Wszystkie barwy Toskanii

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

– Co nowego? – zagadnął Enrico, zasiadłszy jako pierwszy przy stole na tarasie. – Nabrałeś wreszcie rozumu? – Ostry ton głosu, twarde spojrzenie.

– Czyżbyś wątpił w to, ojcze? – zapytał Rafael sztywno.

Enrico odchrząknął.

– Jesteś uparty i samowolny bardziej, niż można sobie wyobrazić. Zawsze taki byłeś.

– Raz przynajmniej zachowałem się jak na przykładnego syna przystało… – zaczął powoli.

Jeśli w jego głosie była nuta ironii, nikt jej nie dosłyszał.

– Przede wszystkim chciałbym, żebyś potwierdził, do czego się zobowiązałeś, ojcze. Powiedziałeś, że jeśli ożenię się przed moimi trzydziestymi urodzinami, przekażesz mi pełną kontrolę nad firmą. Podtrzymujesz swoje słowa?

– Ha! – zawołał Enrico. – Ma się rozumieć.

– Na pewno?

– Oczywiście – odparł Enrico, wyraźnie urażony powątpiewaniem syna.

Rafael uśmiechnął się nieznacznie.

– W takim razie możesz mi życzyć szczęścia – powiedział. – Pozostaje ci tylko wypełnić twoją część umowy.

Enrico zacisnął dłonie na oparciach wielkiego metalowego fotela. Przez chwilę nie mógł dobyć głosu.

Lucia przeciwnie, zaśmiała się i od razu miała coś do powiedzenia:

– Jesteś naprawdę okropny, Rafaelu. – Zalotny ton głosu. – Żeby oświadczać mi się w taki sposób. – Znowu się zaśmiała. – Ten brak galanterii nie ujdzie ci na sucho, możesz być pewien. – Tu zwróciła się do swojego przyszłego teścia: – Powiedz, Enrico, jak mam ukarać tego grubianina?

Znowu śmieszek, stłumiony, pełen kokieterii i spojrzenie w stronę przyszłego męża.

Rafael podniósł dłoń.

– Może napijemy się szampana, zanim przejdziemy do dalszych ustaleń?

Jak na zawołanie pojawił się Giuseppe z tacą. Kiedy stawiał ją na stole, Rafael szepnął mu coś na ucho. Kamerdyner skinął głową i zniknął, a Rafael zajął się szampanem.

– Giuseppe przyniósł o jeden kieliszek za dużo – zauważyła Lucia kwaśno. – Najwyższy czas, żeby przeszedł na emeryturę.

Rafael podał jej napełniony kieliszek.

– Kiedy będziesz tu panią, zwolnisz go – rzucił lekkim tonem.

Na twarzy Lucii pojawił się pełen satysfakcji uśmiech.

Enrico wstał, wzniósł toast:

– Za twój ślub. – Był wyraźnie zadowolony z tego, że jego syn podjął wreszcie rozsądną decyzję. – Za nową signorę di Viscenti…

Rafael skłonił lekko głowę.

– Dziękuję – mruknął. – W samą porę – dodał, spoglądając ku drzwiom prowadzącym z salonu na taras.

Stała w nich dziewczyna w towarzystwie Giuseppe. Wyglądała dokładnie tak, jak to sobie Rafael zamierzył: szara, niepozorna, w okropnej sukienczynie, z dzieckiem na ręku.

Rafael podszedł do niej, podprowadził do stołu i ujął jej dłoń z obrączką tak, by wszyscy mogli ją wyraźnie zobaczyć.

– Pozwólcie, że wam przedstawię moją żonę. Oto signora di Viscenti.

Przez moment Magda stała bez ruchu, kompletnie sparaliżowana. W tej chwili najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Przywitała ją martwa cisza, po czym wybuchła prawdziwa burza. Najgłośniej grzmiał starszy pan, chociaż bardziej przypominało to ryk lwa. Nie rozumiała słowa, ale wściekłość nie potrzebuje tłumaczy. Rafael stał przy niej i ściskał ją kurczowo za rękę.

Słuchała przerażona, ze zlodowaciałym sercem, a starszy pan, sądząc z rysów bez wątpienia ojciec jej nowo poślubionego męża, nie przestawał się burzyć. Kamerdyner miał taką minę, jakby ktoś zdzielił go ciężkim przedmiotem w głowę, a kobieta siedząca obok starszego pana wodziła tylko nic nierozumiejącym wzrokiem.

I wtedy Benji się rozpłakał.

Magda zaczęła go kołysać i wycofała się do salonu.

Co tu się, u diabła, dzieje? Teraz odezwał się Rafael.

