Matki i córki we współczesnej PolsceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I. Pudełko z narzędziami, czyli jak poznać i zrozumieć naturę relacji między kobietami
Perspektywy i koncepcje badawcze, czyli jak badać relację matka – córka

Nastał czas na ponowne przeegzaminowanie, przemyślenie relacji [między matką a córką], która na długi czas odesłana została do przypisów męskiej historii.

(Walters 1992: 7)

Relacja między matkami i córkami nie należy do tematów często poruszanych w obrębie nauk społecznych. O ile jednak w krajach, gdzie rozwijały się studia nad kobietami i płcią, takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Francja, rozważania na ten temat mają już kilkudziesięcioletnią tradycję, w Polsce pierwsza (i jedyna jak dotąd) oryginalna, a więc oparta na własnych badaniach praca na ten temat autorstwa Joanny Ostrouch została opublikowana dopiero w roku 2004. Taki stan rzeczy wynika ze splotu historii, narodowych mitologii, ideologii i dyskursów dotyczących płci, które determinują podział na to, co potrzebne, użyteczne i właściwe, oraz to, co marginalne, także w obrębie nauki.

Amerykańska badaczka Suzanna Danuta Walters (1992) twierdzi, że zepchnięcie historii matek i córek na margines jest konsekwencją życia w kulturze zdominowanej przez mężczyzn, w której temu, co „męskie”, nadaje się automatycznie większą wartość niż temu, co „kobiece” (por. Irigaray 1995). Wydobywanie na powierzchnię, odkrywanie i opisywanie kobiecych doświadczeń jest niezbędne, byśmy mogli wypełnić dotychczasowe luki i białe plamy zarówno na obszarze nauk społecznych, jak i w obrębie wiedzy potocznej. Tym bardziej że, jak po wielokroć dowiedziono, relacja ta jest centralnym ogniwem w procesie budowania kobiecej tożsamości. Holenderska badaczka Janneke van Mens-Verhulst (1993) zauważa, że efektami przyjęcia perspektywy, w ramach której znaczące są przede wszystkim relacje z mężczyznami, są nacisk na heteroseksualność, podkreślanie roli ojca w kształtowaniu się kobiecej tożsamości, a wreszcie „niezachwiana wiara w autonomię jako wyznacznik dorosłości i dojrzałości” (1993: xiv). Tym samym nie docenia się roli matki i znaczenia związku matka – córka oraz pomija konsekwencje istnienia lesbianizmu (por. Rich 1980). Zdaniem van Mens-Verhulst lepsze poznanie dynamiki kontaktów między matkami a córkami może pomóc nam w zrozumieniu relacji między kobietami o różnym poziomie władzy nie tylko w rodzinie, ale też w innych kontekstach społecznych, np. w edukacji, zarządzaniu czy podczas terapii, bowiem: „[r]elacje między matkami a córkami mogą być postrzegane jako archetyp realnych i symbolicznych różnic międzygeneracyjnych między kobietami” (1993: xiii).

Ponadto Walters (1992) zwraca uwagę na pewien paradoks: choć opisywane tutaj relacje są często marginalizowane, to właśnie one mają stanowić podstawę życia rodzinnego przede wszystkim dlatego, że kobietom przypisuje się główną rolę w reprodukcji i podtrzymywaniu funkcjonowania rodziny. Pisze ona, iż „wystarczy tylko zerknąć na literaturę dotyczącą psychoterapii, aby udowodnić na przykład, że to od kobiet w rodzinie oczekuje się opieki i troski” zarówno w odniesieniu do dzieci, jak i osób starszych, chorych czy z jakiegoś powodu potrzebujących opieki (ibid: 7). Z tej perspektywy analiza tego, co dzieje się między dwoma pokoleniami kobiet, jest niezbędna do zrozumienia istoty przemian zachodzących w strukturze rodziny i charakterze stosunków rodzinnych. Jak wskazuje Walters: „jeśli matki i córki rzeczywiście stanowią podstawę rodziny, swoisty most, który ma ją scalać, to właśnie ten most, ta podstawa muszą zostać przebudowane, aby zarówno matki, jak i córki mogły przejść na drugą stronę, w poszukiwaniu nowych, mniej opresyjnych form życia rodzinnego” (ibid: 8). Ostateczna przemiana patriarchalnego modelu rodziny na bardziej egalitarny i szanujący prawa i potrzeby wszystkich jej członkiń może nastąpić jedynie wtedy, gdy oba pokolenia kobiet będą miały siłę i wiedzę potrzebne do wprowadzenia zmian.

Badania nad kobietami, w tym nad relacjami między matkami a córkami, stanowią część feministycznego projektu, którego celem jest inicjowanie i wzmacnianie procesu budowania kobiecych więzi i międzypokoleniowego kontinuum (Walters 1992, por. Green 2008, Irigaray 2000a i 2000b, van Mens-Verhulst 1993). Analizy te pozwalają lepiej poznać zróżnicowane kobiece doświadczenia i opisać je w języku nauki, ale też mają pomóc w wypracowaniu strategii mających na celu budowanie kobiecej wspólnoty w codziennym życiu. O relacji między matką a córką można mówić jako o miejscu, w którym następuje przecięcie i przenikanie tego, co prywatne, z tym, co publiczne; tego, co społeczne, z tym, co indywidualne. Taką właśnie perspektywę przyjmuję w mojej książce, starając się uwzględniać zarówno wagę kulturowych dyskursów i reprezentacji, jak też zróżnicowane i skomplikowane doświadczenia konkretnych osób.

Skupienie się na omawianej relacji jako podstawie wzmacniania więzi między kobietami może skłaniać do jej idealizowania i pomijania elementów trudnych czy niejednoznacznych. Krytycznie analizując kontekst kulturowy, w którym głęboko zakorzeniony jest syndrom obwiniania o wszystko matki, można też ulec pokusie eksponowania pozytywnych aspektów badanego zjawiska (Walters 1992: 9, por. Budrowska 2000). W swoich rozważaniach staram się uniknąć tej pułapki, przyjmując za Walters założenie, iż nie jest dla mnie istotne, czy relacje te są „dobre” czy „złe”, „pozytywne” czy „negatywne”. Zależy mi głównie na tym, aby poddać różne wymiary relacji matki i córki krytycznej analizie osadzonej w konkretnym kontekście kulturowym i społecznym, pozwalając czytelniczkom i czytelnikom na samodzielną ocenę narracji, które zbudowałam na podstawie zastanych badań, kulturowych reprezentacji i doświadczeń moich rozmówczyń.

Moje wnioski są przefiltrowane przez zdobytą wiedzę, ale też własne doświadczenia i punkt widzenia. Są interpretacją rzeczywistości, a „każda interpretacja jest posunięciem politycznym” (Marshall w: Davis i Gergen 1997: 2). Wynika stąd potrzeba nakreślenia mojej orientacji teoretycznej, co, jak sądzę, pozwoli lepiej zrozumieć, w jaki sposób konstruuję granice tego, co rzeczywiste i poznawalne. Podążam tu za radą Milesa i Hubermana, którzy apelują do badaczy „aby jasno uświadomili swoje preferencje teoretyczne. Poznanie tego, jak badacz konstruuje kształt społecznego świata i zamierza dać nam wiarygodny jego opis, jest tym samym, co poznanie partnera do rozmowy” (2000: 4).

Przyjęty przeze mnie paradygmat społecznego konstrukcjonizmu nie jest podejściem nowym, jednak zdarza się wciąż, że budzi wątpliwości, a niektóre jego postulaty wydają się pozostawać w sprzeczności z podstawowymi założeniami uprawiania nauki, takimi choćby jak obiektywizm prowadzonych badań, zachowanie zmysłu krytycznego i dystansu w procesie zdobywania danych oraz epistemologiczne podstawy ich interpretacji (Vance 2007). Co więcej, ze względu na szeroki zakres badań opartych na tym paradygmacie oraz fakt, że wykorzystywany jest on w różny sposób w zależności od dziedziny i typu badania, należałoby dziś raczej mówić o nim w liczbie mnogiej. Dlatego też uznałam, że warto omówić podstawowe założenia społecznego konstrukcjonizmu oraz zastanowić się nad potencjalnymi niebezpieczeństwami wynikającymi ze stosowania go w praktyce.

Kluczowym elementem omawianego paradygmatu jest krytyczne stanowisko wobec statusu wiedzy naukowej, zarówno w wymiarze epistemologicznym, jak i ontologicznym (Gavey 1997, Gergen i Gergen 2005). Fakty tracą status zjawisk niepodważalnych czy obiektywnych, ponieważ zależne są od wspólnot językowych, które je tworzą i podtrzymują ich ontologiczny status, zaś wiedza jest konstruowana w określonym kontekście i bezpośrednio związana ze sprawowaniem władzy. Jak pisze Nicola Gavey (1997), feministyczne krytyki podejścia pozytywistycznego w obszarze nauk społecznych wskazują, że możliwość uprawiania nauki w sposób obiektywny, a więc pozbawiony określonych założeń ideologicznych, jest raczej iluzją niż praktyką. Obiektywizm oznacza zwykle po prostu posługiwanie się ideologiami dominującymi, które przez swą powszechność stają się przezroczyste.

Dlatego też jednym z podstawowych postulatów konstrukcjonizmu jest nakaz zachowania daleko idącej ostrożności w podejściu do wszelkich definicji – słowa czy nazwy nie tylko odzwierciedlają świat, ale też go tworzą, budując nasz sposób odbierania rzeczywistości (Davis i Gergen 1997: 5). Przykładem, do którego odwołują się Sara N. Davis i Mary M. Gergen (1997), jest kulturowa konstrukcja kobiecości i męskości jako przeciwieństw, zbiorów cech i predyspozycji o charakterze rozłącznym. Efektem takiego podejścia jest skupianie się głównie lub wyłącznie na różnicach oraz ignorowanie podobieństw, mimo że tych ostatnich jest więcej i mają one duże znaczenie dla funkcjonowania kobiet i mężczyzn w społeczeństwie. Skutkiem generalizowania i koncentrowania się na różnicy płci jest też marginalizowanie różnic wewnątrzgrupowych, np. wynikających z przynależności do określonej klasy społecznej, rasy czy innych cech różnicujących (James 1997, Slany et al. 2011). Problem ten ma również wymiar metodologiczny – nieprzypadkowo większość narzędzi wykorzystywanych do badań ilościowych skonstruowano tak, by umożliwić diagnozowanie przede wszystkim odmienności a nie podobieństw.

Davis i Gergen pokazują społeczne konsekwencje procesu konstruowania i normalizowania określonych pojęć i zjawisk, np. kariery, którą zrobiło określenie „wartości rodzinne” w USA w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (1997: 8–9). Choć pierwotnie określenie to obejmować mogło całe spektrum zróżnicowanych przekonań i praktyk, w wyniku stosowania go w określonym kontekście społeczno-politycznym obecnie identyfikowane jest przede wszystkim z wartościami konserwatywnymi i patriarchalnym modelem rodziny. Jak piszą autorki:

 

mimo, że [te słowa] nigdy nie zostały szczegółowo zdefiniowane, używa się ich, by zasugerować, że pozytywne wartości rodzinne znaleźć można w jednym tylko typie rodziny, a mianowicie w takiej, której członkowie należą do klasy średniej, matka pozostaje w domu, zaangażowana w wychowywanie dzieci i inne zajęcia, których nie definiuje się jako pracy, a silny ojciec pracuje zawodowo i zarabia na dom (1997: 8).

Warto zauważyć, iż choć określenie to może odnosić się do pozytywnych aspektów życia rodzinnego, w momencie gdy staje się opisem jedynego właściwego czy społecznie pożądanego modelu życia rodzinnego, służy głównie wykluczeniu innych modeli i alternatywnych praktyk rodzinnych. Wykluczenie może mieć wymiar nie tylko symboliczny, ale i przekładać się na praktykę, np. stanowić podstawę do odmówienia rodzinom niespełniającym określonych kryteriów wsparcia państwa. Przykładem tego, w jaki sposób definiowanie pojęć może wpływać na los obywatelek w Polsce, jest sytuacja, która powstała po wprowadzeniu nowej Ustawy o świadczeniach rodzinnych w 2003 roku oraz jej nowelizacji w roku 2005 (Hryciuk 2012). Zamiast świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego osoby określone jako „samotni rodzice” otrzymywać miały zasiłki od państwa. Podstawą do określenia kogoś tą kategorią był stan cywilny, a zasiłek otrzymywały osoby opiekujące się dzieckiem tylko wtedy, gdy nie weszły ponownie w związek małżeński i nie wychowywały dzieci wspólnie z drugim rodzicem. W efekcie gwałtownie wzrósł w Polsce odsetek rozwodów, zaś liczba samotnych rodziców (w zdecydowanej większości samotnych matek) wzrosła z trzystu tysięcy do blisko miliona. Tym większa powinna być ostrożność wszystkich osób, które w swoich tekstach i wystąpieniach (re)produkują znaczenia i definicje.

Do relacji między paradygmatem konstrukcjonizmu społecznego a kategorią płci kulturowej i kobiecej tożsamości jeszcze wrócę. Jednak w tym miejscu należy zaznaczyć, że niezwykle ważną cechą podejścia konstrukcjonistycznego jest przyjęcie, że na uniwersalne dylematy moralne i etyczne nie ma odpowiedzi, które pozostawałyby w oderwaniu od warunków społecznych i kontekstów – historycznego, kulturowego czy geograficznego (Davis i Gergen 1997). Nie zwalnia to z konieczności zadawania pytań dotyczących etycznych założeń i praktycznych efektów prowadzonych badań czy konstruowanych teorii. Wręcz przeciwnie – rolą badaczy nie jest bowiem proste zbieranie faktów, a następnie przedstawianie ich za pomocą języka właściwego danej dziedzinie, ale interpretacja rzeczywistości, w której dużą rolę odgrywają wyznawane wartości, założenia, własna pozycja społeczna i zawodowa oraz inne cechy – w tym płeć (Davis i Gergen 1997: 6–9, Lawler 2000: 3–12).

Krytyczne podejście do wizji badacza lub badaczki jako osoby obiektywnej, zdystansowanej wobec badanej rzeczywistości i nieangażującej się emocjonalnie w proces badawczy, jest ważne także dlatego, że ideał ten daleki jest od codziennej praktyki. W rzeczywistości zarówno badacz, jak i respondent to konkretne osoby, na których relację wpływa sytuacja badania oraz cechy, takie jak płeć, pochodzenie, usytuowanie w określonym miejscu drabiny społecznej, przynależność etniczna, orientacja seksualna czy poziom sprawności, czyli wszystko to, co mieści się w podejściu intersekcjonalnym (Crenshaw 1989 i 1991). Świadomość tego oraz własnej pozycji staje się niezbędna zarówno w trakcie badania, jak i w momencie interpretacji uzyskanych danych (Davis i Gergen 1997: 10). W moim przypadku konsekwencją przyjęcia omawianego paradygmatu stała się konieczność krytycznego spojrzenia na kategorie, którymi się posługuję, i założenia, jakie przyjmuję w trakcie całego procesu badawczego, określenie własnej pozycji w stosunku do badanego zagadnienia, zbieranych materiałów i wreszcie osób, które zostały moimi respondentkami, a także przyjrzenie się własnym doświadczeniom i przemyślenie tego, jak wpływają one na moją interpretację rzeczywistości.

Macierzyństwo i córectwo – pojęcia, koncepcje i teorie

To porzucone miejsce szybko zaczyna być niedostępne: przestajemy mówić i myśleć o więzi z matką, nie czytamy bajek ani opowieści o jej więzi z córką. […] Tej wielkiej nieobecności relacji matki – córki doświadczamy we wszystkich kodach: lingwistycznym, socjologicznym, semiotycznym, strukturalnym, kulturowym, ikonograficznym i mitologicznym.

(Agata Araszkiewicz 2001)

Zdaniem współczesnych badaczek słynne stwierdzenie Adrienne Rich (2000), że relacja matka – córka to wielka, wciąż nienapisana opowieść, straciło dziś aktualność w kontekście anglosaskim (Lawler 2000, Miller-Day 2004). Od lat siedemdziesiątych, kiedy Rich pisała swą książkę, na temat matek i córek powstały liczne prace naukowe, przeprowadzono badania na gruncie socjologii, psychologii oraz krytyki literackiej, relacja ta stała się ważnym tematem w sztuce oraz w mediach (Hirsch 1981, Walters 1992). Niestety, znakomita większość teks-tów i analiz wciąż nie została przetłumaczona na język polski, a na rodzimym gruncie analizie poddaje się głównie macierzyństwo (Budrowska 2000, Hryciuk i Korolczuk 2012 i 2015, Janion 2004 i 2006, Ostrowska 2004, Urbańska 2015, Walczewska 1999), podczas gdy rola córki oraz relacja między matką a córką stosunkowo rzadko stają się obiektem badań i źródłem inspiracji dla badaczek i badaczy (wśród wyjątków warto wymienić prace takich autorek jak Araszkiewicz 2000, Budrowska 2000, Krasnodębska 2013, Ostrouch 2004). Rodzi to szereg pytań: jak można zdefiniować „bycie córką”?, w odniesieniu do jakich teorii analizuje się relację matka – córka?, które koncepcje są najbardziej przydatne i otwierają przed poszukiwaczkami nowe perspektywy?

W teoriach i badaniach dotyczących relacji matki i córki mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Mimo że to instytucja i doświadczenie macierzyństwa są znacznie częściej badane, a w konsekwencji lepiej rozpoznane, relacje matka – córka zwykle analizuje się z perspektywy córek (Miller-Day 2004), szczególnie w obrębie teorii i badań feministycznych. O skali zainteresowania macierzyństwem na gruncie naukowym w krajach anglosaskich świadczy fakt, że istnieje już stowarzyszenie osób zajmujących się badaniami nad macierzyństwem: the Association for Research on Mothering przy Uniwersytecie York w Kanadzie. Od roku 2003 stowarzyszenie wydaje ‘Journal of the Association for Research on Mothering’ – anglojęzyczne pismo naukowe poświęcone wyłącznie omówieniu różnorakich aspektów macierzyństwa. W języku polskim słowo „macierzyństwo” pojawia się bardzo często i odmieniane jest przez wszystkie przypadki, jednak ani w języku potocznym (podobnie jak i w wielu innych językach, np. w angielskim, francuskim czy szwedzkim), ani w większości tekstów naukowych na temat relacji rodzinnych nie używa się analogicznego określenia odnoszącego się do córek. W języku polskim funkcjonuje przymiotnik „synowski”, który w Popularnym słowniku języka polskiego (2002) opisywany jest jako „charakterystyczny dla syna, należący do syna, dotyczący syna”, jednak brak dla niego odpowiednika dotyczącego córek. Odniesienia do roli syna pojawiają się szczególnie często w kontekście dyskursu narodowego, w którym znaczącą rolę odgrywają pojęcia „synowskiego obowiązku” czy „synowskiej miłości” do ojczyzny. Córki nie pojawiają się w tym dyskursie, a ich głównym zadaniem jest wejście w rolę Matki Polki (Ostrowska 2004).

W polskim dyskursie naukowym mamy dziś dwa odpowiedniki amerykańskiego daughterhood – „córectwo” i „córkostwo” – jednak żaden nie zakorzenił się w pełni w języku potocznym. Pierwszy termin zaproponowany został przez Bożenę Umińską i Jarosława Mikosa w przekładzie Słownika teorii feminizmu autorstwa Maggie Humm (1993). Drugie określenie – „córkostwo” – zaproponowała z kolei Joanna Mizielińska, dokonując przekładu książki Adrienne Rich pt. Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja (2000). W innych pracach pojawiają się oba tłumaczenia – w tekście Czarny ląd czarnego kontynentu Agata Araszkiewicz (2001) używa określenia „córectwo”, podczas gdy autorka badań dotyczących matek i córek, Joanna Ostrouch (2004) posługuje się w swojej pracy pojęciem „córkostwo”. Ja wybrałam, za Araszkiewicz, określenie „córectwo” ze względu na fakt, iż jako pierwsze zostało zaproponowane na gruncie polskim, a także dlatego, że – w przeciwieństwie do „córkostwa” – wydaje się skuteczniej przenikać do języka. Dlatego też to „córectwo” funkcjonuje jako hasło w kompendium Encyklopedia gender (Korolczuk 2014).

