CelTekst

Z serii: Off-Campus #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2
Tucker

— O nie, do cholery! Trzymaj się od niej z daleka, młody. Toksyczna sztuka.

Dean dzieli się swą (zazwyczaj chybioną) wiedzą z naszym nowym lewoskrzydłowym z pierwszego roku, Hunterem Davenportem, gdy chronię się w Malone’s przed strugami lejącego deszczu.

Warunki na drogach są do dupy i jakoś szczególnie nie mam ochoty na siedzenie w knajpie, ale Dean uparł się, że musimy się rozerwać. Cały dzień nerwowo kręcił się po domu, upierdliwy jak diabli i wyraźnie wkurzony, ale kiedy zapytałem go o to, wzruszył ramionami i powiedział, że był nabuzowany.

Może i uchodzę za cichego w porównaniu z moimi głośnymi współlokatorami, ale głupi nie jestem. I, rzecz jasna, nie muszę być pieprzonym detektywem, by zebrać wskazówki do kupy.

Allie Hayes, najlepsza przyjaciółka dziewczyny innego współlokatora, spała u nas wczoraj wieczorem.

Dean to kobieciarz.

Laski uwielbiają Deana.

Allie to laska.

A zatem Dean przespał się z Allie.

Dodam, że po całym salonie walały się ciuchy, ponieważ Dean jest fizycznie niezdolny do uprawiania seksu w swojej sypialni.

Jeszcze się do tego nie przyznał, ale jestem pewien, że w końcu pęknie. I jestem też pewien, że cokolwiek między nimi zaszło ostatniej nocy, Allie nie ma ochoty na powtórkę. Chociaż czemu to akurat miałoby martwić Deana, króla jednego wyskoku, to jeszcze nie rozgryzłem.

— Nie wygląda mi na toksyczną — Hunter przeciąga samogłoski, gdy strząsam wodę z włosów.

— Hej, Fido, weź się osusz gdzie indziej — Dean gdera w moją stronę.

Przewracam oczami i podążam za wzrokiem Huntera, który niczym Super Glue przykleił się do szczupłej brunetki, która siedziała przy długiej ladzie odwrócona do nas twarzą. Widzę krótką spódniczkę, zabójcze nogi i gęste czarne włosy opadające na plecy. Nie wspominając o najokrąglejszym, najjędrniejszym, najseksowniejszym tyłeczku, jaki kiedykolwiek miałem przyjemność podziwiać.

— Niezła — zauważam, zanim odwracam się, szczerząc do Deana. — Założę się, że już ją zarezerwowałeś?

Jego twarz blednie z przerażenia.

— Zapomnij. To Sabrina, brachu. Wystarczy, że codziennie zawraca mi dupę na zajęciach. Nie mam ochoty, by mi ją zawracała po szkole.

— Czekaj, to jest Sabrina? — mówię wolno. To jest dziewczyna, którą Dean uznał za swoją nemezis? — Bez przerwy widuję ją na kampusie, ale nie skapowałem, że to właśnie na nią tak psioczysz.

— To już wiesz.

— Cholerna szkoda. Bo naprawdę miło na nią popatrzeć. — Bardziej niż miło, właściwie. W słowniku obok słówka „wspaniały” znajduje się zdjęcie tyłka Sabriny. Może też być obok słów „zachwycający”, „zajebisty” oraz „petarda”.

— O co wam chodzi? — piszczy Hunter. — To twoja była?

Dean się wzdryga.

— Kurwa, nie.

Pierwszak zaciska usta.

— Więc nie złamię braterskiego kodu, jeśli się do niej przystawię?

— Chcesz do niej startować? Zwariowałeś. Ostrzegam cię, ta dziwka pożre cię żywcem.

Odwracam twarz, żeby ukryć uśmiech. Wygląda na to, że ktoś jednak dał kosza Deanowi. Z całą pewnością między nimi do czegoś doszło, ale nawet gdy Hunter próbuje wycisnąć z Deana coś więcej, ten nie dzieli się żadnymi informacjami wywiadowczymi. A tymczasem Sabrina stojąca po drugiej stronie sali odwraca się. Prawdopodobnie czuje trzy pary oczu świdrujące jej tyłek — z czego dwie są cholernie głodne.