Nie wrzeszczał, jak ojciec, mówił spokojnie, ale z wyraźnym jadem w głosie. Magda uciekła w głąb pokoju, cały czas usiłując uspokoić płaczącego Benjiego: rzecz niemożliwa, zważywszy na to, co się działo na tarasie.

Nagle owionął ją mocny zapach perfum. Stała obok niej kobieta z tarasu, coś mówiła cicho po włosku, a jej twarz ziała taką nienawiścią, że Magda mimo woli skurczyła się w sobie.

– Ja nie rozumiem… – rzuciła nerwowo.

Kobieta wciągnęła głęboko powietrze, zmrużyła oczy.

– Angielka? – syknęła. – Dlaczego udajesz żonę Rafaela? – Kobieta próbowała chwycić Magdę za rękę, przyjrzeć się z bliska obrączce, jakby nie wierzyła, że prawdziwa. Magda odsunęła się gwałtownie i z ryczącym głośno Benjim ruszyła ku drzwiom.

Przebiegła przez sień, po schodach na górę. Zasapana zatrzymała się dopiero w sypialni.

Teraz najważniejszy był Benji. Zanosił się płaczem, bliski histerii. Wiedziała, że minie sporo czasu, zanim się uspokoi. Usiadła na łóżku i zaczęła go kołysać; Benji, zmęczony atakiem, w końcu przestał płakać.

Tylko Magda ciągle nie mogła ochłonąć. Nie rozumiała ani słowa, ale nie ulegało kwestii, że była świadkiem wybuchu furii.

Boże, w co ja się wpakowałam? Proszę, proszę, spraw, żeby to był tylko sen. Chcę się obudzić w naszej norze w Londynie, w domu.

Niestety, nie był to sen. Była naprawdę tutaj, w toskańskiej willi, i była żoną człowieka, którego ojciec na jej widok omal nie dostał apopleksji.

Na dole nadal wrzała burza, tyle że teraz przeniosła się do salonu, jak się wydawało. Magda mocniej przytuliła Benjiego, a on, czując chyba jej niepokój, znowu zaczął płakać.

Słyszała głośne kroki, kilka razy trzasnęły drzwi, potem nastąpiła jeszcze jedna gwałtowna wymiana zdań i znowu tak trzasnęły drzwi, że huk poniósł się po całym domu.

Po chwili rozległ się ryk silnika odjeżdżającego samochodu i zapanowała cisza, głucha cisza.

Magda instynktownie czuła, że nie powinna wychylać nosa z pokoju, ale Benji znowu zaczął marudzić: był głodny.

W podręcznym bagażu znalazła jabłko i małą paczkę herbatników. Benji pochłonął w jednej chwili, co mu podsunęła, ale nadal był głodny. Przez następne trzy kwadranse usiłowała jakoś go uspokoić, na próżno. Soczek też nie pomógł. Mały potrzebował normalnego, przyzwoitego posiłku.

Z sercem w gardle Magda otworzyła drzwi sypialni. Na piętrze panował półmrok. Ostrożnie zeszła po schodach, przeszła przez sień, znalazła korytarz, który zdawał się prowadzić do służbowej części domu, i ruszyła nim w poszukiwaniu Giuseppe. Gdyby chodziło tylko o nią, mogła iść spać głodna, ale Benji musiał zjeść kolację. Pchnęła drzwi na końcu korytarza i znalazła się w ogromnej, staroświeckiej kuchni. Przy kamiennym zlewie stała starsza kobieta i zawzięcie szorowała miedziany rondel.

Kiedy Magda zatrzymała się niepewnie w progu, kobieta podniosła głowę.

Si? – zagadnęła niezbyt przyjaznym tonem, a wyraz grubokościstej twarzy też nie zachęcał do rozmowy. Posłała Magdzie wrogie spojrzenie.

Magda przełknęła ślinę.

Mi dispiace – zaczęła niepewnie – ma… este possible…?

– Mówię po angielsku – przerwała jej kobieta szorstko. – Czego chcesz?

Magda już miała odwrócić się i uciec, ale musiała nakarmić Benjiego.

– Bardzo przepraszam, ale czy… mogłabym… – bąkała – dostać coś do jedzenia… dla małego?

Ciemne oczy zdawały się przewiercać ją na wylot. Gardło miała ściśnięte. Przecież ta kobieta nie odmówi jedzenia dziecku, nawet jeśli ma za złe jego matce, że stała się przyczyną piekła w domu.

Zmierzyła ją tym swoim uważnym, nieprzychylnym spojrzeniem od stóp do głów i oto w jej twarzy zaszła gwałtowna zmiana. Podniosła ręce, wyrzuciła z siebie kilka słów w rodzinnym języku i podbiegła do Magdy.

– Chodź, chodź – zakomenderowała. – Siadaj. – Niemal pchnęła Magdę na pierwsze z brzegu krzesło przy długim stole. – Głodna jesteś, prawda? Głuptas dziewczyna… Dlaczego nie zadzwoniłaś ze swojego pokoju?

