Wszystkie barwy Toskanii

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Była tak zdumiona, że otworzyła machinalnie.

Rafaela na jej widok ogarnęły wątpliwości. Czyżby naprawdę zaproponował małżeństwo temu… Jak to się mówi po angielsku? Popychadłu?

W rozciągniętej, workowatej bluzie bawełnianej, w znoszonych spodniach. Tłuste, pozbawione koloru włosy związane w kucyk, ziemista twarz, cienie pod oczami. Najbardziej odpychająca kobieta, jaką w życiu zdarzyło mu się widzieć.

I dlatego doskonała. Przeciwieństwo Amandy, pierwszej kandydatki. Dlaczego nie? Zamiast seksownej, wyzywającej idiotki przedstawi tatusiowi tego kopciucha obarczonego nieślubnym dzieckiem. Równie dobre rozwiązanie, jeśli nie lepsze.

Poza tym, pomyślał nagle, ogarniając spojrzeniem norę, w której mieszkała, i spoglądając na malca o czekoladowych oczach, ona zrobi z tych stu tysięcy znacznie lepszy użytek niż Amanda.

– Co… co pan tu robi? Jak mnie… jak mnie pan znalazł? – jąkała się, kompletnie zaszokowana.

Rafael wszedł, zamknął drzwi za sobą i dziewczyna odruchowo stanęła między nim a dzieckiem.

Czy ona myśli, że zrobiłby krzywdę jej małemu?

– Tylko bez paniki – powiedział sucho. – Administrator mojego domu dał mi twój adres. Chciałem wcześniej porozmawiać, ale nie mogłem cię zastać.

– Wychodziłam.

– Rozumiem – powiedział z przekąsem. – Sąsiad lubi muzykę.

– Owszem.

– To nie do zniesienia.

Ale ja muszę to znosić, pomyślała Magda. Ja i cała reszta lokatorów w tym domu. Ciągle jeszcze nie mogła ochłonąć z szoku. Już niemal przekonała samą siebie, że poranna rozmowa w ogóle nie miała miejsca. I oto ten sam człowiek stał przed nią znowu.

Rafael di Viscenti. Pasowało do niego to nazwisko idealnie. Rafael di Viscenti, luksusowy produkt włoskiej klasy wyższej.

Luksusowy produkt podszedł do stołu, położył na nim płaską skórzaną teczkę i wyjął kilka dokumentów.

– Kazałem przygotować konieczne papiery – oznajmił. – Przeczytaj je i podpisz.

– Nic nie podpiszę, panie Viscenti.

– Di Viscenti – poprawił ją. – Będziesz panią di Viscenti. Musisz nauczyć się prawidłowo wymawiać swoje nazwisko.

Magda poczuła, że ma spocone dłonie i wytarła je nerwowo w spodnie.

– Obawiam się, że… że aaa… nie będę mogła panu pomóc… To zbyt, aaa… niezwykła oferta.

Próbowała odmówić taktownie. Nie mogła przecież oznajmić mu wprost, że jest stuknięty i że ona nie chce mieć nic wspólnego z tym absurdem.

Rafael uniósł brwi.

– Niezwykła? – powtórzył i po chwili skinął potakująco głową. – Owszem, niezwykła, panno Jones. Wyjaśniałem już rano, że nie mam wyboru. Nie będę wdawał się w szczegóły, powiem tylko, że chodzi o zachowanie rodzinnej firmy, Viscenti AG. Dlatego muszę się błyskawicznie ożenić. To czysta formalność, niemniej absolutnie konieczna.

– Dlaczego akurat ja? Ktoś taki jak pan mógłby się ożenić z każdą.

Rafael przyjął ten komplement jako coś oczywistego.

– Proszę potraktować to nie jako małżeństwo, tylko, powiedzmy, umowę-zlecenie. Poprzednia kandydatka… nie godziła się na taką formę. – Wykonał gest zniecierpliwienia. – Kobieta, którą widziałaś dzisiaj rano w moim mieszkaniu.

– Z nią chciał się pan ożenić?

– Tak. Niestety, w ostatniej chwili… wycofała się. Potrzeba nagłego zastępstwa. Muszę ożenić się do końca miesiąca.

