Plac zabawTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lars Kepler

Plac zabaw

Przełożyła Marta Rey-Radlińska


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału szwedzkiego Playground

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Peter Mohideen / EyeEm / Getty Images

Copyright © by Lars Kepler 2015

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Storytellers Literary Agency, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Marta Rey-Radlińska, 2017

Redakcja Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Korekta Anna Brynkus-Weber / d2d.pl, Monika Ples / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-511-1

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przypisy

Nikt nie wie, dokąd trafiamy po śmierci ani czy opisywane przez ludzi od setek lat miejsca istnieją wyłącznie w nas, w błyskach połączeń synaptycznych. Powracające obrazy pojawiające się w relacjach osób, które doświadczyły śmierci klinicznej, są wyjaśniane przez naukowców jako paniczna reakcja mózgu na niedotlenienie, jako skutek zatrzymania pracy serca.

Owe neurobiologiczne teorie mają oczywiście zaledwie kilka dziesiątek lat, podczas gdy świadectwa pozostają takie same od tysiącleci. Od czasu najstarszych kultur pisanych do dziś opowieści o tym, co czeka nas po śmierci, są uderzająco podobne.

Wyznawcy najstarszej religii egipskiej wierzyli w sąd Ozyrysa. Na jednej szali wagi kładziono ludzką duszę, a na drugiej pióro. W mitologii chińskiej królestwo zmarłych nazywano żółtymi źródłami. Zmarli przebywają tam jako głodne duchy dopóty, dopóki władca podziemi nie podejmie decyzji o ich losie. W mitologiach greckiej i rzymskiej, a także w wielu mitologiach afrykańskich królestwo śmierci zaczyna się na drugim brzegu rzeki, na który trzeba przepłynąć łodzią. W islamie wszyscy zmarli czekają na swój wyrok, a w katolicyzmie jest mowa o stadium pośrednim, do którego zstępuje Jezus i z którego powraca Łazarz. W judaizmie zmarli jako pozbawione wspólnoty z Bogiem cienie trafiają do Szeolu, a w hinduizmie i starych wierzeniach nordyckich można umrzeć nawet w królestwie śmierci.

Ludzie, którzy w naszych czasach relacjonują swoje przeżycia w chwili zatrzymania akcji serca, mówią o tunelach, ogarniającej ich jasności, spotkaniach ze zmarłymi członkami rodziny, ciemnych wodach i miastach, których nigdy wcześniej nie widzieli.

Mitologię i relacje świadków można, rzecz jasna, wytłumaczyć zarówno psychologicznie, jak i neurologicznie. Przez całe swoje życie człowiek w każdej sekundzie świadomie odbiera około dziesięciu wrażeń zmysłowych, a nieświadomie nasze narządy zmysłów rejestrują ich w tym czasie ponad dziesięć milionów. Mózg potrafi segregować i porządkować informacje w złożone fragmenty, które zwykliśmy nazywać wspomnieniami. Mamy dostęp jedynie do minimalnej części tego, co zostało zmagazynowane w pamięci długotrwałej i czego większość pozostanie w ukryciu aż do chwili śmierci.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Zanim porucznik Jasmin Pascal-Anderson przystąpiła do wykonania niebezpiecznego zadania, zwykła przez chwilę przyglądać się zdjęciu, które nosiła w portfelu. Na gładkim papierze tuż powyżej sfotografowanego obiektu powstała głęboka bruzda. Na fotografii widać drużynę z jej plutonu. Pięć dwójek i Jasmin, jedyna kobieta pośrodku. Mężczyźni dla żartu ustawili się wokół niej w błagalnych pozach, mają na sobie kamizelki kuloodporne i hełmy. Mark założył różowe okulary przeciwsłoneczne, z kącika ust zwisa mu papieros, Lars wymalował sobie na nosie białą kreskę, a Nico akurat zamknął oczy.

Na zdjęciu rude włosy Jasmin ma zaplecione w ciasny warkocz, uśmiecha się, jakby obchodziła urodziny, a w ramionach trzyma swój M240 bravo z rozłożoną podstawą. Karabin maszynowy jest prawie tak wysoki jak ona, mięśnie jej pokrytych piegami ramion są naprężone. Ciężka taśma nabojowa zwisa aż do ziemi, opiera się na jej wojskowych buciorach.

