Deus IraeTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Paweł Kruk


Dom Wydawniczy REBIS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Gniewna dekonstrukcja świata

Powieść Deus Irae powstawała przez wiele lat, podczas których Philip K. Dick i Roger Zelazny co jakiś czas wracali do tekstu, zapominali o nim i znowu wracali. Ostatecznie Roger Zelazny dokończył ją zmotywowany postawą wydawcy: albo tekst, albo zwrot wypłaconej Dickowi zaliczki. Jak podaje Christopher S. Kovacs, biograf literackich dokonań Rogera Zelaznego, także ten końcowy etap prac nie przebiegał bezproblemowo. Na krótko przed wysyłką oryginał powieści potraktowany został całkiem bez szacunku przez kota Zelaznego, pisarz sporządził więc dla wydawcy kopię. Wydawca jednak, którym był Doubleday, zaprotestował, zasady firmy wymagały bowiem, żeby autorzy przedstawiali jej oryginały swoich prac. Chcąc nie chcąc, Zelazny wysłał więc ostro woniejący tekst. Jak potem wspominał, zawsze go zastanawiało, co właściwie wydawca zrobił z paczką, która po otwarciu musiała z apokaliptyczną mocą porazić zapachem całe biuro. Pewne jest tylko jedno – wydawca nie poczuł się urażony i powieść ukazała się drukiem.

Zanim jednak do tego doszło, Philip K. Dick zamierzał ją napisać we współpracy z innym amerykańskim autorem SF, Tedem White’em (w Polsce prawie nieznanym). Pierwotny tytuł utworu brzmiał The Kneeling Legless Man, a praca nad książką rozpoczęła się w 1964 roku, przy czym już na etapie konspektu wykorzystane zostały dwa wcześniejsze opowiadania Dicka: Wielki K. oraz Przechodnia planeta (oba z 1953 roku). Jak pisze w Bożych inwazjach biograf Dicka Lawrence Sutin, współpraca nie układała się dobrze i White stosunkowo szybko stracił do niej serce, zasugerował jednak na swoje miejsce innego, znanego już wówczas autora, czyli Rogera Zelaznego. Korespondencyjna współpraca doprowadziła w lipcu 1975 roku do ukończenia powieści, przy czym Zelazny wielkodusznie zmniejszył swój udział w honorarium, dowiedziawszy się o finansowych kłopotach Dicka.

Powieść ukazała się w 1976 roku, w pewien sposób wpisując się w nurt powstających w okresie zimnej wojny utworów postapokaliptycznych. Był to czas, gdy groźbę wojny nuklearnej między mocarstwami uważano za bardzo prawdopodobną i po temat jej przebiegu, możliwych przyczyn oraz skutków, tak klimatycznych, jak i społecznych czy wręcz cywilizacyjnych, sięgano przez kilka dziesięcioleci. Dzieła takie, jak Władca much Williama Goldinga (1954), Ostatni brzeg Nevila Shute’a (1957), Kantyczka dla Leibowitza Waltera M. Millera (1959), Aleja potępienia Rogera Zelaznego (1969) czy Fermi i mróz Frederika Pohla (1985), choć ich autorzy różnie podchodzili do tego tematu, stały się ważnymi pozycjami w obrębie science fiction, a niektóre spośród nich są obecnie zaliczane do szerokiego dziedzictwa literatury pięknej. Nie wszystkie spośród nich były utworami stricte o wojnie czy jej bezpośrednich skutkach. Władca much, aczkolwiek z akcją osadzoną w czasie trzeciej wojny światowej, poświęcony jest raczej przekształceniom więzi społecznych w małej grupie nastolatków, którzy znaleźli się nagle w całkowitej izolacji, zdani tylko na siebie. Aleja potępienia epatuje obrazami spustoszonego świata, pojawiających się w nim mutacji zwierząt i owadów, ludzkiego zdziczenia w walce o przetrwanie. Autorzy niektórych, jak Pohl w Fermim i mrozie, podeszli do tematu z naukową precyzją, usiłując realistycznie „wymodelować” taki świat, na przykład w czasie nuklearnej zimy. Większość ze wspomnianych dzieł ma wymowę antywojenną, przy czym godzi się przywołać też film Stanleya Kubricka Dr Strangelove, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę (1963 – na podstawie mniej znanej powieści Red Alert Petera George’a).

