Świat Jonesa

Tekst
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Norbert Radomski


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 2013


Na drugim planie

Świat Jonesa to ósma książka Philipa K. Dicka, a trzecia powieść science fiction w jego dorobku, po Kosmicznych marionetkach i Słonecznej loterii. Napisana w 1954 roku, wydana w 1956. Lawrence Sutin w swojej znakomicie napisanej biografii Dicka Boże inwazje przyznał Światu Jonesa cztery punkty w dziesięciopunktowej skali (tylko trzem powieściom dał najwyższą notę). Nie poddał jej też bardziej szczegółowej analizie, nie kwalifikując do najważniejszych powieści Dicka. Ale czy rzeczywiście pośród innych dzieł Dicka jest to książka drugoplanowa, mało ważna?

Nie skłaniam się ku tak niskiej ocenie Świata Jonesa. Do wielkich powieści dochodzi się stopniowo, twórczość ewoluuje. Bywają, oczywiście, literackie debiuty o znamionach arcydzieł, ale najczęściej okazują się granicą możliwości pisarza. Zwykle do arcydzieł prowadzi kręta i ciernista droga złożona z utworów nie do końca udanych, próbek będących poszukiwaniami właściwego sposobu przekazu swoich emocji, wprawek kształtujących styl i warsztat literacki. Świat Jonesa to powieść z wczesnego okresu twórczości PKD, napisana w roku, w którym zdecydował się on odejść od masowego pisania opowiadań i skupić się na tworzeniu powieści. Musiał się wiele nauczyć o konstrukcji utworu, fabuły, musiał wprowadzić więcej interakcji bohaterów, musiał się nauczyć przyjmować punkt widzenia.

Tej sztuki chyba nigdy nie opanował w stopniu doskonałym. Wiele jego powieści ma dziury w fabule, nieścisłości logiczne, widać po nich szybkość procesu twórczego, ale… no właśnie, nieodmiennie przyciągają uwagę, zachwycają oryginalnością, bogactwem pomysłów. Tych pomysłów Philip K. Dick miał pod ręką zawsze wiele. Czerpał je z obserwacji świata, z lektur, z niekiedy szalonych wizji. Pewnego razu do uruchomienia wyobraźni wystarczył mu pies ujadający na śmieciarkę – z takiej błahostki wysnuł karkołomne skojarzenia i napisał słynne opowiadanie Roog.

To często nie ludzie u Dicka są wrogami bohaterów, lecz przedmioty. Materia nieożywiona. Tu brał przykład z wielkiego prekursora SF, Henry’ego Kuttnera, którego powieść Szachowisko wymieniał wśród ulubionych lektur.

Świat Jonesa ma bardzo wiele charakterystycznych dla twórczości PKD cech, które uczyniły go jednym z najbardziej znanych i poważanych pisarzy science fiction wszech czasów. Pisarzy kultowych w wielu krajach: Polsce, Rosji, Japonii, ale nie w Stanach Zjednoczonych. We własnym kraju, kolebce nowożytnej SF, Philip K. Dick dopiero jest odkrywany dla szerszej publiczności. Amerykanie dowiadują się, że mieli pisarza, który choć kochał SF, nie był dumny z pisania fantastyki, bo marzył o wejściu do głównego nurtu literatury. Szersza publiczność odkrywa Dicka poprzez film – okazał się ten pisarz istną skarbnicą pomysłów dla X Muzy, dla Hollywood, które jest obecnie wyjałowione z dobrych i oryginalnych pomysłów i poszukuje ich po całym świecie. A przecież Dick całe życie mieszkał kilkanaście kilometrów od Fabryki Snów. Dzisiaj, na różnym etapie przygotowań, znajduje się co najmniej kilka projektów ekranizacji utworów Dicka, aczkolwiek najczęściej są to opowiadania.

Philip K. Dick był samoukiem, bardzo oczytanym, posiadającym niezwykle rozległą wiedzę z różnych dziedzin, od muzyki po filozofię, z łatwością przedzierał się przez trudne traktaty religijne czy naukowe. Pisał „szmirowatą SF”, z powodzeniem używając gadżetów fantastycznonaukowych do spekulacji na tematy religijne, polityczne, społeczne czy socjologiczne. Jedni czytają jego książki powierzchownie, śledząc wyłącznie fabułę (i do nich zalicza się przeciętny amerykański odbiorca SF), inni rozkoszują się ideami i pomysłami autora, daleko wykraczającymi poza fantastykę.