Język, kultura i dyskurs naukowy uprzywilejowują matki. Nawet w Słowniku teorii feministycznych Maggie Humm (1993) zauważyć można swoisty brak równowagi – podczas gdy w tomie znajdziemy zarówno pojęcie „macierzyństwa”, jak i definicję słowa „matka”, w odniesieniu do kolejnego pokolenia zawarto jedynie hasło „córectwo”. Jednocześnie, jak wskazuje Steph Lawler (2000), w przypadku analiz relacji matka – córka można mówić o dominacji perspektywy córki często postrzeganej „jako ta, która posiada uprzywilejowany wgląd w relację, a jej opis postaci matki traktowany jest jako podpowiadający prawdzie” (2000: 15). Można założyć, że uprzywilejowanie w badaniach prowadzonych z perspektywy feministycznej wynika z konkretnych uwarunkowań społeczno-kulturowych, w szczególności z faktu, że wiele kobiet, które budowały ruch feministyczny w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych czyniło to w opozycji do pokolenia swoich matek (Rich 2000, Chesler 2003, Araszkiewicz 2001). Ich bunt, choć w nieporównywalnie mniejszym stopniu zaznaczony w kulturze niż bunt synów wobec pokolenia ojców, naznaczył jednak większość klasycznych tekstów na ten temat. Są one zwykle pisane z pozycji córki, która krytycznie patrzy na swą matkę, co determinuje emocjonalny ton i zakres tematyczny zarówno w przypadku prac o charakterze naukowym (Arcana 1981, Irigaray 2000a, 2000b), jak i popularnym (np. Friday 1977). Moje rozważania również prowadzone są z perspektywy córki, choć celem nie jest bunt wobec realnej czy wyobrażonej matki, lecz opisanie i zrozumienie całego spektrum relacji.

Według Słownika teorii feminizmu córectwo to po prostu „związek pokrewieństwa kobiet z rodzicami” (Maggie Humm 1993: 37), choć w obrębie teorii feministycznych ważny jest przede wszystkim związek z matką (Ostrouch 2004). Ta krótka definicja nie obejmuje całości emocjonalnego, intelektualnego oraz fizycznego zaangażowania, jakie wiąże się z realizowaniem roli córki, szczególnie tej dorosłej. W praktyce może ona obejmować całe spektrum postaw, zachowań i wyobrażeń dotyczących relacji z rodzicami, a także innymi członkami rodziny i otoczeniem. Córectwo to pozycja płynna, podlegająca zmianom o charakterze kulturowym i historycznym. Według Adrienne Rich (2000) istnieją dowody na to, że w realiach XIX-wiecznej Ameryki relacje między matką a córką były znacznie bliższe i trwalsze niż obecnie. Rich cytuje wnioski Carroll Smith-Rosenberg, stawierdzającej, iż intymna relacja pomiędzy matką a córką stanowiła oś, wokół której rozwijał się świat młodych kobiet, zaś:

jądro tych relacji stanowi coś, co moglibyśmy opisać jako system nauki rzemiosła. […] Córki przychodziły na kobiecy świat… Tak długo, jak domowa rola matki pozostawała relatywnie stabilna i nie rywalizowało z nią zbyt wiele możliwości, córki miały tendencję do akceptowania świata matki i automatycznie zwracały się ku innym kobietom po wsparcie i szukając zażyłości (Rich 2000: 321).

Koniec tej epoki nastąpił zdaniem Rich (2000) na początku XX wieku, wraz z nasileniem się procesów modernizacyjnych, które przyniosły nowe modele kobiecości, nowe możliwości samym kobietom (odpłatna praca, kariera zawodowa, antykoncepcja), a także rozpowszechnienie myśli psychoanalitycznej. Linda W. Rosenzweig sprzeciwia się takiej wizji i w książce The Anchor of My Life: Middle-Class American Mothers and Daughters, 1880–1920 (1991) pokazuje, że związki te już w XIX wieku charakteryzowała raczej „mieszanina napięcia i intymności” niż pełna identyfikacja i bezkonfliktowa współzależność. Jednak mit świata przed rewolucją przemysłową, jako utraconego raju, w którym różne pokolenia kobiet żyły w bliskości, wspierając się nawzajem, pojawia się regularnie w kulturze popularnej i masowej wyobraźni (wystarczy przywołać popularną powieść Małe kobietki i film na jej podstawie). Może rzeczywiście XIX-wieczna Ameryka i Europa były dla niektórych kobiet rajem, trzeba jednak podkreślić, że relacje przytaczane i analizowane przez Smith-Rosenberg, do których odwołuje się Rich (2000: 321), opisują świat białych kobiet należących do klas wyższych, osób uprzywilejowanych, które mogły pozwolić sobie na pielęgnowanie odrębnego, kobiecego świata i opisywanie go w listach i pamiętnikach. Jak wyglądały relacje matek i córek z warstw niższych, których „odrębny, kobiecy świat” wypełniony był ciężką fizyczną pracą i gorzką niepewnością jutra, lub tych na niewolniczych plantacjach amerykańskiego Południa, gdzie codziennym doświadczeniem matek i córek była brutalna przemoc, odczłowieczenie, głód i praca ponad siły? Te kobiety nie pozostawiły po sobie zbyt wielu świadectw, możemy więc polegać tylko na literackiej wyobraźni genialnych pisarek jak Toni Morrison, która w książce Umiłowana kreśli obraz świata tak okrutnego, że wyrazem głębokiej macierzyńskiej miłości staje się zabicie córki. Tylko pozbawiając je życia, matka może uchronić dziecko przed niewyobrażalnym cierpieniem niewoli, tylko unicestwiając je, może podarować mu wolność i spokój.

 

Refleksję nad naturą relacji matka – córka komplikuje fakt, że wiele kobiet pełni obie role jednocześnie, bowiem wszystkie matki są córkami, a wiele córek zostaje matkami (Lawler 2000: 4). Jednak, jak pisze Bogusława Budrowska, „przegląd literatury […] pokazuje, że czym innym jest stosunek matek do córek, czym innym córek do matek” (2000: 134). Dotyczy to także sytuacji, gdy kobiety same zostają matkami – jak wskazują badania Judith Arcana (1981), kobiety mają tendencję do obwiniania swoich matek za problemy, które pojawiają się w relacji, oraz własne negatywne uczucia, jednak w stosunku do córek mają większe poczucie sprawczości i odpowiedzialności – w mniejszym stopniu są skłonne do obarczania córek winą za konflikty, w większym natomiast starają się zrozumieć i uszanować ich odrębność.

Pojawia się w związku z tym pytanie: w jaki sposób można konceptualizować macierzyństwo i córectwo, pamiętając, że role matki i córki postrzegane są odmiennie, bowiem matce przypisuje się aktywność, odpowiedzialność za los własny oraz wychowanie córki, podczas gdy tę ostatnią postrzega się w kategoriach bierności, receptywności, przyjmowania tego, co przekazuje jej matka (Hirsch 1981, Lawler 2000, Walters 1992, van Mens-Verhulst 1993)? Pomocna może tu być perspektywa, jaką kreśli Adrienne Rich (2000), uznając, że rozróżnienie na matkę i córkę, jako dwie odrębne pozycje, jest w gruncie rzeczy sztuczne. Twierdzi ona, iż „kobiety, matki lub nie, które czują się związane z innymi kobietami, coraz częściej ofiarowują sobie tego rodzaju troskę, jaka istnieje między matkami a córkami” (ibid: 345). Co więcej, to patriarchalne nastawienie skłania kobiety do rozdzielenia swojej tożsamości w obrębie relacji, „do rozszczepienia, polaryzacji tych obrazów i projekcji niechcianej winy, gniewu, wstydu, mocy, wolności na ‘inną’ kobietę” (2000: 346). Wyjściem może być projekt zintegrowania przeciwstawionych sobie pozycji w ramach wizji siostrzeństwa, w której każda kobieta może być jednocześnie opiekunką i osobą poddającą się opiece, mieć władzę, ale unikać hierarchii, dawać i brać – zainteresowanie, miłość, poczucie własnej wartości. Wizja ta wydaje się interesująca nie tylko w kontekście feministycznej teorii, ale też codziennej praktyki. Tymczasem jednak duża część tekstów dotyczących omawianej relacji pisana jest z perspektywy córki, a wiele z nich to opowieści, w których matka reprezentuje patriarchalny porządek i sprawuje realną władzę, spod której młodsze pokolenie chce się uwolnić. Przykładem może być jedna z pierwszych książek na ten temat wydanych w Stanach Zjednoczonych, niezwykle wówczas popularna My mother/my self Nancy Friday (1977). Jak zapewnia sama autorka, praca ma na celu nie tylko wydobycie na powierzchnię problemów, niewypowiedzianych frustracji i bólu, ale też oddanie pełni miłości i bliskości między kobietami w rodzinie. Trudno jednak nie zauważyć, że książka została napisana jako akt oskarżenia wobec matki, jako gest ostatecznego odseparowania się od starszego pokolenia.

Friday kreśli obraz matki jako osoby, od której trzeba się odróżnić, chcąc zbudować i ocalić siebie. Charakterystyczny jest komentarz amerykańskiej badaczki Leah Cahan Schaefer umieszczony na okładce wydania z 1977 roku, która stwierdza, iż książka ta jest niezwykłym osiągnięciem bowiem „jest jasne, że pisząc ją, Nancy Friday urodziła siebie na nowo” [podkr. E.K.]3. Zdanie to podkreśla sprawczość Friday, jednocześnie negując znaczenie kobiecej genealogii i kwestionując pozycję matki jako tej, która stanowi źródło, początek historii córki. Według Schaefer poprzez książkę, w której analizuje swoje stosunki z matką, autorka ustanawia własną tożsamość, daje początek sobie. Tym samym jednak wpisuje się w krąg motherless daughters, czyli córek, które same muszą zbudować poczucie własnej wartości, matki bowiem nie były w stanie im go przekazać w procesie wychowywania (Chesler 2004: 212). Oznacza to odrzucenie matki i jej dziedzictwa, potwierdzając jednocześnie główną zasadę patriarchalnego porządku, w ramach którego nie ma miejsca na kobiece kontinuum – niezbędny jest konflikt i separacja, a jedyną drogą do budowania więzi jest powrót do stanu zależności (Walters 1992).

Współcześnie wyróżnić można dwa główne nurty teoretyczne, które wyznaczają ramy badań na temat relacji matka – córka (Boyd 1989, Miller-Day 2004). Są to:

 teorie społecznego uczenia się (socjalizacji),

 teorie psychoanalityczne.Badaczki reprezentujące pierwszy nurt podkreślają znaczenie świadomej identyfikacji wynikającej z obserwacji i naśladowania: mała dziewczynka staje się podobna do matki i w konsekwencji sama staje się w przyszłości matką, ze względu na pozytywne wzmocnienia, jakie otrzymuje, naśladując ją, a których udzielają także osoby nienależące do rodziny (Weitzman 1984). Paradygmat ten wykorzystywany jest często w polskich badaniach w obrębie socjologii rodziny, zwykle jednak dotyczą one generalnie procesów socjalizacji, bez skupiania się na relacji matka – córka (por. Sierota 1997). Wyjątkiem jest wspomniana już praca Joanny Ostrouch, pisana z perspektywy psychologii i pedagogiki, w której autorka wskazuje, iż to, jak kobiety postrzegają swoją kobiecą tożsamość i role z niej wynikające, ma często „swój początek w obserwacji matki, kobiety najbliższej w rodzinie”. Według badaczki „to ona [matka] ma największy wpływ na to, jaką kobietą będzie w przyszłości córka i na ile będzie ona zdawała sobie sprawę z tego, co to znaczy być kobietą. Bez względu na to, czy istnieje w świadomości (córek) poprzez identyfikację, czy poprzez negację. Zawsze jednak jest, bo jest naturalnym wzorem ze względu na płeć” (2004: 167). Teoria społecznego uczenia się nie została znacząco rozwinięta w obrębie feministycznych analiz relacji matka – córka, być może dlatego, że nie skupia się na wyjątkowości relacji kobiecych, a przy tym nie daje odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jak to się dzieje, że modelowanie okazuje się tak skuteczne w przypadku macierzyństwa (ostatecznie przecież zdecydowana większość kobiet zostaje matkami), podczas gdy w wielu innych kwestiach nie przynosi podobnych efektów (Boyd 1989).Dla badaczek feministycznych bardziej inspirująca okazała się psychoanaliza, być może dlatego, że w przeciwieństwie do teorii społecznego modelowania, skupia się na tym, co różni związek matki i córki od innych relacji wzajemnych (Boyd 1989: 292). Jak wskazuje Marianne Hirsch (1981), w obrębie tradycji psychoanalitycznej można wyróżnić trzy główne nurty:

 koncepcje odnoszące się do freudowskiego paradygmatu rozwoju seksualnego i teorii relacji z obiektem – najbardziej znane przedstawicielki tego nurtu to Nancy Chodorow (1978), Dorothy Dinnerstein (1976), Jane Flax (1978) i Jean Baker Miller (1976),

 koncepcje oparte na teorii Junga, np. praca Eleusis – archetypowy obraz Matki i Córki znanego także w Polsce filologa i znawcy mitów Karla Kerényiego (2005),