Powieść Philipa K. Dicka Deus Irae z jednej strony jest głosem w tamtej dyskusji, i to głosem silnym, z drugiej – jak zwykle u tego autora, bardzo się różni od swoich literackich towarzyszy. Oto mamy świat po apokaliptycznej wojnie. Jaka to była wojna, to osobna sprawa, także zasługująca na uwagę, jednak na pierwszy plan wybijają się jej skutki społeczne. Cywilizacja oczywiście upadła i niewiele z niej przetrwało w dawnym kształcie. Więzi społeczne ponownie przypominają te sprzed rewolucji naukowo-technicznej, zanikła cała ukierunkowana na globalizację infosfera, skupiska ludzkie są niewielkie i rządzą się prawami społeczności niemalże plemiennych. Co więcej, niektórzy ich członkowie pamiętają jeszcze, co stracili, i może właśnie dlatego trudno im odzyskać czy zachować nadzieję. Nie chodzi tylko o nadzieję przetrwania i odbudowy świata przez przyszłe pokolenia (który to motyw odnajdziemy bardzo często w literaturze postapokaliptycznej), ale także, a może nawet przede wszystkim, nadzieję związaną z wiarą w szeroko rozumiane dobro.

„Dobro”, podobnie jak „szczęście”, jest zmorą etyków. Od stuleci próbuje się je definiować, odnajdywać ich źródła, opisywać na nowo, zgodnie z kolejnymi kanonami i szkołami filozoficznymi. Współczesna socjologia ma na tym polu pewne sukcesy, przede wszystkim dzięki odwoływaniu się do biologicznych podstaw życia społecznego czy ewolucji instynktów społecznych, jednak nie wyczerpuje to oczywiście wszystkich obszarów refleksji. No i jest jeszcze potrzeba wiary w „dobro” istniejące jako idea niezależnie od prozy życia czy przeciwności losu. Wydawałoby się, że potrzeba ta ma charakter uniwersalny i tak naprawdę kwestia, gdzie szukać jej zaspokojenia, jest drugorzędna. Ktoś może powiedzieć, że „wierzy w ludzi”, ich zdolność do współodczuwania czy miłości (jako przejawu obecnego w nich dobra), w solidarność społeczną czy umiejętność prowadzenia dialogu. Kto inny powie, że wierzy w dobrego Boga będącego ucieleśnieniem wspomnianych cnót, ideą, która je zawiera. Trudno powiedzieć, którą z tych wiar łatwiej utracić w najcięższych chwilach, niemniej psychologia i historia podpowiadają, że obie bywają na to narażone. Obie też mogą się odradzać.

Mieszkańcy świata powieści Deus Irae zostali doświadczeni tak ciężko, że ich obraz Boga również na tym ucierpiał. Obok dobrego Boga z tradycji chrześcijańskiej pojawia się także Bóg Gniewu, utożsamiany z Carletonem Lufteuflem (z niemieckiego: diabeł powietrzny), człowiekiem ponoszącym największą odpowiedzialność za ich apokalipsę. On bowiem właśnie wdusił atomowy przycisk.

W tej wojnie zagładę na USA sprowadził więc amerykański urzędnik, który sięgnął po broń mającą porazić wszystkich, w tym także swoich. Liczył przy tym, że wystarczająco wielu z nich ocaleje, by dzięki „bankom danych, zakopanym głęboko kapsułom z mikroszpulami” odtworzyć cywilizację oraz wzorce kultury i przekazać je następnym pokoleniom. Jednak banki danych pozostały w ziemi, gdyż następne pokolenie „musiało zająć się czymś ważniejszym […] zapewnić sobie żywność, by utrzymać się przy życiu”. Lufteufel stał się nie tylko sprawcą, ale i symbolem zagłady, a dla wielu także nowym bogiem, Bogiem Gniewu. Jedynym, dla którego było jeszcze miejsce na spustoszonym świecie. A dobro… „Dobra moc istniała Ponad, Überm Sternenzelt, jak powiedział niegdyś Schiller, ponad gwiazdami”.

Bohater powieści, urodzony bez kończyn Tibor McMasters, podróżujący w zaprzężonym w krowę wózku wielki artysta, podejmuje się namalowania portretu Boga Gniewu, mającego dopełnić fresk zamówiony przez Kościół Sług Gniewu. Wyrusza więc w drogę, żeby odszukać Lufteufla. Prócz ludzi napotyka podczas tej wędrówki różne zmutowane istoty i zbzikowane maszyny, które tworzą dość typowy, chociaż pomysłowo i plastycznie wykreowany krajobraz świata po atomowej zagładzie, a jego wyprawie od początku towarzyszy wątpliwość, czy naprawdę powinien umieścić na fresku podobiznę człowieka, który stał się Bogiem Gniewu. A może, skoro stał się bogiem, każde oblicze byłoby dobre? Czy jego poszukiwanie ma w ogóle jakikolwiek sens?