– Ale dlaczego akurat ze mną? – powtórzyła Magda.

Cała sprawa wydawała się jej zupełnie absurdalna, aczkolwiek zaczynała rozumieć, że ten człowiek istotnie musiał stanąć wobec jakiejś niezwykłej konieczności, skoro gotów był ożenić się z tą wyzywającą kobietą, która rano wściekła wypadła z jego mieszkania. Z drugiej strony, takich jak tamta mógł znaleźć na pęczki.

– Jest jedna zasadnicza różnica między tobą i twoją poprzedniczką – tłumaczył. – Amanda chciała moich pieniędzy, a ty… ty ich potrzebujesz. – Spojrzał na nią uważnie. – To cię czyni bardziej wiarygodną.

Magda słuchała bez słowa.

– Potrzebujesz pieniędzy. Rozpaczliwie potrzebujesz po to, żeby ratować siebie i swojego synka. – Patrzył jej cały czas w oczy i kusił niczym diabeł. – Nie możesz dłużej mieszkać w takich warunkach i świetnie zdajesz sobie z tego sprawę. Musisz znaleźć inne lokum. Moje pieniądze pozwolą ci wyrwać się stąd. To dla ciebie koło ratunkowe. Chwytaj je.

Zrobiła się blada jak płótno. Widział, że targają nią emocje, że zmaga się z sobą i tym bardziej naciskał:

– To dla ciebie klucz do nowego życia, do innej przyszłości, w zamian za cztery tygodnie pobytu we Włoszech. To wszystko, o co proszę. Potem będziesz wolna i będziesz mogła dysponować swoim życiem, jak zechcesz.

Nie mogła zebrać myśli, ledwie mogła oddychać.

– Ja… nie wiem, kim jesteś – szepnęła. – Z kim mam do czynienia…

Na te słowa hardo wysunął brodę.

– Rafael di Viscenti. Z bardzo starej, znanej i szanowanej rodziny. Dyrektor generalny Viscenti AG, firmy, której wartość szacowana jest na czterysta milionów euro. Zwykle nie muszę przedstawiać listów uwierzytelniających – dodał z wyraźnym przekąsem.

– Cóż – bąknęła. – Obracam się w trochę innych kręgach.

– To czysta umowa – ciągnął tonem wyższości. – Nie ma w niej żadnych kruczków, żadnych ukrytych klauzul. Jeśli chcesz, możesz porozmawiać na ten temat z moimi prawnikami. Dostaniesz dokładnie to, co gwarantują ci te dokumenty – wskazał leżące na stole papiery. – Możesz mi teraz wyjaśnić, co cię powstrzymuje przed ich podpisaniem?

Ty, miała ochotę krzyknąć. Ty. Nie mogę wyjść za faceta o twojej urodzie, z twoim majątkiem. Nie mogę wyjść za faceta, który wygląda, jakby zszedł ze stron ilustrowanego magazynu. To absurd. Szaleństwo. To…

Znudzony zabawą Benji zaczął marudzić, Magda usiadła i wzięła go na kolana.

– Sto tysięcy funtów – kusił Rafael. – Pomyśl, co możesz zrobić z taką sumą… Zastanów się.

Zaczęła kołysać synka, zamknęła oczy. Idź stąd, czarcie, myślała. Zniknij. Zabierz swoją teczkę, swój cyrograf i wyjdź, zanim ulegnę.

– Zrób to dla siebie, dla swojego dziecka.

Miękki, kuszący głos…

– Jeśli w tej chwili wyjdę, żeby już nie wrócić, jak będziesz dalej żyła ze świadomością, że odrzuciłaś taką propozycję?

Kołysała się razem z Benjim, coraz mocniej zamykając go w ucisku, aż wreszcie zaczął protestować.

– Cztery tygodnie w moim domu rodzinnym we Włoszech, Jones, i potem będziesz wolna.

– Benji pojedzie ze mną…

– Oczywiście, nie może być inaczej. – Rafael nie zamierzał tłumaczyć przyszłej żonie, dlaczego powinna pojawić się w jego rodzinnym domu ze swoim nieślubnym dzieckiem. – Musisz tylko podpisać papiery, to wszystko. – Wyjął z kieszonki marynarki złote pióro wieczne, odkręcił i czekał. – Proszę.