Jej spojrzenie krzyżuje się z moim i zastyga w bezruchu. W oczach dziewczyny pojawia się wyzwanie i mój wewnętrzny zawodnik od razu staje do pionu, by stawić mu czoła.

Wystarczysz mi? — wydaje się pytać.

Gdybyś tylko wiedziała, moja droga.

Pożądliwa iskra rozpala jej spojrzenie — dopóki nie spada ono na Deana.

Pełne usta Sabriny natychmiast się zaciskają, a w naszym kierunku wędruje środkowy palec.

Hunter jęczy i mruczy coś pod nosem o pogrzebanych przez Deana szansach. Ale Hunter to dzieciak, a ta dziewczyna ma w sobie wystarczająco dużo ognia, by podpalić cały świat. Nie potrafię sobie wyobrazić, że chciałaby zabrać osiemnastolatka do łóżka, szczególnie gdy on przy pierwszej przeszkodzie przewiduje porażkę. Ten dzieciak musi popracować nad muskułami, jeśli chce się bawić z dużymi chłopcami.

Grzebię w kieszeniach w poszukiwaniu gotówki.

— Idę po piwo. Potrzebujecie dolewki?

Obaj potrząsają przecząco głowami. Po spełnieniu przyjacielskiego obowiązku udaję się do baru i Sabriny, w samą porę, gdyż barman podaje jej drinka.

Kładę dwudziestkę.

— Ja płacę i do tego podaj mi Millera, jeśli znajdziesz minutę.

Barman chwyta banknot i oddala się do kasy, zanim Sabrina zdąży zaoponować. Obdarza mnie kontemplacyjnym spojrzeniem, a potem podnosi piwo do ust.

— Nie prześpię się z tobą, bo kupiłeś mi drinka — mówi znad butelki.

— No myślę — odpowiadam, wzruszając ramionami. — Mam wyższe standardy niż to.

Częstuję ją uprzejmym skinieniem i powolnym krokiem wracam do stołu, gdzie zebrało się kilku chłopaków z drużyny. Czuję, jak jej oczy wwiercają się w moje plecy. Ponieważ nie może mnie zobaczyć, pozwalam, by uśmiech satysfakcji rozgościł na mojej twarzy. To dziewczyna przyzwyczajona do tego, że się za nią lata, co oznacza, że w moim pościgu muszę zastosować małą niespodziankę.

Przy stole Hunter mierzy wzrokiem kolejny pakiet dziewczyn, a Dean ślęczy nad telefonem — prawdopodobnie pisze do Allie. Zastanawiam się, czy reszta chłopaków wie, że wczoraj zabalowali. Pewnie nie. Garrett i Logan do jutra są w Bostonie ze swoimi dziewczynami, więc jest szansa, że wciąż nie mają o niczym pojęcia. Ale Garrett stanowczo powiedział Deanowi, by trzymał łapy z dala od Allie. Nie chciał, by jakakolwiek afera zakłóciła jego obecnie perfekcyjne życie z najlepszą przyjaciółką Allie, Hannah.

Biorąc pod uwagę, że nie doszło do żadnych wybuchów ani gorączkowych telefonów, założę się, że Dean i Allie zatrzymają wczorajszy wyskok tylko dla siebie.

Właśnie gdy Hunter otwiera buzię, by zapodać jakiś kiepski tekst do jednej z dziewczyn, która pojawiła się przy stoliku, światła migoczą złowieszczo.

Dean marszczy się.

— To apokalipsa tam na zewnątrz czy coś?

— Faktycznie, leje mocno — mówię.

Dean decyduje się spadać do domu. Ja zostaję, chociaż nie miałem ochoty na przyjście do knajpy dziś wieczorem. Nie wiem dlaczego, ale ta krótka wymiana zdań z Sabriną bardzo mnie nakręciła.

To nie tak, że w moim życiu jest niedobór dziewczyn. Może i nie przechwalam się zdobyczami jak Dean czy Logan albo inni kumple z drużyny, ale mam się z kim zabawić. A nawet pozwalam sobie na jednorazowe przygody, jeśli tego chcę.

I właśnie w tej chwili mam na to ochotę.

Chcę Sabrinę pod sobą. Na sobie. Gdziekolwiek zechce się usadowić, będzie dobrze. I pragnę tego tak bardzo, że muszę przeciągnąć ręką po brodzie, żeby nie ulec pokusie, by opuścić ją niżej i podrapać coś innego.