I tutaj można sobie zadać pytanie, czym właściwie jest wędrówka Tibora McMastersa. Oraz kim był naprawdę Carleton Lufteufel. Na drugie pytanie powieść zdaje się udzielać odpowiedzi, w duchu Philipa Dicka, w pewien sposób zaskakującej. Na pierwsze są dwie odpowiedzi. Powieściowa, przedstawiona na samym końcu historii, oraz taka, której trzeba poszukać samemu. Mam na myśli kwestię, która jest obecna niemal w każdej powieści Dicka – poszukiwania samego siebie i swojego miejsca w świecie, tym razem przedstawioną w kontekście religijnym. Deus Irae jest w pewnej mierze traktatem teologicznym, choć trzeba zaznaczyć, że to traktat napisany przez Philipa Dicka. Pragnienie szerokiego nawiązania do dysputy religijnej było podstawowym powodem, dla którego szukał on w tym wypadku współautora. Jak wspomina Christopher S. Kovacs, Dick, już pisząc Deus Irae, uznał, że nie dość wie o chrześcijaństwie, by samodzielnie dokończyć pracę. Niemniej odnajdujemy w niej wątki typowe właśnie dla niego, jak poznanie osiągnięte poprzez narkotyczne wizje przeplatające się z poznaniem poprzez łaskę wizji naturalnej.

Istotne w tym kontekście wydaje się też pytanie, jak Philip Dick podchodził do religii. W jego powieściach, zwłaszcza późniejszych, wątki religijne są często obecne, ale rzadko wydają się traktowane w sposób ortodoksyjny. Jak wspomina jego przyjaciółka Doris Sauter, był on zasadniczo chrześcijaninem: „Chrześcijaństwo pomagało mu połączyć różne aspekty jego osobowości. Życie Chrystusa pozwoliło Philowi spojrzeć na własne bolesne doświadczenia z należytej perspektywy, przez co stał się jeszcze bardziej etyczny i dobry dla biednych”. Z drugiej strony wspomniała jednak: „Gdyby go spytać, w co wierzy, jego odpowiedź zależałaby od tego, jaką gorączkę teoretyczną przechodziłby w danej chwili, ale kiedy kończyły się żarty, chciał porozmawiać z księdzem. […] W pewnym sensie religia stała się zawodem Phila, kiedy w latach siedemdziesiątych zaczął pisać powieści teologiczne. Co nie znaczy, że nie był religijny, ale religia była też użyteczna – jako materiał do następnej książki”*.

 

Cytat ten jasno przedstawia stanowisko Dicka z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, kiedy wątki religijne zaczęły odgrywać w jego twórczości coraz większą rolę. Tak, jakby ku nim głównie zwrócił się w poszukiwaniu własnych odpowiedzi na nurtujące go od wielu lat wciąż te same pytania.

Dla kogoś, kto poznał chociaż kilka tekstów Philipa Dicka, nie ulega wątpliwości, że daleko mu było od statystycznej normy. Ba, wydawał się także obdarzony szczególną wrażliwością z balastem całego szeregu ważnych dla niego pytań, które przeciętny człowiek zadaje sobie rzadko, a jeszcze rzadziej się do tego przyznaje. Jak wynika z biografii Dicka, jego życie wypełniło dość zdarzeń, nierzadko także trudnych, wręcz traumatycznych, aby można nimi było obdzielić żywoty kilku „zwykłych” ludzi.

Karierę pisarską, jak wiemy, też traktował specyficznie. Z jednej strony pragnął wejść do pisarskiego panteonu, co wiązałoby się z sukcesem finansowym, z drugiej jednak nie tykał tematów modnych albo chwytliwych, które mogłyby mu ten sukces ułatwić. Tak jakby pomimo marzeń o wielkiej karierze wciąż pisał głównie dla siebie, nie pod dyktando rynku. Tym zresztą zwrócił na siebie uwagę Stanisława Lema, który był ogólnie marnego zdania o amerykańskiej SF. Lem zdecydowanie wyróżnił Dicka jako zdolnego do poruszania tematów, o których wielu innym, bardziej popularnym w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych autorom nawet się nie śniło. W porównaniu z większością z nich był on filozofem fantastyki (podobnie zresztą jak Lem). Czy jednak naprawdę można zaryzykować stwierdzenie, że Philip Dick pisał przede wszystkim dla siebie? Że tym sposobem radził sobie z otaczającą go rzeczywistością? Sposobem nie jedynym, bo narkotyki, po które sięgał, też mógł zapewne tak traktować, ale z pewnością najbardziej twórczym. Może i tak było, zwłaszcza że właśnie z rzeczywistością Philip Dick miał chyba największy problem. Z nią, a raczej z zakotwiczeniem w niej i ze zrozumieniem różnych mechanizmów, także społecznych.