– Nie chciałam sprawiać kłopotu… – bąknęła Magda.

Kobieta prychnęła pod nosem.

– Dziecko musi zjeść. Matka też.

Podeszła do wielkiej kuchni, na której stało kilka garnków, i z jednego nałożyła na talerz sutą porcję spaghetti. Postawiła makaron przed Magdą, a Benjiemu zawiązała pod szyją serwetkę.

Benji już otwierał buzię, czekając, aż mama poda mu pierwszy widelec. Kiedy najadł się do syta, na stole pojawiła się następna porcja makaronu, tym razem dla Magdy.

– Jedz – poleciła kobieta i zabrała Magdzie Benjiego.

Małemu musiało się spodobać na rękach u obcej pani, bo zagaworzył coś po swojemu radośnie i twarz kobiety rozjaśniła się w błogim uśmiechu. Usiadła naprzeciwko Magdy, posadziła sobie dziecko na kolanach.

– Jedz – powtórzyła, kiedy Magda na moment przerwała.

Zabawiała Benjiego, któremu najwyraźniej nie przeszkadzało, że ktoś przemawia do niego w obcym języku. Magda obserwowała ją dyskretnie znad talerza. Kobieta musiała mieć spore doświadczenie, jeśli chodzi o dzieci, bo doskonale wiedziała, co małemu sprawi radość; dała mu drewnianą kopyść, którą teraz walił z zapamiętaniem w stół: świetna zabawa.

Magda wymiotła talerz do czysta i westchnęła z ukontentowania.

– No to teraz sobie porozmawiamy – oświadczyła kobieta. – Ty mi powiesz, czy Rafael jest jego ojcem – zażądała swoim włoskim angielskim.

Magda w totalnym osłupieniu szeroko otworzyła usta i ta jej reakcja najwyraźniej ucieszyła kobietę.

– Wielka ulga – stwierdziła krótko. – Znaczy, ożenił się ojcu na złość. Idiota.

Magda milczała. Co miała powiedzieć? Co mogła powiedzieć?

– Zupełnie zwariował – stwierdziła gospodyni. – Zawsze to samo… zawsze. Walczą ze sobą jak te… no… męskie owce. O tak. – Uniosła zaciśnięte dłonie i uderzyła kilka razy knykciami w knykcie, pokazując jak ścierają się tryki. – Ale tak źle to jeszcze nie było.

 

– Przepraszam – powiedziała Magda, bo nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.

Kobieta odpowiedziała coś po włosku i znowu przeszła na angielski:

– Stało się. Jak Rafael nie jest ojcem dziecka, czemu wychodzisz za niego?

Bezpośredniość pytania wprawiła Magdę w jeszcze większe zakłopotanie.

– Signor di Viscenti powiedział, że musi się ożenić przed swoimi trzydziestymi urodzinami… Taki wymóg prawny… Zgodziłam się, bo…

– Dał ci pieniądze, tak? – odgadła kobieta.

Magda zrobiła się czerwona, spuściła oczy.

– To pieniądze… to dla mojego synka.

Kobieta pokręciła głową.

– A ojciec bambino? Nie, nie, nawet mi nie mów. – W głosie kobiety zabrzmiało zmęczenie osoby aż zbyt dobrze znającej życie. – Zostawił cię? Zawsze to samo. Źli mężczyźni i głupie dziewczyny.

Oddała Benjiego Magdzie i zaczęła sprzątać ze stołu.

– Stało się, trudno, ale jedno ci powiem – rzuciła sucho. – Tego to już ojciec nigdy nie wybaczy Rafaelowi.

Promienie słońca obudziły Rafaela. Powoli wracał do rzeczywistości, choć najchętniej znowu zapadłby w sen. Wyszedł wczoraj wieczorem z domu ścigany przekleństwami ojca. Jeździł długo po okolicy samochodem, a w uszach ciągle dźwięczały mu wszystkie gorzkie zdania, jakie padły z obu stron. Ojciec grzmiał, on odpowiadał ironią: oto dzięki swojemu nieprzejednanemu uporowi ojciec ma teraz synową z nieślubnym dzieckiem, specjalistkę od mycia toalet.

Był moment kiedy wydawało się, że ojciec dostanie zawału, ale nie, kryzys minął i Enrico z nową siłą zaczął ciskać gromy na wyrodnego syna, który zhańbił rodowe nazwisko. Jeśli chodzi o Lucię, wyglądała jak Lukrecja Borgia na moment przed otruciem następnej ofiary i nietrudno było się domyślić, kto mógł być tą ofiarą.

Po powrocie do domu siedział długo w noc nad butelką grappy, klnąc w duchu cały świat.