Wciąż nie jestem pewien, co sądzę na temat brody. Zapuściłem ją w czasie mistrzowskich rozgrywek zeszłej wiosny, ale rozrosła się w niekontrolowany sposób jak u człowieka z gór, więc latem ją zgoliłem. Potem znów odrosła, bo jestem cholernym leniuchem i ścinanie jej na krótko jest o niebo łatwiejsze niż golenie do zera.

— Siadaj, człowieku — zachęca mnie Hunter. Jego oczy aktywnie telegrafują, że one są trzy, a nas dwoje, ale te dziewczyny, choć ładniutkie, wcale mnie nie interesują.

— Wszystkie twoje, mały.

Opróżniam butelkę i wracam do baru, przy którym nadal stoi Sabrina. Zbliżyło się też kilku innych drapieżników. Rzucam im wszystkim ciężkie spojrzenie i wślizguję się w świeżo zwolnioną przestrzeń obok niej.

Opieram łokieć za plecami o bar, dając jej iluzję przestrzeni. Przypomina mi trochę nieujarzmionego źrebaka: dzikie oczy, długie nogi i niewypowiedziana obietnica najlepszej jazdy w twoim życiu. Ale jeśli za szybko wyciągniesz dłoń, spłoszy się i nie będzie szans, by go złapać.

— Więc jesteś przyjacielem Di Laurentisa?

Słowa są rzucone mimochodem, ale biorąc pod uwagę, że ona i Dean nie przepadają za sobą, prawdopodobnie jest tylko jeden sposób na odpowiedź, czyli zaprzeczanie wszystkiemu.

Tyle że nie zrobię tego kumplowi, nawet za seks. Mam gdzieś, co Sabrina ma do Deana, podobnie jak opinia Deana o niej nie wpłynie na to, co chcę z nią zrobić. Poza tym głęboko wierzę w powiedzenie, że jak zaczniesz, tak skończysz.

— Jest moim współlokatorem.

Nie wysila się ani trochę, by ukryć niesmak, i zaczyna mnie spławiać.

— Dzięki za drinka, ale moje przyjaciółki machają do mnie. — Kiwa głową w kierunku grupy dziewczyn.

Badam tłum i ani jedna para oczu nawet nie patrzy w naszym kierunku, więc odwracam się do niej, potrząsając smutno głową.

— Na pewno stać cię na coś lepszego. Jeśli chcesz, żebym sobie poszedł, powiedz mi to. Wyglądasz na dziewczynę, która wie, czego chce i nie boi się tego powiedzieć.

— Tak ci powiedział Dean? Założę się, że nazwał mnie dziwką, co?

Tym razem decyduję się trzymać język za zębami. A do buzi wlewam łyk piwa.

— Ma rację — kontynuuje. — Jestem i nie jest mi przykro z tego powodu.

Tak słodko wysuwa podbródek. Uszczypnąłbym go, ale myślę, że mógłbym stracić kilka palców, a przecież będę ich potrzebować wieczorem. Planuję wędrować nimi po całym jej ciele.

Bierze kolejny łyk piwa, które jej kupiłem. Obserwuję, jak delikatne mięśnie w jej gardle pracują. Kurwa, ale jest piękna. Dean mógł powiedzieć, że wysysa życie z małych dzieci, a i tak bym tu wylądował. Ma w sobie coś magnetycznego, co przyciąga nie tylko mnie. Połowa męskiej populacji w barze piorunuje mnie zawistnym wzrokiem. Przesuwam nieznacznie ciało, by ją zasłonić.

 

— Okej — mówię beztrosko.

— Okej? — Na jej twarzy widnieje najsłodszy wyraz zakłopotania.

— Aha. To ma mnie odstraszyć?

Jej idealnie ukształtowane brwi zbiegają się.

— Nie wiem, co jeszcze powiedział, ale nie jestem łatwa. Nie mam nic przeciwko przygodnym numerkom, ale jestem wybredna, jeśli chodzi o to, kogo wpuszczam do łóżka.

— O tym nic nie mówił. Tylko że trułaś mu dupę. Ale oboje wiemy, że ego Deana jest odporne na ciosy. Pytanie brzmi: Czy ty nie jesteś w nim zabujana? Biorąc pod uwagę, że potrafisz gadać tylko o nim, to na to mi właśnie wygląda. — Wzruszam ramionami. — Jeśli tak, zmywam się od razu.