Jasmin w zasadzie nigdy się nie bała, ale wiedziała, kiedy jakieś zadanie zapowiadało się wyjątkowo niebezpiecznie. Przez chwilę patrzyła na zdjęcie, żeby na nowo przypomnieć sobie, że ci mężczyźni jej ufali, że odpowiadała za ich bezpieczeństwo.

Sprawdziła się jako dowódca.

Mark często żartował, że nie było wyjścia, że to jej trzeba było powierzyć dowodzenie, bo zawsze chciała mieć ostatnie słowo.

„Wcale nie”, odpowiadała za każdym razem, gdy jej to mówił.

Jasmin wetknęła fotografię do portfela i przez chwilę stała bez ruchu.

Bardzo rzadko ogarniały ją złe przeczucia, ale w tej chwili miała wrażenie, jakby jej dusza znalazła się w cieniu, mimo że wszystko było jak zawsze.

Zawahała się, a potem założyła kolczyki z perłami, które dostała od mamy.

W jakiś sposób ją uspokajały.

Drużyna Jasmin działała w ramach operacji NATO Joint­ Forge, a w tej chwili wykonywała zadanie specjalne w Lepo­saviciu.

Siły serbskie już dawno wycofały się z Kosowa. Niczym długi wijący się wąż Serbowie ciągnęli przez wsie i miasta. Powinno być już po wszystkim, ale w północnym Kosowie pozostały enklawy, które nie podporządkowały się odgórnym ustaleniom.

Grupa Jasmin była jedną z pięciu, które miały zbadać raporty o aktach przemocy wobec ludności w Sokanicy.

Nie mieli transporterów, a kiedy deszcz się wzmógł, jeepom było coraz trudniej się poruszać. Drogi były zniszczone, pobocza podmyte, a rzeka Ibar przybrała barwę błota.

Z fotela kierowcy Jasmin widziała, że Lars poszarzał na twarzy, zdjął hełm i położył go sobie na kolanach.

– Może lepiej by było puścić pawia do torebki – zażartowała.

– Czuję się jak król – odpowiedział Lars, unosząc kciuk.

– Zachowaliśmy dla ciebie trochę misty greena. – Nico wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– I kluski z mysią kupą – dodał ze śmiechem Mark.

Poprzedniego wieczoru koledzy dostali od niej pozwolenie na urządzenie imprezy. Drużyna postanowiła świętować chiński Nowy Rok. Przygotowali czerwone lampiony z torebek po popcornie i odpalili w niebo race, a potem przyglądali się, jak opadają ku ziemi na swoich spadochronach niczym powoli spadające gwiazdy. Jedli sajgonki i zupki chińskie. Drinki, które nazwali misty green, przyrządzili ze szwedzkiej wódki i listków zielonej herbaty z Hangzhou.

Lars jak zwykle wypił za dużo i kiedy wymiotował, Mark stał obok i dogadywał mu, że pewnie do makaronu z zupek dodał mysiej kupy, aby godnie powitać Rok Szczura.

Kiedy Lars pochylał się nad wiaderkiem i krzyczał, że chyba zaraz umrze, reszta wołała, że śmierć pod wodzą Jasmin byłaby zaszczytem.

Jasmin wróciła do swojego namiotu, by przestudiować najnowsze zdjęcia satelitarne. Gdy starała się zapamiętać ukształtowanie terenu, impreza trwała w najlepsze. Uwielbiała słyszeć śmiech swoich chłopaków, ich tańce i śpiewy.

W ciągu tych kilku lat Jasmin uprawiała seks z trzema kolegami z obecnej drużyny, ale to było, zanim została ich dowódcą. Szczerze mówiąc, nie miałaby nic przeciwko temu, żeby to powtórzyć.

Oczywiście nie mogła sobie na to pozwolić, choć bliskość śmierci czyniła jej samotność jeszcze dotkliwszą.

Tego wieczoru napotkała błyszczący wzrok Marka i skinęła mu głową. Rozczulał ją, miał wesołe oczy i był świetnie zbudowany. Zastanawiała się nawet, czy mogłaby zrobić dziś mały wyjątek, zamiast zadowalać się w pojedynkę.