Jego głos zabrzmiał tak władczo, że Magda powoli, jak zahipnotyzowana, uwolniła się od Benjiego i wstała. To nie mogło dziać się naprawdę. Za chwilę się obudzi, sen pryśnie.

Rafael podał jej pióro. Wzięła je, ciągle działając jak automat. Spojrzała na stół: Rafael rozłożył papiery, wskazywał palcem, gdzie powinna złożyć podpis.

Złota stalówka sama zdawała się kreślić litery podpisu na papierze: Magda mogłaby przysiąc, że mokry jeszcze atrament łyska w mdłym świetle lampy ciemną czerwienią. Oddała Włochowi pióro i ogarnęła ją fala słabości.

Co ja zrobiłam? Dobry Boże, co ja najlepszego uczyniłam?

Ale klamka zapadła.

Benji usnął. Bardzo źle zniósł start, przez pierwsze pół godziny lotu marudził i popłakiwał, wreszcie się uspokoił.

Magda zerknęła ukradkiem na Rafaela: siedział po drugiej stronie przejścia i studiował jakieś papiery pochłonięty swoim zajęciem, niepomny, zdawałoby się, co się wokół dzieje.

W luksusowym prywatnym odrzutowcu tnącym przestworza nad kontynentem nie było nikogo poza ich trojgiem. Dla Magdy, a leciała pierwszy raz w życiu, podniebna podróż była niezwykłym przeżyciem, do tego jumbo jetem, którego wnętrze bardziej obytych mogło wprawić w oszołomienie.

Ale też, prawdę rzekłszy, od momentu podpisania kontraktu cały czas żyła w oszołomieniu, wszystko było niezwykłe. Starała się nie analizować swojej sytuacji, bojąc się, że każda próba w tym kierunku doprowadzi ją prostą drogą do obłędu. Pozwalała po prostu, żeby rzeczy działy się niejako same z siebie, poza nią, i poddawała się bezwolnie biegowi zdarzeń. Była jak ta pusta blaszana puszka ciągnięta na sznurku za rozpędzonym wozem Rafaela di Viscenti.

Od tamtego wieczoru do momentu zawarcia ślubu w ogóle go nie widziała, jakby z chwilą uzyskania jej bezcennego podpisu całkowicie stracił dla niej zainteresowanie, ale to właśnie, o dziwo, dodawało jej otuchy. Najwyraźniej było tak, jak mówił: miała do wypełnienia określone zadanie, rolę do odegrania i na tym koniec. Była dla niego zaledwie wynajętym człowiekiem, świadczącym pewną usługę.

Rano przysłany przez Rafaela samochód zawiózł ją do urzędu stanu cywilnego, gdzie państwo młodzi podpisali akt ślubu. Wszystko działo się jak we mgle; w odpowiednim momencie wypowiedziała kilka odpowiednich słów, ale co mówiła? Jedno, co pamiętała, to to, że obok niej stoi jakiś wysoki mężczyzna. Słyszała jego głos, swój, głos urzędnika i to wszystko: ceremonia ślubna.

Tak. Jeszcze jedna rzecz utkwiła jej w pamięci: moment, gdy mężczyzna wsunął jej obrączkę na palec, a ją jakby przeszedł prąd pod wpływem jego dotyku. Kiedy w chwilę później musiała powtórzyć ten sam gest wobec niego, uczyniła to z najwyższym trudem, tak bardzo drżała jej dłoń.

Potem usłyszała żałosny płacz Benjiego dochodzący z poczekalni i, zdjęta troską o syna, nie zarejestrowała już nic więcej.

Kiedy rzecz dobiegła końca, Magda w jednej chwili była przy Benjim, już trzymała go w ramionach. W sekundę później pojawił się obok niej Rafael, ujął ją pod łokieć i powiedział tak łagodnie, jak potrafił:

 

– Jeśli jesteś gotowa, jedziemy.