Dean wyraził się jasno, że nie żywi uczuć do Sabriny, ale chcę się upewnić, że i po jej stronie nie ma żadnych żywych emocji. Gdy o nim wspominała, jej ton zabarwiał się wściekłością, ale bez goryczy, co biorę za dobrą monetę. Gniew może wynikać z różnych rzeczy. Rozgoryczenie zazwyczaj ze zranionych uczuć.

Kiedy (nie jeśli) wskoczymy razem do łóżka, to dlatego, że ona będzie chciała być ze mną. Nie ma to być sposób na odzyskanie Deana.

Sabrina szybuje spojrzeniem nad moim ramieniem, do miejsca, gdzie wciąż siedzi mój kumpel z drużyny, a potem wzrokiem wraca do mnie. Przez chwilę pijemy w milczeniu. Jej czekoladowobrązowe oczy są trudne do odczytania, ale czuję, że ostrożnie waży moje słowa. Może oczekuje, bym to ja zajął się gadaniem, wypełnił ciszę, ale biorę ją na przeczekanie. Daje mi to czas na przyjrzenie się jej z bliska. I z tej odległości jest jeszcze piękniejsza.

Ma nie tylko tyłek światowej klasy, ale i nieskończenie długie nogi. A cycki są z rodzaju tych, dla których facet jest gotów się nawrócić. Jak w „dzięki ci, Jezu, za stworzenie tej cudownej istoty” oraz „proszę, o Panie, niech nie będzie lesbijką”. Jawne niegapienie się na te cudne krągłości unoszące się pod jej topem to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jaką musiałem zrobić.

W końcu Sabrina odstawia butelkę na bar.

— To, że jesteś śliczny, nie oznacza jeszcze, że jestem zainteresowana.

Uśmiecham się szeroko.

— Od czegoś trzeba zacząć.

W kącikach jej ust pojawia się, choć niechętnie, uśmiech. Wyciera dłoń o spódnicę i wyciąga ją.

— Jestem Sabrina James. Słyszałam już te wszystkie kawały o byciu jędzą, i nie, nie bujam się w Deanie.

Biorę jej dłoń w moją i wykorzystuję ten kontakt, by przyciągnąć ją do siebie o centymetr bliżej. To polityka małych kroków.

— John Tucker. Miło mi to słyszeć, ale powinnaś wiedzieć, że Dean jest dla mnie jak brat. Wspieramy się na lodzie od czterech lat, a od trzech mieszkamy razem, planuję być drużbą na jego ślubie i mam nadzieję, że on zrobi to samo. Jednak to tylko przyjaciel, a nie mój tatuś.

— Czekaj, żenisz się? — pyta zdezorientowana.

To nawet zabawne, że z tego wszystkiego, co powiedziałem, uczepiła się właśnie tego. Przeciągam gładko dłonią po zewnętrznej stronie jej ręki i luźno otaczam palcami jej nadgarstek.

— W przyszłości, moja droga. W przyszłości.

— Och. — Podnosi butelkę piwa i odkłada ją, kiedy widzi, że jest pusta. — Czekaj. Ty chcesz się ożenić?

— Kiedyś w końcu tak. — Chichoczę, widząc jej zdumienie. — Nie dzisiaj, ale taak, pewnego dnia zechcę się ożenić i mieć dziecko albo nawet i troje. A ty?

Podchodzi barman i macham kolejną dwudziestką w jego kierunku.

Ale Sabrina potrząsa głową.

— Prowadzę. Jedno piwo to mój limit.

Zamawiam dla nas wody i barman szybko wraca z dwoma wysokimi szklankami.

Światła znów migają, skręcając mi kiszki w potrzebie działania. Muszę się streszczać, bo inaczej całkowicie stracę szansę.

— Dzięki — mówi, popijając wodę. — I nie. Nie widzę siebie z dziećmi czy mężem w najbliższej przyszłości. A poza tym, myślałam, że wy, hokeiści, lubicie używać sobie na całego.

— W którymś momencie nawet ci najwspanialsi przechodzą na emeryturę. — Uśmiecham się ironicznie znad szklanki.

Śmieje się.

— No dobra. Niech ci będzie. A więc John, jaki jest twój główny przedmiot?