Zimny prysznic trochę go otrzeźwił. Było prawie południe, kiedy jako tako stanął na nogi. Dzień jego trzydziestych urodzin. Trudno powiedzieć, żeby był w świątecznym nastroju. Stanął przy oknie, ale widok ogrodu nie przyniósł mu ukojenia. Zastanawiał się nad dalszymi krokami. Powinien pojechać do Rzymu, zwołać zebranie zarządu, ogłosić oficjalnie, że jest teraz prezesem, a potem zacząć wdrażać od dawna planowaną strategię ekspansji na Stany Zjednoczone i Australię.

Ktoś pojawił się w ogrodzie: dziewczyna i jej synek. Szła powoli, trzymając za rączkę stawiającego niepewne kroki chłopca. Zupełnie o niej zapomniał.

Co ma z nią zrobić? Spełniła swoje zadanie, nie była mu już potrzebna, ale nie mógł jej teraz odesłać do Anglii bez wzbudzania podejrzeń, że całe to jego małżeństwo to czysta fikcja. Wzruszył ramionami. Poprosi Marię, żeby zajęła się dziewczyną. Będzie miała bezpłatne wakacje, on tymczasem pojedzie do Rzymu.

Miał już odejść od okna, gdy w ogrodzie pojawił się ktoś jeszcze.

Lucia.

Szła w kierunku dziewczyny szybkim krokiem, wyraźnie wściekła.

Magda zatrzymała się. Kobieta, którą widziała poprzedniego dnia, zmierzała prosto ku niej.

Zatrzymała się i mierzyła ją przez chwilę wrogim spojrzeniem.

Zapewne miała Magdzie coś niemiłego do zakomunikowania, ale zanim zdążyła powiedzieć słowo, na ścieżce rozległy się szybkie kroki i oto pojawił się Rafael. W lekkim letnim garniturze prezentował się tak cudownie, że Magdzie dech zaparło na jego widok.

Odezwał się po włosku do Lucii:

– Powinnaś wracać do domu. Nie masz tu czego szukać. Nigdy nie miałaś. Nie spodziewałaś się chyba, że ożenię się z tobą.

W oczach Lucii pojawił się gniewny błysk, twarz wykrzywił grymas.

– Wolałeś ją ode mnie?! Spójrz na nią. Wygląda jak cherlawe kurczę! – prychnęła z pogardą.

Basta – uciął Rafael i zerknął na dziewczynę. Była zupełnie szara, jakby doskonale zrozumiała, co przed chwilą powiedziała Lucia.

Rafael wziął głęboki oddech.

– Zrobisz najlepiej, jeśli wrócisz natychmiast do Florencji. Niepotrzebnie wbijałaś mojemu ojcu w głowę, że zostaniesz jego synową. Nie zrobiłaś mu tym przysługi.

– Za to ty mu się bardzo przysłużyłeś, przywożąc do domu tę… tę dziewczynę – sarknęła. – Pewnie jesteś bardzo dumny ze swojego postępku.

Odwróciła się i odeszła. Magda dopiero teraz wypuściła powietrze z płuc, a Benji przytulił się do niej, wystraszony gwałtowną wymianą zdań.

– Wszystko dobrze, maleńki – szepnęła Magda, biorąc synka na ręce.

Ale nic nie było dobrze. Wszystko było nie tak. Poczuła bolesny ucisk w gardle.

– Powinieneś był mi powiedzieć.

Nie wiedziała, skąd wzięła odwagę na wypowiedzenie tych słów.

– Co niby miałem ci powiedzieć?

Zabrzmiało to ostrzej, niż Rafael zamierzał, ale nie ochłonął jeszcze po spotkaniu z Lucią.

– Że wejdę na pole minowe – stwierdziła Magda. – Oni wpadli we wściekłość z powodu twojego ślubu. Ojciec, ta kobieta… Nawet gospodyni i kamerdyner patrzą na mnie krzywo. – Głos jej drżał, kiedy wypowiadała ostatnie słowa.

– Są wściekli na mnie, nie na ciebie – sprostował Rafael. – Natomiast ja jestem wściekły na ojca, i tylko na niego. On chciał… – Rafael wziął głęboki oddech – Chciał, żebym ożenił się z Lucią. To moja kuzynka. Wbiła sobie do głowy, że zostanie panią di Viscenti i będzie szastać moimi pieniędzmi. Zdołała przekonać ojca, że będzie doskonałą żoną dla mnie, że da mu wnuki, o których staruszek marzy. Chciał mnie zmusić do małżeństwa, grożąc, że sprzeda kontrolny pakiet akcji naszej firmy, jeśli nie zastosuję się do jego życzeń. Nie mogłem mu pozwolić na takie posunięcie, a z Lucią nie zamierzałem się żenić. Postanowiłem go przechytrzyć i pojawiłem się w przeddzień swoich trzydziestych urodzin już żonaty.