Ta dwoistość natury i twórczości Dicka to jego najbardziej rozpoznawalna cecha. Miał bliźniaczą siostrę Jane, która zmarła, mając ledwie kilka miesięcy. Tragedia ta przez lata dręczyła Dicka i wciąż do niego powracała. Całe życie nie dawało mu też spokoju pytanie o naturę rzeczywistości i prawdę o życiu. Był przekonany, że nie żyjemy w prawdziwym świecie, lecz w jego substytucie, i wszędzie doszukiwał się fałszerstw, świadectw inwigilacji, drugiego dna. Ta podejrzliwość i dociekliwość spowodowała, że wokół niego panowała atmosfera tajemniczości, sekretów, wręcz paranoi. Za wszelką cenę starał się rozerwać zasłonę i ujrzeć ten „prawdziwy” świat. Widać to w większości jego książek i komuś, kto po raz pierwszy zetknął się z pisarstwem Dicka, może się wydawać, że pisał on właściwie jedną powieść rzekę. Także przyjaciele, pisarze, znajomi Dicka wspominają go jako człowieka zamkniętego, niestabilnego, ale potrafiącego kochać do szaleństwa, obdarzonego niebywałym poczuciem humoru i o inteligencji, która powodowała, że w towarzystwie natychmiast stawał się osobowością dominującą. Nawet kiedy tylko słuchał, co inni mówią.

Przyjrzyjmy się bliżej Światu Jonesa.

Powieść zawiera kilka najbardziej eksploatowanych przez Dicka pomysłów:

1. Świat po zagładzie atomowej

Stany Zjednoczone nie zostały kompletnie zniszczone, ale liczba ludności drastycznie zmalała, poziom życia zmniejszył się, panuje bieda, zniechęcenie, ludzie głodują, nie mają pracy. Nie bardzo wiemy, jak to wygląda na innych kontynentach, ale komuniści prawdopodobnie oberwali jeszcze bardziej.

Pamiętajmy, że w połowie lat pięćdziesiątych, kiedy Dick pisał Świat Jonesa, właściwie nikt nie wątpił, że do wojny nuklearnej dojdzie, kwestią było tylko, kiedy i jaki będzie jej zasięg. Amerykanie masowo budowali schrony atomowe, czytali też science fiction, a autorzy fantastyki podsuwali im coraz to nowe scenariusze katastrofy. Trzecia wojna światowa była wówczas ulubionym tematem w fantastyce. Chyba dopiero po kryzysie kubańskim z 1962 roku, kiedy groźby Chruszczowa okazały się przesadzone i pokazano, że można konflikty rozwiązywać pokojowo i tak naprawdę do wojny na totalne wyniszczenie raczej nie dojdzie, pisarze SF tematykę katastrofy nuklearnej porzucili. Ale Dick dorastał w atmosferze ciągłego zagrożenia.

2. Mutanci

Wojna nuklearna i nieliczne ataki bakteriologiczne i chemiczne, które przeszły przez amerykańską obronę, doprowadziły do licznych mutacji i zwyrodnień w ludzkim genotypie. Mutantów spotyka się na ulicach, na jarmarkach jako dziwolągi zabawiające gawiedź. Nie ma jednak nienawiści do nich. To po prostu ofiary wojny, którym należy współczuć.

Pod tym względem powieść Dicka odstaje od innych książek SF, dając wyraz człowieczeństwu i brakowi podobnych fobii autora. Był człowiekiem bardzo tolerancyjnym wobec mniejszości religijnych czy seksualnych, co rzadko się zauważa.

3. Ameryka państwem totalitarnym

W Świecie Jonesa Stany Zjednoczone, czy ten twór, który wyłonił się z wojny, rządzone są totalitarnie, za pomocą wojska, dobrze wyposażonych służb bezpieczeństwa, a opornych zabija się lub wysyła do obozów pracy. Na potrzeby rządów nowi władcy wymyślili ideologię relatywizmu – filozofię władzy negującą wszelkie idee, których nie można udowodnić. Społeczeństwo tkwi w marazmie, brak mu celu. Wszyscy są inwigilowani, nieopatrznie wypowiedziane słowo, które relatywiści mogą uznać za odstępstwo od ideologii, karane jest surowo.

Już we wczesnych opowiadaniach i powieściach Dicka (a także w jedynym jego znanym, z rękopisu, opowiadaniu szkolnym) uwydatniły się dystopijne obawy autora, że państwo amerykańskie nie jest tworem demokratycznym, lecz policyjnym. Że obywatele są śledzeni, władzę sprawują tajne agencje, a każdy krok mieszkańców jest sterowany. Dziś właściwie możemy się dziwić przenikliwości pisarza, bo sześćdziesiąt lat temu w Stanach Zjednoczonych wolność nie była pustym słowem. Ciekawe, jak autor Świata Jonesa oceniłby obecne rządy USA, inwigilujące społeczeństwo o wiele sprawniej niż władze nazistowskie czy komunistyczne. Okazało się, że paranoja Dicka była w pełni usprawiedliwiona.