 koncepcje odwołujące się do teorii francuskiego filozofa Jacques’a Lacana, w tym głównie teksty autorstwa Luce Irigaray (1992, 1995 i 2000a i 2000b), a także Julii Kristevej i Hélène Cixous (1993).Koncepcje odwołujące się do paradygmatu psychoanalitycznego skupiają się przede wszystkim na kwestii równowagi między procesami identyfikacji i separacji. O ile chłopiec – na odpowiednim etapie rozwoju – może i powinien zanegować bliskość z matką na rzecz identyfikacji z ojcem, o tyle w przypadku dziewczynki oznacza to przeciwstawienie się własnej, kobiecej tożsamości. W świetle feministycznych interpretacji klasycznej psychoanalizy córka ma do wyboru albo odrzucenie, „zagubienie” związku z matką na rzecz przejścia w świat męskich wartości, w którym stanie się obiektem kształtującym swoją osobowość na wzór męskich oczekiwań (Araszkiewicz 2001), albo pozostanie w stanie symbiozy z matką, co przez świat zewnętrzny ocenianie jest jako wyraz regresji i braku dojrzałości (Walters 1992).Oczywiście, zarówno dla Freuda, jak i dla wielu współczesnych psychologów kobieca identyfikacja z męskimi wartościami i potrzebami jest stanem pożądanym i właściwym4, jednak w interpretacji feministycznych badaczek efektem tego procesu może być sytuacja, w której kobieta „staje się męskim obrazem kobiecości, nie żywi szacunku dla kobiecych wartości psychicznych i fizjologicznych. Proces ten nie przebiega w zgodzie i harmonii z tym, co kobiece, gdyż zostało ono odrzucone, uznane za niższe, gorsze” (Araszkiewicz 2001: 683). Ma to ogromne znaczenie nie tylko dla relacji córki z matką, ale też dla relacji między kobietami w ogóle, wprowadza bowiem w związki kobiece ambiwalencję: z jednej strony lęk przed odrzuceniem i poczucie zagrożenia własnej integralności, a z drugiej pragnienie bliskości i poddania się opiece.Po części to właśnie w inspiracji freudowskim modelem rozwoju tożsamości należy upatrywać przyczyn, dla których relacja matka – córka jest konceptualizowana i przedstawiana jako „mieszanka miłości, odpowiedzialności i bardzo często winy” (Budrowska 2000: 134). Nakaz separacji od matki w połączeniu z normami kulturowymi, w ramach których kobiety powinny naśladować swe matki w najważniejszej kobiecej roli – macierzyństwie, generować może frustrację i gniew. Z jednej strony ideologia intensywnego macierzyństwa sprawia, że kobietom trudno jest uwolnić się od poczucia winy w stosunku do swoich dzieci, z drugiej zaś córki zmagają się z ciężarem odpowiedzialności za los swoich matek, które często „czują się wyraźnie ‘puste’, ‘wyssane’ przez macierzyństwo, którego trud i poświęcenia umożliwiły córkom osiągnięcie sukcesu” (Budrowska 2000: 136). Fantazje zjadania, „pożerania” matki, które – jak pisze Bogusława Budrowska za Melanie Klein i Kim Chernin – właściwe są okresowi dzieciństwa, w przypadku niektórych córek mogą pojawiać się także w wieku dorosłym, stając się przyczyną ogromnego poczucia winy, a w konsekwencji prowadzić do zachowań autodestrukcyjnych, takich jak alkoholizm, bulimia czy anoreksja (2000: 137).Feministyczne odpowiedzi na paradoksy freudowskiej psychoanalizy skupiają się na dwóch poziomach: relacyjnym i symbolicznym. Z jednej strony badaczki feministyczne starają się znaleźć sposoby na wzmocnienie związków między kobietami w sferze symbolicznej, w sferze języka i obrazu (Irigaray 1995). Z drugiej skupiają się na wczesnych fazach rozwoju psychoseksualnego, głównie na fazie przededypalnej, chcąc dotrzeć do momentu, w którym męska ekonomia władzy nie usunęła jeszcze w cień kobiecej ekonomii bliskości (Flaake 1993, Lykke 1993)5. W obu tych nurtach głównym celem jest zachowanie związku z matką w procesie budowania własnej tożsamości: „rozwój nie przez odrzucenie i dominację, jak to się odbywa w męskim świecie [ale przez] wzajemne macierzyństwo matki i córki – l’entrematernage” (Araszkiewicz 2001: 688).Do kwestii budowania czy też rekonstruowania kobiecej genealogii wrócę jeszcze w kolejnych rozdziałach, w kontekście strategii współczesnych polskich artystek, poszukujących w sztuce nowych symbolicznych reprezentacji więzi między kobietami. W tym miejscu chciałabym zatrzymać się na koncepcji fazy przededypalnej jako momentu, w którym kształtuje się pierwotny kształt relacji między matką a córką oraz zręby tożsamości płciowej córki. Paradygmat ten ma ogromne znaczenie ze względu na to, iż odnosi się nie tylko do omawianego związku, ale rzuca nowe światło na rozwój kobiecej tożsamości, pomagając przy tym przewartościować problem stosunku kobiet do siebie samych oraz własnego ciała.W klasycznej psychoanalizie zakłada się, że więź z matką ma największe znaczenie do momentu rozpoczęcia fazy edypalnej, kiedy to rozwijać się zaczyna więź z ojcem. Jest to także ważny etap dojrzewania seksualnego – to właśnie w tym okresie pojawiać ma się doświadczenie podniecenia seksualnego w sferze genitalnej, które według Freuda w przypadku dziewczynek powinno zostać ukierunkowane na ojca6. Jednakże już sam Freud zauważył (a potwierdziły to późniejsze badania), iż dziewczynki odkrywają swoje genitalia i przyjemność seksualną, jeszcze zanim wejdą w omawianą fazę. W związku z tym pojawiło się pytanie, czy nie należałoby założyć, że pierwotnym obiektem pożądania jest dla nich matka, która zwykle w tym okresie sprawuje główną, jeśli nie wyłączną opiekę nad dzieckiem (Schreurs 1993: 4, Lykke 1993)?Nina Lykke nazwała etap przededypalny „fazą Antygony”, uznając, że to właśnie relacja z matką, a nie z ojcem ma decydujący wpływ na rozwój seksualności oraz generalnie kształt podmiotowości córek (1993: 16). Lykke, za Bachofenem, interpretuje postać mitycznej Antygony jako symbol buntu córki wobec „prawa ojca – mężczyzny” uosabianego przez króla Teb, Kreona. Decydując się na pogrzeb swego brata Polinika, Antygona staje po stronie „prawa krwi”, prawa wywodzącego się od matki, związanego z kobiecą możliwością dawania życia, a co za tym idzie – dokonuje „symbolicznego ojcobójstwa” (1993: 22), za które zostaje ukarana śmiercią.Jak pisze szwedzka badaczka, faza Antygony jest okresem, kiedy – choć głęboka więź z matką została już zaburzona przez pojawienie się ojca – nie nastąpiło jeszcze uświadomienie sobie istoty różnicy seksualnej oraz faktu, iż kobieca seksualność ceniona jest w kulturze niżej, co z kolei prowadzić ma do kobiecego odpowiednika kompleksu kastracji opisywanego przez Freuda. W tym sensie więc, zdaniem Lykke, faza Antygony to etap, w którym znaczenie różnicy seksualnej jest niezdefiniowane i płynne, otwarte na różne możliwe interpretacje i to właśnie owa otwartość, a nie kobiecość jako taka, wydaje się zagrażać patriarchalnemu porządkowi i w efekcie jest represjonowana przez kulturę (1993: 23). To właśnie koncepcja fazy Antygony może „stanowić klucz do lepszego zrozumienia naszej pierwotnej otwartości wobec płci kulturowej” (Lykke 1993: 24).Badaczki i badacze zainteresowani fazą przededypalną wskazują na możliwość pozytywnego wpływu matki na kształtowanie tożsamości seksualnej córek, podkreślając jednocześnie konsekwencje, jakie niosą ze sobą negatywne dla ich relacji przekazy kulturowe dotyczące kobiecego ciała (Flaake 1993). Odsyła nas to do bardzo istotnego wątku, a mianowicie kwestii kobiecego ciała i jego znaczenia w kontekście matczyno-córczanej więzi.Niemiecka badaczka Karin Flaake (1993) zwraca uwagę, że klasyczny psychoanalityczny schemat rozwoju, według którego dziewczynka, wchodząc w fazę edypalną, zauważa u swojej matki, w jej ciele, deficyt – brak fallusa – i zwraca się ku ojcu, bowiem tylko w ten sposób jej kobiecość może zyskać jakąś wartość, w konsekwencji oznacza degradację kobiecego ciała. Zauważa, że „fundamentalną kwestią w tej konstrukcji jest fakt, że zarówno matka, jak i córka nie są w stanie [go] cenić” (1993: 7). Co prawda badaczki skupiające się na relacji z obiektem, jak Chodorow (1978), uznają, iż relacja z matką jest w przypadku córki oparta nie tyle na poczuciu braku, ile na bliskiej, wartościowej więzi emocjonalnej, jednak, jak zauważa Flaake, w koncepcjach tych pomija się w dużej mierze ciało czy seksualność, skupiając się głównie na relacyjnych aspektach sytuacji społecznych czy procesów intrapsychicznych (1993: 7–8).Według Flaake (1993) sytuacja, w której wartość kobiecej cielesności definiowana jest wyłącznie przez mężczyzn i w relacji z nimi, jak to ma miejsce w klasycznej psychoanalizie, nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Wskazuje ona, iż możliwe jest wzmacnianie poczucia wartości swego ciała w relacjach córki z matką pod warunkiem, że ta ostatnia będzie w stanie nauczyć się akceptacji w stosunku do siebie, a następnie zaakceptować potrzeby swego dziecka na różnych etapach jego rozwoju. Obecnie większość kobiet – świadomie lub nieświadomie – sygnalizuje, iż kobieca fizjologia, a tym bardziej pożądanie czy aktywność seksualna, są niepożądane, zagrażające patriarchalnemu porządkowi, powinny być hamowane i kontrolowane. Przejawia się to w wielu, czasem niepozornych kwestiach, np. w tym, że matki unikają nazywania organów płciowych już u niemowląt, negatywnie reagują na przejawy seksualności małych dzieci i starają się opóźnić lub uniemożliwić seksualne eksperymenty w okresie dojrzewania, a czasem i później (Flaake 1993: 8–9). Flaake twierdzi, za Hettlage-Varjas, że zasadniczą kwestią jest separacja matki od córki, a nie odwrotnie, celem jest osiągnięcie etapu, na którym matka jest w stanie zaakceptować swoje ciało jako źródło satysfakcji i przyjemności, także seksualnej; kiedy nie czuje się ani winna, ani zagrożona, ani też uzależniona w stosunku do swej własnej matki. Tylko wtedy bowiem jest w stanie przekazać swojej córce przesłanie: „twoje ciało, tak jak i moje, jest ciałem kobiecym, jest dobre i wartościowe, i możesz doświadczać fizycznej przyjemności, możesz odkrywać swoją seksualność, niezależnie ode mnie” (Flaake 1993: 11).Warto zauważyć, że wizja, którą proponuje Karin Flaake, znów w pewnym sensie obarcza matki winą, a przynajmniej odpowiedzialnością za stosunek, jaki ma córka do swego ciała, do swojej seksualności i odczuwanych pragnień. Jednak postulat, aby matki odseparowały się od córek, czyli nie cedowały na nie swoich niespełnionych marzeń, frustracji i lęków związanych z ciałem i seksualnością, wydaje się niezwykle ważny i potrzebny (por. Cramer 2005).Jak wskazuje przykład koncepcji „fazy Antygony” (Lykke 1993), dla wielu badaczek ważnym źródłem inspiracji i odniesienia stały się mityczne postacie matek i córek. Według Araszkiewicz to właśnie w mitach opowiedziany jest proces zniszczenia genealogii kobiecej w jej boskim wymiarze:Afrodyta traci matkę, a Zeus, jej ojciec, umacnia swoją władzę i ma wiele kochanek. Ifigenia rozdzielona z matką Klitajmestrą, zostanie złożona w ofierze. Antygona za wierność obyczajom genealogii matczynej ponosi karę. Biblijna Ewa rodzi się z mężczyzny (2001: 677).Najczęściej chyba przywoływaną historią stały się losy Demeter i Persefony – jak twierdzi Araszkiewicz, także dlatego, że mit ten „uważany jest za pozostałość religii Matki i Córki” (2001: 680, por. Kerényi 2005). Persefona/Kora pojawia się zwykle jako przykład córki pozostającej w bliskości emocjonalnej z matką. Zwabiona do podziemi przez Hadesa zostaje podstępem zmuszona do separacji, a z rozpaczy po jej utracie Demeter – bogini płodności i natury, nazywana „Matką Bożą” i „Panią Obfitości” – czyni ziemię jałową, czym zmusza do interwencji Zeusa. W rezultacie Persefona wraca z Hadesu, by odtąd przez 9 miesięcy przebywać na powierzchni z matką, zaś przez kolejne 3 z mężem w podziemnym królestwie zmarłych7. Prześledzenie rozmaitych interpretacji tego mitu w rozważaniach feministycznych badaczek pozwala na przywołanie najbardziej istotnych wątków teorii dotyczących relacji matka – córka.W odczytaniu mitu, które proponuje francuska filozofka Luce Irigaray, historia Demeter i Persefony stanowi symboliczną reprezentację tego, jak patriarchalna kultura niszczy związki między kobietami poprzez kontrolowanie ich losów i ograniczanie życiowych wyborów (Irigaray 1992). Mit ten unaocznia, jak bardzo współczesny ideał heteroseksualnej dojrzałości seksualnej kobiet, wywodzącej się z psychoanalizy, ufundowany jest na „gwałcie, przywłaszczeniu dziewictwa córki przez ojca, ślubie bez względu na zdanie matki, zakazie mówienia nałożonym na matkę i córkę” (Araszkiewicz 2001: 680). Jednocześnie Irigaray podkreśla, że w przeciwieństwie do współczesnego modelu rozwoju relacji matka – córka, w którym konieczna jest separacja i poszukiwanie indywidualnej drogi rozwoju przez córkę, historia Demeter i Persefony wskazuje na wartość podtrzymywania ciągłości kobiecej genealogii, wartość miłości i bliskości między kobietami. Rozdzielenie matki i córki staje się źródłem bólu i cierpienia, na skutek czego obie z pasją dążą do ponownego połączenia, do odtworzenia stanu pierwotnej jedności, kiedy to znów mogą „koić nawzajem swe serca i dusze”8.Irigaray uznaje przy tym, iż kobiety i mężczyźni różnią się od siebie w fundamentalny sposób, żeżycie kobiety rozwija się w inny sposób niż mężczyzny, ponieważ w przypadku kobiet składa się ono z bardziej wyraźnych etapów związanych ze zmianami fizycznymi (pokwitanie, utrata dzie-wictwa, macierzyństwo, menopauza) i wymaga procesu upodmio-towienia (a subjective becoming), który jest znacznie bardziej złożony niż w przypadku mężczyzn (1995: 13).Dlatego też, jej zdaniem, kobiety powinny dążyć do zmiany norm kulturowych i ustanawiać swoją pozycję w społeczeństwie nie poprzez upodabnianie się do mężczyzn, ale przez rozwijanie związków między matką a córką, i co za tym idzie, wzmacnianie swej podmiotowości9. Jak pisze Agata Araszkiewicz (2001), Irigaray wskazuje, iż „aby przezwyciężyć stan opuszczenia, należy odnowić horyzontalne więzi między kobietami, stworzyć kobiecą społeczność i symbolikę. […] Nie jest to […] możliwe bez przeinterpretowania prototypowej, wertykalnej relacji matka – córka” (2001: 675).Ważnym elementem tego procesu jest rozpoznanie wartości macierzyństwa jako siły afirmującej życie i przywrócenie mu należnego miejsca w kulturze, w wymiarze intelektualnym, religijnym i artystycznym. Jak pisała Elissa Gelfand (2005): „tłumienie macierzyńskiego pożądania (maternal desire) przyniosło także represję macierzyńskiego głosu. Dlatego też […] podstawową potrzebą kobiet jest umożliwienie im wyrażania swego pragnienia, ponieważ w ten sposób mogą odzyskać możliwość zabierania głosu” (2005). Tak więc według Irigaray historia Demeter ma być przykładem potęgi macierzyńskiej miłości, która – przełamując patriarchalny porządek – sięga nawet do królestwa umarłych.Można jednak ową opowieść interpretować nieco inaczej. Phyllis Chesler pisze mianowicie, że wizja potężnej, ochraniającej matki może być równie pociągająca, co zagrażająca (2003: 183). Co więcej, relacja z nią może być naznaczona ciągłą ambiwalencją – z jednej strony symbiotyczny związek daje poczucie bezpieczeństwa, z drugiej jednak bardzo trudno jej dorównać. Badaczka wskazuje, że niektóre „Demetriańskie matki” nie pozwalają swoim córkom odejść, „dają im jedynie macierzyńską zazdrość, brak akceptacji, gniew, niepewność i depresje; w efekcie pozostają połączone z córkami w konfliktogennych relacjach” (Chesler 2003: 187). Przy czym sposoby na to, by przywiązać do siebie córkę, mogą być różne – od wywoływania w niej braku poczucia własnej wartości i bezradności, aż po konstruowanie swego wizerunku jako osoby, która nie poradzi sobie bez pomocy córki. „Demetriańska matka” może być też doprowadzona do stanu furii lub skrajnej rozpaczy z powodu ciąży lub porodu albo też ogromnych potrzeb dziecka – rozdarta między chęcią uwolnienia się a poczuciem winy może w efekcie związać swoją córkę ze sobą na zawsze, nigdy nie pozwalając jej na samodzielne życie. Z kolei córka, jak pisze Chesler, może próbować uciec przed zagrożeniem, dokonując symbolicznego, a w skrajnych przypadkach nawet rzeczywistego matkobójstwa, wcielając się tym samym w rolę mitycznej Elektry, która zajmuje miejsce królowej Klitajmestry (2003: 196–198)10. Co ważne, Chesler sugeruje, że – zgodnie z interpretacją Károly’ego Kerényiego – „Demeter i Persefona, matka i córka, to jedna Bogini, obie są odseparowane i na powrót połączone, każda kobieta posiada ‘podwójny’ byt” (2003: 181). Można uznać, że wizja ta reprezentuje idealne kobiece kontinuum, źródło potencjalnie wielkiej mocy i życiowej energii, jaką niesie ze sobą macierzyńska moc w kobietach. Można jednak także, jak czyni to Chesler (2003), zauważyć, że jest to odzwierciedlenie ponurej zasady, zgodnie z którą ofiara staje się czasem katem dla innych, co ilustrować mogą losy znanej poetki Sylwii Plath, której bliski, ale skomplikowany związek z matką jest często uważany za jedną z przyczyn, z powodu których popełniła samobójstwo. Amerykańska badaczka wskazuje, że Plath cierpiała, ponieważ jej matka zdominowała ją poprzez bezustanne podkreślanie własnego męczeństwa. W konsekwencji poetka wybrała dla swoich dzieci los w pewnym sensie lepszy – po jej śmierci miały się wychowywać bez matki, bez zatrutej i niszczącej relacji z nią. Ona sama poprzez samobójstwo ostatecznie uciekła od niemożliwych do spełnienia wymagań zarówno ze strony swej matki, jak i dzieci (Chesler 2003: 191).Z kolei Adrienne Rich (2000), jak już wspomniałam, wskazuje, iż sam podział na matki i kobiety bezdzietne, czy matki i córki, to fałszywa polaryzacja, wynikająca z kulturowej konstrukcji macierzyństwa i (hetero)seksualności, podczas gdy w rzeczywistości wszystkie kobiety są jednocześnie matkami i córkami, nawet jeśli nie mają własnych dzieci. W takim ujęciu mityczne postacie Demeter i Persefony reprezentują nie tyle archetypy matki i córki, ile różne aspekty kobiecej tożsamości, które nabierają znaczenia, dzieją się w relacji z innymi. Utrata córki przez matkę i matki przez córkę, która według Rich (2000) stanowi odzwierciedlenie egzystencjalnej kobiecej tragedii, porównywalnej z sytuacją Leara czy Edypa, reprezentuje moment, w którym kobieta traci kontakt z częścią swojej tożsamości, zamykając się w jednej z ról, tym samym tracąc możliwość budowania więzi zarówno z sobą samą, jak i z innymi kobietami. Jak widać, odwołanie się do mitu o Demeter i Persefonie pozwala w nowym świetle spojrzeć nie tylko na to, jak konstruowano ideał relacji matka – córka na przestrzeni czasu. Pomaga też głębiej wejrzeć w istotę tejże relacji, uwypukla bowiem zarówno największe jej zalety, jak i niebezpieczeństwa.Co wiemy o związku między matką a córkąz badań naukowych?Nawet pobieżny przegląd publikacji dotyczących rodziny w polskim kontekście pokazuje, że w oczach zdecydowanej większości socjologów związek matki i córki nie jest wart specjalnego zainteresowania. Temat ten jako pełnoprawny przedmiot analizy pojawia się niezwykle rzadko11 (Budrowska 2000, Ostrouch 2004), generalnie zresztą aspekt płci jako takiej często jest pomijany, także tam, gdzie może mieć potencjalnie bardzo duże znaczenie, np. w badaniach przemian zachodzących w obrębie ról socjalizacyjnych czy wzorców postaw rodzicielskich (np. w pracach takich autorów jak Opozda 1995 czy Kurzępa 2007). Nie jest to zresztą problem nowy – w pracy na temat tożsamości polskich kobiet Anna Titkow (2007) stwierdza, iż już w latach sześćdziesiątych pojawiły się w USA i krajach zachodnioeuropejskich pierwsze głosy krytyki wobec androcentrycznego podejścia w socjologii. Stwierdza, iż:„Gubiąc kobietę” w swoich analizach i badaniach socjologowie budowali i prezentowali fałszywy obraz życia społecznego, nie zdając sobie właściwie z tego sprawy. A działo się tak, zdaniem Fuchs Epstein (1988), nie tylko z powodu ideologicznych i poznawczych założeń dyscypliny, ale również ze względu na organizację i strukturę nauk społecznych (Titkow 2007: 18).Zjawisko to, znane jak fenomen „selektywnych oczu socjologii”, które Fuchs Epstein opisała już w 1974 roku, a którego istnienie w polskiej socjologii potwierdza Titkow w roku 2007, ma też znaczący wpływ na brak badań socjologicznych dotyczących relacji matka – córka.Warto się zastanowić nad skutkami pomijania kwestii płci w analizach socjologicznych. Wciąż bowiem publikowane są prace z zakresu socjologii rodziny nieuwzględniające roli płci kulturowej bądź w których sprowadza się ją do roli zmiennej niezależnej (por. Młodawska 2012). Przykładem może być publikacja socjologa Jacka Kurzępy Rodzice przełomu i ich dzieci ze zbioru Rodzina i mikrostruktury społeczne w socjologicznym lustrze (2007). Autor nie poświęca w zasadzie żadnej uwagi sytuacji kobiet w rodzinie czy szerzej – kwestii płci, wskazuje za to na liczne zagrożenia, jakie czyhają na współczesną rodzinę jako całość, podkreślając, iż „istotnym wsparciem, najważniejszym w naszym życiu jest ‘gniazdo, z jakiego wylatujemy szybować ku samodzielności’, jest nim Rodzina” (2007: 97). Wydaje się przy tym nie zdawać sobie sprawy z faktu, iż rodzina i generalnie sfera prywatna nie jest i nigdy nie była przestrzenią równych praw dla wszystkich jej członków, szczególnie kobiet (Okin, 1998, Duch-Krzystoszek 2007, Korolczuk 2012). Również pisząc o zagrożeniach dla dzieci i młodzieży, jakie niesie współczesność, autor nie różnicuje potencjalnych niebezpieczeństw w zależności od płci, nie bierze pod uwagę faktu, iż dziewczynki w większym stopniu narażone są na pewne rodzaje problemów i zagrożeń (dyskryminacja ze względu na płeć, a także molestowanie seksualne, gwałt, niechciana ciąża).Oczywiście, przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, jednak w tym miejscu chciałabym skupić się na trzech podstawowych kwestiach. Po pierwsze w obrębie polskiej socjologii rodziny do niedawna badało się przede wszystkim zjawiska w skali makro, a więc relacje pomiędzy rodziną a systemem społecznym w kontekście przemian politycznych, społecznych, ekonomicznych i kulturowych. Jak pisze Anna Titkow, „socjologia nieustannie aspiruje, aby być prawdziwą, tj. ‘twardą’ nauką. Nauką odwołującą się do teorii tzw. wysokiego zasięgu, stosującą metody matematyczne, statystyczne” (2007: 19). Aspiracje te w połączeniu z przywiązaniem do teorii funkcjonalnych sprawiają, iż niewiele jest badań, które skupiałyby się na poziomie mikrorelacji życia codziennego.Na tendencję do przyjmowania perspektywy funkcjonalnej wpływa zapewne także specyfika okresu transformacji. Jak stwierdza we wstępie do zbioru tekstów Współczesne rodziny polskie w okresie radykalnych zmian społecznych Ludwik Janiszewski: „z obserwacji i badań wynika, że współczesne rodziny polskie doświadczają w obecnym dziesięcioleciu wyjątkowo głębokich i szybkich zmian społecznych. Zmiany te łączą się ściśle z zachodzącym procesem transformacji ustrojowej” (1998: 15). Warunki, w których przyszło żyć i pracować badaczom i badaczkom życia społecznego, w dużej mierze określają zakres zainteresowań badawczych. O skupieniu na zmianie oraz na poczuciu zagrożenia jako dominujących perspektywach w socjologii rodziny świadczyć mogą już tytuły książek podsumowujących wystąpienia badaczek i badaczy na konferencjach socjologicznych w latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku: Czynniki dezintegracji współczesnej rodziny polskiej Władysława Majkowskiego (1997), Rodzina polska u progu XXI wieku pod redakcją Henryka Cudaka (1997), Współczesne rodziny polskie w okresie radykalnych zmian społecznych pod redakcją Ludwika Janiszewskiego (1998) czy Rodzina polska u progu nowego tysiąclecia pod redakcją wspomnianego już Władysława Majkowskiego (2003)12. Prace naukowe należące do tego nurtu mają często alarmistyczny charakter, zaś sami badacze skupiają się chętnie na niebezpieczeństwach, jakie grożą „tradycyjnej” nuklearnej rodzinie i na sposobach jej ratowania, zamiast na krytycznej refleksji wobec stosowanych kategorii.Kolejną ważną przyczyną, dla której relacja matka – córka pozostaje poza głównym obszarem poszukiwań badawczych, jest fakt, iż zarówno w polskiej socjologii, jak i psychologii społecznej płeć funkcjonuje wciąż przede wszystkim jako „płeć biologiczna” (jedna ze zmiennych niezależnych, obok takich cech badanej grupy, jak pochodzenie, status materialny czy wiek), a nie „płeć kulturowa”, czyli kategoria badawcza. W badaniach i analizach wciąż akceptuje się założenie, „że ze zmiennej ‘płeć’ można korzystać jedynie jako zmiennej niezależnej, stwierdzającej fakt demograficzny, ponieważ zakłada się, że atrybuty płci są znane” (Titkow 2007: 19). Można tu mówić o zjawisku „błędnego koła”: w wielu analizach brakuje świadomości tego, jakie znaczenie ma płeć, zarówno w relacjach rodzinnych, jak i społecznych, a wielu badaczy nie widzi potrzeby analizowania relacji matka – córka, czy ojciec – syn, poprzestając na badaniu relacji rodzice – dzieci, a najczęściej matka – dzieci. Jednocześnie wielu badaczy i badaczek zajmujących się socjologią rodziny najwyraźniej nie czuje potrzeby zapoznania się z wynikami analiz oraz teoriami, które wypracowane zostały na gruncie badań nad kobietami czy płcią kulturową (gender studies), traktując ten obszar wiedzy jako mało wartościowy czy „zideologizowany”. W sytuacji, gdy to właśnie w tym obszarze powstają przełomowe prace na temat relacji matka – córka, skutki takiej postawy są mocno odczuwalne. Można spodziewać się, że pojawi się więcej pogłębionych analiz uwzględniających kategorię gender, także badań nad kobietami w rodzinie, bowiem w ostatnich latach w socjologii widać wyraźny zwrot ku refleksji feministycznej i ku pracom traktującym gender jako podstawową kategorię analizy (np. Giza i Sikorska 2012, Hryciuk i Korolczuk 2012, Hryciuk i Korolczuk 2015, Sikorska 2009, Slany et al. 2011). Jak wskazują Krystyna Slany, Justyna Struzik i Katarzyna Wojnicka we wstępie do tomu Gender w społeczeństwie polskim: pełny „opis rzeczywistości społecznej bez uwzględnienia perspektywy genderowej jest dzisiaj praktycznie niemożliwy” (2011: 7).W przypadku badań dotyczących stosunków w rodzinie widać szczególnie wyraźnie, że pominięcie kluczowych prac feministycznych wpływa negatywnie na wartość analiz. Przykładem może być tekst psycholożki Iwony Kijowskiej Przywiązanie czy przykucie – rzecz o patologicznej relacji matka – córka (2005), w którym autorka analizuje problem uzależnienia córki od matki w perspektywie psychoanalitycznej. Niestety, Kijowska nie tylko nie odwołuje się przy tym do klasycznych prac krytykujących freudowski paradygmat relacji matka – córka, jak choćby pisma Karen Horney, Melanii Klein czy wspomnianej już Nancy Chodorow, ale pomija też zróżnicowanie w relacji matka – dziecko ze względu na płeć, które zaproponował sam Freud (Kijowska 2005: 282). W konsekwencji autorka tekstu bezkrytycznie powtarza argument o dominującej dziecko matce, która „pochłania” i „zalewa” je sobą, ani nie umiejscawiając omawianej relacji w szerszym kontekście społeczno-kulturowym, ani też nie poddając krytyce założeń teoretycznych i ideologicznych, na których opiera się wizerunek „matki wszystkiemu winnej” (Budrowska 2000). Innym przykładem na to, jakie mogą być efekty pominięcia kwestii płci oraz wyników badań nad tym zagadnieniem w kontekście badań nad rodziną, może być, ciekawa skądinąd, książka Małgorzaty Biedroń Funkcja opiekuńcza rodziny wielkomiejskiej (2006). Autorka analizuje różne aspekty opieki rodzicielskiej w warunkach wielkomiejskiej metropolii, m.in. uwarunkowania opieki nad dzieckiem, takie jak pomoc rodzinie ze strony osób trzecich i instytucji, spędzanie czasu wolnego z dziećmi czy opieka nad wypełnianiem przez dziecko obowiązków szkolnych i pozaszkolnych. Jednak w przeważającej części pracy brak informacji o płci osoby, która opiekuje się dzieckiem – pojawiają się głównie określenia takie jak „rodzice” czy „opiekunowie”, mimo iż z licznych badań wiemy, że role matki i ojca w wychowaniu dziecka są w większości współczesnych rodzin znacząco różne (Budrowska 2000, Titkow, Duch-Krzystoszek i Budrowska 2004, Duch-Krzystoszek 2007). We wstępie Biedroń pisze: „Moje badania są próbą odpowiedzi na następujące pytania: jak rodziny radzą sobie z wypełnianiem zadań opiekuńczych? Jakiego rodzaju działania podejmują? Jakie są ich oczekiwania wobec pomocy instytucji w sprawowaniu opieki nad synem czy córką?” (2006: 9). Niestety autorka pomija dynamikę władzy wewnątrz badanych relacji, unikając wskazania, iż role i potrzeby poszczególnych jej członków (w tym przypadku matki i ojca) mogą być nie tylko różne, ale wręcz sprzeczne (Okin 1998, Titkow, Duch-Krzystoszek i Budrowska 2004).Jak pisze Anna Titkow: „teza ojca funkcjonalizmu, Talcotta Parsonsa, iż role płciowe są oparte na bazie biologicznej, a proces modernizacji przyniósł racjonalizację, czyli zdefiniowanie ról dla każdej płci w terminach funkcji ekonomicznych i seksualnych, zakreśliła perspektywę badawczą socjologów na kilkadziesiąt lat” (2007: 20). Wydaje się, że większość wymienionych przeze mnie autorów i autorek bezkrytycznie przyjmuje opisaną przez Titkow perspektywę. W efekcie „rodzina” funkcjonuje jako pojęcie, które nie wymaga krytycznej analizy czy redefinicji, zaś skupienie na rodzinach nuklearnych sprawia, że uwadze umykają dynamiczne zmiany społeczne, jakie zachodzą zarówno w formach, jak i treści życia rodzinnego. Bezkrytyczna reprodukcja klasycznych teorii rodziny wpływa również na inne obszary analiz, np. na stan badań nad ojcostwem. Jak pisze Anna Krajewska, ze względu na popularność koncepcji Parsonsa i Freudawiększość familiologów akceptuje tę potoczną ‘oczywistość’, według której osobą bardziej predestynowaną do bycia rodzicem jest matka. Rzutuje to […] na sposób prowadzenia badań nad ojcostwem: bada się wpływ ojca na rozwój tych […] elementów psychiki dziecka, które zgodnie ze z góry przyjętym założeniem pozostają w sferze oddziaływania ojca, uzyskując tym samym w badaniach efekt ‘samospełniającego się proroctwa’ (2008: 68–69).Warto na koniec wrócić do kwestii metodologii, bowiem większość krytycznie omawianych prac z zakresu socjologii rodziny powstała z zastosowaniem metod ilościowych, które sprzyjają traktowaniu płci kulturowej jako zmiennej niezależnej. Badania takie, choć niewątpliwie potrzebne i ważne, nie pozwalają niestety odpowiedzieć na istotne w tym kontekście pytania o jakość, charakter i dynamikę relacji w rodzinie, w tym między matkami a córkami. W konsekwencji nie może budzić zdziwienia fakt, że „‘doświadczenie codzienne kobiet’ przegrywa z ilościowymi wskaźnikami opisującymi ich miejsce w strukturze społecznej” (Titkow 2007: 19).Ze względu na opisane tendencje przy omawianiu tematów i problemów badawczych poruszanych dotychczas w badaniach wspomnianej relacji powołuję się głównie na badania przeprowadzone w krajach Europy Zachodniej oraz w Stanach Zjednoczonych. Jest to kwestia niezwykle istotna, bowiem oznacza to, że większość omawianych przeze mnie teorii odnosi się do specyficznej wizji ludzkiego rozwoju oraz wizji nuklearnej patriarchalnej rodziny właściwej dla kontekstu europejskiego i amerykańskiego. Do problemu specyfiki kulturowej omawianych teorii i badań wrócę jeszcze pod koniec niniejszego rozdziału. W tym miejscu nakreślę główne tematy badań oraz opiszę wybrane koncepcje, ważne z punktu widzenia celów mojej analizy.Amerykańska badaczka Carol J. Boyd (1989) identyfikuje kilka głównych obszarów badań nad relacją córek i matek, takich jak: przekazywanie postaw związanych z pracą i karierą, poziom samooceny u matek i córek, stosunek do własnego ciała i zachowania seksualne, a także wspomniane już momenty przełomowe (dorastanie, wyjście za mąż i urodzenie dziecka przez córkę, ewentualnie późny etap relacji, kiedy to córka zajmuje się wymagającą wsparcia lub bezpośredniej opieki matką). Mimo iż analiza Boyd (1989) pochodzi sprzed blisko trzech dekad, wyniki moich poszukiwań są podobne. Szczególne zainteresowanie badaczek, a czasem też badaczy, budzi przede wszystkim problem, czy rzeczywiście, a jeśli tak, to na ile, córki upodabniają się do swoich matek pod względem postaw, zachowań, życiowych wyborów, stanu zdrowia czy skłonności do ryzykowanych zachowań. Przy czym zarówno wyniki badań, omawiane przez Boyd pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jak i nowsze, nie dają w tej kwestii jednoznacznych odpowiedzi, być może po części ze względu na fakt, iż bardzo rzadko badania służą weryfikacji istniejących teorii, co utrudnia, czy wręcz uniemożliwia krytyczne odniesienie się do części twierdzeń dotyczących omawianej relacji (Boyd 1989: 300).Interesujący obraz tematyki poruszanej w nowszych pracach dotyczących macierzyństwa i córectwa, daje zbiór tekstów Daughtering & Mothering. Female Subcjectivity Reanalysed (van Mens-Verhulst, Schreurs, Woertman 1993). Już sam tytuł zwraca uwagę na główny temat, spajający poszczególne artykuły – jest nim kwestia kobiecej tożsamości czy też podmiotowości, poddana analizie w kontekście relacji między kobietami. Jedna z redaktorek, Janneke van Mens-Verhulst podkreśla we wstępie multidyscyplinarność projektu – pojawiają się w nim teksty pisane z perspektywy psychologii (klinicznej, rozwojowej, społecznej i kulturowej), socjologii oraz antropologii kulturowej i obejmują szereg zagadnień dotyczących rodziny, terapii oraz nauczania (1993: xiv). Autorki skupiają się na trzech głównych tematach:

 seksualnym wymiarze kobiecej tożsamości i roli, jaką pełni w tej kwestii matka;

 wpływie, jaki mają na praktykę macierzyństwa i córectwa konteksty społeczne;

 dominujących dyskursach dotyczących macierzyństwa i okresu dorosłości oraz ich wpływie na życie kobiet.Wiodącym motywem w publikacji są próby znalezienie adekwatnego języka, sposobu mówienia o matkach i córkach, który miałby nie tyle charakter opisowy, ile pozwolił oddać istotę codziennego doświadczania tychże relacji. Współczesne badaczki starają się łączyć wymiar intrapsychiczny z analizą kontekstu społecznego, choć wydaje się, że wciąż dominuje podejście indywidualistyczne, sprowadzające problematyczne elementy relacji do poziomu jednostek.Większość prac socjologicznych, szczególnie z okresu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych skupia się przede wszystkim na wczesnym etapie życia dziecka i relacji matka – dziecko, ewentualnie na okresie, kiedy matka jest w podeszłym wieku i wymaga opieki (Adams 1995, Baruch i Barnett 1983). Stosunkowo późno, bo dopiero w latach osiemdziesiątych, zaczęto badać relację matki i córki13 jako związku dwóch dorosłych kobiet, choć i w tym przypadku największym zainteresowaniem badaczek i badaczy cieszyły się, ze zrozumiałych względów, momenty o charakterze przełomowym, np. małżeństwo córki i urodzenie przez nią dziecka (Bouvard 2013, Boyd 1989). Zdaniem Grace Baruch i Rosalind C. Barnett (1983) taka perspektywa:może zniekształcać nasze poglądy na relację matki i córki w okresie dorosłości, kiedy może być ona postrzegana jako dobrowolna i dotyczy dwóch osób o równym statusie, w zasadniczy sposób od siebie niezależnych, w przeciwieństwie do [okresu dzieciństwa i później starości], kiedy duże znaczenie mają kwestie takie jak zależność i opieka, zobowiązanie i poczucie winy (1983: 601–602).Tym bardziej potrzebne i cenne wydają się poszukiwania i analizy dotyczące tego właśnie okresu w życiu kobiet.Skupienie badaczek na momentach kryzysowych i potencjalnym konflikcie niekonieczne odzwierciedla doświadczenia kobiet. Do interesujących wniosków na ten temat dochodzą wspomniane Baruch i Barnett (1983), autorki badania, w którym wzięło udział ponad 200 Amerykanek w wieku 35–55 lat. Zdaniem badających „wizerunek relacji matka – córka jako normatywnie i stale konfliktowy, wywołujący lęk nie znajduje odzwierciedlenia w wynikach badania” (ibid: 605). Analiza pogłębionych wywiadów jakościowych wskazuje, że zdecydowana większość kobiet ocenia swe kontakty z matkami jako pozytywne lub raczej pozytywne. Wytłumaczenie może stanowić wiek respondentek – zdaniem badaczek większość konfliktów została rozwiązana we wcześniejszym okresie, ewentualnie córki nauczyły się radzić sobie z „problematycznymi” zachowaniami matek. Co ciekawe, często pojawiały się też opinie, że minione problemy wynikały nie tyle z zachowań starszego pokolenia, ile z własnych kompleksów i zagubienia córek, które z kolei wpływały na błędne odczytywanie postaw i zachowań matek – jak stwierdziła jedna z respondentek: „kiedy zaczniesz akceptować siebie, przestaniesz czepiać się swojej matki” (Baruch i Barnett 1983: 604).Jednocześnie, zdaniem autorek, znaczna część kobiet wydaje się być świadoma kulturowego wymogu emocjonalnego odseparowania się od matki. Dlatego, choć większość przyznaje, iż to właśnie matka jest osobą, do której się zwracają z problemami czy w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa i ciepła, stosunkowo często wyrażają w związku z tym zawstydzenie i zażenowanie. Okazuje się też, że w przeciwieństwie do teorii, według których relacja matka – córka ulegać ma znaczącej poprawie w momencie, kiedy ta ostatnia rodzi dziecko, zadowolenie z więzi z matką jest większe w przypadku kobiet bezdzietnych (Baruch i Barnett 1983: 601). Zależność ta wynikać może z kilku przyczyn – niewykluczone, że kobiety, które same stają się matkami, w mniejszym stopniu polegają na relacji z matką albo wręcz przeciwnie, ich oczekiwania, a co za tym idzie, możliwości rozczarowania, są znacząco większe.Częściowych odpowiedzi na powyższe pytania dostarczają wyniki badania przeprowadzonego przez amerykańską socjolożkę Lucy Rose Fischer (1981), którego tematem był wpływ momentów przełomowych, takich jak małżeństwo i macierzyństwo, na relację kobiety z matką. Okazuje się, że rzeczywiście większość kobiet, które wychodzą za mąż i zostają matkami, stwierdza, że w związku z tym lepiej rozumieją zachowania i postawy swoich matek, a także w większym stopniu identyfikują się z nimi. Jednocześnie:córki niekoniecznie lubią czy akceptują fakt, iż stają się podobne do swoich matek. W rzeczywistości, choć zamężne córki w większym stopniu niż niezamężne postrzegają swoje zachowania jako podobne do zachowań swych matek, to jednak niemal wszystkie, zamężne bądź nie, opisują to poczucie podobieństwa w sposób neutralny bądź negatywny (Fischer 1981: 618).Podobne wnioski można wysnuć z wyników badań Anny Krasnodębskiej (2013), która analizowała podejście do roli kobiety w dwóch pokoleniach opolskich migrantek (por. Urbańska 2015). Choć oba pokolenia deklarują, że najważniejsza jest dla nich rodzina, to w wypowiedziach młodszych respondentek Krasnodębskiej często pojawiają się wypowiedzi pokazujące, że nie chcą one powielać wzorców życia swoich matek, chcą większej niezależności, wolności i możliwości życia w zgodzie ze swoimi potrzebami. Jak mówi jedna z migrantek uczestniczących w badaniu: „Moja mama w wieku 24 lat założyła rodzinę i od tamtej pory zajmowała się wychowaniem dzieci. Chcę prowadzić troszeczkę inny model życia, nastawiony właśnie na podróżowanie, na zdobywanie nowych doświadczeń, na poznawanie ludzi, ich obyczajów, kultury” (2013: 92). Choć pewne elementy wyobrażeń na temat roli kobiety wydają się stałe, to jednak w praktyce niewiele córek chce podążać śladami zapracowanych, uzależnionych od mężów, zmęczonych matek (por. Ostrouch 2004, Urbańska 2015).Moment przełomu, np. pojawienie się dzieci czy wnuków, ma wpływ na to, jak kobiety postrzegają się nawzajem, jednak niekoniecznie musi prowadzić to do znaczącej poprawy stosunków czy emocjonalnego zbliżenia. Potwierdzają to dane dotyczące częstości i charakteru kontaktów. Młode kobiety posiadające dzieci rzeczywiście częściej pozostają w kontakcie z matkami niż córki, które nie posiadają potomstwa; przywiązują też znacznie większą wagę do podtrzymywania tych kontaktów (Fisher 1981: 619–621). Okazuje się zarazem, że na częstość i jakość kontaktów wpływają w dużej mierze okoliczności, w tym głównie odległość miejsca zamieszkania, a nie tylko status córek. Co ciekawe, z analizy wynika, że choć młode matki mieszkające blisko rodziców otrzymują wsparcie, np. w postaci opieki nad dzieckiem, kiedy jest to potrzebne, jeśli weźmie się pod uwagę inne rodzaje pomocy (zakupy, załatwianie spraw, sprzątanie itp.), okazuje się, że dają one matkom w relacji więcej, niż otrzymują (ibid: 620). Być może dlatego córki posiadające małe dzieci niekoniecznie muszą być bardziej usatysfakcjonowane z relacji z matką niż córki, które ich nie posiadają. Tak więc trudno mówić o prostym przejściu od etapu konfliktów i separacji do emocjonalnej wspólnoty opartej na wypełnianiu roli matki – dynamika relacji międzypokoleniowych zależy od wielu czynników i jest znacznie bardziej skomplikowana, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.***Warto na koniec przypomnieć, że zdecydowana większość badań i rozważań teoretycznych (w tym także wywiady przeprowadzone przeze mnie) dotyczy kobiet heteroseksualnych, sprawnych, białych, żyjących w zamożnych krajach Europy lub w Stanach Zjednoczonych, które nie doświadczają ubóstwa (van Mens-Verhulst 1993, Miller-Day 2004, Lawler 2000). Niestety, badania relacji matka – córka w innych niż opisana powyżej grupach społecznych (np. w środowiskach dyskryminowanych ze względu na czynniki społeczne, ekonomiczne, rasowe, etniczne, orientację seksualną, wiek i inne) oraz w innych kontekstach kulturowych (np. kraje azjatyckie czy afrykańskie) stanowią wciąż margines (Adams 1995, Boyd 1989). Dlatego też warto przyjrzeć się bliżej kilku interesującym wyjątkom.Wyniki badania, które omawiają Mudita Rastogi i Karen Wampler (1999), dotyczą 91 kobiet mieszkających w Stanach Zjednoczonych, należących do trzech, zróżnicowanych pod względem etnicznym i kulturowym, grup. Były to: białe kobiety mające korzenie europejskie (European American), kobiety pochodzące w pierwszym lub drugim pokoleniu z Meksyku (Mexican American) bądź z krajów azjatyckich (Asian American). Dzięki użyciu specjalnie do tego celu przygotowanego narzędzia, czyli kwestionariusza do badania relacji między matką a dorosłą córką (the Mother-Adult Daughter Questionnaire – MAD)14, wyodrębniono trzy główne wymiary relacji: bliskość (closeness), niezawodność/możliwość polegania na drugiej osobie w relacji (reliability) i równowaga pomiędzy nastawieniem na drugą osobę a skupieniem na sobie w związku (collectivism), które z kolei przekładają się na zbiór zmiennych, takich jak zażyłość, współzależność, zaufanie do hierarchii czy poziom zróżnicowania między kobietami należącymi do dwóch pokoleń.Analiza wskazuje, że idealna wizja relacji matka – córka, często opisywana w naszym kontekście kulturowym, a więc oparta na dużym poziomie zróżnicowania oraz deklarowanym braku hierarchii, nie ma charakteru uniwersalnego. Za takim modelem jako pożądanym i pozytywnym opowiadały się przede wszystkim osoby należące do grupy nazwanej w badaniu European American, podczas gdy kobiety pochodzenia azjatyckiego ceniły sobie możliwość korzystania z rad i opinii swoich matek, uzyskując tym samym znacznie wyższe wyniki w skali zależności i zaufania do hierarchii. Z kolei Amerykanki meksykańskiego pochodzenia uznawały za bardziej istotne, aby to ich matki mogły na nich polegać, natomiast same starały się nie korzystać z pomocy i wsparcia ze strony matek. Choć różnice między poszczególnymi grupami nie były bardzo duże, badania Rastogi i Wampler (1999) sugerują, że na związek matki i córki mogą wpływać różnorodne czynniki: zarówno znaczenie, jakie w danej kulturze przypisuje się określonym wartościom, jak i kwestie sytuacyjne. Istotne są również dyskursy dotyczące rodziny dominujące w danym kontekście. Przykładem może być kwestia różnic między matką a córką – o ile w odniesieniu do faktycznego poziomu zróżnicowania nie stwierdzono różnic między grupami, o tyle w grupie European American cecha ta była znacznie bardziej istotna jako charakterystyka związku idealnego. Innymi słowy, różnice między matką i córką ujawniają się w każdej kulturze, ale dla grupy European American są one dodatkowo ważnym kryterium oceny relacji.Okazuje się też, że w niektórych kręgach kulturowych możliwe są relacje matka – córka charakteryzujące się wysokim poziomem bliskości i współzależności, w których jednocześnie panuje duży stopień zróżnicowania między kobietami (Rastogi 1999: 333–334). Może to oznaczać, że klasyczny konflikt między bliskością a odróżnieniem się od matki nie jest bynajmniej nieunikniony czy niezbędny, bowiem jest produktem określonej kultury. Co więcej, niektóre różnice w relacjach – zarówno na poziomie idealnym, jak i faktycznym – mogą wynikać z wymogów bieżącej sytuacji. Fakt, iż córki emigrantek z Meksyku nastawione są na udzielanie pomocy, nie oczekując tego samego w zamian, autorki badania tłumaczą tym, iż są one z reguły lepiej wykształcone i w lepszej sytuacji materialnej niż ich matki, a przy tym można się spodziewać, że w większym stopniu przyswoiły specyficzną dla kultury amerykańskiej wizję rodziny, w której dzieci i rodziców dzieli znacznie większy dystans niż w rozszerzonej rodzinie meksykańskiej (por. Hryciuk 2008). Dlatego też, choć zasada odpowiedzialności za pozostałych członków rodziny pozostaje aktualna, zmienia się kierunek pomocy – młodsze pokolenie przejmuje opiekę nad starszym znacznie wcześniej, niż miałoby to miejsce w warunkach kraju pochodzenia, a udzielanie pomocy staje się raczej jednostronne. Podobny proces może zachodzić w kontekstach posttransformacyjnych, w których część młodszego pokolenia „migruje” do wyższej klasy społecznej i w których ze względu na przemiany technologiczne córki stają się przewodniczkami matek w świecie nowych technologii, usług i trendów. Podsumowując, badania Rastogi i Wampler (1999) sugerują, iż czynniki kulturowe mają znaczący wpływ na omawiane relacje, co świadczy o tym, iż dominująca obecnie w kulturze wizja nieuchronnego konfliktu oraz zagrożenia, jakie nieść ma duży stopień bliskości między matką a córką, nie jest bynajmniej wizją uniwersalną.Do podobnych wniosków skłaniają także wyniki badań omówionych przez Carol Boyd (1989), w szczególności porównanie relacji matek i córek w siedmiu różnych kontekstach kulturowych autorstwa Edith Neisser, która w swej książce Mothers and Daughters uwzględnia m.in. kobiety z północno-amerykańskiego plemienia Indian Hopi, mieszkanki wsi w północnych Indiach, Japonki należące do klasy średniej czy kobiety z izraelskich kibuców. Analiza więzi między kobie-tami w rodzinach należących do bardzo różnych kręgów kulturowych wskazuje, że czynniki kulturowe mają duży wpływ na kształt tychże więzi, przy czym zdaniem Neisser „relacje matka – córka są bliższe, jeśli spełnione są trzy podstawowe warunki kulturowe: kiedy matka jest odpowiedzialna za edu-kację córki w zakresie niezbędnych umiejętności praktycznych bądź rytualnych, kiedy kobiety są systematycznie wykluczane z męskich form rozrywek i wypoczynku oraz, gdy matka i córka żyją i mieszkają w rodzinie” (w: Boyd 1989: 298–299). Jak wskazuje Boyd, badania, na których opiera swoje wnioski Neisser, budzą wątpliwości metodologiczne, w związku z czym należy podchodzić do nich z dużą rezerwą, jednak wydaje się, że ich podstawowe założenie, iż różnice międzykulturowe wpływają na kształt więzi w rodzinie, nie budzi większych wątpliwości.Ciekawą próbą wyjścia poza obszar eksplorowany przez większość badaczek jest też praca Ruth de Kanter (1993), w której analizuje ona sytuację córki wychowywanej w rodzinie jednopłciowej, pokazując, w jaki sposób dziewczynka tworzy swoje rozumienie nietypowego układu rodzinnego, używając konstrukcji, które oferuje jej rzeczywistość społeczna. De Kanter opisuje sytuację, w której 4-letnia Hannah wychowywana przez dwie kobiety oświadcza, że gdy dorośnie, zostanie ojcem, dzięki czemu „będą miały w domu mężczyznę” (1993: 27). Z jednej strony odwołuje się do obserwacji rodzin innych dzieci, w których pojawia się ojciec, a z drugiej konstruuje własną pozycję jako równą tej, którą zajmują jej matka oraz partnerka matki. Co ciekawe, zdarza się jej także odnosić do opiekujących się nią kobiet, używając określeń „ojciec” i „matka” zaczerpniętych z dostępnego słownika, w którym oczywiste jest rozróżnienie między rodzicami odwołujące się do płci. Są też, jak pisze de Kanter, chwile, kiedy dziecko używa wymyślonego przez siebie rozróżnienia na „matkę” (biologiczną) i „mamusię” (społeczną) albo też – kiedy któraś z kobiet nie chce spełnić jej życzeń bądź stawia wymagania – zostaje określona mianem „niedobrej” matki, podczas gdy druga awansuje na matkę „dobrą”. Według holenderskiej badaczki zmiany w języku reprezentują proces, w ramach którego córkalokalizuje siebie (is situating herself) w społecznym kontekście rodziny lesbijskiej […]. Konstruuje ona wyobrażenie siebie, tego kim jest i kim zostanie, jako córka matek o homoseksualnej orientacji. Jest kobietą-w-procesie-rozwoju (woman-in-development), która wciąż się zmienia, a jednocześnie wciąż pozostaje tą samą Hannah (de Kanter 1993: 27).Obraz, który kreśli de Kanter, jest o tyle interesujący, że otwiera nową perspektywę w psychoanalitycznej wizji rozwoju kobiecej tożsamości, ważną nie tylko w kontekście rodzin jednopłciowych, ale też we wszystkich sytuacjach, w których obok matki w rodzinie pojawia się znacząca emocjonalnie postać kobieca. Jeśli uznamy, że dla prawidłowego rozwoju dziecka konieczne jest zanegowanie związku z biologiczną matką, odseparowanie się od niej, a co za tym idzie – represjonowanie matczynej mocy i znaczenia, to co dzieje się, gdy w otoczeniu dziecka funkcjonuje inny kobiecy wzór osobowy, np. matki społecznej? Jak pisze de Kanter, w takich okolicznościach „nawet jeśli kastracja oznacza wygnanie z terytorium matki, terytorium kobiece pozostaje nienaruszone. Dziewczynka może zwrócić się do innej kobiety, aby otrzymać i zachować swą kobiecą tożsamość” (1993: 29). Oczywiście, warunkiem zaistnienia takiej możliwości jest oddzielenie na poziomie społecznym i symbolicznym „kobiety” od „matki”, co wymaga kulturowej zmiany o fundamentalnym charakterze. Jednakże w sytuacji, gdy coraz większa liczba dzieci wychowuje się bez jednego z biologicznych rodziców, z reguły ojca, a także w rodzinach jednopłciowych, rozważania de Kanter (1993) na temat pozycji „usytuowanej” (situated) córki i matki wydają się warte uwagi (por. Mizielińska et al. 2014). Co więcej, skłaniają do zastanowienia się nad tym, jak kształtuje się tożsamość dziewczynek wychowywanych w rodzinach rozszerzonych, gdzie obecna jest babka, ciotki czy inne kobiety należące do rodziny. Być może „złoty wiek” relacji między matką a córką, jaki według Rich (2000) został zniszczony przez procesy modernizacyjne i psychoanalizę, był „złoty” ze względu na mediacyjną rolę innych kobiet, które uczestniczyły w kształtowaniu więzi między matką a córką? A może dopiero mamy szansę w niego wkroczyć?Krytyczna analiza sposobów opisywania relacji matka – córkaDominujący język psychologiiPrzedstawiając istniejące teorie oraz badania na temat relacji matka – córka, warto spojrzeć na nie krytycznie, pamiętając, że zasoby naszej wiedzy na temat tego, co znaczy być matką lub córką, w szczególności „dobrą” matką lub córką, „nie spadają z nieba, ale są produkowane i reprodukowane w określonej relacji do sił społecznych i politycznych, w odpowiedzi na konkretne społeczne i polityczne zapotrzebowanie” (Lawler 2000: 3). Już sam język opisu, także w pracach naukowych, nie jest bynajmniej neutralny, choć może się taki wydawać i często próbuje za taki uchodzić.Suzanna Walters (1992) zauważa, że pojęcia, za pomocą których opisywana jest zwykle relacja matki i córki, takie jak: więź, symbioza, separacja, różnicowanie, autonomia, wpisane są w dyskurs psychologii i odzwierciedlają określoną wizję ludzkiej tożsamości, rozwoju i tego, co właściwe i naturalne w kontaktach między kobietami w rodzinie. Walters (1992) przywołuje fragment książki Evelyn Bassoff Mothers and Daughters: Loving and Letting Go, w którym autorka podkreśla znaczenie procesu psychicznej separacji kobiety zarówno od swej własnej matki, jak i od córki – separacja staje się warunkiem rozwoju i osiągnięcia psychicznej dojrzałości, która ma być z kolei warunkiem osobistego szczęścia.Również wspomniana już Carol J. Boyd (1989) wskazuje, że w większość teorii dotyczących relacji matka – córka duże znaczenie mają kwestie afiliacji i separacji: „konflikt dotyczący potrzeby separacji wynikać ma z postrzeganego braku psychologicznego dystansu wewnątrz diady” (1989: 