W moim odczuciu Philip Dick przez całe życie pisał jedną i tę samą książkę. Oczywiście za każdym razem zaczynał pracę od nowa, jakby z poprzedniej nie był zadowolony, jakby nie spełniła pokładanych w niej nadziei, i poszukiwał innego, lepszego punktu wyjścia i lepszych narzędzi opisu świata i ludzi, doskonalszych sposobów ich analizy. Sądzę, że dotyczy to również powieści obyczajowych, które obecnie są w cieniu jego twórczości fantastycznej, chociaż on sam przywiązywał do nich większe znaczenie. Jedne i drugie wydają się kolejnymi próbami modelowania rzeczywistości fizykalnej i społecznej, jej dekonstrukcją dla zrozumienia zawiadujących nią zasad poprzez wprawianie tak wykreowanych uniwersów w literacki ruch i przyglądaniu się, co tym razem z tego wyniknie. Sugeruje to naturalnie, że zwyczajowe interpretacje, które można przecież zaczerpnąć zarówno z dziedzictwa kultury, jak i usłyszeć podczas rozmowy z sąsiadem czy znajomym przy piwie, Dickowi w żaden sposób nie wystarczały. Jak zatem musiał postrzegać świat, na ile odmiennie od przeciętnego zjadacza chleba?

Gdy latem 1988 roku gościł w Polsce Charles N. Brown, właściciel i wydawca „Locusa” (amerykańskiego magazynu poświęconego szeroko rozumianej fantastyce), podczas spotkania w Klubie Miłośników Fantastyki Naukowej „Orbita” w Poznaniu został poproszony o wspomnienie na temat swojej znajomości z Philipem Dickiem. Między innymi powiedział wtedy coś, co bardzo zaskoczyło obecnych. Stwierdził mianowicie, że Dick we własnym przekonaniu nigdy nie pisał fantastyki. Owszem, godził się na wydawanie swoich utworów w seriach czy czasopismach poświęconych SF, ale czynił to z konieczności. Wiedział, że inaczej w ogóle nie miałby szansy opublikować znacznej części tego, co napisał. On sam traktował te utwory raczej jako „prozę realistyczną”, nie fantastykę.

Skoro tak właśnie podchodził do swojej twórczości, sugerowałoby to, iż rzeczywiście było to dla niego pole osobistych peregrynacji. Zwłaszcza dotyczących wspomnianych porachunków z rzeczywistością, przedstawianą w utworach „fantastycznych”, które mogły być, i zapewne były, odwzorowaniem tego, jak on sam ją postrzegał.

Każdy z nas postrzega świat na własny, unikatowy sposób. W tym ujęciu nie ma czegoś takiego, jak „obiektywna rzeczywistość”, są tylko różne jej wersje, właściwe różnym osobom. Ich postać zależna jest od jakości naszych zmysłów (co jest przecież cechą indywidualną), jak i (jeszcze bardziej indywidualnego) charakteru, zwłaszcza doświadczeń i oczekiwań, tworzących swoisty filtr, poprzez który patrzymy na świat. To on decyduje, co wśród obieranych bodźców wyda nam się szczególnie istotne, co będzie tylko tłem zdarzeń, a co bezwiednie całkiem zignorujemy. To samo wydarzenie kilka osób może przedstawić na różne, nawet zupełnie odmienne sposoby, o czym świetnie wiedzą choćby kryminolodzy. Dick jeszcze w latach czterdziestych za szczególnie godną uwagi, i zapamiętania, uznał wzmiankę rzuconą przez współpracownika, gdy razem czekali w samochodzie na światłach, że „nie można udowodnić, iż obaj widzą ten sam kolor, chociaż obaj nazywają go czerwonym”. Sam wyraził to na swój sposób wiele lat później w powieści Oko na niebie, będącej przedstawieniem tego samego ciągu zdarzeń widzianych oczami różnych ludzi.