4. Narkotyki zalegalizowane

To pierwsza powieść Dicka z narkotykami. Opisuje w niej klub, w którym bohaterowie legalnie nabywają narkotyki (heroinę i marihuanę), a zażywając je, obserwują psychodeliczne przedstawienie na scenie, na której dwójka mutantów hermafrodytów kopuluje ze sobą, w trakcie stosunku zmieniając płeć. Jak na rok 1954 wizja ta jest niezwykle śmiała.

Powstanie Świata Jonesa przypada na czasy Ameryki purytańskiej, gdzie filmy były cenzurowane, narkotyki zakazane, a całowanie się w miejscach publicznych uważano za wykroczenie przeciw moralności i karano z urzędu. Dopiero gdy to sobie uświadomimy, dociera do nas potęga przekazu i odwagi tej sceny.

Dick nie eksperymentował jeszcze z narkotykami – to miało przyjść za lat kilka, tuż przed wybuchem młodzieżowego buntu i powstaniem ruchu hippisowskiego – ale stykał się już z substancjami halucynogennymi, gdyż przepisywano mu leki psychotropowe na trapiące go od czasów szkoły silne bóle głowy. Miały one przyczynę w wysokim nadciśnieniu, które ostatecznie spowodowało serię wylewów i śmierć pisarza w 1982 roku. Przypisywane mu wówczas leki zawierały pochodne amfetaminy.

 

5. Prekognicja

Stały motyw w twórczości Dicka – zawsze mamy u niego do czynienia z jednym bądź z grupą bohaterów potrafiących przewidzieć przyszłość. To pozwalało pisarzowi wprowadzić do fabuły element mącący i nieobliczalny. W Świecie Jonesa tytułowy bohater „widzi” rok do przodu. De facto jednak nie widzi on przyszłości, lecz swoją przeszłość – to jego umysł tkwi w przyszłości oddalonej o rok, a ciało przebywa w przeszłości, która dla pozostałych ludzi jest teraźniejszością. Dla Jonesa najbliższy rok jest przeszłością, w wyniku czego nie może on przeciwdziałać temu, co się stanie. Zna wydarzenia, nie ma jednak na nie wpływu. Chociaż na początku tak mu się wydaje, a ludzie natychmiast wierzą, że Jones wie, a więc może przeciwdziałać ich problemom. Ta fanatyczna wiara w możliwości prekognicyjne Jonesa w końcu stanie się jego przekleństwem.

I tak stanie się on głową nowego rządu i mesjaszem krucjaty. Szybko się jednak okaże, że znajomość przyszłości tylko o rok do przodu to zdecydowanie za mało, by poprowadzić społeczeństwo. W nadzwyczajnej zdolności Jonesa do jasnowidzenia, która doprowadzi go na szczyty władzy, tkwi też ziarno porażki, które go tej władzy pozbawi.

Jones to postać tragiczna, człowiek obdarzony ponadludzkimi umiejętnościami, dzięki którym stanie się dla ludzkości mesjaszem, ale i ludzkimi słabościami, które spowodują, że straci kontrolę nad wydarzeniami, których stał się przyczyną i siłą sprawczą.

6. Obcy z kosmosu

Również stały motyw Dicka, obecny w wielu jego utworach. Jednak w odróżnieniu do innych powieści, w Świecie Jonesa wizja obcych jest bardzo oryginalna. Układ Słoneczny przemierzają dryftery, jednokomórkowe organizmy dryfujące przez przestrzeń kosmiczną i opadające na planety. Dotknąwszy powierzchni, zamierają, zanikają ich funkcje życiowe. Jones każe swoim zwolennikom palić je, niejasno wyczuwając niebezpieczeństwo ze strony nieszkodliwych, wydawałoby się, istot z kosmosu, choć swym jasnowidzącym umysłem nie widzi wydarzeń wystarczająco daleko.