I pojechali, prosto na Heathrow, gdzie czekał samolot. Kiedy już siedzieli w fotelach, Rafael raczył jeszcze zapytać, czy jej wygodnie, i zapomniał o nowo poślubionej żonie.

Mgła. Wszystko spowite w nierealnej mgle. Zdaj się na bieg zdarzeń, powtórzyła sobie, gładząc Benjiego po główce. Nie próbuj niczego analizować, rozumieć. Była jeszcze w szoku, a jednak gdzieś pod zewnętrznym odrętwieniem czuła narastające podniecenie: pierwszy raz w życiu leciała samolotem, pierwszy raz w życiu wyjeżdżała za granicę…

Włochy. Czy to możliwe? Przygotowując się do wyjazdu, przeczytała kilka książek na temat tego cudownego kraju, jakie mogła znaleźć w lokalnej bibliotece. Zawsze uwielbiała czytać, czytanie było jej jedyną pociechą, ucieczką od ponurej rzeczywistości wszelkich przytułków, sierocińców i domów dziecka, w których się wychowywała. Dzięki lekturze przenosiła się w magiczne krainy zamieszkiwane przez magiczne istoty – z dala od nieszczęśliwych, porzuconych dzieci i dysfunkcjonalnych rodzin, z których pochodziły i za których patologie i kalectwa emocjonalne musiały płacić.

Spojrzała na ocean obłoków za oknem. Kaz, pomyślała. Kaz, pobite dziecko, z połamanymi kończynami, Kaz o dzikim spojrzeniu. Dziecko katowane przez ojczyma, dziecko alkoholiczki, które trafiło do tego samego sierocińca co Magda. Zamknięte w sobie, nieufne niemal tak samo jak ona. Ona i Kaz. Nieszczęśliwa dwójka, która przylgnęła do siebie, zaprzyjaźniła się i po raz pierwszy w życiu zrozumiała, czym jest więź uczuciowa.

Przejął ją gwałtowny ból, smutek… Gdzie jesteś teraz, Kaz? Co się z tobą dzieje?

Benji poruszył się niespokojnie i Magda pocałowała go lekko, po czym znowu podniosła głowę i zapatrzyła w chmury za oknem. Słusznie postąpiła, godząc się na to cudaczne małżeństwo, teraz już była pewna swej decyzji.

Zrobiła to dla Benjiego.

Po raz pierwszy od podpisania kontraktu była pewna swego i spokojna.

Spokój prysł, kiedy samolot wylądował na ruchliwym lotnisku w Pizie: Włosi robili zamieszanie, Benji płakał i Magda znowu poczuła się jak puszka wleczona za rozpędzonym samochodem.

Przed terminalem czekała już na nich wielka czarna limuzyna i po godzinie jazdy drogami Toskanii minęli kutą bramę rodowej posiadłości Rafaela.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił, wyłączając laptop.

Magda za moment miała wcielić się w rolę signory di Viscenti.

– Spokojnie – dodał, jakby wyczuwał jej napięcie. – Dla ciebie to tylko zlecenie do wykonania, nic więcej. Pamiętaj o tym.

Być może wydawało się jej, a być może rzeczywiście w jego głosie zabrzmiała nuta zawziętości, tyle że z całą pewnością nie do niej skierowana: adresowana raczej do tego, kto wymusił na nim małżeństwo.

Cóż, pomyślała sobie, to jego problem. Ona tylko robiła to, o co ją poprosił, a mówiąc precyzyjniej, za co jej zapłacił. Ślub był czystą formalnością.

Przez jeden króciutki moment zrobiło się jej smutno, że to tylko zlecenie, a nie bajka, w której jest naprawdę nową panią di Viscenti i oto mąż, któremu kilka godzin temu ślubowała miłość po grób, przywozi ją do rodzinnego gniazda, by przedstawić rodzicom.

Ale tak tylko w bajkach bywa.

Limuzyna zatrzymała się przed piękną starą willą, której szlachetna uroda wprawiła Magdę w niemy zachwyt. Wysiadła z samochodu i ostrożnie wyjęła śpiącego Benjiego. Miała na sobie najlepszą sukienkę, kupioną w sklepie charytatywnym raptem za niecałe pięć funtów. Sukienka była o numer za duża, a fason zdawał się odpowiedniejszy dla pani po pięćdziesiątce niż dla młodej dziewczyny, ale co tam. Gdyby jej strój miał mieć jakiekolwiek znaczenie, Rafael zadbałby o odpowiednią garderobę.

