłem nic dla niego zrobić.

1 Tim Leary – psycholog propagujący w latach sześćdziesiątych zażywanie narkotyków.