Poranek przywitał ich ciężkim od deszczu niebem o barwie ołowiu. Jeepem zarzuciło, brązowe błoto sięgało powyżej kół. Jasmin zmieniła bieg na niższy, przekręciła kierownicę w lewo i powoli wjechała na strome zbocze.

Pół kilometra na południe od Sokanicy droga była kompletnie zniszczona, więc Jasmin podjęła decyzję, że podróż będą kontynuować na piechotę.

Prowadząc grupę w dół, wyraźniej niż kiedykolwiek czuła zapach smaru do broni. Ciężar karabinu stał się nagle nie do zniesienia. Z każdym krokiem szarpał za pas, na którym był zawieszony, jakby próbował uniknąć swego losu.

 

Złowieszcze przeczucie przybierało na sile.

Mark palił w deszczu i razem z Simonem śpiewali China­ Girl na dwa głosy. Wszystko wokół wydawało się boleśnie ponure: wilgotne niebo, wymarłe wzgórza i brunatne wody rzeki.

W radiu było słychać trzaski, łączność szwankowała, ale Jasmin słyszała komunikaty wystarczająco dobrze, by zrozumieć, że obie brytyjskie drużyny utknęły tuż przed Mitrowicą.

Jasmin zadecydowała, że w oczekiwaniu na Anglików przeprowadzą rekonesans okolicy, i poprowadziła swoich pięć dwójek w dół, do bezbarwnej wioski.

Kolczyki stukały o sprzączki hełmu w rytm kroków.

Już przy pierwszym domu zobaczyli małą dziewczynkę leżącą twarzą do ziemi w mokrej trawie obok trójkołowego rowerka. Przed domem siedziała ciężarna kobieta oparta o ścianę. Wykrwawiła się z rany na piersi. Kilka białych kur grzebało w ziemi przed jej nogami, a krople deszczu rozbryzgiwały się, uderzając w kałuże.

Jasmin uspokoiła Nico, pozwoliła mu się pomodlić i ucałować krzyżyk, zanim poprowadziła ich wszystkich w głąb miejscowości.

Strzał w oddali, krótki jak trzaśnięcie biczem, odbił się echem od domów w dolinie.

Jasmin zatrzymała grupę przed długimi schodami prowadzącymi pomiędzy dwa domy, ostrożnie przemieściła się w bok i spojrzała w stronę placu targowego, na którym stały kramy warzywne i stary barakowóz. Około trzydziestu mężczyzn z serbskiej enklawy ustawiło rząd chłopców.

Jeden z żołnierzy trzymał parasol nad głową siedzącego w fotelu w kwiaty dowódcy z wielką czarną brodą. Deszcz nie zdążył jeszcze spłukać krwi z ziemi pod jego stopami. Ktoś zmusił chłopca do uklęknięcia, dowódca coś powiedział, a potem dokonał egzekucji strzałem w twarz.

Zamierzali zamordować wszystkich chłopców ze wsi.

Podczas gdy ciało chłopca wleczono na bok, Jasmin znowu złapała kontakt z obiema brytyjskimi drużynami. Byli już w drodze. Za mniej niż piętnaście minut będą mogli dać jej wsparcie.

Jasmin widziała, jak następnego chłopca rzucono na kolana przed dowódcą.

Ktoś mógłby powiedzieć, że podjęła decyzję pod wpływem emocji, ale żaden z jej ludzi nie zawahał się, by wykonać rozkaz. Jasmin wiedziała, że w ciągu trzech minut będzie w stanie rozmieścić swoje dwójki na pozycjach, z których dosięgną osiemdziesięciu procent wrogów bez strat własnych.

W tej samej chwili, w której jej ludzie zajęli swoje miejsca, przez lornetkę ujrzała kolumnę dziesięciu zabłoconych samochodów pełnych serbskich żołnierzy skręcających w główną ulicę prowadzącą prosto na plac targowy.

Kiedy wcześniej obserwowała je na zdjęciach satelitarnych, oddalały się od miasta, mijały już Lešak. Z jakiegoś powodu zawróciły, przez co nagle zwielokrotniły ryzyko podejmowane przez jej drużynę, jeśli zdecydowaliby się przeszkodzić w egzekucjach.

Mimo to wydała Markowi rozkaz zastrzelenia kata. Dał się słyszeć huk, kula przeszła prosto przez głowę, krew obryzgała oparcie fotela.