293). Posługiwanie się koncepcjami zaczerpniętymi z psychologii rozwoju widać wyraźnie także w książce Nancy Friday (1977) – świadczą o tym choćby tytuły poszczególnych rozdziałów: 1. Matczyna miłość, 2. Czas na bliskość, 3. Czas na to, by pozwolić odejść oraz 11. Małżeństwo: powrót do symbiozy. Ów psychologiczny determinizm sprawia, iż Friday często pomija kontekst społeczny, wpływy ideologii czy warunków ekonomicznych na relacje matka – córka, skupiając się głównie na winie matki (Hirsch 1981: 212). Podobną tendencję zauważyć można we współczesnych dyskursach, w ramach których podkreśla się przemożny wpływ, jaki kobiety wywierają na swoje córki we wszystkich niemal kwestiach, począwszy od umiejętności odnalezienia się w grupie rówieśniczej, poprzez stosunek do mężczyzn, na zaburzeniach żywienia kończąc (Rich 2000, Budrowska 2000). Najlepszym przykładem kulturowo usankcjonowanej skłonności do obwiniania matki za wszelkie psychiczne oraz fizyczne problemy dzieci są lansowane niegdyś, niepotwierdzone teorie sugerujące rolę matki w rozwoju schorzeń takich jak autyzm czy schizofrenia (tzw. matka schizoidalna), a także popularne do niedawna założenia, w ramach których jej postawa wobec dziecka ma warunkować orientację seksualną mężczyzn. Problem ten omawia szerzej m.in. Bogusława Budrowska (2000). Choć założenia te zostały już poddane krytyce i obalone na gruncie psychologii i psychiatrii, wciąż pojawiają się w dyskursie publicznym.Warto zapytać za Walters: dlaczego kontrola bliskości i dystans wobec matki mają tak ogromne znaczenie, i dla kogo? Koncepcja ta nie jest bynajmniej „niewinna, bowiem pojęcia takie jak bliskość i dystans mają określoną historię i, co najważniejsze, są upłciowione (gendered)” (1992: 10). Oczywiście, nie ma wątpliwości, że córki wzorują się na swoich matkach, jednak przekonanie, iż matki nie tylko powinny, ale też są w stanie (jeśli tylko chcą) całkowicie zdominować córki, skutecznie przeciwstawiając się naciskom społecznym i rówieśniczym, wpisuje się w kulturową presję odczuwaną przez matki. Ważnym jej elementem jest nakładanie na kobietę całkowitej i wyłącznej odpowiedzialności za to, kim stanie się ich dziecko, a szczególnie córka. Wypływa to raczej z bezkrytycznej akceptacji stereotypowego wizerunku matki „wszystkiemu winnej” (Budrowska 2000) niż ze znajomości kulturowych realiów.Dyskurs psychologiczny nie jest w jakikolwiek sposób lepszy lub gorszy niż systemy pojęć opierające się na innych paradygmatach. Ważna jest jednak świadomość konsekwencji dominacji języka zaczerpniętego z dyskursu psychologii. Wartości takie jak autonomia, separacja, rozwój osobisty, tak wysoko cenione we współczesnej kulturze, przypisywane są w większym stopniu mężczyznom, podczas gdy kobiety stereotypowo postrzegane są jako zależne od innych, empatyczne oraz gotowe do poświęcania swoich celów i potrzeb dla dobra bliskich. W efekcie kobietom przypisuje się te wartości i cechy, które następnie powinny w sobie aktywnie zwalczać, dążąc do wypełnienia społecznych oczekiwań. Dlatego, jak podkreśla Walters: „część naszej pracy polegać musi na poszukiwaniu tego, co kryje się pod ‘neutralnymi’ z pozoru kategoriami, za pomocą których opisujemy i staramy się zrozumieć relacje, oraz na odkrywaniu i odkodowywaniu ich wymiaru związanego z płcią (genderedness)” (1992: 10). W praktyce oznacza to, iż związek matki i córki powinien być analizowany i opisywany w odniesieniu do konkretnego kontekstu kulturowego i historycznego, ponieważ to, w jaki sposób o nim myślimy i mówimy, często ukształtowane jest poprzez nieświadomą akceptację paradygmatów i założeń, które nie pozostają bez wpływu na kształt tegoż związku (Walters 1992: 11).Autorka książki Lives together/worlds apart. Mothers and daughters in popular culture wskazuje, iż rozpowszechnione obecnie przekonanie o tym, iż konflikt między matką a córką jest nieunikniony, oraz interpretowanie bliskości matki i dorosłej córki jako sygnału niedojrzałości młodej kobiety lub nadopiekuńczości starszej pojawiły się dopiero w połowie XX wieku (Walters 1992). Na podstawie analizy tekstów kultury: filmów, seriali, artykułów prasowych oraz reklam Walters udowadnia, iż możliwe są inne typy relacji niż dominujący dziś model, w którym kładzie się nacisk na separację córki w okresie dojrzewania i powrót do serdecznych stosunków w chwili, gdy młoda kobieta sama zostaje matką. Odwołując się do badań amerykańskiej historyczki Carroll Smith-Rosenberg, Walters (1992) wskazuje, że w ramach XIX-wiecznego ideału stosunków między kobietami w rodzinie podkreślano przede wszystkim znaczenie wzajemnej bliskości, wartość emocjonalnej zależności i potrzebę pielęgnowania intymności, zaś wyrażanie wrogości czy niechęci zdarzało się niezwykle rzadko. Także w latach dwudziestych XX wieku, gdy lansowany był wizerunek młodej, niezależnej, „nowoczesnej” kobiety, podkreślano raczej, że przyczyną buntu był konflikt z autorytarnym ojcem-patriarchą, a nie z matką (1992: 12).W konsekwencji należy uznać, że rozpowszechniona dziś w kulturze zachodniej wizja relacji między kobietami jako przejście od bliskości do separacji, choć często opisywana jako „naturalna”, jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jest ona efektem popularyzacji osiągnięć psychoanalizy oraz dominującej roli wartości, takich jak indywidualizm i autonomia, związanych z rozwojem społeczeństw kapitalistycznych. Co więcej, model ten nie ma bynajmniej charakteru „uniwersalnego” – jak wskazywała już Adrienne Rich (2000) – osadzony jest w konkretnym kontekście historycznym i kulturowym. W książce Zrodzone z kobiety… amerykańska badaczka zauważa, że w starożytnych tekstach córki praktycznie się nie pojawiają, bowiem znaczenie ma przede wszystkim posiadanie męskiego potomka. Podkreśla też, że „posiadanie córek zostało unieważnione poprzez przemilczanie, ale też przez dzieciobójstwo, którego wszędzie padały pierwszą ofiarą” (2000: 312).Zjawisko to znane jest i dziś, co wykazuje Claire Brisset: „od dawna nurtowała demografów pewna anomalia statystyczna. ‘Niedobór kobiet’ […] na ogromnych obszarach Azji, w Indiach, Pakistanie, Bangladeszu i w Chinach – statystyki odnotowują niedobór kobiet liczony w dziesiątkach milionów” (2007: 16). Dzięki rozpowszechnieniu się badań umożliwiających stwierdzenie płci dziecka na wczesnym etapie ciąży, w krajach tych nagminne stały się aborcje płodów żeńskich. Dodatkowo dziewczynki częściej ulegają rozmaitym wypadkom, są gorzej żywione, w mniejszym stopniu otoczone opieką, w tym także opieką medyczną – w efekcie, jak pisze Brisset, współczynnik feminizacji w krajach takich jak Indie czy Chiny jest znacząco niższy niż w innych częściach świata (2007: 17)15. W jaki sposób odbija się to na relacjach matka – córka, możemy się jedynie domyślać, ewentualnie polegać na tekstach literackich16. Można jednak założyć, że relacje te różnią się od kontekstu europejskiego, gdzie nacisk społeczny na posiadanie syna jest coraz mniejszy. Nie są one bynajmniej zjawiskiem naturalnym, uniwersalnym czy zunifikowanym. I tak też – w odniesieniu do kontekstu, w którym zostały ukształtowane i wciąż funkcjonują – należy je rozpatrywać.Polski kontekst kulturowy – próba refleksjiPostulat uwzględniania specyfiki kulturowej, w której funkcjonuje dane zjawisko, każe przyjrzeć się bliżej dyskursom, które definiują postrzeganie kobiet, a szczególnie matek i córek w Polsce. Nie będę jednak w tym miejscu analizować historycznych przemian związanych z wyobrażeniem roli kobiety w Polsce, bowiem powstało już wiele ciekawych prac, które czynią to w sposób szczegółowy i wyczerpujący (Walczewska 1999, Hryciuk i Korolczuk 2012, Fuszara 2002, Ostrowska 2004, Ostrouch 2004, Janion 2004, Graff 2007, Titkow 2007 i inne). Dlatego też skupię się jedynie na kilku kwestiach, które uważam za istotne z punktu widzenia analizy interesującej mnie relacji.Jak podkreślają wszystkie badaczki zajmujące się sytuacją kobiet i kategorią gender w Polsce, ogromne znaczenie dla kształtu relacji płci miały procesy historyczne – zabory, powstania, pierwsza i druga wojna światowa oraz okres realnego socjalizmu – z powodu których niemal każde kolejne pokolenie kobiet musiało odnaleźć swoje miejsce w zmienionych warunkach społecznych. Jednym z istotnych elementów społecznej presji był nakaz podporządkowania indywidualnych pragnień i potrzeb interesom rodziny bądź – w szerszym rozumieniu – ojczyzny, który choć w zmienionej formie, determinował publiczne narracje (Fuszara 2002, Ostrowska 2004, Titkow 2007). Zasada ta zapewniała pewną ciągłość oczekiwań społecznych i wzorców, dlatego też można założyć, iż podstawą procesu socjalizacji córki przez matkę w polskim kontekście było przez długi okres nastawienie kolektywne zamiast indywidualnego.W obrębie dominujących dyskursów narodowych brak jest miejsca dla relacji między kobietami. Figurą kobiecości, która pojawiała się najczęściej w analizach polskiego kontekstu kulturowego, jest bowiem postać Matki Polki (Ostrowska 2004, Janion 2004), która łączyć ma w sobie „idealne wyobrażenie kobiecości w postaci Maryi, sfeminizowane wyobrażenie ojczyzny, historyczne doświadczenie kobiet-Polek, jak i zespół zbiorowych oczekiwań pod ich adresem” (Ostrowska 2004: 222). Zdaniem Elżbiety Ostrowskiej figura ta stanowi podstawowy element nacjonalistycznego dyskursu, w ramach którego naród to wspólnota mężczyzn – braci, przyjaciół, towarzyszy – walczących w obronie idealizowanej Matki-Ojczyzny. Figura Matki Polki bywa i dziś przywoływana w publicznej debacie, choć w refleksji socjologicznej i analizach genderowych jej kulturowe znaczenie zostało poddane krytycznej analizie i dekonstrukcji (Hryciuk i Korolczuk 2012).Fantazmat Matki Polki usytuowany między światem realnym a wyobrażonym, między stereotypem a mitem, legitymizować ma narodową wspólnotę opartą na więzach krwi. Stanowi jednocześnie przykład i uzasadnienie dla postrzegania relacji między jednostkami a ojczyzną w kontekście związków rodzinnych (Ostrowska 2004: 222–224). Jak pisze Anna Titkow, w praktyce:ta idealizacja kobiety, choć umacniała siłę oporu narodowego, to jednak wytwarzała tak silne więzi między rodziną a narodem, że próba wyzwolenia się kobiet z tradycyjnych zależności od rodziny wydawała się równoznaczna ze zdradą narodową i apostazą religijną (2007: 51).Warto się więc zastanowić, z jaką rodziną, czy też z jakim układem rodzinnym mamy tu do czynienia. Okazuje się bowiem, że Matka Polka to matka synów, którzy oddają jej cześć, bronią jej lub giną w jej obronie (Jedynak w: Ostrowska, 2004: 215). Nie ma tu miejsca dla córek. Co więcej, młode kobiety uosabiające zmysłowość, miłość w jej wymiarze seksualnym, stanowią dla Matki-Ojczyzny zagrożenie. Narodowy ideał mężczyzny stanowi przecież Mickiewiczowski Konrad, który „z kochanka kobiety przemienia się w kochanka ojczyzny” (Ostrowska 2004: 222). W konsekwencji zarówno na poziomie symbolicznym, jak i emocjonalnym to matka zajmuje miejsce przeznaczone dla kochanki – córki (Janion 2004: 142–143).W interpretacji romantycznej tradycji, którą proponuje Maria Janion (2004), wizja Matki-Ojczyzny bliższa jest wizji Demetriańskiej matki – okrutnej, zaborczej, zazdrosnej – którą opisuje wspomniana już Phyllis Chesler (2003), niż wizji matki-anioła, o której mówi Ostrowska (2004). Ojczyzna staje się „demoniczną rywalką wszelkich innych obiektów uczuć. […] Zabita ojczyzna zabija zmysły” (Janion 2004: 144), a obowiązkiem mężczyzny jest przedłożyć jej zaborczą miłość nad pożądanie innych kobiet. Dopiero na początku XX wieku pojawiają się wizerunki, w których podkreślona jest kobiecość Polonii: w obrazach Malczewskiego nie jest już skrwawiona, zabita czy pogrzebana, lecz „dorodna, radosna, naga lub półnaga, czasem tajemniczo uśmiechnięta”, zaś książki Marii-Jehanne Wielopolskiej i Marii Kuncewiczowej ujawniają „aurę erotyczną, która otacza Polskę” (Janion 2004: 145–146).Czy pojawienie się tych motywów oznacza włączenie do obszaru narodowej mitologii zmysłowości i erotyki, które, jak zasugerowałam, przynależne są córkom wypchniętym poza główny nurt dyskursu? Zdaniem Janion zdecydowanie nie. Aby bowiem uporać się z reliktami przeszłości, konieczne jest rozpoznanie i zrozumienie nie tylko mesjanistycznej megalomanii romantycznej, ale i wątków postkolonialnych, w które uwikłana jest polska historia. W tym celu „trzeba opowiedzieć ‘inną historię’, [która] winna też być historią kobiet – sprowadzonych [dotąd] do macierzyńskich funkcji ‘matki-Polki’, pozbawionych głosu lub zagłuszonych przez harmider wojowników ‘Boga, honoru i ojczyzny’” (Janion 2004: 151). Można więc zaryzykować stwierdzenie, że jednym z ważnych elementów tego procesu może być rozpoznanie pozycji córek, które uwolnić się muszą od narodowych mitologii i mitów, tak aby w przyszłości móc funkcjonować nie tylko w roli matek, ale też uczestniczyć w życiu społecznym w sposób pełny i wielowymiarowy.W tym miejscu pojawia się ważne pytanie – czy walka córek o należne im miejsce w dyskursie i społecznej hierarchii musi oznaczać symboliczne matkobójstwo? Czy matka musi zostać pozbawiona symbolicznego statusu i władzy, aby jej córki mogły wejść w pozycję podmiotu? Odpowiedzi można szukać w literaturze – jedyna w pełni poświęcona temu zagadnieniu praca literacka to książka-poemat Utwór o matce i ojczyźnie Bożeny Keff (2008), która stanowi dramatyczną próbę zmierzenia się z macierzyńską mitologią, zarówno na poziomie narodowych mitów, jak i osobistego doświadczenia. Co charakterystyczne, pisana jest z pozycji uciemiężonej córki – Usi, nieustannie porównywanej do niewolników w XIX-wiecznej Ameryce czy ofiar Holocaustu, mimo że to jej matka przeżyła wojnę, podczas której zginęła cała rodzina, i cierpiała, będąc ofiarą antysemityzmu w latach powojennych. Kwestia żydowskiego pochodzenia matki – a zatem i samej Usi – pogłębia „obcość” matki, umacniając wizerunek Meter jako „agentki” systemów władzy i opresji, które z ofiar czynią katów. Nie tylko jest ona okrutna jako matka w stosunku do córki, ale też jako Żydówka gnębiąca kolejne pokolenie, któremu żydowskie znamię krzywdy już się „nie należy”, bo nie przeszło przecież przez prawdziwe piekło.Książka Keff (2008) to opowieść o cierpieniu kobiet, które w świecie, gdzie podstawą ich tożsamości ma być wyrzeczenie się siebie, zanurzają się całe w cierpiętnictwie. Autorka sugeruje, że zasada samopoświęcenia jest tak skutecznie wtłaczana kobietom do głów i gardeł, ponieważ stanowi fundament nie jednej, ale dwóch najważniejszych ról, które kobiety mogą w swoim życiu pełnić: córki i matki. Obie te pozycje naznaczone są niezmywalnym piętnem poświęcenia i poczucia winy – córka, tak jak Usia, od najmłodszych lat doceniać ma wysiłki i trud, z jakim wiąże się wychowanie dzieci. W zamian, gdy sama zostanie matką, nabywa praw do egzekwowania swej władzy, poprzez żądanie zapłaty za własne wyrzeczenia.Czyż nie na tego rodzaju iluzorycznej władzy wypływającej z emocjonalnego szantażu opiera się domowy matriarchat, który opisuje Anna Titkow (1995)? Czy opis matki „gastronomicznej”, która jednym okrzykiem „obiad” podporządkowuje sobie domowników (Walczewska 1999), nie jest doskonałym obrazem jedynej kobiecej broni – umiejętności wzbudzania poczucia winy? Broni tyleż okrutnej, co nieskutecznej w relacjach z silniejszymi od siebie, a więc praktykowanej głównie w obrębie więzi ze słabszymi i emocjonalnie zależnymi od matki: dziećmi/córkami. W Utworze… dominuje nuta rozpaczy, ale nie chodzi wyłącznie o cierpienie starszej z kobiet – przeżywane z masochistyczną rozkoszą wciąż od nowa, stanowiące najważniejszy „posag” córki. Usia, która ogłasza światu, jak bardzo jest znużona, uwikłana w matczyne wyobrażenia, stłamszona i pozbawiona podmiotowości przez matkę, powtarza gest tej, której nienawidzi i od której nie może się uwolnić. Zmusza czytelników do pochylenia się nad swoim cierpieniem, uznania swojego prawa do rozpaczy i bólu, bo ma nad nimi cząstkę ulotnej władzy kobiet, władzy mówienia.Opisana przez Keff matka nie potrafi i nie chce włączyć córki w krąg martyrologii, która ma pozostać jej tylko, własna i jednostkowa, bo tylko na takim gruncie budować może skomplikowaną relację władzy i poniżenia, w której następnie zamknięte zostają obie. Ale i córka, usiłując uciec od bagnistego, miałkiego użalania się nad sobą, konstruuje własną opowieść o krzywdzie, szuka sposobu na to, by zalegitymizować swoje z kolei cierpienie i ból. Matki w roli ofiary nie da się przelicytować, ale też i zupełnie zignorować jej nie sposób. Okazuje się, że próbując uniknąć powielania wzorów, usiłując za wszelką cenę „nie być jak matka”, tworząc się niejako na nowo, córka konstruuje prawo do własnej martyrologii, mimo że takiej spuścizny posiadać nie chce i nie pragnie.W tekście Keff uderza fakt, iż pozycje matki i córki są rozłączne i przeciwstawione sobie, mimo że przecież każda matka jest, ponad wszelką wątpliwość, także córką, a córka często bywa matką (Irigaray 2000a i 200b). Narratorka – Usia, wspomina co prawda, że urodziła gdzieś po drodze syna, ale jej pozycja od początku do końca tekstu jest pozycją córki – nie ratuje jej mąż, ów „nawigator osobnej rakiety”, zaś własne dziecko „uprzystępnia […] bardziej może niż chce” matce, by ta przestała obarczać ją bezdennym żalem samotności. Podwójność własnego życia, ról, które pełni, wydają się Usi-Korusi umykać, zaś matka, jak wskazują w posłowiu Izabela Filipiak i Maria Janion, „córkę wyklucza z […] więzi i zapewnia ją bezustannie o braku genealogii”, twierdząc kategorycznie: „Ty z Niczym nie masz Niczego Wspólnego”. Zaprzecza związkom Usi ze swoją własną, zamordowaną podczas wojny matką, nie pozwala córce zakorzenić się w rodzinnej historii, której nie zamierza z nikim dzielić:– Mówisz więc o mojej babce – powiada Usia – mówisz o ciotce mojej.