— Tucker. Wszyscy nazywają mnie Tucker albo Tuck. I zarządzanie.

— Więc potrafisz zagospodarować tę swoją hokejową kasę?

Nadal nie puściłem jej nadgarstka i z każdą wymianą zdań skracam dystans między nami.

— A nie. — Kiwnięciem głowy wskazuję na kolano. — Jestem za wolny na zawodowstwo. W liceum oberwałem. Jestem wystarczająco dobry tutaj, żeby załapać się na stypendium, ale znam swoje możliwości.

— Och, przykro mi. — W jej głosie wybrzmiewa szczery żal.

Dean to głupek. Ta dziewczyna jest słodka. Nie mogę się doczekać, by przyłożyć do niej usta.

I ręce.

I zęby.

I mojego twardego jak skała fiuta.

— Niech ci nie będzie. Mnie nie jest.

Przesuwam rękę po barze do momentu, aż Sabrina w zasadzie stoi w pierścieniu moich rąk. Jej stopy są wciśnięte między moje i jeśli przesunę biodra nieznacznie do przodu, będę w stanie ją dotknąć, o co błaga moje ciało. Ale jeśli miałbym wymienić jedną rzecz, której nauczyłem się, grając w hokeja przez te wszystkie lata, byłoby to, że cierpliwość się opłaca. Nie oddajesz natychmiastowego strzału, kiedy twój kij dostaje krążek. Czekasz na odpowiedni moment, gdy droga będzie wolna.

— Tak serio, to nigdy tego nie chciałem — dodaję. — A myślę, że to jedna z tych rzeczy, której naprawdę trzeba pragnąć.

I wtedy Sabrina wchodzi do gry. Mogę strzelać.

— A czego pragniesz ostatnimi czasy?

— Ciebie — odpowiadam bez ogródek.

Dzieją się dwie rzeczy. Światła gasną kompletnie i ona prawie upuszcza szklankę. Szafa grająca milknie i nagle bar wydaje się o niebo za cichy. Wokół nas rozlega się kilka piskliwych salw śmiechu oraz parę przerażonych wrzasków.

— Spokojnie, dzieciaki, nie naróbcie w gacie — wrzeszczy jeden z barmanów. Sprawdzimy, co się dzieje. Generatory powinny zadziałać lada sekunda.

Jak na zawołanie w powietrzu rozlega się szum, a potem przyćmione światło rozjaśnia zatłoczoną salę.

— Nadal jesteś spragniona? — pytam, głaszcząc wewnętrzną stronę jej nadgarstka długimi, łagodnymi ruchami. W górę do łokcia i w dół do nadgarstka. Powtarzam. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze.

Jej spojrzenie opada na nasze połączone dłonie i rozszerza się, jakby właśnie zdała sobie sprawę, że dotykamy się od jakichś dziesięciu minut. Pochylam się blisko i ocieram nosem o zewnętrzny płatek jej ucha, wypełniając płuca jej pikantnym zapachem.

Mógłbym tu stać cały dzień. Jest coś wspaniałego w przedłużaniu niecierpliwego wyczekiwania aż do chwili, gdy staje się to niemal bolesne. To podsyca eksplozję wytrysku. Coś mi mówi, że seks z Sabriną James to będzie totalny odlot.

Nie mogę się doczekać.

Po wzięciu głębokiego oddechu, takiego, co popycha jej perfekcyjne cycki na moją klatkę, odsuwa się — nie za daleko, ale wystarczająco, by stworzyć szczelinę.

— Związki mnie nie interesują — mówi bez ogródek. — Jeśli to zrobimy.

— Co zrobimy? — Nie mogę się powstrzymać od droczenia.

— To. Przestań się zgrywać, Tucker. Stać cię na więcej.

Parskam śmiechem.

— No dobra. Niech będzie... — Macham ręką. — Kontynuuj...

— Jeśli to zrobimy — powtarza — to chodzi tylko o seks. Żadnych niezręcznych poranków po wszystkim. Żadnych numerów telefonów.

Głaszczę ją jeszcze jeden raz, a potem puszczam i pozwalam, by odczytała z mojego milczenia, co tylko chce. Szczerze wątpię, by jednorazowy numerek okazał się dla nas wystarczający, ale jeśli ona dziś wieczorem musi w to wierzyć, nie mam nic przeciwko.

