Cudowna brońTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Pozdrowienia! – tak zaczynał się list doręczony błyskpocztą. Został pan wybrany spośród milionów sąsiadów i przyjaciół.

Jest pan nowym typowcem.

To niemożliwe, powtarzał sobie w myśli Surley G. Febbs, czytając drukowany formularz raz, drugi i trzeci. Ot, taki sobie dokumencik, mizerny, przynajmniej pod względem rozmiaru, z imieniem i nazwiskiem skserowanym w odpowiednie rubryki. Wyglądał mniej więcej tak urzędowo jak, powiedzmy, rachunek za usługi w jego spółbloku, przysłany przez administrację z prośbą o głosowanie za podwyższeniem opłat. A jednak dostając ten dokument, otrzymywał legalny dostęp do nieprawdopodobnego miejsca, Festung Waszyngtonu i jego podziemnego kremla, najpilniej strzeżonego miejsca w Za-Bloku.

I nie jako turysta.

Uznali mnie za typowego, powiedział do siebie. Sama ta myśl sprawiła, że poczuł się typowy. Poczuł się wielki, potężny i odrobinę pijany, nie bardzo mógł wstać. Na uginających się nogach przeszedł chwiejnie przez maleńki pokój dzienny swego mieszkanka. Opadł na kanapę w stylu jońskim, krytą skórą fnula. Sztuczną skórą fnula.

– Ale ja nie mam żadnych wątpliwości, dlaczego mnie wybrali – powiedział głośno. – Bo wiem wszystko o broni.

Autorytet. Tak, był autorytetem, całymi godzinami, sześć, siedem godzin na noc, studiował edutaśmy w oddziale biblioteki publicznej w Boisie w Idaho. Jak wszystkim innym obcięto mu ostatnio godziny pracy, z dwudziestu tygodniowo do dziewiętnastu.

Był autorytetem nie tylko w sprawie broni. Z doskonałą jasnością pamiętał wszystko, czego się kiedykolwiek dowiedział, choćby był to na przykład sekret słynnego czerwonego szkła witrażowego we Francji na początku trzynastego wieku. Wiem z całą pewnością, z której części Cesarstwa Bizantyńskiego pochodziły mozaiki rzymskie, topione na jakże cenne czerwone szkło – powiedział do siebie z tryumfem. Najwyższy czas, by w Zarządzie Narbezu ONZ-Z zasiadł ktoś taki jak on, posiadający szeroką wiedzę, zastąpił typowych durni, prościaków potrafiących wyłącznie czytać nagłówki homeogazów, oczywiście rubryki sportowe, animowane komiksy i, rzecz jasna, te seksualne brudy, czyli zatruwających puste umysły toksycznymi śmieciami produkowanymi masowo przez wielkie korporacje, które rządziły światem, co nie było sekretem dla nikogo znającego ich historię, choćby historię IG Farben. By już nie wspomnieć o tych o wiele większych, zajmujących się elektroniką, systemami naprowadzania i napędem rakietowym, takich jak A.G. Beimler z Bremy, prawdziwy właściciel General Dynamics, IBM i GE. Wiedział o tym każdy, komu chciało się zajrzeć wystarczająco głęboko, a jemu akurat się chciało.

Poczekajcie tylko, aż na zebraniu Zarządu zasiądę naprzeciw najwyższego dowódcy, generała George’a Nitza – powiedział do siebie.

Założę się, pomyślał, że potrafię podać mu więcej faktów dotyczących homeostatycznego, odwróconego w fazie, niefalowego oscylatora Metro-Gretel, używanego przez Boeinga w jego LL-40, szczytowo-prędkościowej rakiecie interplanowej niż wszyscy ci „eksperci” z Festung Waszyngtonu.

Bo to przecież nie jest tak, że mam zastąpić typowca, którego mandat w Zarządzie wygasł, i dlatego dostałem to zawiadomienie. Jeśli zmuszę głąbów, żeby mnie słuchali, powymieniam całe biura.