– Babka? – powtarza Meter, czyś się szaleju objadła? Co ci herosi, dziecko,mieli z tobą wspólnego? Ta historia mnie się przydarzyła.Ja sama musiałam to przeżyć (2008: 42).Matka wypycha nieszczęsną Usię z przestrzeni historii (tej narodowej i tej własnej), oczekując jednocześnie uznania, zrozumienia i bezwarunkowej miłości tylko dlatego, że jest matką i udało się jej przetrwać. Córka ma pozostać Uchem, ma służyć, podziwiać i wielbić, ale niejako z zewnątrz, z pozycji zawsze podległej.W konsekwencji Usia zostaje zakleszczona w swym córectwie, w perspektywie dziecka, „zgniłego niemowlęcia”, „któremu za rzadko zmieniano pieluchę”. Wydaje się, że nie może osiągnąć etapu, w którym przestałaby liczyć na to, iż ktoś/matka tę pieluchę wreszcie zmieni. Wciąż czeka, że to matka/Meter/Hekate „spuści ją ze smyczy”, uwolni, pozwoli oddychać. Jednocześnie sama nie potrafi uwolnić matki, przeciąć smyczy. Przeciwnie, ciągnie ją za sobą, buntuje się krótko i bezskutecznie, a winą za to niepowodzenie obarcza Meter, zamykając w ten sposób układ, uszczelniając okna w pokoju, w którym się dusi.W ujęciu Keff konstelacja osobistych uczuć i pragnień, uwikłana w narodową mitologię i zbiorowe lęki, czyni niemożliwym uznanie – zarówno córki przez matkę, jak i matki przez córkę – za osobę, podmiot, jednostkę mającą swoją historię, którą można się dzielić. W tym świecie nie ma innego wyjścia: matka musi umrzeć, aby żyć mogła córka, a jedynym sposobem na uwolnienie się kolejnego pokolenia jest matkobójstwo. Tyle, że Usia wie doskonale, że nie rozwiąże ono niczego, nawet gdyby było możliwe, bowiem wszechcierpiąca matka jest raczej fantazmatem niż osobą z krwi i kości, którą można pokonać lub zapomnieć. Zabijając matkę, kobieta zmieni tylko miejsce, z Korusi stając się Orestesą, ściganą przez Furie. Nie da się z siebie także wydrzeć, usunąć Matki-Ojczyzny, która majaczy gdzieś obok matki-kobiety. Obie wydają się po prostu nieśmiertelne. Keff zdaje się sugerować, że dopiero gdy Kora rozpozna siebie i matkę jako ofiary wykluczenia przez patriarchat i nacjonalizm, możliwe będzie zawieszenie broni, a może i zalążek porozumienia: „A Usia powiada: Jakem Persefona, zgadzam się z Tobą, Hekate. I muszę powiedzieć, że człowiekiem jesteś przyzwoitym” (2008: 61).Owo pojednanie pojawia się na gruncie odrzucenia rzeczywistości „nowego wieku”, kiedy to antysemityzm i nienawiść do Innego stają się znów widoczne i bolesne. Jest więc, w pewnym sensie, zjednoczeniem w wykluczeniu, w owej Inności właśnie. Czy w związku z tym nie sytuuje się niebezpiecznie blisko „cierpiętniczej” tradycji, którą pielęgnowała matka? Jak wskazuje Agnieszka Mrozik, książka Keff to przykład szerszego nurtu w literaturze kobiecej ostatniego dwudziestolecia, w którym genezy konfliktu między matkami a córkami szuka się „w nierównym dostępie do sfery symbolicznej – reprezentacji i języka. Jeśli bowiem historia matek istnieje w naszej kulturze jako zapis zbiorowego (narodowego) cierpienia, poświęcenia, ofiary, służby, wyrzeczenia – a więc cała ukryta jest w cieniu pomnika – historię córek naznacza wyłącznie piętno nieistnienia” (2012: 199).Autorka Mitu… nie odpowiada na pytanie, jak znaleźć miejsce dla córek w polskiej mitologii, w narracjach, które przesycają naszą kulturę, sztukę, a także codzienne życie. I nie wydaje się, aby było to jej celem. Pozwala jednak zobaczyć córkę i świat z jej perspektywy, a także mozolnie buduje nowy język, za pomocą którego można opowiedzieć jej historię. To język zlepiony z mitów, literatury i kultury popularnej, miejscami wulgarny i okrutny, niepoddający się łatwej ocenie i kategoryzacji, a dzięki temu przedziwnie pojemny, przełamujący bariery pokoleniowe, a po części także i klasowe.Poszukiwanie miejsca, z którego kobiety będą mogły mówić, jako matki-córki i córki-matki, a także znalezienie języka czy raczej języków, za pomocą których taki dialog będzie możliwy, to droga do uznania wartości genealogii kobiecej, w miejsce wyłącznie męskich więzów. Kluczem do ich odnalezienia wydaje się być rozpoznanie podwójności kobiecej roli oraz wyjście poza dychotomię ról kobiety-matki. Jak pisze za Luce Irigaray Agata Araszkiewicz: „jeśli matka ma żyć, to wraz z córką: razem muszą się stać najpierw kobietami, które mogą się spotkać w podmiotowej relacji, poza funkcją macierzyńską sensu stricte” (2001: 693). Dlatego to nie Meter, ale Matka Polka musi odejść, pozostawiając miejsce dla realnych matek i córek.Kobieca tożsamość w kontekście relacji matka – córkaTożsamość jako relacja[…] detale codziennego życia w sposób znamienny ujawniają, jak tożsamość jest ustanawiana i wzmacniana, oraz jak tożsamość z kolei jednocześnie odzwierciedla i umacnia społeczne instytucje, będące podstawą hierarchicznych struktur naszej kultury.(Vivian Gornick 1987; vii)Kłopot z analizą tożsamości polega na tym, że wśród badaczy zajmujących się tą problematyką17 brak jest pełnej zgody co do zakresów znaczeniowych stosowanego słownictwa. Jak pisze Anthony Elliot: „języki używane przez teoretyków i badaczy społecznych dla zanalizowania jaźni wskazują znaczące różnice: czasem teoretycy odwołują się do kategorii ‘tożsamości’, czasem kategorii ‘podmiotu’ czy ‘podmiotowości’, a czasem po prostu do kategorii ‘jaźni’ czy ‘ja’” (2007: 17). Nie zawsze ma to praktyczne znaczenie, bo choć wszystkie określenia odwołują się do kategorii subiektywności, to jednak czasami nie mogą i nie powinny być stosowane wymiennie. Jak wskazuje Elliot, nie wszystkie formy tożsamości mają podobne zakresy znaczeniowe, zgodne z określeniem „jaźń”, np. tożsamości etniczne czy narodowe, dla których punktem odniesienia jest zbiorowość i które wytwarzane są nie tyle na poziomie subiektywnym, ile „poprzez określenie i uznanie wspólnoty interesów, […] w oparciu o formy solidarności wynikłe z walk toczących się, na przykład wokół problemów wykluczenia społecznego, problemów narodowościowych, klasowych itd.” (2007: 17).Również Anna Titkow (2007) wskazuje na kilka poziomów, które należy brać pod uwagę, analizując ten obszar, w tym przede wszystkim: poziom indywidualny oraz społeczny, czyli odnoszący się do zbiorowości. Titkow przyjmuje za McCall i Simmons, że w ramach procesu, który w zasadzie nigdy się nie kończy, „jednostki jako osoby zajmujące określoną pozycję społeczną przypisują sobie cechy i role społeczne, hierarchizując je przy tym zgodnie z zasadą odzwierciedlającą ‘idealne ja’” (2007: 38). Z kolei tożsamość społeczna może być rozumiana dwojako: albo jako stosowanie do opisu siebie określonych kategorii społeczno-socjologicznych na poziomie indywidualnym, albo też w kontekście zbiorowym, „kiedy za pomocą takich właśnie kategorii opisywana jest identyfikacja jednostki z grupą, traktowana przez nią samą i jej środowisko jako element indywidualnej charakterystyki” (Titkow 2007: 39). W analizach relacji matka – córka interesuje mnie zarówno poziom indywidualny, jak i problem opisywania siebie i dostosowywania się do społecznych oczekiwań w stosunku do większych grup – w tym przypadku dwóch pokoleń kobiet.Dla moich rozważań bardzo istotne jest rozumienie tożsamości zaproponowane przez Mary i Kennetha Gergenów (1993, Gergen K. 2000)18. Swoją koncepcję wywodzą z tradycji teorii psychospołecznych, zapoczątkowanych przez Ericha Fromma, Karen Horney i Harry’ego Sullivana. Zwłaszcza ten ostatni badacz wydaje się wart przypomnienia, gdyż kładł nacisk głównie na relacje, na to, co się dzieje pomiędzy jednostkami, a nie na same jednostki. Sullivan twierdził, że tożsamość jest bytem hipotetycznym, którego nie można wyodrębnić i analizować poza kontekstem sytuacji interpersonalnych. Zachowania ludzi w tego typu okolicznościach nie należy traktować jako ekspresji immanentnych cech jednostek, gdyż zachowania są tożsamością. Kenneth Gergen (2000) kontynuuje ten tok myślenia, choć w swych pracach powołuje się raczej na przedstawicieli chicagowskiej szkoły socjologicznej, w tym szczególnie George’a Herberta Meada. W ujęciu konstrukcjonistycznej teorii Gergena jednostka przestaje być podstawowym elementem analizy. Zamiast stabilnej tożsamości i wymiany określonych treści między intersubiektywnymi jednostkami, tak jak to miało miejsce w teoriach modernistycznych, podstawą wyjaśnienia funkcjonowania świata społecznego stają się ciągły proces i wielość relacji. Takie cechy jak tożsamość, moralność czy cechy charakteru są wynikiem społecznych relacji, a nie danymi, które je determinują.Relacja rozwija się w obrębie zespołu jednostek, który to zespół Mary i Kenneth Gergenowie (1993) określają mianem relational nucleus, czyli rdzeniem relacji. To w jego ramach tworzy się „lokalna ontologia”, język reprezentacji, który pozwala się porozumieć, komunikować w satysfakcjonujący sposób, wspólnie budować osobiste narracje. Społeczność czy też poszczególni jej członkowie funkcjonujący w ramach tej podstawowej jednostki dążą do podtrzymania lokalnej ontologii (prawdy). Jak można opisać rdzeń relacji matek i córek?Jednym ze sposobów na dotarcie do owego rdzenia jest analiza „narracji ja” – są to bardziej lub mniej skonwencjonalizowane wzorce służące do opisu naszej historii życia (Gergen i Gergen 1993). „Narracja ja” to po prostu indywidualna ocena, postrzeganie zależności między ważnymi dla nas zdarzeniami mającymi miejsce na przestrzeni określonego czasu, przy czym nie jest to reprezentacja rzeczywistości, ale narzędzie służące do jej konstruowania, tak jak nie jest to przyczyna bądź skutek działań, lecz działanie samo w sobie. Opowieści te są konstrukcjami otwartymi na zmianę, nie powstają pod wpływem jakiejś obiektywnej prawdy, ale są tworzone w ramach dostępnych w kulturze konwencji.Kenneth Gergen (2000) dochodzi do wniosku, że ludzie zanurzeni są w relacjach i aby być zrozumiałymi dla innych i siebie samych, posługują się określonymi narracjami. Co więcej, według nich żyją, umieszczając siebie w określonym kontekście zdarzeń i ciągów przyczynowo-skutkowych. Jesteśmy „nasycani” innymi ludźmi, „wypełniani” ich historiami, wizjami życia, tożsamościami. Jednocześnie bierzemy aktywny udział w tworzeniu owych narracji – co więcej, możemy zależnie od kontekstu wybierać te, które wydają się nam najlepsze, najbardziej adekwatne i funkcjonalne. Wybór istnieje, choć ograniczony do narracji dostępnych, najlepiej znanych, wynikających z zakorzenienia w określonej tradycji kulturowej, a nasza tożsamość staje się zrozumiała dopiero jako część tych narracji.Innym przydatnym terminem jest „skrypt kulturowy”, którym posługuje się Bogusława Budrowska (2000) w swoich badaniach na temat macierzyństwa. Jest to funkcjonujący w danej kulturze zespół wyobrażeń na temat tego, w jaki sposób powinny się odbywać poszczególne zdarzenia, służy on członkom danej kultury jako rodzaj przewodnika w ważnych życiowych momentach. Oczywiście, w zachowaniach konkretnych jednostek zdarzają się modyfikacje i w każdej kulturze istnieje (przynajmniej w przypadku niektórych grup społecznych) możliwość wyboru skryptu bądź jego modyfikacji, ale te możliwości nie są nieograniczone. Co więcej, w każdej kulturze funkcjonuje pewna ilość wzorów, które bywają konkurencyjne. Można więc uznać, że zjawisko, które Gergen nazywa „narracją ja”, w odniesieniu do jednostek, w szerszym społecznym sensie w odniesieniu do grup można nazywać wyspecjalizowanym „skryptem kulturowym”. Rozróżnienie wynika z przyjętej perspektywy, przy czym w mojej pracy staram się uwzględnić obie te perspektywy – społeczną i indywidualną. Do obu tych koncepcji będę sięgać, analizując to, jak matki i córki postrzegają swoje role, jakie są ich postawy dotyczące kobiecej genealogii i roli, jaką grają kobiety w społeczeństwie.Relacyjny charakter kobiecej tożsamości w perspektywie badań nad kobietami i płciąSam termin „kobieca tożsamość”, podobnie jak tożsamość w ogóle, nastręcza wielu problemów definicyjnych i teoretycznych – od kilku dekad toczy się dyskusja na temat tego, co tak naprawdę owo pojęcie oznacza oraz czy można i czy należy się nim posługiwać w praktyce badawczej. Analizując ten obszar, muszę się odnieść do wątpliwości, jakie niesie ze sobą zastosowanie terminu „kobieca tożsamość”, choć podzielam opinię wyrażoną przez norweskie autorki Harriet Bjerrum Nielsen i Monicę Rudberg (1993), które stwierdziły, że:starania, aby uniknąć jakiegokolwiek konceptu kobiecości z obawy przed oskarżeniem o esencjalizm są daremne. Oczywiście nie jest to także równoznaczne ze stwierdzeniem, że istnieje coś takiego jak uniwersalna kobiecość, albo że nie ma potrzeby badać różnic między kobietami z uwzględnieniem konkretnego kontekstu kulturowego czy historycznego (1993: 45).W takim ujęciu kulturowa tożsamość płci (gender) „reprezentuje indywidualną rzeczywistość charakteryzującą się pewną ciągłością w czasie i kontekście” (Bjerrum Nielsen i Rudberg 1994: 45).W swoich badaniach realizuję postulat badania kobiet w kontekście relacji, który wynika bezpośrednio z feministycznych teorii na temat rozwoju i charakteru kobiecej tożsamości. Jak wskazywałam w poprzednich rozdziałach, to właśnie relacja matka – córka uważana jest za najważniejszy kontekst procesu kształtowania się kobiecej podmiotowości (Chodorow 1978, Rich 2000). Zwłaszcza w obrębie feministycznej psychoanalizy panuje opinia, że „kształt kobiecej tożsamości płciowej (gender) zależy w dużej mierze od psychologicznych i kulturowych doświadczeń, które kobiety przeżywają jako córki” (Humm 1993).Większość badaczek zajmujących się dziś kobiecą tożsamością uznaje, że ma ona charakter relacyjny, jest płynna, w-procesie-tworzenia (de Kanter 1993, van Mens-Verhulst 1993). Według van Mens-Verhulst (1993) i Miller-Day (2004) zmiana paradygmatu nastąpiła dopiero na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to większość badaczek zwróciła się ku wizji kobiecej tożsamości usytuowanej (situated) w kontekście negocjowania podmiotowości o charakterze relacyjnym. Jednak pierwsze prace, w których podkreślano związek między tożsamością a charakterem więzi dziewczynki/kobiety z matką, pojawiły się już w latach sześćdziesiątych. Jak pisze Hirsch (1981), kwestia (re)definicji pojęcia kobiecej tożsamości ma zasadnicze znaczenie w przypadku teorii dotyczących relacji matka – córka, zarówno tych, które zakorzenione są w tradycji amerykańskiej (np. Nancy Chodorow, Jane Flax czy Dorothy Dinnerstein), jak i w pracach francuskich badaczek (takich jak Luce Irigaray, Julia Kristeva i Hélène Cixous). Wskazuje ona, że:Interesujący jest fakt, że choć amerykańska tradycja psychoanalizy oparta jest na psychologii ego, podczas gdy francuska psychoanaliza skłania się raczej ku odrzuceniu idei zintegrowanego ego, to jednak przecinają się one w miejscu, w którym pojawia się kwestia kobiecej tożsamości: w przypadku kobiet autonomiczna, odseparowana, indywidualna jaźń nie istnieje (choć dyskurs w dużej mierze funkcjonuje tak, jak gdyby istniała). […] W ramach obu tradycji, ze względu na jakość przed-edypalnego związku między matką a córką, kobieca jaźń ma charakter wielowymiarowy, jest zwielokrotniona, w ciągłym procesie tworzenia (in-process) (Hirsch 1981: 211).Co więcej, właśnie w tej relacji można upatrywać przyczyn, dla których kobiety „reprodukują” kobiecą tożsamość opartą na macierzyństwie (Chodorow 1978). Zważywszy na to, iż granice ego są między matką a córką bardziej płynne i mniej wyraźne niż w relacji matka – syn, dziewczęta są z jednej strony rzadziej zachęcane do budowania własnej autonomii, a z drugiej są w mniejszym stopniu otoczone opieką, bowiem matki mają często tendencję do projektowania na nie swych ambiwalentnych uczuć związanych z pozycją kobiety w patriarchalnym społeczeństwie (Hirsch 1981: 206). W efekcie, jak twierdzi Chodorow (1978), kobiety zostają matkami, aby zrekompensować emocjonalne efekty braku satysfakcji ze związku z matką. Taka perspektywa może pomóc zrozumieć dynamikę relacji matka – córka, w której za niepowodzenia i braki obwinia się z reguły matkę, w córce zaś lokuje się nadzieje i oczekiwania. Stanowi też przykład ścisłego związku między wizją konstruowania kobiecej tożsamości i modelami relacji matka – córka, zarówno na poziomie koncepcji i teorii, jak i na poziomie badań.Warto przy tym pamiętać, że zwrócenie uwagi na związek matki i córki, a szczególnie fakt, iż analizuje się go głównie jako wpływ matki na córkę, wynika w dużej mierze ze wzrostu zainteresowania problemem tożsamości w ogóle. Proces tworzenia podmiotowości nabiera we współczesnym świecie znaczenia, jakiego nie miał chyba nigdy przedtem. Jak pisze Lawler, dla przeciętnego mieszkańca Europy czy Stanów Zjednoczonych „kwestia tego, jakiego typu osobami jesteśmy – jaki rodzaj jaźni posiadamy – staje się coraz ważniejsza”, a ponieważ w ramach obowiązujących dyskursów kształt naszego „ja” zależeć ma od naszych rodziców, a w szczególności naszych matek, „poddajemy siebie szczegółowym oględzinom (i jesteśmy w podobny sposób analizowani przez innych), w poszukiwaniu oznak ‘zdrowia’ lub ‘patologii’, ‘normalności’ lub ‘nienormalności’” (Lawler 2000: 1). Tym samym matki stają się w coraz większym stopniu odpowiedzialne za pielęgnowanie w nas specyficznego typu tożsamości, za „matkowanie naszej jaźni” (mothering the self) (ibid: 1), przy czym kształt pożądanej tożsamości wyznaczają dominujące dyskursy określające cechy idealnej córki, kobiety, obywatelki (por. Urbańska 2007).Międzygeneracyjny model przemian kobiecej tożsamościWażną częścią moich poszukiwań jest porównanie kształtu kobiecej tożsamości w przypadku dwóch pokoleń kobiet, których wejście w dorosłe życie miało miejsce w odmiennych warunkach społeczno-kulturowych. Celem jest pogłębienie wiedzy nie tylko na temat ich relacji, ale też przemian kobiecej tożsamości w Polsce. Podjęcie takiej próby wydaje się tym bardziej potrzebne, że choć powstało już wiele prac na temat kondycji współczesnych kobiet oraz przemian modeli i wzorców kobiecości, wciąż brak analiz, w których przyjęta byłaby perspektywa międzygeneracyjna.Przydatna w tej podróży okazała się koncepcja Bjerrum Nielsen i Rudberg (1993), które zaproponowały, żeby na poziomie analitycznym wprowadzić rozróżnienie między „tożsamością płciową” (gender identity) a „upłciowioną podmiotowością” (gendered subjectivity). Ta pierwsza obejmuje to, co w danym kontekście kulturowym i historycznym oznacza bycie kobietą/mężczyzną, czyli zestaw zasad, których należy przestrzegać, ról, które, jak pisał Goffman (2000), trzeba odgrywać, aby zostać zrozumianym i akceptowanym w rzeczywistości społecznej. Druga komponenta dotyczy sposobu, w jaki jednostka odnosi się do rzeczywistości społecznej, będąc kobietą lub mężczyzną (uwewnętrzniony wymiar płci). Ostatnim elementem, który należy uwzględnić w opisywaniu przemian pokoleniowych, są realne możliwości, jakie dostępne są w danym momencie, a które związane są z polityką państwa, sytuacją ekonomiczną i społeczną, klasą etc. Według Bjerrum Nielsen i Rudberg dopiero uwzględnienie wszystkich powyższych elementów pozwala opisać zmiany w zakresie płci kulturowej (gender), przy czym w poszczególnych pokoleniach częste są przesunięcia i niespójności, bowiem zmiany społeczno-kulturowe mają charakter nieciągły i polisemiczny (1993: 44–45). Zdaniem norweskich badaczek:można powiedzieć, że w wymiarze nazwanym tutaj upłciowioną podmiotowością19 (gendered subjectivity), kulturowa tożsamość płci (gender) odnosi się do tego, kim jesteśmy, natomiast w wymiarze tożsamości płciowej (gender identity) jest ona czymś, co mamy. W rozumieniu psychologii Gestalt można stwierdzić, że tożsamość płciowa jest figurą, zaś upłciowiona podmiotowość tłem (1993: 48).Przykładem tego, w jaki sposób wszystkie trzy poziomy nakładają się na siebie i wzajemnie na siebie wpływają może być fakt, iż kobiety wciąż częściej niż mężczyźni wybierają pracę w szkolnictwie czy służbie zdrowia, mimo że są to zwykle zawody niskopłatne i nieprzynoszące dużego prestiżu. Zdaniem Bjerrum Nielsen i Rudberg (1993) taki wybór może oznaczać, że kobieta stara się potwierdzić swoją tożsamość płciową (pomaganie innym kojarzone z byciem nauczycielką czy pielęgniarką postrzega się w jej otoczeniu jako kobiece) i/lub że postępuje zgodnie z wartościami, na których opiera się jej upłciowiona podmiotowość (ma poczucie, że pomaganie innym ma znaczenie i jest czymś, co chciałaby robić w życiu). W praktyce może to oznaczać, że dziewczęta i młode kobiety będą wybierać zawody związane z opieką nad innymi nawet wtedy, gdy nie będzie to już należało do zestawu kulturowych norm związanych z kobiecością, a także, że „wybory postrzegane jako konformistyczne, mogą wypływać z osobistych motywacji odnoszących się do poziomu upłciowionej podmiotowości, oraz, paradoksalnie, współistnieć z nietradycyjnym postrzeganiem kobiecości na poziomie tożsamości płciowej” (1993: 48). Podejście to może wyjaśniać trwałość pewnych wzorców w społeczeństwach, w których szybko zmieniają się wzorce płci, np. w Szwecji, gdzie mimo deklarowanej i realizowanej polityki równościowej wciąż w niskopłatnych zawodach opiekuńczych dominują kobiety.