Wśród Serbów zapanował chaos, w trzydzieści sekund grupa Jasmin unieszkodliwiła ponad połowę z nich.

Serce waliło jej mocno, poczuła wyrzut adrenaliny, która wyostrzyła wszystkie zmysły.

Trzech żołnierzy z automatami ukryło się za ceglanym murem.

M240 Jasmin wystrzelił, kule wybiły rząd dziurek w murze, różowa chmura krwi trysnęła ponad jego szczytem.

Kilkunastu żołnierzy skryło się w ratuszu. Uchylone drzwi huśtały się lekko na zawiasach.

Chłopcy, którzy rzucili się na ziemię, kiedy zaczęła się wymiana ognia, wstawali w nagłej ciszy. Przestraszeni i zagubieni uciekli na małą uliczkę przy rynku. Chudy chłopak trzymał płaczącego młodszego brata za rękę.

Drzwi do ratusza otwarły się z impetem i żołnierz z serbskiej milicji ruszył za chłopcami, wyciągając w biegu zawleczkę granatu. Snajperski karabin Nico huknął obok Jasmin i pocisk trafił Serba w głowę. Mężczyzna padł na twarz i leżał przez chwilę bez ruchu, dopóki ręczny granat nie wybuchł, a ciało nie zniknęło w chmurze pyłu.

Chłopcy rzucili się biegiem w głąb uliczki prowadzącej w dolinę, a Jasmin rozwaliła strzałami drzwi i okna domów, aby dać im czas na ucieczkę.

Kiedy zniknęli, rzuciła okiem w prawo. Samochody z serbskim wsparciem wycofały się i wybrały inną drogę. Skręciły z głównej ulicy i z dużą prędkością ruszyły pod górę drogą przebiegającą za plecami jej żołnierzy. Było oczywiste, że mieli kontakt radiowy z kimś, kto widział jej drużynę i wiedział, gdzie się ukrywa.

Mark i Vincent byli lekko ranni. Wkrótce sytuacja będzie trudna do opanowania. Jasmin rozkazała Larsowi i Nico zostać na pozycjach i osłaniać tych, którzy mieli się schować za starym kościołem. Zdawała sobie sprawę, że ta dwójka zostanie odcięta, ale nie było innego wyjścia. Sama pobiegła pod górę, rozłożyła podstawę i położyła się na brzuchu. Dopóki starczy amunicji, będzie mogła powstrzymywać żołnierzy z samochodów.

Palce drżały jej od adrenaliny we krwi, kiedy ustawiała celownik.

Jasmin mogła strzelać równolegle do fasad budynków wzdłuż całej ulicy, ale nie miała możliwości, by się bronić przed atakiem od tyłu. W tej chwili jej jedynym celem było utrzymanie swoich ludzi przy życiu do czasu przybycia brytyjskiego wsparcia.

Widziała, że Markowi i pozostałym udało się przedostać do kościoła. Serbski żołnierz rzucił się w ich stronę z karabinem w kolorze piasku, trafiła go w korpus, a potem rozwaliła zardzewiałą motorynkę przy ścianie.

Słyszała za sobą okrzyki, ale nie miała czasu się obrócić. Żeby chronić swoich ludzi, strzelała dalej wzdłuż fasad. Tryskały drzazgi z rozbitej futryny, wystający węgieł rozbiła w proch. Strzelała i strzelała, żeby zatrzymać wrogów między domami. Strzelała, czując przechodzącą przez ciało siłę odrzutu, ciepło rozgrzanego metalu i zapach gazów wylotowych. Pot spływał jej do oczu, w uszach dźwięczało od wystrzałów. Czuła, jak drętwieją jej palce, a potem dziwny palący ból rozlał się po plecach.

2

Jasmin Pascal-Anderson wybudziła się z narkozy w szpitalu Országos Orvosi w Budapeszcie. Przy oknie majaczyła jakaś postać, domyśliła się, że to Mark. Próbowała coś powiedzieć, ale jeszcze nie odzyskała głosu. Trudno było zobaczyć go dokładnie w kolczastym kręgu światła, który miała przed oczami. Trzymał jeden z jej kolczyków, usiadł na brzegu łóżka i powiedział coś, czego nie zrozumiała. Pogłaskał ją po policzku i zawiesił perłę w jej lewym uchu. Omdlewającą dłonią ściągnęła maskę tlenową. Oddech miała przyspieszony.