Z pewnością lepsze to było od pisania do „Star-Timesa” w Boisie i do senatora Edgewella, który już nawet nie odpowiadał mu druczkami ze swego biura, tłumacząc się tym, że jest, cytuję, „taki zapracowany”. Prawdę mówiąc, biło to nawet cudowne czasy sprzed siedmiu lat. Odziedziczył wtedy kilka obligacji rządowych ONZ-Zachód, dzięki którym mógł drukować własne ulotki informacyjne. Wysyłał je do przypadkowych ludzi wybranych z książki widfonicznej, a także oczywiście do wszystkich rządowych oficjeli w Waszyngtonie. Zmieniło to historię… a w każdym razie mogło ją zmienić, gdyby u władzy nie było tak wielu głupków, komunistów i tępych biurokratów… No, weźmy choćby problem oczyszczania z cząsteczek białek statków przylatujących ze skolonizowanych planet. Te cząstki spowodowały choćby grypę, na którą on sam zachorował w 1999 roku i z której tak naprawdę nigdy się nie wyleczył. Opowiedział o tym agentowi ubezpieczeń zdrowotnych u siebie w pracy, w Korporacji Finansowo-Oszczędnościowo-Kredytowej Nowa Era w Boisie. Sprawdzał tam podania o pożyczki, szukając wad, które mogły doprowadzić pożyczkobiorcę do niewypłacalności.

Nikt tak jak on nie potrafił oceniać ryzyka kredytowego. Wystarczyło mu popatrzeć na klienta, zwłaszcza Murzyna, przez zaledwie mikrosekundę lub nawet mniej, by dokładnie określić składniki jego psychostruktury etycznej. O czym wiedzieli wszyscy w Nowej Erze, łącznie z panem Rumfordem, kierownikiem oddziału. Choć przez swe egocentryczne ambicje osobiste i chciwość pan Rumford umyślnie sabotował wszystkie formalne prośby Febbsa, który się domagał, regularnie od dwunastu lat, więcej niż rutynowej, prawnie wymaganej podwyżki.

Przynajmniej ten jego problem teraz się rozwiązał. Jako typowiec dostanie bardzo przyzwoite uposażenie. Przypomniał sobie, ku swemu krótkotrwałemu zawstydzeniu, że w licznych listach do senatora Edgewella oprócz wielu innych spraw skarżył się także na to, że sześciu obywateli pełniących funkcję zasiadających w Zarządzie typowców otrzymuje nieproporcjonalnie wysoką pensję.

Pora na widfon, na rozmowę z Rumfordem, zapewne zajadającym śniadanko w drogim spółapcie w wieżowcu. Pora powiedzieć mu, żeby sobie wsadził.

Febbs wybrał numer. Po chwili miał już na ekranie pana Rumforda, który ciągle jeszcze miał na sobie jedwabny szlafrok rodem z Hongkongu.

Surley G. Febbs wziął głęboki oddech.

– Panie Rumford – wydukał – chciałem panu powiedzieć, że…

Przerwał onieśmielony. Nie przesadza się starych drzew.

– Dostałem informację od ludzi z Narbezu ONZ-Z w Waszyngtonie – usłyszał własny głos, piskliwy i drżący. – Więc… no… może pan zacząć szukać kogoś na moje miejsce, żeby odwalał dla pana tę brudną niewdzięczną robotę. Aha, i jeśli to pana w ogóle obchodzi, jakieś sześć miesięcy temu podrzuciłem panu zgniłe jajko: dziesięć tysięcy postkredytów, których on nigdy nie spłaci.

Rzucił słuchawkę na widełki. Pocił się jak ruda mysz, ale aż tak słaby był z radości wypełniającej całe jego ciało.

I nie powiem ci, kto jest tym zgniłym jajeczkiem, powiedział sobie. Możesz sam przeczesać kopalnię nagromadzonych od dziś papierów albo zapłacić nadgodziny mojemu zastępcy. Wsadź pan sobie, panie Rumford. Wsadź pan sobie głęboko.

Poszedł do maleńkiej kuchni spółapta. Rozmroził szybko paczkę duszonych moreli, które zwykle jadał na śniadanie. Usiadł przy stole wyglądającym jak wystająca ze ściany deska. Jadł i medytował.