Chciała go wyminąć, uciec, nie mieć nic wspólnego z obrzydliwą sytuacją, w której mimo woli tkwiła po uszy.

Złapał ją za ramię.

– Nie przejmuj się Lucią. Jest wściekła, przepełniona jadem i wyładowała całą swoją złość na tobie. To wszystko.

– Dziękuję. Wolałabym, żeby nikt nie wyładowywał na mnie swoich złości. Ani ty, ani twoja kuzynka nic o mnie nie wiecie.

– Wiem jedno – odparł Rafael. – Jesteś lekkomyślna, skoro urodziłaś dziecko, do którego jego ojciec się nie przyznaje.

– Lekkomyślna okazałam się wczoraj, wychodząc za ciebie.

Strząsnęła jego rękę z ramienia i odeszła. Rafael dogonił ją po kilku krokach.

– Przykro mi, że naraziłem cię na taką scenę, ale chciałem ci przypomnieć, że dostaniesz za swoje usługi całkiem niezłe pieniądze.

Magda zatrzymała się, spuściła głowę. Miał rację, powinna o tym pamiętać, nawet jeśli Rafael nie raczył wprowadzić jej w szczegóły umowy.

– Zrobiłam, do czego się zobowiązałam – powiedziała z godnością. – Wyszłam za ciebie, ale nie widzę powodów, żeby teraz twoi bliscy wyładowywali na mnie swoją wściekłość z powodu tego małżeństwa. Już choćby tylko dlatego, że źle to działa na Benjiego. A teraz powiedz mi łaskawie, co mam robić? Chcesz, żebym wróciła do swojego pokoju?

– Rób, na co masz ochotę. Możesz swobodnie poruszać się po willi i po terenie całej posiadłości, są do twojej dyspozycji. Nie jestem potworem… Przeprosiłem cię za zachowanie mojej kuzynki. Wyjechała już, mam nadzieję. Ja też niedługo wyjadę. Czuj się jak u siebie w domu.

Odszedł, zostawiając Magdę pełną bezsilnej złości. Uspokajała się powoli. Po co szarpać sobie nerwy. Bogatych nie obchodzi los innych ludzi, doskonale o tym wiedziała. Dla Rafaela di Viscenti była tylko narzędziem: wynajął ją do wykonania określonej usługi, to wszystko. Nie była mu już potrzebna i powinna siedzieć cicho.

Powoli ruszyła w stronę bocznego wejścia prowadzącego do kuchni.

– Mleko dla małego – przywitała ją Maria, po czym posadziła Benjiego na krześle i podsunęła mu kubek.

Latte – powiedziała, powtarzając słowo kilka razy, jakby zaczynała uczyć malca włoskiego.

– La? – powtórzył Benji. – Jeje?

– Pyta, czy może dostać jeszcze – wyjaśniła Magda. – Piu? – zagadnęła, przypominając sobie słówka ze swoich rozmówek angielsko-włoskich.

Ancora – poprawiła ją Maria, napełniając ponownie kubek. – Grzeczny chłopczyk – pochwaliła i spojrzała na Magdę. – Chociaż bez ojca. – Na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech. – Kochasz go, to widać. Dobra z ciebie kobieta.

Szorstko wypowiedziane, ale pełne sympatii słowa sprawiły, że Magdzie łzy zakręciły się w oczach. Maria i jej podsunęła kubek z mlekiem.

– Pijcie – nakazała obojgu.

O dziwo, reszta dnia minęła całkiem przyjemnie. Maria wzięła Magdę pod swoje skrzydła i potrafiła przemówić do Benjiego, a małemu bardzo się podobało, że ktoś poświęca mu tyle uwagi.

Lucia rzeczywiście opuściła willę, o czym poinformował z przekąsem Giuseppe, zaglądając w pewnym momencie do kuchni. Rafael też wyjechał. Maria tylko zacisnęła usta, słysząc ryk silnika jego samochodu, Magda natomiast poczuła ulgę.

Tutaj, w kuchni, w części domu dla służby, czuła się najlepiej.

Po lunchu Maria zabrała ją i Benjiego nad basen.

– Signor di Viscenti nie będzie miał nic przeciwko temu? – zapytała Magda ostrożnie.

– Jesteś teraz signorą di Viscenti – odparła Maria stanowczym tonem. – I nie mów mi, że tylko z nazwiska. Ożenił się z tobą, prawda? Chcesz pływać, to pływaj.

Magda nie mogła się oprzeć, a Benji rwał się do wody. Długo się bawił i chlapał w basenie, w końcu zmęczony usnął na leżaku pod parasolem, a Magda obok wygrzewała się w słońcu.