– Chodźmy. – Człowiek, którego poślubiła tego ranka, ujął ją pod łokieć.

Zerknęła na niego: twarz pozbawiona wyrazu, daleka, twarz, z której nic nie dało się wyczytać. Tylko odrobinę zbyt mocny uścisk świadczył o napięciu. W każdym razie, wyczuła to instynktownie, na pewno nie myślał teraz ani o niej, ani o Benjim.

Kiedy weszli po stopniach, wielkie drewniane drzwi same się otworzyły i w progu stanął starszy pan w kamizelce: zapewne lokaj albo kamerdyner, pomyślała. Pozdrowił Rafaela i choć nie zrozumiała ani słowa, z miny i tonu głosu Włocha odgadła, że w domu nie oczekiwano przybycia panicza.

Tym bardziej w towarzystwie.

Jeszcze kilka krótkich zdań, jedno spojrzenie w kierunku obcej kobiety z dzieckiem, i na twarzy kamerdynera odmalowało się już nie zdziwienie, ale zdumienie pomieszane ze zgrozą.

W sieni Rafael zwrócił się do Magdy:

– Musicie być zmęczeni – powiedział bezosobowym głosem. – Powinniście odpocząć. Chodź.

Po szerokich marmurowych schodach Magda ruszyła za nim na piętro, wodząc wokół szeroko otwartymi oczami: białe ściany zawieszone starymi gobelinami, obrazy olejne. Otoczenie sprawiało wrażenie niezwykle nobliwe, tchnęło dostojeństwem przeszłości. Poczuła się niemal jak w muzeum pełnym bezcennych eksponatów.

I ona ma mieszkać w tym bajkowym świecie przez najbliższe cztery tygodnie? Nie mogła w to uwierzyć.

Weszli do ogromnego pokoju z równie ogromnym łożem pośrodku i kamiennym kominkiem.

– Tutaj jest łazienka. – Rafael wskazał drzwi. – Jeśli będziesz potrzebowała czegoś dla siebie albo dla dziecka, wystarczy poprosić Giuseppe.

Magda skinęła głową. Kamerdyner, najpewniej o nim mówił Rafael, pojawił się właśnie w pokoju z jej biedną walizką, równie nieprzystającą do otoczenia jak ona sama.

– W porządku. – Rafael spojrzał na zegarek. – Odświeżcie się. Masz ochotę na kawę?

Ponownie skinęła głową.

– W porządku – powtórzył Rafael. – Kiedy będziecie gotowi, Giuseppe sprowadzi was na dół. Aha, jeszcze jedno – dodał z zimnym błyskiem w oku. – Nie przebieraj się.

Wyszedł, a za nim Giuseppe.

Kiedy została sama, Magda raz jeszcze rozejrzała się po pokoju. To jasne, że Rafael ukrył ją do chwili, gdy będzie mu potrzebna, musiała jednak przyznać, że miejsce przechowania otrzymała komfortowe. Zbyt komfortowe.

Zerknęła na ogromne łoże. Łoże, w którym państwo młodzi powinni spędzić noc poślubną…

Szybko odegnała tę myśl. Rafael di Viscenti był jej mężem tylko formalnie. Nie jej sprawa, gdzie będzie spał.

Rafael schodził po schodach. Za moment czekało go spotkanie z ojcem: niemiłe, acz konieczne. Raz na zawsze da do zrozumienia starszemu panu, że nie jest marionetką, której sznurki można pociągać.

Dla ojca firma założona dla ratowania podupadającej fortuny starego szlacheckiego rodu była po prostu źródłem dochodów, niczym więcej.

Rafael widział rzecz zupełnie inaczej: świat się zmieniał, kierunki działania wyznaczała rządząca światem globalizacja, dlatego zamierzał wprowadzić swoją firmę na rynek globalny, uczynić ją jedną z największych i najpotężniejszych na tym rynku, a konkurencja była bezwzględna, małe rodzinne firmy nie miały żadnych perspektyw, żadnych szans na przetrwanie.