Tylko czekać, aż dowie się o tym Organizacja. Chodziło mu o Bohaterskich Wojowników Pochodzenia Kaukaskiego z Idaho i Oregonu, Oddział Piętnasty. A zwłaszcza rzymskiego centuriona Skeetera W. Johnstone’a, który całkiem niedawno wyrokiem dyscyplinarnym aa-35 zdegradował Febbsa z legionisty klasy pierwszej do helota klasy pięćdziesiątej.

Odezwie się do mnie kwatera główna pretorianów z Cheyenne, pomyślał. Sam słoneczny cesarz Klaus! Zechcą zrobić mnie rzymskim centurionem, a Johnstone dostanie pewnie kopa w dupę.

Wielu ludzi dostanie teraz to, na co zasługuje. Choćby ta chuda bibliotekarka z głównego puboddziału w Boisie, która odmówiła mu dostępu do ośmiu skrzynek mikrotaśm ze wszystkimi dwudziestowiecznymi powieściami pornograficznymi. To cię będzie kosztować pracę, powiedział do siebie i wyobraził sobie wyraz jej zwiędłej twarzy jak brodawka, gdy dowie się, co ją czeka, od samego generała Nitza.

Jedząc duszone morele, przywołał na myśl obraz rzędów komputerów stojących w Festung Waszyngtonie, analizujących miliony kart z zapisanymi na nich danymi, określających, kto naprawdę ma typowe zwyczaje zakupowe, a kto tylko udaje, jak ci Strattonowie ze spółapta naprzeciw, którzy zawsze tak strasznie udają, ale nie są typowi w żadnym ontologicznym znaczeniu tego słowa.

To oznacza, radował się w duchu, że jestem Arystotelesowskim Uniwersalnym Człowiekiem, takim, jakiego społeczeństwo próbowało wygenerować genetycznie przez ostatnie pięć tysięcy lat! Univox-50R z Festung Waszyngtonu zdołał go wreszcie rozpoznać!

A kiedy wreszcie położą przede mną element broni, myślał z wielką pewnością siebie, ja już będę wiedział, jak go zlemieszować. Mogą na mnie liczyć. Zlemieszuję go na kilkanaście różnych sposobów, jeden lepszy od drugiego. Na postawie mej wiedzy i zdolności.

Tylko dziwne, do czego potrzebują jeszcze pięciu typowców. Może zamiast jednej szóstej tortu dadzą mi go całego. To nie jest wykluczone.

Przecież może pójść tak:

Generał Nitz (zachwycony): Dobry Boże, Febbs, masz całkowitą rację! W stadium wstępnym cewka tworząca pole ograniczające ruchy Browna, typ przenośny, da się łatwo zlemieszować jako niedrogie przenośne urządzenie do chłodzenia piwa, działające ponad siedem godzin. Ach! Strzał w dziesiątkę!

Febbs: Jednak moim zdaniem nadal nie widzi pan tego, co najważniejsze, panie generale. Gdyby dokładniej przeczytał pan me zalecenia dotyczące…

Zadzwonił widfon, przerywając mu tok myśli. Poderwał się i poszedł przyjąć rozmowę. Na ekranie zobaczył kobietę w średnim wieku, urzędniczkę biurokracji Za-Bloku.

– Pan Surley G. Febbs, spółapt spółbloku 300685?

– Tak – odpowiedział zdenerwowany.

– Otrzymał pan błyskpocztą zawiadomienie o powołaniu na urząd typowca Zarządu Narbezu ONZ-Z?

– Tak.

– Dzwonię, by przypomnieć panu, że pod żadnym warunkiem, niezależnie od okoliczności, nie wolno panu przekazywać, ujawniać, wyjawiać, oznajmiać ani w żaden inny sposób udzielać informacji osobom prywatnym, organizacjom, infomediom lub ich autonomicznym oddziałom, które mogą odbierać, rejestrować i/lub transmitować, przekazywać i/lub nadawać dane w jakiejkolwiek formie, że we właściwym ustawowo i prawnie procesie został pan legalnie powołany na członka Zarządu Narbezu ONZ-Z jako typowiec A, jak w paragrafie III pisemnego zawiadomienia, z którym miał pan się zapoznać i którego postanowień ma pan przestrzegać pod rygorem kary przewidzianej prawem.