Wkrótce okazuje się, że dryftery to tylko jedna strona zjawiska, przez kosmos żegluje bowiem inny rodzaj jednokomórkowców, których celem są dryftery. Trafione takim „kosmicznym plemnikiem” błyskawicznie dzielą się one przez podział i rozprzestrzeniają po świecie. Niszczenie dryfterów jakaś nieznana siła traktuje jako agresję i Ziemia oraz Układ Słoneczny zostają odizolowane od reszty wszechświata, przez co podjęty przez Jonesa plan międzygwiezdnej krucjaty i kolonizacji galaktyki upada, zanim na dobre się zaczął. Ten pomysł „wielkiego kosmicznego jebania” (określenie zaczerpnięte z tytułu opowiadania Kurta Vonneguta z 1972 roku) to przykład znakomitego pomysłu, jakich Dick miewał wiele, ale często tylko je sygnalizował i porzucał. Tutaj użył go tylko jako pretekstu do przełamania monopolu Jonesa na władzę.

7. Azyl – przystosowanie istot ludzkich do życia w całkowicie nieprzyjaznych warunkach

Pojawienie się mutantów po wojnie nuklearnej pozwala jakby łatwiej przystosować grupę ludzi do życia na innych planetach, bez wspomagania technologii – w tym wypadku na Wenus.

Pomysł ten, dość nowatorski na początku lat pięćdziesiątych, jest tylko kolejnym szkicem, aczkolwiek pozwolił on Dickowi – o czym później – zamknąć końcową klamrą kilka rozrzuconych wątków. Z tego pomysłu przeformowania istot ludzkich wynika inny znany motyw science fiction – Arki Noego, czyli wysłania ludzi na obce światy celem ich kolonizacji.

W sumie w tej krótkiej skądinąd powieści, o objętości typowej dla wydawanych wówczas przez Ace Books Donalda Wollheima paperbacków, jakie można było kupić w kiosku za pięćdziesiąt centów, PKD pomieścił kilka doskonałych pomysłów. Kilka z nich to autorskie pomysły Dicka. Dzisiaj każdy z nich osobno mógłby posłużyć zwykłemu pismakowi za kanwę całej powieści, a nawet cyklu książek. Wszyscy pisarze, którym dane było poznać bliżej Dicka lub bywać u niego w domu na spotkaniach literackich – a byli to Harlan Ellison, Roger Zelazny, Marion Zimmer Bradley (dla której notabene zdradziła Dicka jedna z jego kochanek), Tim Powers i wielu innych – wspominają, z jaką łatwością nowe pomysły rodziły się w jego głowie. Także szybkość, z jaką pisał jedną powieść za drugą, jest zdumiewająca. Wspomniany już Wollheim podziwiał znakomitą technikę Dicka pisania na maszynie, mówił, że nie znał pisarza szybciej stukającego w klawisze.

Z tego tempa rodziły się też ułomności. Dick zdawał się nie przejmować nielogicznościami fabuły. Więcej, niekiedy rezygnował z korekty autorskiej utworów, które kosztowały go dużo wysiłku, jak genialne Trzy stygmaty Palmera Eldritcha. Czasem miał do swoich książek stosunek wręcz pogardliwy, choć uważał się za świetnego pisarza.

Nie brak podobnych wpadek i w Świecie Jonesa – choćby w tym, że w granicach wyznaczonej Jonesowi przez autora prekognicji, nie pozwalających na zmianę przeszłości, a więc zdarzeń dla niego już byłych, zamach na Jonesa powinien się udać, tymczasem doskonały snajper nie może trafić wichrzyciela, gdyż ten w zadziwiający sposób unika kul.

Sama powieść też ma dziwną strukturę, sprawia wrażenie niepełnej, pękniętej i dokończonej nieco na siłę. Oto mamy świat po wojnie nuklearnej, zniszczony i głodujący. Relatywizm i władza totalitarna trzymają wszystko w kupie, ale ludzie żyją bez celu i bez nadziei. Na Ziemię spadają dryftery, nikt nie wie, co niosą ze sobą. Aż pojawia się jarmarczny jasnowidz, którego przepowiednie okazują się niezwykle trafne, są prawdziwe, więc relatywiści zgodnie ze swym prawem nic nie mogą mu zrobić, bo swoje wizje może udowodnić – one się po prostu ziszczają. Jones zdobywa fanatycznych zwolenników, każe niszczyć dryftery i obiecuje ludziom świetlaną przyszłość w kosmosie, każe budować statki i ruszać z misją kolonizacji dalekich planet. Nikt nie wie, dlaczego wydaje takie polecenia, ale ludzie wierzą mu bez zastrzeżeń. Dawna władza stara się bronić przed Jonesem, wojna domowa wisi w powietrzu… I nagle odwraca się karta, niszczenie dryfterów prowadzi do blokady Układu Słonecznego przez nieznaną kosmiczną siłę i zawrócenia statków z kolonistami. Tym samym plan Jonesa upada, zwolennicy są bardzo zawiedzeni. Zdolności prekognicyjne od jakiegoś czasu zawodzą mesjasza, domyśla się on, że brak wizji oznacza jego śmierć. Jak każdy dyktator postanawia pociągnąć za sobą w niebyt jak najwięcej ludzi.