Podjęcie nowej strategii stanowiło powód wiecznych utarczek z ojcem. Rafael był co prawda dyrektorem generalnym, ale ojciec prezesem firmy i to on posiadał pakiet kontrolny akcji. Niechętnym okiem patrzył na usiłowania Rafaela wydobycia się z zaścianka i podbicia rynku europejskiego. Rafael odnosił sukcesy, zyski rosły w zawrotnym tempie, ale ojciec pomimo to wolałby, żeby wszystko zostało po staremu.

Tyle pracy, energii, wysiłku, by stworzyć z Viscenti AG prężną międzynarodową korporację, i teraz to wszystko miałoby zostać zaprzepaszczone, przejść w obce ręce? Rafael nie mógł się na to zgodzić. Gotów był na wszystko, by do tego nie dopuścić, czego właśnie dowiódł swoim ostatnim posunięciem.

Przeszedł przez wielką sień, wszedł do biblioteki i podszedł do okna. To typowe dla ojca, pomyślał, patrząc niewidzącym wzrokiem na fontannę w ogrodzie. Nigdy go nie ma, kiedy akurat powinien być. Zaraz po przyjeździe Giuseppe poinformował go, że starszy pan wraz z kuzynką pojechali na lunch i wrócą późnym popołudniem, po czym zaczął się dopytywać, kim jest młoda kobieta z dzieckiem, ale Rafael nie myślał zaspokajać jego ciekawości w tym względzie.

Tożsamość Magdy miała na razie pozostać tajemnicą, by zaskoczenie było pełne. I będzie. Uśmiechnął się z ponurą satysfakcją na tę myśl. Magda była idealną kandydatką. Rozglądała się po rodowej rezydencji z rozdziawionymi ustami, jakby wylądowała na obcej planecie. Kopciuch w za dużej, taniej sukni, z dzieckiem na ręku… Ziemista cera, mysie włosy związane w kucyk.

Ojciec na jej widok wpadnie we wściekłość: nie dlatego że został wywiedziony w pole, ale że syn znieważył nazwisko, wybierając sobie za żonę kogoś takiego.

Magda oczywiście nie miała pojęcia, dlaczego wybrał właśnie ją. Nie jej sprawa. Zostanie sowicie wynagrodzona, poza tym podpisała umowę z własnej i nieprzymuszonej woli. Do tej pory robiła, co jej kazał; nie zadawała pytań, nie narzucała się i nie sprawiała kłopotów.

Rafael usiadł za biurkiem. Czas oczekiwania na ojca skróci sobie pracą. Lepsze to, niż rozmyślanie o czekającej go burzy.

Po co to wszystko? Po co cały ten spektakl? Skrzywił się z niesmakiem. Przecież mogliby porozmawiać jak ludzie, porozumieć się, zamiast iść na konfrontację.

Porozumieć się, ba. Przez ostatnich piętnaście lat miał większe porozumienie z Giuseppe i jego żoną niż z ojcem. To oni nad nim czuwali w najtrudniejszym czasie durnej młodości. Giuseppe ratował go, kiedy Rafael miał kaca. Maria chowała kluczyki do jego pierwszego samochodu, kiedy szybką jazdą chciał rozładować wściekłość po kolejnej awanturze z ojcem. To Giuseppe wysłuchiwał jego planów przemienienia Viscenti AG w potężną korporację. To Maria grzmiała, kiedy sprowadzał do domu pijane panienki.

Wiedział doskonale, że ojciec ma go za nicponia i dlatego tak bardzo nalega na małżeństwo, licząc, że wtedy wreszcie Rafael się ustatkuje. Zacisnął usta. Gdyby wiedział, że z ojcem da się rozmawiać, gdyby istniała najmniejsza szansa na porozumienie, nie zrobiłby tego, co zrobił tego ranka.

Miał piętnaście lat, kiedy jego matka zginęła w wypadku samochodowym: od tamtego momentu zaczęły się nieporozumienia między nim i ojcem. Obydwaj ją opłakiwali, tyle że osobno. Ojciec zamknął się w sobie, przestawał dostrzegać syna.