 

Surley Febbs stracił przytomność, przynajmniej w duchu. Nie przeczytał zawiadomienia, nie do samego końca. Przecież to oczywiste, że tożsamość wszystkich typowców w Zarządzie jest trzymana w najgłębszej tajemnicy! A on powiedział o tym przecież panu Rumfordowi.

Ale… czy rzeczywiście mu o tym powiedział? Rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie własne słowa. Może wspomniał tylko, że dostał informacje? O Boże, jeśli się dowiedzą…

– Dziękuję panu, panie Febbs – powiedziała urzędniczka i przerwała połączenie.

Febbs stał w milczeniu. Powoli odzyskiwał przytomność.

Zdał sobie sprawę z tego, że musi znów zadzwonić do pana Rumforda. W jakiś sposób przekonać go, że rezygnuje z przyczyn, powiedzmy, zdrowotnych. Musi znaleźć jakiś pretekst. Straciłem spółapt. Muszę wyjechać. Cokolwiek.

Zorientował się nagle, że drży na całym ciele.

W głowie rozkwitł mu nowy obraz.

Generał Nitz (ponuro, z groźbą w głosie): Wygadałeś się, Febbs.

Febbs: Pan mnie potrzebuje, panie generale. Naprawdę mnie pan potrzebuje. Potrafię zlemieszować lepiej niż ktokolwiek przede mną… Univox-50R wie, co mówi. Na litość boską, panie generale, proszę mi dać szansę pokazania, jak wiele jestem warty.

Generał Nitz (poruszony): Dobrze, niech będzie, Febbs. Przecież widzę, że nie jesteś jak wszyscy inni. Stać nas na to, by potraktować cię wyjątkowo, bo muszę przyznać, że choć przez długie lata spotykałem się z wieloma ludźmi, nie widziałem jeszcze nikogo tak niezwykłego jak ty. Byłoby wielką stratą dla Wolnego Świata, gdybyś nie zechciał zostać z nami, nie pozwolił nam korzystać z dobrodziejstw twej wiedzy, doświadczenia i talentu.

Febbs przeszedł do kuchni. Usiadł przy stole, automatycznie wziął się do jedzenia.

Generał Nitz: W rzeczywistości, Febbs, jestem skłonny posunąć się nawet do stwierdzenia, że…

Ach, do diabła, pomyślał Febbs. Z chwili na chwilę był coraz bardziej ponury.


4

Około południa do nowojorskiego biura Mr Lars, Incorporated wszedł wysokiej rangi inżynier z Lanferman Associates z San Francisco i Los Angeles, firmy produkującej modele, prototypy i co tam jeszcze z rysunków Larsa Powderdrya.

Pete Freid czuł się tu jak w domu, w końcu miał lata doświadczenia. Szeroki w ramionach, choć przygarbiony, to nadal wysoki, wszedł do biura Larsa. Zastał go w gabinecie, gdzie pił on roztwór miodu i syntetycznych aminokwasów w dwudziestoprocentowym alkoholu: antidotum na niedostatek środków odżywczych, utraconych w trakcie przebytego rano transu.

– Odkryto, że to, czym się teraz bawisz, jest jedną z dziesięciu głównych przyczyn raka górnego odcinka przewodu pokarmowego. Lepiej rzuć to od razu.

– Nie mogę tego rzucić. – Jego ciało potrzebowało substancji odżywczych, a poza tym Pete i tak żartował. – Rzucić to powinienem… – zaczął, ale zaraz umilkł. I tak już dziś powiedział za wiele i to jeszcze w obecności funkcjonariusza KACH. Który, jeśli jest coś wart, zapamiętał wszystko, co słyszał, zarejestrował i umieścił w aktach na wieczną rzeczy pamiątkę.