Jasnowidzenie Jonesa w ogóle jest ułomne, nie wybiega daleko w przyszłość, poza tym ma tę wadę, że Jones nie może przeciwdziałać zdarzeniom ze swojej przeszłości (bo już do nich doszło), które są przyszłością dla reszty ludzi. Ten prosty paradoks wziął się z fascynacji Dicka teoriami sceptyka Davida Hume’a, z którymi zetknął się w czasie krótkich studiów w Berkeley, mówiącymi o niesprawdzalności przyczynowości, czyli że to, iż zdarzenie A poprzedza zdarzenie B, nie znaczy, że A jest przyczyną B.

Akcja Świata Jonesa posuwa się szybko liniowo do przodu i nagle, pod koniec powieści, gdy zostało nam do końca ledwie kilka kartek, stwierdzamy, że nie mamy bladego pojęcia, jak to wszystko się zakończy. Nie wyobrażamy sobie nawet, w jaki sposób autor może wybrnąć z rozgrzebanych wątków. A on to robi, w spektakularny, treściwy sposób, spinając wątki zaskakującą puentą typową raczej dla opowiadań. To też cecha pisarstwa Philipa K. Dicka – tylko on potrafił traktować powieści jak opowiadania. Tylko on umiał wykonać taką woltę, pozostawiając czytelnika zdezorientowanym i zmieszanym.

Czas odpowiedzieć na pytanie, gdzie plasuje się Świat Jonesa na tle całej twórczości Philipa K. Dicka. Z pewnością nie jest to arcydzieło na miarę Blade runnera, Człowieka z Wysokiego Zamku, Ubika czy Trzech stygmatów Palmera Eldritcha. Ma mniej zaskakujących pomysłów, mało subtelną intrygę, nie tak szokującą wymowę. Ale tych powieści nie byłoby bez Świata Jonesa, Słonecznej loterii, Klanów księżyca Alfy czy Naszych przyjaciół z Frolixa 8. Były wprawką do wielkich dzieł Dicka, zawierały przedsmak wielkości, obcuje się dzięki nim z umysłem szalonego, genialnego pisarza. Bo lektura zawsze jest kontaktem między umysłem pisarza a czytelnika.

Świat Jonesa to powieść z początkowego okresu twórczości pisarza, która zdradza jego wielki talent, jego paranoje, lęki i obsesje. Widać też, że Dick dopiero przestawiał się z pisania opowiadań na powieści. Są tu klasyczne tematy: prorocza wizja totalitarnej Ameryki, jasnowidza sterującego społeczeństwem w nieznanym kierunku, kontakt z obcymi. Te elementy Dick w przyszłych powieściach nauczy się perfekcyjnie wyzyskiwać, w Świecie Jonesa widać jeszcze pewną nieporadność w konstruowaniu fabuły.

Ale tym, którzy znają już najważniejsze książki Dicka, Świat Jonesa dostarcza dobrej intelektualnej strawy, smaczków, którymi potrafią się delektować – taką mam nadzieję – nie tylko znawcy twórczości jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy ubiegłego wieku.

Wojtek Sedeńko

Ephowi Konigsburgowi,

który mówił szybko,

a przy tym doskonale


Rozdział pierwszy

Temperatura w Azylu wynosiła od 37 do 38 stopni Celsjusza. W powietrzu nieustannie zalegała para, snująca się i kłębiąca ospale. Z „ziemi” – płynnej warstwy ciepłego mułu stanowiącego mieszaninę wody, rozpuszczonych związków nieorganicznych i grzybowatej papki – strzelały gejzery gorącej wody. Wszechobecny wilgotny nalot sączący się po mokrych skałach i gąbczastych zaroślach, po przewodach i rozmaitych urządzeniach, unosił zabarwiające go szczątki porostów i pierwotniaków. Starannie odmalowane tło przedstawiało długi płaskowyż wznoszący się nad wzburzonym oceanem.

Nie ulegało wątpliwości, że Azyl stworzony został na wzór macicy. Podobieństwo było niezaprzeczalne – i nikt temu nie zaprzeczał.

Schyliwszy się, Louis z ponurą miną podniósł wyrastający tuż obok jego stopy bladozielony grzyb i rozerwał go na strzępy. Spod wilgotnej skórki organicznej materii ukazał się plastikowy szkielet. Grzyb był sztuczny.