Pomijając paskudną atmosferę domową, jaką wywołał ślub Rafaela, jedno było pewne: nigdy w życiu nie będzie miała okazji odpoczywać w tak luksusowych warunkach. Powinna to wykorzystać, nie przejmując się resztą. Problemy Rafaela nie były jej problemami.

Wieczór spędziła z Marią i Giuseppe w kuchni. Nikt o nią nie pytał, Rafael nie wrócił do domu.

– Pojechał do Rzymu – poinformowała ją Maria z wyraźną dezaprobatą w głosie, ale na Magdzie ta wiadomość nie zrobiła żadnego wrażenia.

Potem w pokoju, kiedy Benji już zasnął, czytała trochę, siedząc przy otwartym oknie i wsłuchując się w odgłosy nocy.

Moja druga noc we Włoszech. Nieprawdopodobne, a jednak. Londyn zdawał się oddalony o całe lata świetlne od tego cichego zakątka w Toskanii.

Mam szczęście, że mogę przeżyć taką przygodę, mówiła sobie w myślach.

Zobaczyła przed oczami twarz Rafaela i serce jej drgnęło. Twarz, która rzeczywiście mogła przyprawić o drżenie serca swoją niezwykłą urodą.

Ale Rafael był tak samo niedosiężny jak portret pędzla Tycjana wiszący w salonie willi.

Jeszcze raz spojrzała w aksamitną toskańską noc, wstała powoli i podeszła do łóżka.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Rafael pędził autostradą w stronę Florencji, mocno przekraczając dozwoloną prędkość. Powinien się cieszyć: firma wreszcie była jego i tylko jego, ale wcale nie był w dobrym nastroju. W domu czekał ojciec i, co gorsza, dziewczyna wynajęta w charakterze żony.

Myśl o niej nie dawała mu spokoju.

Nie powinien się nią przejmować. Zapłaci jej taką sumę, że będzie zabezpieczona na długo. Nie może się uskarżać.

Tyle że znalazła się w obcym kraju, w obcym domu, gdzie na jej widok podniósł się wielki wrzask…

Zacisnął usta i gwałtownie zmienił bieg.

Miał swoje sprawy do załatwienia. Najważniejsze sprawy w życiu. Trudno, żeby siedział w willi i bawił dziewczynę. Wiedziała, na co się decyduje, kiedy podpisywała umowę.

Nie, nie wiedziała…

Ten irytujący głos wewnętrzny.

Powiedziała ci: nie wiedziała, że jej pojawienie się wywoła burzę w rodzinie. Nie miała pojęcia, w co ją pakujesz.

To jeszcze nie powód, żeby zamęczał się teraz wyrzutami sumienia. Z przedwczorajszej awantury z całą pewnością nie zrozumiała ani słowa, a teraz miała okazję spędzać czas w luksusowym otoczeniu. Ojciec na pewno nie zbliża się do niej, Lucia wyjechała, a Maria i Giuseppe potrafili zadbać o jej potrzeby.

Rafael przyspieszył; zawsze w ten sposób uciekał od problemów.

Dopadły go na powrót, kiedy podjechał pod dom i zobaczył znajomy samochód. Wspaniale, pomyślał kwaśno, ojciec wezwał posiłki.

Nie powinien być zaskoczony. W sporach z nim ojciec zawsze szukał wsparcia u swojej siostry. Bardzo dobrze, niech ciotka Elizavetta powie, co ma do powiedzenia, za późno na udzielanie pouczeń. Ojciec musiał ponieść teraz konsekwencje własnego ultimatum.

W sieni czekał już Giuseppe. Treść przekazu była aż nadto jasna: Rafael wiedział, czego może się spodziewać.

 

– Widzę, że ciotka i wuj są u ojca – powiedział, siląc się na obojętny ton.

– Tak. Przyjechali godzinę temu. – W tej krótkiej informacji zawierało się niewypowiedziane ostrzeżenie.

Rafael skinął głową.

– Cóż, niech mam już to za sobą. Są w bibliotece?

– Tak.

Rafael ruszył przez hol, ale zatrzymało go dyskretne chrząknięcie.

– Signora di Viscenti jest z synkiem w ogrodzie – oznajmił Giuseppe nadal z tym samym, kamiennym, nic niemówiącym wyrazem twarzy. – Może przywitasz się z nią, zanim tam wejdziesz?

– Później – burknął Rafael i wszedł do biblioteki, czując na plecach pełne dezaprobaty spojrzenie Giuseppe.

Ojciec musiał już w detalach zrelacjonować ostatnią zbrodnię syna, bo ciotka przywitała go z miną pod tytułem „a nie mówiłam”, wuj natomiast najwyraźniej bujał myślami w obłokach, starając się nie angażować w aferę.