Pisząc, czy ogólnie tworząc cokolwiek, autor opiera się oczywiście na własnym obrazie świata. Dotyczy to zresztą nie tylko sztuki, ale niemal każdego aktu kreacji, gdzie obecny jest element odwzorowania rzeczywistości czy odniesienia się do niej. Specyficzna percepcja twórcy wpływa na kształt nie tylko poematów, powieści czy obrazów. Podręcznik matematyki też zawiera elementy autorskiego oglądu świata. Termin „proza realistyczna” staje się w ten sposób nieadekwatny, bo nawet ona – tak, jak w literaturze bywa rozumiana – po przejściu przez wszystkie filtry percepcji autora staje się w jakiejś mierze fantastyczna. Można zatem powiedzieć, że Dick miał rację, mówiąc tak o części swojej twórczości, i zarazem jej nie miał.

Jaka jednak była ta jego rzeczywistość? Co było w niej aż tak nietypowe, że tak wytrwale starał się ją opisać? Sądząc po powstających przez kilka dziesięcioleci dziełach Dicka, była mało „prawdziwa”. Jakby brakowało w niej ładu i konsekwencji. Widocznego porządku, który winien jednak się gdzieś ukrywać i który można najpewniej odnaleźć, jeśli sięgnie się wystarczająco głęboko. W różnych tekstach napotkać można rozmaite narzędzia tych poszukiwań, przy czym istotną rolę odgrywają wśród nich także narkotyki, zawsze były to jednak narzędzia stosowane z pasją, czasem wręcz jakby z gniewem, wywołanym oporem stawianym przez tkankę rzeczywistości, nie skłonną pokazać swojego prawdziwego oblicza.

Jeśli tak było, zostaje jeszcze jedno pytanie: co mogło spowodować takie właśnie podejście Philipa Dicka do podstawowych kwestii ontologicznych i epistemologicznych, które dla niego były zapewne nie tyle przedmiotem rozważań filozoficznych, ile elementem codziennego doświadczania życia. Można dać na to sporo odpowiedzi, jednak żadna z bardziej prawdopodobnych nie doczekała się dotąd potwierdzenia i zapewne już się nie doczeka. Jedna z teorii mówi o tym, że Dick cierpiał na schizofrenię. Wiadomo też, że przeszedł cały szereg epizodów związanych z halucynacjami, które później opisał. Miewał stany lękowe. Z drugiej strony, jakakolwiek była przyczyna jego problemów zdrowotnych i jakkolwiek one przebiegały, należy przede wszystkim zauważyć, że był człowiekiem komunikatywnym. Tak osobiście, jak wspominają go bliscy, jak i pisarsko. Więcej nawet, jako pisarz, chociaż upragnioną sławę zdobył praktycznie dopiero po śmierci, potrafił się dzielić swoimi niezwykłymi doświadczeniami w taki sposób, że miliony czytelników nie czują się w jego świecie obco. Odnajdują w nim coś dla siebie, być może natrafiając na jaśniej i wyraźniej podane pytania i refleksje, które i im, ze „zwyczajniejszym” doświadczeniem życiowym, też zapewne przychodzą do głowy. Co jeszcze można dodać, i co widoczne jest także, jak sądzę, w różnych wstępach do dzieł Philipa K. Dicka wydawanych przez REBIS, jego proza jest wyjątkowo wdzięcznym obiektem interpretacji. W moim odczuciu nie ma do niej jednego klucza, co dobitnie świadczy o jej bogactwie. Jak i o bogactwie duchowym samego autora.

Radosław Kot

* Lawrence Sutin, Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka, w przekładzie Lecha Jęczmyka, REBIS, 2005.

Z serca dedykuję tę powieść

Stanleyowi G. Weinbaumowi –

za to, że ofiarował światu Marsjańską odyseję


Rozdział pierwszy

Jest! Czarno-biała krowa ciągnęła wózek na rowerowych kołach. Stojący na progu zakrystii wielebny Handy powiódł wzrokiem poprzez promienie porannego słońca od strony Wyoming ku północy, jakby słońce wschodziło z tamtej strony, i dostrzegł pracownika kościoła – pozbawiony kończyn korpus z pokrytą guzami głową kołysał się, jak w transie, w rytm powolnych pociągnięć zaprzężonej do wózka krowy rasy holstein.