Tymczasem Pete spacerował po gabinecie, zgarbiony na wieczność przez wysoki wzrost oraz, o czym wielokrotnie rozprawiał, „uszkodzony kręgosłup”. Tak naprawdę nikt nie wiedział, jak uszkodzony. Czasami był to wypadnięty dysk. Czasami, jak wynikało z bełkotliwych monologów Pete’a, uszkodzony dysk. Różnica między tymi dwiema odwiecznymi hiobowymi przypadłościami zawsze pozostawała płynna. W środy, na przykład dziś, ich przyczyną była stara wojenna rana. I nad tym się teraz rozwodził.

– Jasne… – powiedział do Larsa, trzymając ręce w tylnych kieszeniach roboczych spodni.

Przeleciał trzy tysiące mil z Zachodniego Wybrzeża normalnym rejsowym samolotem ubrany tak, jak pracował w warsztacie, z dodatkiem noszonego jako ustępstwo na rzecz ludzkości, niegdyś zapewne kolorowego, ale dziś czarnego, skręconego krawata. Krawat ten zwisał z kołnierzyka rozpiętej, przepoconej koszuli niczym kawał ołowianego kabla, jakby, w poprzednim życiu niewolnika, od czasu do czasu Pete’a prowadzano za niego do rzeźni. Z pewnością nie prowadzono go na pastwisko. Mimo swej gorączkowej, nieskoordynowanej aktywności psychomotorycznej był urodzonym pracusiem. Wszystko, co miał w życiu: żona, trójka dzieci, hobby, przyjaźnie; wszystko to szło w diabły, gdy przychodziło mu nad czymś pracować. A pracować nad czymś przychodziło mu o niezwykle pouczającej godzinie szóstej rano, może szóstej trzydzieści. W odróżnieniu od tych, których Lars uważał za neurologicznie normalnych przedstawicieli ludzkości, uwielbiał wcześnie wstawać; nie sposób nie uznać tego za wadę. A i to po nocy spędzonej w kolejnych barach, nad piwem i pizzą. Z żoną imieniem Molly. Lub bez żony.

– Co właściwie znaczy to „jasne”? – spytał Lars, popijając swego specjalnego drinka. Był zmęczony, dzisiejszy trans obrał go z sił do tego stopnia, że chemiczny eliksir nie był w stanie mu ich przywrócić. – No dobra, chcesz powiedzieć: „Jasne, powinienem rzucić pracę”. Znam wszystkie twoje wyjaśnienia. Szczerze mówiąc, słyszałem je tyle razy, że mógłbym…

Pete przerwał mu natychmiast podnieconym, ochrypłym, podniesionym głosem:

– Och, do diabła, przecież wiesz, o co mi chodzi. Niech cię diabli, w ogóle nie słuchasz człowieka. Czym się zajmujesz? Wstępujesz do nieba, wracasz wyposażony w Słowo Boże, a po nas oczekuje się, że wszystko, co nabazgrasz, obojętnie, jak głupie, potraktujemy niczym ewangelię. Jak jacyś… – Wykonał nieskoordynowany gest przypominający raczej tik nerwowy, jego potężne cielsko zadrżało pod niebieską bawełnianą koszulą. – A pomyśl tylko, jaką przysługę mógłbyś wyświadczyć ludzkości, gdybyś nie był taki leniwy.

– Jaką przysługę?

– Mógłbyś rozwiązać wszystkie nasze problemy! – Pete patrzył na niego gniewnie. – Jeśli rzeczywiście mają tam plany broni… – wskazał palcem sufit, jakby uważał, że Lars unosi się w transach gdzieś tam, wysoko – to nauka powinna cię prześwietlić. Na litość boską, powinieneś siedzieć w Cal Tech na badaniach, a nie prowadzić ten twój pedalski burdel.

– Pedalski?

– No dobra, w porządku, może i nie pedalski. Co z tego? Mój szwagier jest pedałem, a mnie to nic nie przeszkadza. Facet może być kimkolwiek chce. – Pete mówił tak głośno, że aż budził echo. – Dopóki jest sobie wierny, dopóki jest, kim naprawdę jest, a nie kim każą mu być. – A ty? – Głos mu się zmienił, stał się oskarżycielski. – Ty robisz tylko to, co ci każą. Mówią: „Hej, chcemy dwuwymiarowe rysunki kilku nowych pomysłów”, więc je im dostarczasz.