– Śmierć nie działa – wydusiła z siebie, pokasłując.

– Jasmin, ty żyjesz, nie umarłaś – wyszeptał Mark, próbując się uśmiechnąć.

– Ludzie stoją w kolejkach na dole w porcie, żeby odpłynąć łodziami – wydyszała. – Wszędzie wiszą czerwone lampy, wszystkie szyldy są po chińsku, nie rozumiem… Wszystko jest nie tak, nie rozumiem…

– Wszystko będzie dobrze – uspokajał ją.

Podeszła pielęgniarka i zapytała Jasmin po angielsku, jak się czuje, sprawdziła saturację i spojrzała na wykres EKG. Jasmin popatrzyła Markowi w oczy, ale jednocześnie miała wrażenie, jakby wpatrywała się w siebie, w nieuporządkowane obrazy we własnej głowie.

– Wkrótce spotka się pani z lekarzem – poinformowała pielęgniarka przed odejściem.

– Triada jest wszędzie – ciągnęła dalej Jasmin, próbując zwalczyć płacz. – Widziałam, jak odbierają dziecko rodzicom.

– Słyszę, co mówisz, ale…

– Tam nie ma sprawiedliwości – powiedziała, dotykając ręką szyi. – Widziałam wszystko, stałam na nabrzeżu, widziałam Nico wchodzącego na pokład jednej z łodzi, Boże…

– Nico nie żyje, Jasmin – odezwał się Mark, gładząc jej dłoń.

– Przecież mówię, widziałam go w porcie.

– Lars też zginął.

– Boże… – Rozpłakała się i odwróciła twarz.

– Śniłaś masę okropnych…

– Nie mogę, nie dam rady! – krzyknęła ze łzami w oczach. – Zniszczyliśmy królestwo śmierci, ono nie funkcjonuje dobrze, nie jest sprawiedliwe, wszystko zniszczyliśmy…

Jasmin umilkła, ale wciąż miała przyspieszony oddech, kiedy lekarz otwarł drzwi i wszedł do pokoju. Częstotliwość pracy serca wzrosła, nasycenie krwi tlenem się zmniejszyło, krew napłynęła do rurki drenażowej.

Lekarz stanął przed nią i poinformował, że miała szczęście i że wyjdzie z tego, a potem opowiedział o ranie postrzałowej i operacji.

Kula weszła w mięsień najszerszy grzbietu, latissimus dorsi, przez jedenaste żebro, uszkodziła jelito grube i wyszła przez brzuch. Jasmin straciła dużo krwi, ale operacja się powiodła i nie doszło do trwałych uszkodzeń ciała.

– Gdyby trafiła pani do nas pięć minut później, nie mielibyśmy nic do roboty – wyjaśnił, patrząc na nią z powagą. – Miała pani wstrząs krwotoczny, kiedy panią uśpiliśmy, a pani serce nie pracowało przez minutę i czterdzieści sekund.

Po powrocie do domu Jasmin rozpoczęła leczenie w Centrum Terapii Stresu Pourazowego w Sztokholmie. Siedziała na jasnozielonej kanapie w starym pokoju przyjęć i wypełniała obowiązkowy formularz, w którym miała opisać siebie i swoje problemy. Kiedy doszła do pytań o swoje doświadczenia, długopis znieruchomiał jej w dłoni.

Obrazy tego, co czekało po drugiej stronie, przemknęły przez głowę. Zaschło jej w ustach, a na wspomnienie przemocy w ciemnym porcie, ludzi stojących w kolejkach i zapachu oleju napędowego zabrakło jej tchu.

Uniosła trzęsącą się dłoń do ust i pomyślała o Nico, który z opuszczoną głową zniknął na pokładzie zardzewiałego promu.

W fotelu naprzeciwko siedziała młoda kobieta nad takim samym blankietem. Pisała powoli, a łzy płynęły jej po poznaczonych bliznami policzkach, tworząc na jej hidżabie ciemne plamy wilgoci.

Jasmin przełknęła głośno ślinę i ponownie spojrzała na pytanie o swoje przeżycia. Pomyślała, że może powinna zostawić puste miejsce, ale zmieniła zdanie i napisała „umarłam”.