Zły dzień, pomyślał wielebny Handy. Miał przekazać złe wieści Tiborowi McMastersowi. Odwrócił się i wszedł do kościoła. Tibor nie dostrzegł go ze swojego wózka, gdyż całkowicie pochłaniały go własne myśli oraz nudności. Działo się tak zawsze, gdy artysta zabierał się do pracy: robiło mu się niedobrze i wszelkie zapachy czy widoki – nawet związane z jego profesją – sprawiały, że zaczynał kaszleć. Wielebny Handy zastanawiał się nad tą przypadłością, niechęcią do odbierania bodźców zmysłowych już na początku dnia – wyglądało to tak, jakby Tibor nie chciał go przeżyć.

Duchowny lubił słońce. Lubił zapach nagrzanej wielkiej koniczyny na pastwiskach otaczających Charlottesville w Utah, świst krowich ogonów… Wciągnął w nozdrza powietrze wypełniające kościół, a jednak… nie chodziło o widok Tibora, lecz o to, że wiedział o bólu tego człowieka bez kończyn – to go niepokoiło.

Za ołtarzem widać było fragment niemal ukończonego malowidła. Tibor pracował nad nim pięć lat, ale czas nie miał tutaj znaczenia: to dzieło pozostanie w kościele na wieczność – nie, poprawił się w myślach wielebny Handy, nie na wieczność, ponieważ zostało wykonane ręką człowieka, a przez to jest przeklęte, ale na wieki, zostanie tu na pokolenia. Przybędą inni, bez rąk i nóg, którzy nie będą mogli przyklęknąć bez odpowiedniego sprzętu; wydano na to oficjalną zgodę.

Muuu! – zaryczała krowa, kiedy Tibor, posługując się siłownikami od amerykańskiej rakiety balistycznej, zatrzymał zwierzę, ściągając lejce. Wózek stanął na wewnętrznym dziedzińcu kościoła, gdzie wielebny Handy trzymał swojego nie używanego już cadillaca model 1976, w którym zbierały się na noc śliczne, pokryte lśniącym złocistym puszkiem kurczęta karłowatej odmiany kury meksykańskiej. Ich kupki niszczyły wprawdzie… ale właściwie dlaczego nie? Były to odchody pięknych ptaków, których niewielkie stado prowadzał Herbert G, kogut – całe wieki temu stawił on czoło wszystkim rywalom i od tego czasu panował niepodzielnie. Przywódca zwierząt, pomyślał wielebny Handy. Była to jego cecha wrodzona, cecha Herberta G, który w tej właśnie chwili grzebał w żyznej glebie ogrodu, poszukując robaków, szczególnie tych tłustych, mutantów.

Duchowny nienawidził robaków. Zbyt wiele ich dziwnych odmian wychodziło z ziemi w ciągu nocy, dlatego kochał stworzenia, które żywiły się tymi chitynowymi paskudztwami, kochał swoje stadko – śmieszne, gdy o tym pomyśleć – ptaków! Nie ludzi.

Ludzie jednak przychodzili, przynajmniej w Dzień Święty, wtorek, żeby odróżnić go – celowo – od archaicznego chrześcijańskiego Dnia Świętego, niedzieli.

Tibor wyprzągł krowę i korzystając z akumulatorowego napędu wózka, po rampie z desek wtoczył się do kościoła. Wielebny Handy poczuł jego obecność, wyczuł przybycie człowieka bez kończyn, który nękany nudnościami starał się opanować okaleczone ciało, by kontynuować dzieło pozostawione poprzedniego dnia o zachodzie słońca.

 

– Zrobisz mu gorącą kawę? Proszę – odezwał się wielebny Handy do swojej żony, Ely.

– Tak – odpowiedziała. Była drobna, pomarszczona, zwiędła, jakby zasuszona. Z niechęcią patrzył na tę bezbarwną postać, kiedy wyjmowała filiżankę i spodek; w jej ruchach nie było miłości, tylko chłodne oddanie żony duchownego, a tym samym jego sługi.

– Cześć! – zawołał pogodnie Tibor. Mimo powracających nudności był zawsze pogodny, jakby należało to do jego obowiązków.

– Czarna – powiedział wielebny Handy. – Gorąca. Już zaparzona. – Odsunął się, by wózek, ledwo mieszczący się w drzwiach, mógł przejechać korytarzem do kuchni.

– Dzień dobry, pani Handy – rzekł Tibor.

– Dzień dobry, Tibor – odpowiedziała niewyraźnie Ely Handy, nie patrząc na mężczyznę bez kończyn. – Pokój z tobą i twoją świętą iskrą.

– Iskrą czy ikrą? – odparł Tibor, mrugając do Handy’ego.