Ściszył głos, odchrząknął, przetarł zalaną potem górną wargę. Usiadł. Wyciągnął długie ramiona po leżący na biurku stos.

– To nie są szkice – oznajmił Lars, nie pozwalając mu ich zabrać.

– Nie są? To czym są? Na moje oko to projekty.

Pete obrócił głowę, szyja wydłużyła mu się jak tłok. Próbował przyjrzeć się im dokładniej.

– Dostałem je z Oko-Wschodu – wyjaśnił Lars. – Dzieło panny Topczewej.

Odpowiednik Pete’a w Bułganingradzie albo Nowej Moskwie – Sowieci mieli dwie firmy projektowo-inżynieryjne, duplikacja i nakładanie się obowiązków typowe dla społeczeństw monolitycznych – miał przenieść te szkice na kolejny szczebel rozwoju.

– Mogę zobaczyć?

Lars przesunął stosik w jego stronę. Pete niemal wodził nosem po płaskiej, lśniącej powierzchni zdjęć, jakby nagle popsuł mu się wzrok. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, przekładał tylko kolejne karty, a potem prychnął, wyprostował się w fotelu i rzucił stosik na biurko. Niemal trafił, ale zdjęcia i tak rozsypały się po podłodze.

Pochylił się, rozciągnął na całą długość, pozbierał je, ułożył z szacunkiem, dokładnie wyrównując krawędzie, a potem odłożył powoli, demonstrując w ten sposób, że nie zamierzał być niegrzeczny.

– Są straszne – orzekł.

– Nie – zaprzeczył Lars. Nie były wcale straszniejsze od jego szkiców. Osobista lojalność Pete’a wobec niego jako człowieka uczyniła z jego szczęk laleczki na sznurkach, przyjaźń merdała mu ozorem i choć Lars doceniał ją w całej pełni, wolał od razu ustawić sprawę na właściwej płaszczyźnie. – Można je zlemieszować. Ona robi, co do niej należy.

Ale oczywiście te szkice nie musiałyby być reprezentatywne. Sowieci cieszyli się zasłużoną sławą kanciarzy, radzili sobie nawet z KACH. Planetarna policja była ulubioną ofiarą radzieckiej tajnej policji, KWB. Nie rozmawiano o tym, kiedy szkice pokazał Don Packard, ale fakt pozostawał faktem: świadomi obecności agenta KACH na poziomie projektowania broni modowej Sowieci prawdopodobnie pokazywali tylko to, co chcieli pokazać, a resztę ukrywali. Zawsze trzeba było brać to pod uwagę.

A w każdym razie on brał to pod uwagę. Co Narbez ONZ-Z robił z otrzymanymi przez KACH materiałami, nie było mu wiadome. Zarząd mógł prowadzić politykę najlepszych intencji (choć w to trudno byłoby uwierzyć) lub politykę bezgranicznie cyniczną. Sam Lars próbował trzymać się bezpiecznie, pośrodku.

– To ona jest na tej zamazanej odbitce, mam rację? – spytał Pete.

– Tak. – Lars pchnął w jego stronę niewyraźną fotografię.

Pete pojeździł po niej nosem, jak po poprzednich.

– Nic nie widać – orzekł po chwili. – KACH dostaje pieniądze za coś takiego? Poradziłbym sobie lepiej w Bułganingradzie, gdybym odwiedził Dział Badawczy Instytutu Wdrażania Obrony z polaroidem Land w ręku!

– Czegoś takiego nie ma – zauważył Lars.

Pete uniósł głowę.

– Co powiedziałeś? Rozwiązali własne biuro? Przecież ona nadal pracuje.