– Mogliśmy trafić gorzej – odezwał się Frank, widząc, że Louis ciska grzyb na ziemię. – Wyobraź sobie, że musielibyśmy płacić za to wszystko. Urządzenie tego miejsca musiało kosztować Rząd Federalny miliardy dolarów.

– Teatralne dekoracje – odparł gorzko Louis. – Po co? Dlaczego urodziliśmy się właśnie tacy?

Frank uśmiechnął się szeroko.

– Jesteśmy wyższą formą życia, pamiętasz? Wyjaśniliśmy to sobie już przed laty. – Wskazał na świat widoczny przez ściany Azylu. – Jesteśmy zbyt doskonali, aby tam żyć.

Na zewnątrz rozciągało się nocne San Francisco, na wpół uśpione pod kołdrą zimnej mgły. Wolno sunęły nieliczne samochody. Ze stacji podziemnej jednoszynówki wynurzały się niczym olbrzymie dżdżownice grupy podróżnych. Tu i ówdzie jarzyły się rzadko rozsiane światła biur… Louis odwrócił się do tego wszystkiego plecami. Zbyt wielki ból sprawiał mu ten widok, świadomość, że tkwi tu jak w pułapce, zamknięty w kręgu ich grupy, świadomość, że nie czeka ich nic poza siedzeniem i przyglądaniem się, nic poza pustymi latami Azylu.

– Musi być jakiś cel – powiedział. – Jakiś powód naszego istnienia.

Frank fatalistycznie wzruszył ramionami.

– Jesteśmy wojennymi anomaliami. Promieniowanie. Uszkodzenie genów. Egzemplarze wybrakowane… jak Jones.

– Ale jednak utrzymują nas przy życiu – odezwała się za ich plecami Irma. – Opiekują się nami, troszczyli się o nas przez te wszystkie lata. Muszą coś z tego mieć. Na pewno o coś im chodzi.

– Przeznaczenie? – zapytał drwiąco Frank. – Nasz kosmiczny cel?

Azyl, mroczna, parna kadź, w gruncie rzeczy był dla tych siedmiorga więzieniem. Wypełniała go mieszanina amoniaku, tlenu, freonu i śladowych ilości metanu, silnie nasycona parą wodną i pozbawiona dwutlenku węgla. Zbudowano go dwadzieścia pięć lat temu, w roku 1977, i starsi członkowie grupy pamiętali wcześniejsze życie w oddzielnych mechanicznych inkubatorach. Już pierwotna konstrukcja była pierwszorzędna, a z biegiem czasu wprowadzono do niej liczne ulepszenia. Pracownicy obsługi, normalni ludzie chronieni przez hermetyczne kombinezony, wkraczali od czasu do czasu do Azylu, ciągnąc za sobą sprzęt. Zazwyczaj chodziło o naprawę któregoś z ruchomych elementów „fauny”.

– Gdyby mieli dla nas jakiś cel, powiedzieliby nam o tym – stwierdził Frank, który miał zaufanie do sprawującego nadzór nad Azylem Rządu Federalnego. – Doktor Rafferty by nam powiedział. Wiecie o tym.

 

– Nie jestem tego taka pewna – odparła Irma.

– Na Boga – powiedział gniewnie Frank – oni nie są naszymi wrogami. Gdyby chcieli, mogliby nas zlikwidować w sekundę – a nie zrobili tego, prawda? Mogliby napuścić na nas Ligę Młodzieży.

– Nie mają prawa nas tu trzymać – zaprotestował Louis.

Frank westchnął.

– Gdybyśmy stąd wyszli – powiedział powoli, jak do dzieci – poumieralibyśmy.

U góry przezroczystej ściany znajdował się otwór wentylacyjny z szeregiem zaworów. Sączył się stamtąd mdły odór drażniących gazów, mieszając się ze znajomą wilgocią powietrza, którym oddychali.

– Czujecie? – zapytał Frank. – To właśnie jest na zewnątrz. Ostre, zimne i śmiercionośne.

– Czy nigdy nie przyszło ci do głowy – zapytał Louis – że cały ten gaz to może po prostu lipa?

– Wszystkim nam przychodzi to do głowy – odparł Frank. – Regularnie co parę lat. Wpadamy w paranoję i zaczynamy planować ucieczkę. Tyle tylko, że wcale nie musimy uciekać. Wystarczy, że po prostu wyjdziemy. Nikt nigdy nas nie zatrzymywał. Możemy najspokojniej w świecie opuścić ten zaparowany garnek, z jednym zastrzeżeniem: poza nim nie możemy przeżyć. Po prostu nie jesteśmy dość silni.