A Rafael? Teraz z perspektywy lat rozumiał, że jego młodzieńcze wybryki: panienki, szybkie samochody, imprezowanie, wszystko to było rozpaczliwą próbą zwrócenia na siebie uwagi, wołaniem o pomoc, o miłość ojca, który odwrócił się od niego, kiedy chłopak najbardziej go potrzebował.

Teraz było za późno. Nie dało się zburzyć muru, który wznieśli wspólnymi siłami i który teraz skutecznie odgradzał ich od siebie. Obydwaj byli jednakowo zatwardziali, zawzięci. Niczym dwaj zapaśnicy.

Właśnie miała się rozpocząć ostatnia runda.

Na odgłos nadjeżdżającego samochodu Rafael podniósł głowę znad papierów. Rozpoznał od razu charakterystyczne granie silnika luksusowego kabrioletu Lucii. Kochała dobre samochody, tak jak markowe ciuchy i dobre towarzystwo. Nie, nie kochała, ona uważała, że wszystkie te elementy są jej niezbędne dla tworzenia „właściwego” wizerunku własnej osoby. Do tego potrzebny był jej bogaty mąż.

Rafael wyszedł do sieni na spotkanie z przybyłym.

– Ty tutaj? – Ojciec zamarł na jego widok.

– Witaj, tato.

– Kiedy przyjechałeś? – Trudno powiedzieć, by Enrico di Viscenti był szczególnie uszczęśliwiony.

– Mniej więcej godzinę temu. – Udzieliwszy tej treściwej informacji, Rafael podszedł do Lucii i pocałował ją w oba policzki.

Zbyt intensywnie pachniała perfumami, miała za mocny makijaż, ale była atrakcyjną kobietą i świetnie o tym wiedziała.

– Cóż za niespodzianka, Rafaelu – powiedziała gładko, ale przyglądała się kuzynowi uważnie, jakby chciała dociec powodów jego niezapowiedzianej wizyty.

– Syn marnotrawny wrócił – oznajmił krótko. – Miło spędziliście dzień?

– Bardzo. Byliśmy we Florencji. Po lunchu zabrałam Enrica na wystawę młodego artysty, którym ostatnio bardzo się zainteresowałam.

– Czy z wzajemnością? – zapytał Rafael złośliwie, zmieniając sens słów kuzynki.

– Obrażasz mnie – prychnęła, na co Rafael nieznacznie wzruszył ramionami.

Nie powinien był dogryzać Lucii, ale wiedział doskonale, że jej liczni kochankowie wywodzili się głównie z kręgów artystycznych. Lgnęli do niej, bo dzięki niej trafiali na salony, co ułatwia karierę każdego młodego twórcy. Swobodny tryb życia Lucii był jednym z powodów powstrzymujących Rafaela przed ożenkiem z nią. Być może był staroświecki, Lucia często mu to wypominała, wolałby jednak mieć żonę o bardziej powściągliwych obyczajach seksualnych.

 

Właśnie. Żona.

Na górze czekała przecież jego prawowicie poślubiona „żona”. Dwudziestoletnia angielska sprzątaczka z przychówkiem. Sam nie mógł w to uwierzyć. Naprawdę się ożenił? Musiał stracić rozum.

Owszem, popełnił ten szalony czyn, nie miał innego wyboru. Działał pod przymusem. I przemienił postawiony przez ojca warunek w czysty absurd.

– Czemu zawdzięczamy ten… nieoczekiwany zaszczyt? – zapytał Enrico.

– Jutro moje trzydzieste urodziny, tato – odparł Rafael z błyskiem w oku. – Musiałeś chyba spodziewać się mojego przyjazdu?

– Tak uważasz?

Rafael uśmiechnął się.

– Pojawiam się, bo powinienem się pojawić. Przejdźmy na taras – zaproponował. – Maria przygotowała… małą uroczystość.

Na moment zaległa cisza, nastąpiła wymiana spojrzeń.

– Przyłączysz się, Lucio, prawda? – zapytał Rafael uprzejmym tonem, nie przestając się uśmiechać.