– Ale pod kimś innym, nie Wiktorem Kamowem. On znikł. Choroba płuc. Teraz nazywa się to… – Lars wziął z biurka notatkę z raportu, który dostarczył mu funkcjonariusz KACH. W Oko-Wschodzie coś takiego stale się zdarzało, nie przywiązywał do tego znaczenia. – Protocydy Mniejsze, Pododdział Produkcji Rolniczej, Archiwa. Siedziba w Bułganingradzie. To oddział Środkowego Ministerstwa Standardów Bezpieczeństwa Narzędzi Autonomicznych, co jest ich przykrywką dla agencji badawczych broni z wyłączeniem broni biologicznych. O czym doskonale wiesz.

Stuknęli się z Pete’em głowami, kiedy pochylił się nad niewyraźnym zdjęciem Lilo Topczewej, jakby czas mógł stworzyć z zamazanej plamy bardziej wyraźny obraz.

– Masz obsesję, ale na punkcie czego? – zastanowił się Pete.

Lars wzruszył ramionami.

– Nie mam żadnej obsesji. Być może czuję duchowy niepokój?

Wolał kluczyć, inżynier z Lanferman Associates był zbyt dobrym obserwatorem i zbyt utalentowanym człowiekiem.

– Nie, chodzi mi o to, że… ale najpierw… – Pete z wprawą eksperta przesunął długie, czarne od brudu, wrażliwe palce pod blatem biurka. Szukał urządzenia śledzącego. Na razie go nie znalazł. – Boisz się – powiedział. – Nadal bierzesz pigułki?

– Nie.

– Kłamiesz.

Lars skinął głową.

– Kłamię – przyznał.

– Źle sypiasz?

– Średnio.

– Jeśli ta kozia dupa Nitz dorwał twoją kozę…

– Nie o to chodzi. Pozostając przy twoim barwnym języku: ta kozia dupa Nitz nie dorwał mojej dupy. Zadowolony? Szanowny pan zadowolony?

– Mogą szukać zastępstwa dla ciebie przez najbliższe pięćdziesiąt lat i nie znaleźć nikogo takiego jak ty. Znałem Wade’a. Był w porządku, ale ty grasz w zupełnie innej lidze. Jesteś o klasę lepszy od innych. A zwłaszcza od tej damy z Bułganingradu.

– Miło mi to słyszeć.

– Miło… nawet pieprzyć nie umiesz. W każdym razie nie o to chodzi.

– Nie – zgodził się z nim Lars. – Nie o to chodzi i nie obrażaj Lilo Topczewej.

Pete pomacał kieszeń koszuli, wyjął z niej tanie cygaro, jakie można kupić wszędzie, zapalił i napełnił gabinet trującym dymem, aż nic w nim nie było widać, a czuło się tylko smród. Niewrażliwy i kompletnie obojętny wypuszczał chmury dymu, pogrążony w myślach.

Miał tę zaletę (czy też wadę), że każdą zagadkę uważał za możliwą do rozwiązania, jeśli wystarczająco długo się nad nią zastanawiać. Niezależnie od dziedziny, a tą dziedziną mogła być nawet ludzka psychologia. W jego przekonaniu maszyna nie jest ani bardziej, ani mniej skomplikowana od biologicznych narządów stworzonych przez dwa miliardy lat ewolucji.

 

Zdaniem Larsa był to dziecinnie optymistyczny pogląd rodem z XVII wieku. Pete Freid o zręcznych dłoniach, genialny inżynier, był anachronizmem. Patrzył na świat oczami błyskotliwego siódmoklasisty.

– Mam dzieci – powiedział Pete. Żuł cygaro, zła sytuacja stała się jeszcze gorsza. – Potrzebujesz rodziny.

– Jasne.

– Nie, mówię serio.

– Oczywiście, że mówisz serio. Ale to nie znaczy, że masz rację. Wiem, co mnie martwi. Popatrz.

Lars dotknął wyłączników kodowych zamkniętej szuflady biurka. Dotyk opuszków palców sprawił, że otworzyła się natychmiast, jak szuflada kasy sklepowej. Wyjął z niej własne szkice, czyli to, po co przyjechał Pete, przebywszy trzy tysiące mil. Oddał je z wszechogarniającym poczuciem winy, towarzyszącym mu w każdej z tych chwil. Uszy mu płonęły. Nie potrafił spojrzeć Pete’owi w oczy. Zajął się obowiązkowymi drobiazgami, jak zwykle robił, co mógł, żeby tylko nie myśleć.