Kobieta nic nie odpowiedziała, tylko wydęła usta. Nienawiść, pomyślał wielebny Handy, może przybierać najprzeróżniejsze, zdumiewające formy. Nagle zapragnął doświadczyć jej bezpośrednio, otwarcie, bez etykiety czy zwykłego chłodu… Patrzył, jak żona wyjmuje mleko z chłodziarki.

Tibor przystąpił do trudnej czynności picia kawy.

Najpierw musiał unieruchomić wózek. Zablokował prosty hamulec. Następnie odciął zasilanie od napędu kół i przełączył na obwód manipulatorów ramiennych. Wysunął się rurkowy siłownik z jasnego aluminium, a znajdujący się na jego końcu sześciopalczasty mechanizm chwytny – którego każda jednostka podłączona była przez przejścia wyrównawcze do mięśni barków mężczyzny bez kończyn – zbliżył się do pustej filiżanki. Ujrzawszy, że jest pusta, Tibor spojrzał pytająco na gospodynię.

– Na kuchni – powiedziała Ely, uśmiechając się znacząco.

Tak więc trzeba było zwolnić hamulec wózka, który potoczył się ku piecykowi. Tibor ponownie zaciągnął hamulec i wysunął swoje manipulatory w stronę czajnika. Przypominający ramię rurkowy siłownik z aluminium podniósł naczynie niezgrabnymi ruchami, jakby dotknęła go choroba Parkinsona, aż wreszcie Tiborowi udało się – dzięki skomplikowanym elementom systemu naprowadzającego rakiety balistycznej – nalać kawy do filiżanki.

– Nie napiję się z tobą – odezwał się wielebny Handy – bo w nocy i rano miałem skurcze odźwiernika. – Czuł się fizycznie podrażniony. Przypominam ciebie, pomyślał, bo chociaż jestem perfektusem, od rana doskwiera mi moje ciało: gruczoły i hormony. Zapalił papierosa – pierwszego tego dnia – delektując się luźno ubitym prawdziwym tytoniem, wypuścił dym i poczuł się znacznie lepiej. Jeden środek chemiczny ograniczał nadprodukcję innego. Usiadł przy stole, Tibor zaś, uśmiechając się pogodnie, pił spokojnie zbyt gorącą kawę.

A jednak…

Czasami ból fizyczny staje się zwiastunem niegodziwości, pomyślał wielebny Handy; czy tak jest też z tobą? Czy wiesz, co chcę… co muszę ci oznajmić? Nie mam wyboru, gdyż jestem zaledwie robakiem, który otrzymuje polecenia i przekazuje je we wtorki, a dziś właśnie jest wtorek.

– Tibor – powiedział. – Wie geht es heute?

– Es geht mir gut – natychmiast odpowiedział Tibor.

Obaj z wielkim upodobaniem wracali pamięcią do niemieckiego i mówili w tym języku. Przywodził im na myśl Goethego, Heinego, Schillera, Kafkę i Falladę; dla obu stanowiło to treść życia. Takie rozmowy – prowadzone, nim zabrali się do pracy – stały się nieomal świętym rytuałem, przypominały im o godzinach po zapadnięciu zmroku, kiedy nie sposób malować i można – oraz trzeba – już tylko rozmawiać. Rozmawiali przy lampach naftowych i ogniu – było to zbyt słabe źródło światła i zbyt zmienne, poza tym Tibor narzekał nieśmiało, że męczą mu się oczy. Nie wróżyło to nic dobrego, bo na całym obszarze Wyoming i Utah nie było nikogo, kto mógłby zrobić soczewki; w całej okolicy nie znaleźliby zresztą ani odrobiny odpowiedniego szkła. Po okulary dla Tibora trzeba by było udać się na Pielg. Wzdrygnął się na samą myśl o tym, gdyż pracownicy kościoła wysyłani na Pielg bardzo często nie wracali. Nie wiadomo było nawet dlaczego: czy gdzieś tam było lepiej czy gorzej? Należało przypuszczać, że – do takiego doszedł wniosku, wysłuchawszy wiadomości radiowych o szóstej po południu – i jedno, i drugie, wszystko zależy od miejsca.

Teraz świat składał się z wielu odosobnionych miejsc. Połączenia zostały zerwane. Tak pogardzana niegdyś jednolitość już nie istniała.

– „Rozumiesz” – wielebny Handy zaintonował śpiewnie fragment z Ruddigore.

Tibor natychmiast przestał pić kawę.