– Raczyłeś wreszcie wrócić – prychnął ojciec. – Najpierw doprowadzasz mnie do rozpaczy, po czym wyjeżdżasz. Ale też czego innego mógłbym się po tobie spodziewać…

Już po tych pierwszych słowach Rafael miał serdecznie dość.

– Byłem w Rzymie. Musiałem zwołać zebranie zarządu, ogłosić, że jestem nowym prezesem.

– Już mnie odsunąłeś. Cierpisz na przerost ambicji i jak już doprowadzisz firmę do ruiny, pamiętaj, że odebrałeś mi ją podstępem.

– Przyrzekłeś przekazać mi Viscenti AG, jeśli ożenię się przed swoimi trzydziestymi urodzinami. Ożeniłem się. – Rafael mówił spokojnie i patrzył, jak ojciec z każdym jego słowem robi się coraz bardziej czerwony. – Nie jestem już sztubakiem. To, co chciałeś zrobić, jest niewybaczalne. To moje życie, nie masz prawa z nim igrać.

Tu włączyła się ciotka:

– Dość, Rafaelu. Ty też się uspokój, Enrico. Nie możecie być przynajmniej wobec siebie uprzejmi, jeśli nie stać was na nic innego?

– Uprzejmi? – prychnął Enrico. – Żądasz ode mnie uprzejmości, Elizavetto, po tym, co on zrobił?

Ciotka westchnęła.

– Zdumiewasz mnie, Enrico. Przeżyłeś tyle lat i powinieneś już wiedzieć, że twój syn jest tak samo uparty jak ty. Czego oczekiwałeś? Odezwała się w nim twoja krew. Ostrzegałam cię, nie wywieraj nacisku. Gdyby chciał ożenić się z Lucią, zrobiłby to bez twojej pomocy.

Enrico, najwyraźniej oburzony krytyką, nie zdążył odpowiedzieć, bo ciotka zwróciła się już do Rafaela:

– Dzięki Bogu miałeś dość rozumu, żeby nie żenić się z Lucią. Kiedyś – ciągnęła tonem nauczycielki – zbudujesz związek oparty na miłości, ale najpierw musisz wyplątać się z tego absurdalnego mezaliansu. Powiem ci wprost, nie pochwalam twojego kroku, ale mam nadzieję, że pewnego dnia dowiedziesz, że masz jeszcze jakieś zalety poza zmysłem do interesów i ładną buzią. Może w końcu przywitasz się z ciotką? – zapytała ostro.

Rafael podszedł i ucałował ją w oba policzki.

– Teraz lepiej – stwierdziła i spojrzała mu w oczy. – Musimy porozmawiać i zastanowić się, jak cię ratować z opresji. Nie pierwszy i nie ostatni raz – dodała zmęczonym tonem. – Najpierw chciałabym się odświeżyć. Podróż z Bolonii była męcząca. Wuj jest przepracowany, miał ostatnio całą serię odczytów w różnych miastach, musi przygotować kolejny tekst. Mogłeś wybrać dogodniejszy czas na urządzanie rodzinnych skandali. Chodź, Bernardo.

Pociągając męża za sobą, ruszyła ku drzwiom, tak że panowie ledwie mogli się przywitać, i Rafael został sam z ojcem, który ciągle wrzał, jakby za chwilę miał eksplodować. Dlaczego? Dlaczego, myślał z goryczą, te ciągłe spory?

Ogarnęło go przygnębienie. Ojciec był dla niego obcym człowiekiem.

– Ty też możesz iść – rzucił Enrico porywczo. – Zejdź mi z oczu.

Rafaelowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Kąpiel, pomyślał. Tak, popływa trochę, to mu dobrze zrobi. Ochłonie, uwolni się od napięcia.

W slipach, z ręcznikiem na szyi szedł szybko przez ogród. Zatrzymał się kilka metrów od basenu. Ktoś tam był: jego „żona” ze swoim synkiem.

Przyglądał im się przez chwilę. Dziewczyna stała na płytkim końcu basenu, podrzucała malucha i chwytała go, kiedy z pluskiem wpadał do wody. Obydwoje zanosili się śmiechem, a chłopiec był najwyraźniej zachwycony nową zabawą.

Kiedy Rafael podszedł, Magda znieruchomiała, a mały zaczął piszczeć, zawiedziony, że matka o nim zapomniała. A Magda wpatrywała się w Rafaela, jakby zobaczyła potwora. Wzięła małego na ręce i po ułożonych w łuk stopniach zaczęła wychodzić z basenu.

– Przepraszam, nikt mi nie powiedział, że będziemy przeszkadzać.

Rafael westchnął z rezygnacją. Czemu ta dziewczyna traktuje go, jakby był jakimś Drakulą albo potworem Frankensteina?