– Dobre są. – Pete starannie parafował każdy rysunek pod numerem, nastemplowanym przez urzędnika Narbezu ONZ–Z, z pieczęcią i podpisem.

– Wrócisz do San Francisco – powiedział Lars – zrobisz polijakiśtam model, a potem spróbujesz stworzyć działający prototyp…

– Tym się zajmą moi chłopcy – poprawił go Pete. – Ja tylko mówię im, co mają zrobić. Myślisz, że brudziłbym sobie ręce? Tym polijakimśtam?

– Pete, jak długo to jeszcze potrwa? – spytał go Lars.

– Będzie trwać zawsze – odparł bez wahania Pete ze słyszalną w jego głosie mieszanką naiwnego optymizmu siódmoklasisty i niemal rozpaczliwej rezygnacji.

– Dziś rano, nim zdążyłem wejść do budynku, na ulicy dopadł mnie jeden z tych autonomicznych telereporterów z programu Szafarza Wieści. Oni wierzą. Oni naprawdę wierzą!

– Owszem, wierzą. O to właśnie mi chodziło. – Podniecony Pete gestykulował tym swoim tanim cygarem. – Nie rozumiesz? Będą wierzyć. Nawet gdybyś spojrzał wprost w obiektyw tej kamery, powiedzmy: oko w oko, gdybyś powiedział spokojnie i dobitnie coś w rodzaju: „Myślicie, że tworzę bronie? Myślicie, że to właśnie przynoszę z hiperprzestrzeni, z tego kretyńskiego supernaturalnego wymiaru?”.

– Ale ich trzeba bronić – zaprotestował Lars.

– Przed kim?

– Wszystkim. Każdym. Zasługują na ochronę, myślą, że wykonujemy swoją robotę.

Pete pomilczał chwilę, a potem powiedział:

– Broń nie jest żadną ochroną. Już nie. Nie od… no wiesz… 1945. Kiedy załatwili to japońskie miasto.

– Ale – zauważył Lars – prościaki wierzą, że jest. Wydaje się, że jest.

– I wydaje się, że dostają, co chcą dostać.

– Chyba za chwilę się pochoruję – powiedział Lars. – Powinienem być prościakiem. Bez mojego talentu medium byłbym prościakiem, nie widziałbym tego, co wiem, nie tkwiłbym w środku i nie patrzyłbym na zewnątrz. Byłbym jednym z fanów Szafarza Wieści i jego porannych wywiadów. Wierzyłbym w to, co mi się mówi, bo mówi mi się to do mnie z wielkiego ekranu ze wszystkimi tymi stereokolorami, bogatszymi, niż to się zdarza w życiu. Fajnie to jest, kiedy wpadam w komę, w ten cholerny trans, bo jestem nim pochłonięty. Myśli znikają z głowy, przestają się na mnie szczerzyć.

– Szczerzyć? – Pete spojrzał na niego podejrzliwie.

– U ciebie w głowie nic się nie szczerzy? – Lars był autentycznie zdumiony.

– A skąd! Do diabła, coś w głowie mówi mi, że jesteś wart dwa razy więcej postkredytów, niż ci płacą. To mi mówi coś w głowie i ma rację. Któregoś dnia, niedługo, poruszę ten temat z Jackiem Lanfermanem. – Pete aż promieniował słusznym gniewem.

– A byłem taki pewny, że myślisz to co ja.

Prawdę mówiąc, Lars zakładał, że wszyscy, nawet generał George McFarlane Nitz, traktują swą robotę tak, jak on ją traktował, pełen wstydu i poczucia winy tak głębokiego, że nie ma odwagi nikomu spojrzeć w oczy.

– Zejdźmy na dół. Pójdziemy na róg, na kawę – powiedział Pete.

– Pora zrobić sobie przerwę.