— No to chodźmy.

Jej usta się wykrzywiają.

— Teraz?

— Teraz. — Oblizuję dolną wargę językiem. — Chyba że chcesz posiedzieć tu trochę dłużej i pokręcić się dookoła faktu, że pragniemy zedrzeć z siebie ciuchy.

Jej chropawy śmiech trafia prosto w moje jajka.

— Bardzo celne spostrzeżenie, Tucker.

Chryste. Uwielbiam sposób, w jaki moje imię wytacza się z tych pełnych, wydętych warg. Może poproszę, by je wypowiedziała, gdy będę ją doprowadzać do orgazmu.

Pożądanie narastające we mnie jest tak silne, że muszę zacisnąć pośladki i oddychać przez nos, by trochę wyhamować. Chwytam łokieć Sabriny i toruję drogę do drzwi. Kilku ludzi wykrzykuje moje imię albo klepie mnie po plecach, by mi pogratulować meczu. Ignoruję ich wszystkich.

Na zewnątrz wciąż leje. Przyciągam Sabrinę bliżej i unoszę czarno-srebrną kurtkę nad jej głową. Na szczęście mój wóz stoi blisko.

— Tam.

— Niezłe miejsce — komentuje.

— Nie mogę narzekać. — To bonus za bycie rozgrywającym w wygrywającej mistrzostwo drużynie hokejowej na uniwerku.

Pomagam jej władować się do mojego pikapa, potem wślizguję się na fotel kierowcy i włączam silnik.

— Dokąd?

Wzdryga się nieznacznie, choć nie jestem pewien, czy to z zimna, czy z innego powodu.

— Mieszkam w Bostonie.

— No to do mnie. — Bo nie ma, kurwa, mowy, że wytrzymam godzinę za kierownicą podczas jazdy do miasta. Mój ptak by eksplodował.

Sabrina kładzie dłoń na moim nadgarstku, zanim zdążę przesunąć dźwignię na bieg wsteczny.

— Mieszkasz z Deanem. Nie będzie to dla ciebie niewygodne?

— Nie, dlaczego miałoby być?

— Sama nie wiem. — Jej palec wskazujący przesuwa się, by pogłaskać moje knykcie.

Zaciskam zęby, bo moja erekcja niemal przebija się przez zamek. Po wyjściu z knajpy nie pocałowałem jej tylko dlatego, że gdybym zaczął, najprawdopodobniej przeleciałbym ją na ścianie budynku. Ale teraz ona mnie dotyka i moja samokontrola jest bardziej ulotna niż chmura dymu.

— Zróbmy to tutaj — mówi stanowczo.

Marszczę się.

— W pikapie?

— A czemu nie? Potrzebujesz świeczek i płatków róży? To tylko seks — upiera się.

— Moja droga, powtórz to jeszcze raz, a zacznę się zastanawiać, czy ty naprawdę chcesz przekonać właśnie mnie. — Wstrzymuję oddech, gdy kciukiem zaczyna zakreślać maleńkie kółka ma mojej dłoni. Pierdolić to. Za bardzo jej pożądam. — Ale dobrze. Życzysz sobie w tym wozie, to będzie w wozie.

Bez słowa sięgam pod siedzenie i przesuwam je tak daleko, jak się da. Potem ściągam kurtkę i rzucam ją na tylne siedzenie.

— Masz jakieś wytyczne na okazje typu tylko seks? — przeciągam samogłoski. — Jak na przykład żadnego całowania w usta czy coś?

— No co ty. Wyglądam jak Julia Roberts?

Marszczę czoło.

— Pretty woman? — podpowiada. — Dziwka ze złotym sercem? Żadnego całowania w usta?

Uśmiecham się.

— Więc chcesz powiedzieć, że będziesz całowała te usta? — Klepię się po klacie, żeby wiedziała, że chodzi jej o mnie i nie mam na myśli, że jest dziwką.

Parska śmiechem.

— Jeśli nie będziemy się całować, to się wkurzę. Potrzebuję całowania. W innym wypadku zostałabym po prostu w domu z moim wibratorem.

Uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Z plecami dociśniętymi do okna i butem na desce rozdzielczej robię kołyskę dla jej rozpalonego ciała i zapraszam ją gestem do siebie.

— No to chodź tu i bierz, co ci trzeba.