O sto stóp dalej, tuż przy przezroczystej ścianie, zgromadzili się pozostali czterej członkowie grupy. Głos Franka dobiegał do nich stłumiony i zniekształcony. Garry, najmłodszy z nich, spojrzał w górę. Nasłuchiwał przez chwilę, nic jednak już do niego nie dotarło.

– W porządku – rzuciła niecierpliwie Vivian. – Chodźmy.

Garry skinął głową.

– Żegnaj, macico – mruknął. Wyciągnął rękę ku czerwonemu przyciskowi, żeby wezwać doktora Rafferty’ego.

– Nasi mali przyjaciele od czasu do czasu trochę dokazują – powiedział Rafferty. – Wydaje im się, że mogliby zmierzyć się z każdym. – Poprowadził Cussicka ku ruchomej pochylni. – To będzie interesujące… jeszcze ich pan nie widział. Proszę nie okazywać zaskoczenia. To może być szok. Wiele ich od nas różni, nie tylko fizjologia.

Na jedenastej kondygnacji ukazały się pierwsze elementy Azylu: złożony system pomp utrzymujących jego temperaturę i skład atmosfery. Zamiast policji widać tu było lekarzy, białe uniformy w miejsce brązowych. Na czternastej kondygnacji Rafferty zszedł z sunącej w górę pochylni. Cussick ruszył za nim.

– Wzywali pana – odezwał się do Rafferty’ego jeden z lekarzy. – Są ostatnio bardzo zdenerwowani.

– Dzięki – rzekł Rafferty, po czym zwrócił się do Cussicka: – Może ich pan obserwować na tym ekranie. Nie chcę, żeby pana widzieli. Nie powinni wiedzieć o policyjnej ochronie.

Odsunął się fragment ściany. Za nim ukazało się wypełnione kłębami pary niebieskozielone wnętrze Azylu. Cussick przyglądał się, jak doktor Rafferty przechodzi przez śluzę do leżącego poza nią sztucznego świata. W jednej chwili jego wysoką postać otoczyło siedem dziwacznych karykatur, chochlikowatych karzełków płci obojga. Cała siódemka była wzburzona, a ich wątłe, ptasie klatki piersiowe falowały pod wpływem emocji. Zaczęli coś tłumaczyć piskliwymi, podniesionymi głosami, gestykulując zawzięcie.

– O co chodzi? – przerwał im Rafferty. W nagrzanym, parnym powietrzu Azylu z trudem łapał oddech. Po jego poczerwieniałej twarzy spływały krople potu.

– Chcemy stąd odejść – zapiszczała kobieta.

– I odchodzimy – zawtórował jej mężczyzna. – Tak postanowiliśmy. Nie możecie trzymać nas tu w zamknięciu. Mamy swoje prawa.

Przez chwilę Rafferty omawiał z nimi sytuację, po czym odwrócił się gwałtownie i ruszył z powrotem ku śluzie.

– To mój limit – wymamrotał, ocierając czoło. – Mogę wytrzymać tam trzy minuty, potem amoniak zaczyna działać.

– Zamierza pan im pozwolić, by spróbowali? – zapytał Cussick.

Rafferty zwrócił się do techników:

– Uruchomcie Furgon. Niech będzie gotowy, żeby ich zebrać, kiedy padną. Furgon to ich komora respiracyjna – wyjaśnił Cussickowi. – Nie ma wielkiego ryzyka. Są delikatni, ale zdążymy ich pozbierać, nim stanie im się krzywda.

Nie wszyscy mutanci opuszczali Azyl. Prowadzącą do windy ścieżką ruszyły, uważnie stawiając kroki, cztery niepewne postacie. Pozostała trójka zatrzymała się w bezpiecznym miejscu, przy wyjściu, ramię przy ramieniu.

– Ci troje są rozsądniejsi – powiedział Rafferty. – I starsi. Ten trochę tęgi brunet, który wygląda najbardziej po ludzku, to Frank. Problemy sprawiają nam najmłodsi. Przygotuję ich do zewnętrznych warunków stopniowo, żeby ich nadwrażliwe organizmy zdążyły się zaaklimatyzować, dzięki czemu nie będzie im groziło uduszenie albo zatrzymanie akcji serca. – Z troską w głosie dodał: – Proszę, niech pan oczyści ulice. Nie chcę, żeby ktokolwiek ich widział. Jest późno i nie powinno być zbyt wielu przechodniów, ale na wszelki wypadek…

– Zadzwonię do Secpolu – odparł Cussick.