Przez trzy miesiące brała leki mające jej pomóc w uporaniu się z urojeniami na temat pobytu w królestwie śmierci. Mark był przy niej i wspierał ją przez cały czas. Neuroleptyki stopniowo odstawiano, ale jeszcze do listopada miała uczestniczyć w terapii poznawczo-behawioralnej.

Uśmiechnęła się, okazując poirytowanie, kiedy jej siwowłosy psycholog powtórzył, że halucynacje były spowodowane przez traumatyczne przeżycia podczas wymiany ognia w Sokanicy. To naturalny proces obronny organizmu. Obrazy wspomnień z chińskiego portu zostały zaczerpnięte z urządzonych przez jej drużynę obchodów chińskiego Nowego Roku, a kolejki ludzi na nabrzeżu to mentalne odzwierciedlenie szeregu chłopców czekających na egzekucję.

– Może być i tak, że opowiedziałam ci coś, co może cię uratować w chwili śmierci – odparła Jasmin.

Przeprowadzono wewnętrzne dochodzenie w sprawie walk w północnym Kosowie. Raport kończył się konkluzją, że dowodzenie Jasmin było wzorowe. Zapobiegła masakrze i uratowała większość członków swojego oddziału, podejmując trudną decyzję pozostania na strategicznej pozycji razem z jedną z dwójek. Przyznano jej medal NATO Za Chwalebną Służbę, ale odmówiła jego przyjęcia i nie wzięła udziału w ceremonii.

Kiedy nagradzano jej działania, ona sama znajdowała się w łóżku pokoju hotelowego. Siedziała okrakiem na mężczyźnie, którego poznała na siłowni. Jego jasne włosy przypominały jej Nico. Było to zarazem i dziwne, i podniecające czuć go w sobie.

Rude, kręcone włosy Jasmin były potargane, oczy błyszczały od bezsenności. Jej blade piegi przypominały maleńkie okruchy chleba na rozpalonej twarzy. Lewy policzek miała zaczerwieniony od pocierania o zarost mężczyzny.

Wielkie łóżko odsunęło się od ściany i mogła dostrzec kurz na kontakcie i na kablach lamp nad wezgłowiem.

Nieczęsto lądowała w hotelowych pokojach z przygodnymi mężczyznami, ale czasami czuła, że musi. Ulotna bliskość i następująca po niej pustka dawały jej poczucie, że znowu żyje.

Wiedziała, że nigdy więcej nie spotka tego mężczyzny. Nie była w stanie obcować z kimś, kto nie rozumie tego, przez co ona i jej ludzie przeszli tego łagodnego zimowego dnia w północnym Kosowie.

Jasmin miała szczęście. Rana postrzałowa szybko się zagoiła, a blizna z czasem zbladła, przybierając jasno­różowy odcień i ostatecznie upodabniając się do kwiatu róży.

Dość szybko zrozumiała, że jeśli nie przestanie opowiadać o mieście portowym, będzie traktowana jak chora psychicznie. Niektóre prawdy trzeba zachować dla siebie.

 

Wprowadziła się do Marka. Czasem próbowała pomagać mu w codziennych obowiązkach, ale najczęściej snuła się po jego domu w rozciągniętym wełnianym swetrze sięgającym poniżej bioder i wyblakłych dżinsach, przydeptując postrzępione nogawki.

Zaczęli ze sobą sypiać. Czas, który potem nastąpił, składał się jedynie z przebłysków: szklanki z tequilą uderzające o stół, czeskie piwo i dudniący Eminem, goście z kwiatami z rabatek sąsiadów, lęk i tabletki przeciwbólowe, grill niczym rozżarzona kula płonącego tłuszczu i pijany seks z Markiem w pogniecionej pościeli, na skórzanej kanapie, na podłodze w kuchni albo w wilgotnej od rosy trawie nad jeziorem.

Okres spóźnił jej się o miesiąc. Nie myślała o tym za wiele, ale po dwóch tygodniach kupiła test ciążowy.

Kiedy zobaczyła pojawiające się dwie niebieskie kreski, zabrakło jej tchu. Opłukała twarz lodowatą wodą, usiadła na klapie od sedesu i uśmiechnęła się do siebie.