– Nie musisz uciekać – powiedział, kładąc ręcznik na leżaku. – Nie potrzebuję całego basenu.

– Już pójdziemy – oświadczyła dziewczyna, choć mały wcale nie chciał wychodzić z wody, sądząc po jego głośnych protestach.

– Zostańcie. – Zabrzmiało to ostrzej, niż Rafael zamierzał, ale zirytowała go wylękniona mina dziewczyny. – Mały chce się pluskać.

– Mały ma na imię Benji – oznajmiła hardo. – To, że nie ma ojca, nie oznacza, że nie ma imienia.

Jaka ona drobniutka, pomyślał Rafael. Kostium, który miała na sobie, dawno należało wyrzucić i zapewne tak postąpiła jego pierwsza właścicielka. Był o numer za duży na dziewczynę, poza tym bezpowrotnie utracił elastyczność.

Zdała sobie sprawę, że Rafael mierzy ją wzrokiem i na jej twarzy pojawiło się to, co dostrzegł pierwszego ranka, kiedy oceniał, czy będzie dobrą kandydatką: wstyd, upokorzenie.

Zirytował się i poczuł dyskomfort.

Cóż, to nie jej wina, że wygląda jak oskubany kurczak. Poza tym nie ma pieniędzy, żeby wyrzucać je na nowy kostium, który uczyniłby ją trochę atrakcyjniejszą, zamiast dodatkowo oszpecać. Zresztą to samo odnosiło się do całej jej garderoby.

Nagle stanęła mu przed oczami Lucia w swoich kreacjach od najlepszych projektantów, które wkładała kilka razy i potem wyrzucała.

Nie powinien w ogóle porównywać tych dwóch kobiet, były jak istoty z różnych planet.

„Nic o mnie nie wiesz…”

Tak powiedziała mu wczoraj rano. Zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio.

Dziewczyna podeszła do leżaka, zawinęła małego w ręcznik i sama też owinęła się dużym ręcznikiem kąpielowym jak sarongiem.

Czy to dlatego, że wreszcie nie widział okropnego kostiumu, czy to ze względu na ciepłe, złote światło zachodzącego słońca, w tej chwili wydała się Rafaelowi pełna wdzięku. Ze zdumieniem zauważył, że ma długie włosy. Zawsze nosiła je upięte w jakiś pokraczny kucyk czy węzełek, dzisiaj zebrała je w koński ogon. Były naprawdę długie.

Mały wreszcie się uspokoił i wpatrywał się teraz w Rafaela wielkimi ciemnymi oczami. Jak on ma na imię? Benji? Postara się zapamiętać, żeby następnym razem nie musiała zwracać mu uwagi.

Zebrała swoje rzeczy i odeszła, rzucając jeszcze pełne lekceważenia „przepraszam”, kiedy zapomniał usunąć się z drogi. Benji ściskał w rączce nadmuchiwane koło niczym największy skarb.

I znowu Rafael poczuł się nieswojo; dziewczyna i Benji dobrze się bawili, a on ich wypłoszył. Niepotrzebnie uciekała. Wcale by mu nie przeszkadzali, pod warunkiem że miałby dla siebie jeden pas w basenie.

Cóż, teraz za późno. Nie jego wina, powiedział sobie, poirytowany, i skoczył do wody.

Wyszedł z basenu po czterdziestu minutach, zmęczony, ale w o wiele lepszym nastroju. Słońce już zaszło, jednak ciągle jeszcze było ciepło. Wytarł się, owinął ręcznikiem i dopiero teraz poczuł, jak bardzo zgłodniał.

Weźmie prysznic, przebierze się, wypije szklaneczkę aperitifu. Wiedział, że zaraz napadnie go ciotka ze swoimi napomnieniami i radami, ale w obecnym stanie ducha gotów był to znieść. Cieszył się, że przyjechała. Ona jedna potrafiła uspokoić ojca, zawsze to robiła, przez całe życie.

Poza tym obecność ciotki i wuja powinna sprawić, że kolacja upłynie w jako tako znośnej atmosferze. Może uda się namówić Bernarda, żeby opowiedział o swoich ostatnich badaniach naukowych: właściwie tylko wtedy się ożywiał i zaczynał mówić, a o swoich pasjach mógł mówić bez końca, jeśli ktoś chciał słuchać.

Rafael uśmiechnął się: z przyjemnością posłucha wuja. Lubił Bernarda tak samo jak lubił ciotkę, jej cięty język i trzeźwe spojrzenie na życie. Nie mieli własnych dzieci i kiedy Rafael był mały, strasznie go rozpieszczali, przyjeżdżali na każde urodziny, na święta i na weekendy, jeśli tylko Bernardo nie był zajęty pracą.