– Jak szybko da się to zrobić?

– To kwestia kilku minut. Lotne oddziały szturmowe są w stałym pogotowiu ze względu na Jonesa i te bandy.

Rafferty, uspokojony, oddalił się szybkim krokiem. Cussick rozejrzał się za policyjnym komunikatorem. Znalazł go, skontaktował się z biurem w San Francisco i wydał odpowiednie polecenia. Utrzymywał połączenie, dopóki aeromobilne oddziały policji nie rozlokowały się wokół mieszczącego Azyl budynku, a na ulicach nie rozstawiono zapór, po czym odszedł od komunikatora, żeby poszukać Rafferty’ego.

Tymczasem czworo mutantów zjechało windą na parter. Chwiejnym krokiem, niczym ślepcy, szli za doktorem Raffertym przez hall ku szerokim drzwiom wiodącym na ulicę.

W zasięgu wzroku, jak stwierdził Cussick, nie było żadnych samochodów ani przechodniów. Policji udało się oczyścić teren. Od ogólnej szarości odcinał się tylko jeden, mroczny kształt. To Furgon, z włączonym silnikiem, stał w pogotowiu.

– Idą – odezwał się któryś z lekarzy, stając obok Cussicka. – Mam nadzieję, że Rafferty wie, co robi. – Wskazał palcem jedną z postaci. – Ta niemal ładna to Vivian, najmłodsza z kobiet. Ten chłopiec to Garry. Bardzo inteligentny i bardzo kapryśny. Tamten to Dieter, a obok niego Louis. Jest jeszcze jedno niemowlę, na razie w inkubatorze. Oni jeszcze o tym nie wiedzą.

Cztery drobne postacie wyraźnie cierpiały. Półprzytomne, dwie z nich wstrząsane drgawkami, wlokły się żałośnie w dół schodów, usiłując utrzymać się na nogach. Nie uszły daleko. Pierwszy upadł Garry. Chwiał się przez chwilę na ostatnim stopniu, po czym runął twarzą na beton. Drżąc na całym swym drobnym ciele, próbował się jeszcze czołgać. Pozostali szli chodnikiem jak ślepcy, potykając się, nie patrząc na rozciągniętą między nimi postać, zbyt wyczerpani, by choćby ją zauważyć.

– Rany – wykrztusił z wysiłkiem Dieter – jesteśmy na zewnątrz.

– Udało… nam się – przytaknęła Vivian. Osunęła się ze znużeniem na ziemię, opierając się o ścianę budynku.

Chwilę później Dieter padł obok niej jak długi, z zamkniętymi oczyma, rozchylonymi ustami, niemrawo usiłując podnieść się znów na nogi. Wkrótce dołączył do nich Louis.

Przybici, oszołomieni tym, jak nagle opuściły ich siły, wszyscy czworo kulili się na szarym chodniku, walcząc o oddech, o życie. Żadne nie próbowało się stąd ruszyć. Zapomnieli już, po co wystawili się na tę torturę. Dysząc ciężko, kurczowo trzymając się resztek świadomości, patrzyli niewidzącym wzrokiem na stojącego nad nimi Rafferty’ego.

Rafferty zatrzymał się, wkładając ręce w kieszenie płaszcza.

– Macie wolny wybór – powiedział kamiennym głosem. – Chcecie to ciągnąć dalej?

Nie odpowiedzieli. Nawet go nie słyszeli.

– Wasze organizmy nie tolerują normalnego powietrza – ciągnął. – Ani temperatury. Ani pożywienia. Ani niczego innego. – Spojrzał na Cussicka z wyrazem bólu na twarzy, głębokiego cierpienia, które zaskoczyło funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. – Dajmy więc temu spokój – powiedział szorstko. – Wezwijmy Furgon i wracajmy.

Vivian ostatkiem sił skinęła głową. Jej wargi poruszyły się, lecz z ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Odwracając się, Rafferty dał krótki sygnał. Furgon natychmiast podjechał. Zrobotyzowany sprzęt wysunął się na chodnik, spiesząc ku czterem nieprzytomnym. Po chwili mutanci znaleźli się w komorach pojazdu. Ekspedycja zakończyła się klęską. Było po wszystkim. Cussick miał wreszcie okazję ich zobaczyć. Zobaczyć ich walkę i ich porażkę.

Przez pewien czas stał w chłodzie nocy obok Rafferty’ego. Milczeli zatopieni we własnych myślach. Wreszcie Rafferty drgnął.

– Dzięki za oczyszczenie ulic – powiedział półgłosem.