– „Tak myślę” – odpowiedział przeciągle cytatem. – „Trzeba spełnić swój obowiązek” – dodał i odstawił filiżankę, wykonując skomplikowane ruchy manipulatorem.

– „Zasada ta obowiązuje wszystkich” – powiedział wielebny Handy.

– „Uchylić się od obowiązku”. – Tibor wymówił te słowa z goryczą, częściowo do siebie samego. Odwrócił głowę, mlasnął wprawnie językiem i spojrzał uważnie na duchownego. – O co chodzi?

Chodzi o to, pomyślał wielebny Handy, że jestem związany; jestem częścią sieci, która drży i chłoszcze całym tym łańcuchem poruszanym u góry. A my wierzymy – jak ci wiadomo – że źródło tego ruchu jest Gdzie Indziej, skąd otrzymujemy mętne przekazy, które staramy się usilnie zrozumieć i wypełnić, ponieważ wierzymy – wiemy – że to, czego ono pragnie, jest nie tylko przekonujące, ale i słuszne.

– Nie jesteśmy niewolnikami – rzekł. – Jesteśmy tylko sługami. Możemy to rzucić; ty możesz. Nawet ja bym mógł, gdybym był przekonany, że tak będzie słusznie. – Wiedział jednak, że nigdy by tego nie zrobił. Już dawno ślubował w sercu wierność. – Dlaczego zajmujesz się tym tutaj? – spytał.

– No cóż, płacisz mi – ostrożnie odpowiedział Tibor.

– Ale do niczego cię nie zmuszam.

– Muszę jeść. To wystarczy.

– Jedno jest pewne – powiedział wielebny Handy. – Możesz znaleźć wiele zajęć gdzie indziej; mógłbyś pracować wszędzie mimo swoich… ograniczeń.

– Drezdeńskie Amen – rzekł Tibor.

– Co? – Handy nie zrozumiał.

– Kiedyś – powiedział Tibor – kiedy znowu podłączysz generator do elektronicznych organów, zagram ci to. Na pewno rozpoznasz. Drezdeńskie Amen wznosi się wysoko, ku Ponad, skąd cię terroryzują.

– Ależ nie – zaprotestował wielebny Handy.

– Ależ tak – rzekł sardonicznie Tibor. Jego twarz zmarszczyła się jeszcze bardziej, ściągnięta niewłaściwym uczuciem, jego przekonaniem. – Może to nawet jest „dobre”, może jest życzliwą mocą. I tak jednak zmusza cię do robienia różnych rzeczy. Powiedz mi tylko jedno: czy mam zamalować coś, co już kiedyś namalowałem? Czy chodzi o cały fresk?

– No cóż, jeśli chodzi o wynik końcowy, to twoja dotychczasowa praca została doceniona. Wysłaliśmy trzydziestopięciomilimetrowe kolorowe slajdy, byli nimi zachwyceni… no wiesz, ci, którzy je oglądali, Starsi Kościoła.

– Dziwne – powiedział Tibor po chwili zamyślenia. – Wciąż można dostać kolorowe filmy i wywołać je, ale nie sposób dostać czegoś takiego jak gazeta codzienna.

– O szóstej mamy wiadomości radiowe – zauważył wielebny Handy. – Z Salt Lake City. – Czekał z nadzieją. Nie padła żadna odpowiedź; mężczyzna bez kończyn popijał kawę w milczeniu. – Wiesz, jakie jest najstarsze słowo w języku angielskim? – spytał duchowny.

– Nie – odparł Tibor.

– „Moc” – rzekł wielebny Handy. – W znaczeniu bycia potężnym. Macht po niemiecku. Jednakże słowo to wywodzi się jeszcze z czasów przedgermańskich, z języka Hetytów.

– Hm.

– Hetyci mieli słowo mekkis. „Moc”. – Wciąż nie opuszczała go nadzieja. – „Czyś nie trajkotała? Czy nie tak postępują kobiety?” – cytował teraz słowa z Zaczarowanego fletu Mozarta. – „Mężczyznom przystoi działanie” – dokończył.

– To ty trajkoczesz – powiedział Tibor.

– Ale ty musisz działać – odparł wielebny Handy. – Miałem ci coś powiedzieć. – Zamyślił się. – Ach, tak. Owce. – Na pięcioakrowym pastwisku za kościołem wypasał swoje sześć owiec. – Wczoraj dostałem barana od Theodore’a Bentona – powiedział. – Pożyczył mi tego tryka, żeby pokrył moje owce. Przyprowadził go, kiedy mnie nie było. Stary tryk z siwym pyskiem.