Ów brak spójności między poszczególnymi obszarami według Bjerrum Nielsen i Rudberg (1993) wynika z tego, iż pewne elementy tożsamości płciowej ulegają znacznie szybszym i bardziej gwałtownym zmianom, podczas gdy upłciowiona podmiotowość pozostaje bardziej stabilna i spójna. Ta ostatnia struktura tworzy się praktycznie od momentu narodzin – całe otoczenie dziecka, począwszy od rodziców, a na kolorze ubrań skończywszy, komunikuje, iż jest ono istotą posiadającą określoną płeć. W związku z tym już na stosunkowo wczesnym etapie rozwoju dziecko uczy się funkcjonować i reagować na rzeczywistość w kontekście bycia chłopcem albo bycia dziewczynką. Jednocześnie to, co oznacza owo „bycie chłopcem” lub „bycie dziewczynką”, a następnie „bycie mężczyzną lub kobietą”, jest społecznie konstruowane i negocjowane, i podlega zmianom, także w trakcie życia jednego pokolenia. Zdaniem norweskich badaczek efektem niespójności czy wręcz konfliktów między poszczególnymi poziomami – tożsamością płciową, upłciowioną podmiotowością oraz społecznym kontekstem – jest zwykle poczucie frustracji i niezadowolenia, najpierw na poziomie indywidualnym, a następnie zbiorowym. W konsekwencji owe niespójności stają się często zarzewiem zmian w obszarze kulturowych definicji kobiecości.Autorki, za pomocą powyższego modelu, opisują przemiany, jakie zaszły w obszarze kobiecej tożsamości w Europie Zachodniej w XX wieku. Oczywiście, zarówno graficzna reprezentacja modelu, jak i sam opis są uproszczone i, jak podkreślają autorki, stanowić mogą jedynie punkt wyjścia do dalszych poszukiwań, ułatwiając zrozumienie pewnych niespójności i nieciągłości w zmianach dotyczących omawianego obszaru, także w kontekście polskim.Kobiety, które przeżywały swoją młodość w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, to, jak piszą Rudberg i Bjerrum Nielsen, pokolenie pionierek. „W ich historiach możemy ujrzeć początki kultur młodzieżowych […], możemy zidentyfikować moment rozluźniania sztywnego gorsetu seksualnej moralności i spotkać – być może po raz pierwszy w historii – dziewczęta, które mówią, że chcą ‘pożyć’ zanim wyjdą za mąż” (1993: 51). Oczywiście, społeczne warunki, w których przyszło im żyć, nie wspierają bynajmniej takich dążeń – kobiety nie mają szans na dobrą pracę, nie ma systemu opieki nad dziećmi, zaś kulturowe ramy, w których funkcjonują, są wciąż bardzo sztywne. Co więcej, treść ich upłciowionej podmiotowości jest w dużej mierze zgodna ze społecznymi oczekiwaniami – mimo że wiele „pragnęłoby czegoś więcej”, większość wychodzi za mąż wcześnie i skupia się na opiece nad dziećmi. Dlatego, zdaniem norweskich badaczek, w tym pokoleniu zarysowuje się przede wszystkim konflikt między tożsamością płciową, na którą wpływ mają procesy indywidualizacji, a realnymi warunkami życia.Z kolei pokolenie kobiet wchodzących w dorosłe życie w Europie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, doświadczać ma konfliktu, ponieważ ich matki nieświadomie wpoiły im dość „tradycyjną” upłciowioną podmiotowość, a zarazem – na poziomie świadomym – starały się socjalizować swe córki zgodnie z nowymi modelami kobiecości. Często zachęcały młode kobiety do tego, aby wybrały inną niż one drogę (np. zadbały o wykształcenie i dobrą pracę), a jednocześnie przekazywały im odziedziczone po poprzednim pokoleniu wzory, np. w obrębie relacji z mężczyznami czy wizję macierzyństwa. W konsekwencji nowe pokolenie podążało ścieżką edukacji i kariery, starając się równolegle spełnić w roli żon i matek, co często – mimo bardziej sprzyjających warunków kulturowo-społecznych – odbywało się kosztem ogromnego wysiłku emocjonalnego i fizycznego (Bjerrum Nielsen i Rudberg 1993: 51). Dlatego w tym pokoleniu oś konfliktu przebiega między kształtem kobiecej podmiotowości a tożsamości płciowej.Ostatnie pokolenie, czyli młode kobiety wchodzące w dorosłość w latach osiemdziesiatych i dziewięćdziesiatychnie doświadczą takich samych konfliktów, między nowym kształtem tożsamości płciowej a zewnętrznymi warunkami, jak to miało miejsce w przypadku ich babek, ponieważ dziś płeć może być wyrażana na wiele sposobów. Nie doświadczą też konfliktu, który był udziałem ich matek: między tradycyjną treścią upłciowionej podmiotowości, a nową – tożsamości płciowej, gdyż współczesna dziewczyna może być zarówno jednostką, jak i istotą posiadającą płeć (can be both individual and gender) (1993: 52).Ta dość optymistyczna wizja zakłada funcjonowanie nie tylko nowych wzorców kobiecości, ale też męskości, oraz aktywną rolę państwa w sferze opieki. Zdając sobie sprawę z tego, jak często unijna polityka równości pozostaje pustym hasłem, możemy się spodziewać, że kulturowo-społeczne uwarunkowania w Europie mogą nie nadążyć za nowym kształtem upłciowionej podmiotowości – fakt, że młode kobiety „chcą wszystkiego” i sądzą, że mogą „dostać wszystko”, nie oznacza, że rzeczywiście to dostaną.Choć model ten jest uproszczony, uznałam, że warto się do niego odwołać, bo pozwala dostrzec nieciągłości w tym, jak zmieniają się modele kobiecości z pokolenia na pokolenie. Oczywiście, zarówno charakter zmian, jak i ich skutki, a co za tym idzie, obszary konfliktu i nieciągłości, są w polskim kontekście nieco inne niż np. w Norwegii. To właśnie wydaje mi się w proponowanym podejściu cenne – uwzględnia ono bowiem kontekst historyczny i kulturowy, który wpływa zarówno na treść upłciowionej podmiotowości, jak i kształt tożsamości płciowej.Słowo o metodologiiBadając relację matka – córka, uznałam, że konieczne jest podejście interdyscyplinarne, tak by uwzględnić zarówno sferę kulturowych wzorców, wyobrażeń, jak i doświadczeń, uczuć, codzienności. Wynika to także z moich osobistych preferencji jako badaczki – uznaję, że nauka jest zjawiskiem wspólnotowym, raczej doświadczeniem i procesem niż zbiorem danych czy bezsprzecznie udowodnionych prawd (Davis i Gergen 1997: 5, Gergen i Gergen 2005, Vance 2007). Jak wskazują Kenneth i Mary Gergenowie, powołując się na Thomasa Kuhna, źródłem wiedzy nie są pojedyncze osoby, ale grupy czy społeczności: „ludzie pozostający ze sobą w relacji” (2005: 3). W praktyce oznacza to potrzebę wyjścia poza zakres jednej dyscypliny naukowej i wejścia w dialog z tekstami/osobami reprezentującymi inne dziedziny – w antologii tekstów na temat społecznego konstrukcjonizmu zebranych przez Gergenów znalazły się rozważania, dla których punktem wyjścia stały się badania z zakresu historii, socjologii, psychologii oraz antropologii. Podobne podejście reprezentuje część badaczek zajmujących się analizą relacji matka – córka (Rich 2000, Lawler 2000, Miller-Day 2004). Michelle Miller-Day stwierdza, że ujęcie takie wydaje się nie tylko uzasadnione, ale wręcz konieczne ze względu na istniejące bogactwo informacji zakorzenionych w różnych perspektywach teoretycznych i różnych metodologiach (2004: 6). Zgadzam się też z Marianne Hirsch (1981), żekażda wyczerpująca analiza relacji matka – córka, w jakiejkolwiek dziedzinie, jest z definicji jednocześnie feministyczna i interdyscyplinarna. Badanie więzi między matkami a córkami sytuuje się w miejscu, w którym poszczególne dyscypliny stają się studiami feministycznymi, oraz gdzie feministyczne obszary poszczególnych dyscyplin przecinają się (1981: 202).Staram się spełnić wyrażone przez Hirsch postulaty, odwołuję się bowiem do teorii i badań nie tylko z zakresu socjologii i psychologii społecznej, ale też antropologii kulturowej, badań nad kulturą oraz historii i krytyki sztuki, uwzględniając jednocześnie perspektywę studiów feministycznych (feminist studies) i studiów nad płcią kulturową (gender studies). W wyborze metodologii ważnym źródłem inspiracji stały się dla mnie prace badaczek i teoretyczek feministycznych, które zainicjowały nowe podejście do badań empirycznych w dziedzinie nauk społecznych (Davis i Gergen 1997, Harding 1987, Lawler 2000, Wolf 1996).W klasycznym już tekście na temat feministycznej metodologii w naukach społecznych amerykańska badaczka Sandra Harding twierdzi, że choć nie istnieje specyficzna „feministyczna metoda” badawcza, można jednak wyróżnić właściwy dla badań feministycznych sposób zastosowania tradycyjnych metod (1987: 2). Zdaniem Harding wątpliwości w tym zakresie wynikają często z używanego języka oraz stosowanych definicji: część osób zajmujących się teorią i praktyką badań społecznych, mówiąc o metodzie, ma na myśli nie tylko konkretne techniki zbierania informacji, ale też metodologię, czyli sposób przebiegu badania, oraz aspekt epistemologiczny, czyli odpowiednią teorię wiedzy, która pozwala na interpretację uzyskanych danych w odniesieniu do konkretnych założeń teoretycznych (ibid: 2). Ów brak jasności sprawia, iż łatwo zignorować cechy, które wyróżniają feministyczne badania społeczne.Według Harding (1987) w badaniach jakościowych istnieją tak naprawdę trzy podstawowe metody zbierania danych: słuchanie lub prowadzenie wywiadu z osobą lub grupą osób badanych, obserwacja zachowań (w tym także obserwacja uczestnicząca) oraz analiza istniejących danych o charakterze historycznym (ibid: 2). W tym sensie można stwierdzić, że badaczki feministyczne stosują dokładnie te same metody, jakich dotychczas używano w naukach społecznych. Inne są jednak, jak już wspomniałam, sposób ich wykorzystania, czyli metodologia, oraz całościowe podejście do korzystania z istniejących teorii czy koncepcji i proces tworzenia nowych – epistemologia (ibid: 2–3). Feministyczne badaczki poddały krytyce dotychczasowe podejścia metodologiczne, ponieważ tradycyjne podejście uniemożliwiało zrozumienie udziału kobiet w życiu społecznym oraz dostrzeżenie, że męskie działania też mają płeć. Udowodniły one również, żetradycyjne epistemologie, świadomie lub nie, systematycznie wykluczały możliwość postrzegania kobiet, jako posiadających wiedzę (knowers), lub osób stanowiących aktywny podmiot wiedzący (agents of knowledge); wskazywały, że głos nauki jest głosem męskim; że historia pisana jest wyłącznie z punktu widzenia mężczyzn (należących do dominującej klasy i rasy); że podmiotem tradycyjnego twierdzenia w obrębie socjologii jest zawsze mężczyzna (Harding 1987: 3).W ramach krytyki feministycznej zakwestionowany zostaje nie tylko ideał mężczyzny-naukowca-eksperta, którego wiedza ma być niepodważalna – w wątpliwość podaje się także praktyczne aspekty procesu badawczego takie jak wartość badań o charakterze eksperymentalnym, przeprowadzanych w warunkach dalekich od realiów codziennego życia czy brak równowagi w relacji między badaczem a badanym (Gavey 1997: 50–51, por. Harding 1987). Generalnie więc można powiedzieć, że o wartości podejścia feministycznego stanowi przede wszystkim nowe podejście do kwestii metodologii oraz epistemologii nauk społecznych, niekoniecznie zaś wykorzystanie nowych metod.Moje własne doświadczenia zebrane w trakcie badań wskazują, iż podejście feministyczne, choć niewolne od pułapek i potencjalnych zagrożeń, pozwala na eksplorowanie obszarów, które w innym wypadku mogłyby pozostać niedostępne. Założenia metodologii feministycznej okazały się szczególnie cenne w kontekście wywiadów, które przeprowadziłam z matkami i córkami, choć ogólne założenia okazały się ważne także w odniesieniu do analizy dyskursu i wizerunków relacji matka – córka w kulturze popularnej i sztuce. Chciałabym przy tym zaznaczyć, że w tej części książki omówię jedynie główne założenia metodologiczne – szczegóły dotyczące typów materiałów, z których korzystałam, oraz dokładny opis metod ich analizy, są umieszczone odpowiednio na początku części II i III.Analiza dyskursu i analiza reprezentacji – wprowadzenieW swojej pracy posługuję się pojęciem „dyskursu” rozumianym dość szeroko – jako sposób mówienia i pisania o określonym zjawisku w obrębie określonego kontekstu kulturowego. Innymi słowy dyskurs jest zbiorem idei określających sposób, w jaki członkowie danego społeczeństwa ustosunkowują się do poszczególnych elementów otaczającego ich świata (Gauntlett 2002). Jednocześnie uwzględniam niektóre postulaty przedstawicieli nurtu krytycznej analizy dyskursu (critical discourse analysis), którzy podkreślają, iż jest on rodzajem społecznej interakcji, uwikłanym w procesy sprawowania władzy i konstruowania dominujących ideologii (Van Dijk 1997, Fairclough 1995).Wiele badaczek podkreśla, że podobnie jak wszystkie relacje międzyludzkie, tak relacja matki i córki formowana jest przez wizerunki funkcjonujące w kulturze (cultural images), które nadają jej sens (Walters 1992: 4), przy czym Erving Goffman (1987) w tym samym znaczeniu używa określe-nia „reprezentacje kulturowe” (cultural representations). Są to wizerunki osób należących do wyodrębnionej społecznie grupy, powszechne w konkretnym kontekście kulturowym i mające charakter normatywny, zaś pojęcie grupy jest tu dość szerokie – możemy mówić o reprezentacjach kobiet czy mężczyzn w ogóle bądź o wizerunkach kobiet biznesu, matek czy córek (Goffman 1987). W swojej pracy stosuję oba określenia – wizerunki i reprezentacje – wymiennie. Jako elementy życia społecznego są one niezwykle istotne, bowiem stanowią część naszego codziennego doświadczenia, są ramą, na bazie której budujemy „schematy interpretacji” rzeczywistości społecznej (Holstein i Gubrium 1994: 267). W znaczący sposób kształtują postrzeganie świata, dostarczając wiedzy na temat tego, jakie zachowania są właściwe w określonych sytuacjach, a także wpływają na negocjowanie relacji interpersonalnych, odzwierciedlając normy i oczekiwania społeczne.Rola reprezentacji kulturowych nie ogranicza się do wyznaczania ram interakcji. Mogą być one definiowane jako proces kulturowy, który ustanawia tożsamość zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i kolektywnym. Nie tylko bowiem odzwierciedlają one zakorzenione w danym społeczeństwie przekonania na temat tego, jak należy funkcjonować w określonej roli społecznej, ale aktywnie te role kształtują, wpływając na to, jak jednostki postrzegają i umieszczają siebie w szeroko rozumianym kontekście społecznym (Hall 2003, Walters 1992, Woodward 1997).Jak pisze amerykańska badaczka Kathryn Woodward, „reprezentacje obejmują praktyki znaczące (signifying practices) i systemy symboliczne, za pośrednictwem których ustanawiane jest znaczenie i które pozycjonują nas jako podmioty” (1997: 14). Między innymi dzięki nim jesteśmy w stanie określić, kim jesteśmy i kim możemy być, przy czym proces reprezentacji ograniczony jest zarówno ze względu na zakres możliwości oferowanych przez kulturę, jak i przez relacje społeczne, w których jesteśmy usytuowani. Można więc uznać, że „matki i córki zaczynają rozumieć swoje relacje nie tylko poprzez kryzysy i wysiłki towarzyszące życiu rodzinnemu, w walce o przetrwanie ekonomiczne i polityce społecznej państwa, ale również przez systemy reprezentacji i produkcji kulturowej, które pomagają nadać kształt i znaczenie tejże relacji” (Walters 1992: 4).Jak pisze amerykańska badaczka Margery B. Franklin (1997), w naukach społecznych wciąż popularny jest model, w ramach którego za istotne uznaje się przede wszystkim wydobywanie informacji (information extraction model). Zakłada on, że rolą badacza jest uzyskanie od respondenta informacji (opisu faktów, uczuć czy wspomnień), które istnieją już w świadomości danej osoby, i które można wydobyć z większą lub mniejszą skutecznością, zależnie od predyspozycji respondenta (otwartości, zdolności do artykulacji) oraz poziomu umiejętności, jakie prezentuje badacz. Założenia przekładają się na zasady prowadzenia wywiadu: za istotne uznaje się zadawanie określonych pytań w ustalonym wcześniej porządku, unikanie wygłaszania przez badającego sądów, które mogłyby wpłynąć na osobę badaną czy w znaczący sposób ukierunkować jej tok myślenia. Ważne jest też, aby badacz nie był zaangażowany emocjonalnie w proces badawczy i nie wyrażał swoich opinii i uczuć. Celem jest zachowanie „naukowego obiektywizmu”, od momentu planowania wywiadu do chwili, gdy jego wyniki zostaną poddane analizie.Echa opisanego podejścia możemy odnaleźć między innymi w pracy polskiej badaczki Joanny Ostrouch (2004), dotyczącej relacji matka – córka. Za Ann Oakley przestrzega ona przed nazbyt przyjacielskimi stosunkami z osobą badaną, podkreślając, iż w trakcie procesu badawczego „należy zachować równowagę, by z jednej strony uzyskać szczere wyznania, a z drugiej, by zachować pewną bezstronność, konieczną do spojrzenia na respondentkę jako na ‘obiekt badań’” (2004: 85). Jak pisze Ostrouch, główny problem to kwestia „naukowości” zarówno samego badania, jak i zdobytej w ten sposób wiedzy, bowiem zaangażowanie emocjonalne badaczki, postawa przyjacielska i brak dystansu niosą „ryzyko przekroczenia granicy między tym, co jest opowieścią rozmówczyni, a własnymi przeżyciami osoby prowadzącej wywiad” (ibid: 85). Ostrouch opisuje co prawda postulaty metodologii feministycznej, realizując część z nich w badaniu, np. wskazuje na wartość eksplorowania doświadczeń kobiet, które były często ignorowane przez maskulinistyczną naukę, a także wykorzystuje metodę zorientowaną na głos Carol Gilligan. Jednocześnie stara się udowodnić, iż stosowane podejście jest w pełni „naukowe”, a gwarantem „naukowości” ma być traktowanie osób badanych jako „obiektów badań”, świadczące o zachowaniu obiektywizmu i dystansu.W swojej pracy wybrałam inną drogę. Jak wskazuje w klasycznej książce Badacz społeczny wobec doświadczenia Anna Wyka (1993), mamy dziś do czynienia z nowym paradygmatem badań jakościowych, w którym „socjolog przestaje być neutralnym i anonimowym dla badanych ekspertem akademickim, staje się w zamian aktywnym świadkiem lub więcej – uczestnikiem badanych zjawisk” (ibid: 25). Zanika podział na poglądy czy wartości „prywatne” i „naukowe”, choć tym ważniejsza staje się etyczna postawa osoby prowadzącej badanie, która powinnna „działać jawnie i możliwie jasno wykładać swoje intencje” (ibid: 26). Odchodzi się także od wymogu „naukowości metody” w pozytywistycznym znaczeniu tego określenia, które oparte jest na obiektywizmie i dystansie. Relacja między badaczem czy badaczką a osobą uczestniczącą w badaniu staje się upodmiotowiona, a dystans zmniejszony – „badacz zostaje włączony w proces badawczy, a nie tylko pozostaje jego zewnętrznym obserwatorem” (Wyka 1993: 38). Powyższe założenia rozwija Margery B. Franklin (1997). Modelowi „wydobywania informacji”, w którym ważną rolę odgrywa kwestia dostosowania się do wymogów „naukowości” badań jakościowych, przeciwstawia ona podejścia wynikające z feministycznej krytyki tradycyjnych metodologii badawczych:

 model oparty na obopólnym zrozumieniu (shared understanding model),

 model dyskursywny (discoursive model).Punktem wyjścia dla obu powyższych modeli jest próba przekroczenia ograniczeń wynikających z tradycyjnych założeń – chodzi o nową wizję zarówno osoby występującej w roli badacza lub badaczki, jak i samego procesu badawczego.Franklin, podobnie jak Sandra Harding (1987) czy Diane L. Wolf (1996), wskazuje, że nacisk na takie wartości jak obiektywny osąd, dystans, hierarchia oraz wydajność sprawia, że marginalizowane są inne, np. poczucie wspólnoty, bliskość czy egalitaryzm w relacjach. Na podstawie własnych doświadczeń stwierdza też, że sztywna struktura wywiadu oraz ograniczenie się do zbioru przygotowanych wcześniej pytań w wielu przypadkach mogą utrudnić artykułowanie opinii i uczuć, ograniczać zakres tematów, które mogłyby być w jego trakcie nie tylko wypowiedziane, ale w ogóle pomyślane – przy czym warto zaznaczyć, że problemem nie jest zadawanie konkretnych pytań, ale sytuacja, w której respondentowi lub respondentce nie pozostawia się możliwości rozwinięcia swojego sposobu myślenia czy wprowadzenia nowego wątku. Amerykańska psycholożka wskazuje również na kwestie moralne i etyczne, związane z zasadą zachowania obiektywności i dystansu, podkreślając, że w niektórych sytuacjach interwencja osoby przeprowadzającej wywiad, polegająca na określeniu własnego stanowiska czy udzieleniu wsparcia emocjonalnego respondentowi czy respondentce, jest wskazana nie tylko dlatego, że może zwiększyć poziom zaufania, ale dlatego, że sprzyja ustanowieniu prawdziwie egalitarnej relacji między obiema stronami.Model oparty na obopólnym zrozumieniu zakłada, że badacz próbuje nie tyle uzyskać odpowiedzi na zadane pytania, ile zrozumieć, w jaki sposób osoba badana doświadcza pewnych aspektów swego życia (por. Wyka 1993). Jak pisze Franklin,wywiad skonstruowany jest jako sytuacja interpersonalna i zakłada się, że charakter badacza, jego poziom wrażliwości i inne cechy mogą mieć wpływ na to, co zostanie powiedziane. Obecność i konieczny udział badacza nie są postrzegane negatywnie, tak jak to ma miejsce w poprzednim modelu. Co więcej, zakłada się, że wywiad jest procesem, w trakcie którego znaczenia nie tylko zostają wyrażone, ale także są tworzone (1997: 102–103).W ramach omawianego modelu wywiad jest częściowo ustrukturowany – badacz posługuje się raczej zbiorem pytań niż dokładnym scenariuszem, który wyznacza kolejność zadawania pytań i stara się podejść do tematu badania z maksymalną otwartością, unikając formułowania wstępnych założeń. W trakcie badania ważne jest, aby osoba prowadząca wywiad wchodziła w dialog z respondentem/respondentką, starając się wyjaśniać potencjalne wątpliwości, ale nie za cenę redukowania czy minimalizowania rzeczywistych ambiwalencji, które mogą się pojawić. Według Franklin podstawą tego podejścia jest założenie, że fakty są równie ważne, co uczucia, przeżycia czy forma wypowiedzi, zaś sam proces badawczy ma być oparty na współpracy i wymianie.Model dyskursywny jeszcze dalej odchodzi od tradycyjnej metodologii nauk społecznych, traktuje bowiem wywiad jako umiejscowiony w danym kontekście akt językowy (situated speech event). Jak w przypadku modelu opartego na obopólnym zrozumieniu, tak i tu kładzie się nacisk na interakcję i proces kształtowania się wypowiedzi w trakcie wywiadu. Różnicę stanowi podejście do roli badaczki czy badacza – w ramach modelu dyskursywnego podaje się w wątpliwość nie tylko możliwość uzyskania dystansu i zachowania obiektywizmu, ale też potrzebę świadomego ograniczenia wpływu jego/jej poglądów, przekonań i pozycji na wyniki badania, wykorzystywanie roli doświadczeń i subiektywnego podejścia badacza uznaje się za użyteczne, a nie zagrażające. Choć, jak podkreśla Franklin (1997), model ten dopiero się kształtuje, a różnice wydają się dość subtelne, można wymienić kilka charakterystycznych elementów, które różnią go od omówionych powyżej. W ramach tego podejścia:

 osoba prowadząca wywiad moderuje rozmowę w sposób możliwie swobodny, pozwalając, aby rozmówca wprowadzał nowe wątki i zagadnienia,

 forma rozmowy może zmieniać się z wywiadu na wywiad – badaczka może odnosić się do wypowiedzi poprzednich osób czy prosić o ich interpretację,

 w trakcie wywiadu badaczka może odnosić się do wypowiedzi uczestników, może je komentować lub dzielić się własnymi doświadczeniami i przemyśleniami,

 osoba prowadząca wywiad dąży do zniesienia hierarchii i zniwelowania potencjalnych nierówności, jeszcze zanim dojdzie do wywiadu.Zmiana podejścia do sytuacji badania przejawia się też w języku – Franklin proponuje, aby w ramach modelu dyskursywnego zamiast określenia badany/badana używać pojęcia uczestnik/uczestniczka (participant), które uwypukla aktywny udział danej osoby.Jak widać, jedną z najważniejszych kwestii w podejściu feministycznym jest uwzględnienie relacji władzy i odpowiedzialności, w tym głównie odpowiedzialności osoby prowadzącej badanie wobec tych, których doświadczenia poddaje analizie. Ważne jest przede wszystkim zachowanie wzajemności, swoistej symetryczności wzajemnych stosunków, zarówno na poziomie konkretnych działań, jak i emocji. Warto jednak zauważyć, jak czyni to Steph Lawler (2000: 7), że za takim podejściem kryje się założenie, iż respondentki czy respondenci generalnie chcą wchodzić w bliższe relacje z osobą prowadzącą badanie, znać szczegóły jej życia i mieć wpływ na sposób wykorzystania wyników badania, co nie zawsze musi być prawdą. Szczególnie postulat włączania respondentek bądź respondentów w proces analizy danych wydaje się brytyjskiej socjolożce problematyczny, nie można bowiem zapominać, że to badacz/ka posiada odpowiednią wiedzę, zasoby i wsparcie instytucjonalne, czego nie można powiedzieć o uczestnikach badania (Lawler 2000).W swoim badaniu starałam się uwzględnić problemy i dylematy opisane przez Franklin (1997), Lawler (2000) czy Hannę Palską (2000). W rezultacie można powiedzieć, iż sposób przeprowadzenia przeze mnie badania sytuuje się na pograniczu dwóch opcji zaproponowanych przez Franklin. Ważna była dla mnie wizja wywiadu jako relacji, w której uczestnik/uczestniczka nie tyle odtwarza pewne sytuacje czy fakty, co je tworzy, konstruuje postawy, opinie i uczucia w relacji z badaczką. Jednocześnie, chciałam, szczególnie podczas pierwszych wywiadów, nie narzucać moim rozmówczyniom własnej siatki poznawczej, poglądów, oczekiwań czy założeń, tak aby mieć możliwość eksplorowania obszarów ważnych dla uczestniczek, z istnienia czy wagi których mogłam nie zdawać sobie sprawy (Wyka 1993).Podsumowując kwestię metodologii, warto zauważyć, że o ile świadomość własnej pozycji i relacji władzy w kontekście badania jest bardzo istotna, o tyle jednak pytanie o sytuację idealną pozostaje otwarte. Jak wskazuje Lawler:poszukiwanie ‘czystej’ metodologii feministycznej może prowadzić do stworzenia ideału aspołecznej ‘przestrzeni’ badawczej, która wolna jest od oddziaływania władzy. To z kolei prowadzi do uromantycznienia procesu badawczego i sprzyja pomijaniu realnych różnic między kobietami (2000: 9).Jej zdaniem w praktyce rzadko jesteśmy w stanie dać osobom, z którymi kontaktujemy się w trakcie badania, to, czego rzeczywiście potrzebują, szczególnie jeśli należą do grup marginalizowanych – zwykle nie możemy zapewnić im żadnych konkretnych rozwiązań czy zasobów, a ewentualne efekty naszej pracy mogą pojawić się dopiero w dalszej perspektywie czasowej. Dlatego ważne są przede wszystkim krytyczny namysł i pokora ze strony osób badających zjawiska społeczne w swojej pracy naukowej.

3. W oryginale: ‘It is luminously clear that in creating this book, Nancy Friday has given birth to herself’ [podkr. E.K.].

Inne książki tego autora