Francuski milioner

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy późnym wieczorem Rose wróciła do domu, natychmiast włączyła komputer, by poszukać więcej informacji o Genie Bonnaire. Musiała przyznać, że zrobił na niej wrażenie. On z pewnością nie będzie wspominał miło ich porannego spotkania. Był przekonany, że kupi nieruchomość, a tymczasem musiał odejść z kwitkiem. To raczej niecodzienna sytuacja dla wpływowego biznesmena.

Otworzyła jedną ze stron i przebiegła wzrokiem tekst. Wiedziała, że Gene jest znanym przedsiębiorcą, ale nie spodziewała się, że jest jednym z najbogatszych ludzi w Europie. Do wielkiej fortuny doszedł zupełnie sam, rozwijając małą francuską knajpkę we wschodnim Londynie w sieć luksusowych restauracji znanych na całym świecie. Knajpka, od której wszystko się zaczęło, Mangez Bien, należała do rodziców Gene’a. Oboje byli francuskimi imigrantami, którzy jako bardzo młodzi ludzie osiedlili się w Londynie. Z miłości do sztuki kulinarnej stworzyli małą restaurację, która jednak szybko zasłynęła w mieście z wyśmienitej kuchni dogadzającej najbardziej wybrednym podniebieniom. Kiedy Gene skończył siedemnaście lat, przejął prowadzenie interesu, jednak jego ambicje znacznie przewyższały ambicje rodziców. W krótkim czasie osiągnął spektakularny sukces, zostając właścicielem marki znanej na całym świecie. Miał opinię człowieka charyzmatycznego, utalentowanego, z niepowtarzalną intuicją, ale także bezwzględnego w interesach.

Rose zdążyła się już przekonać, że Gene nie lubi, gdy ktoś mu odmawia. Miał wszystko, ale czy był szczęśliwy? Przypomniała sobie błysk bólu w jego oczach, gdy mówił o pierścionku, który ojciec podarował matce.

Westchnęła głośno, odgarniając kosmyk z twarzy. Dlaczego wciąż myśli o Genie, skoro czeka ją poważna i na pewno mało przyjemna rozmowa z szefem? Będzie musiała wyznać, że odrzuciła ofertę francuskiego biznesmana. Zrobiłaby wszystko, aby oszczędzić Philipowi stresu. Naprawdę nie chciała go rozczarować i miała nadzieję, że zrozumie motywy jej decyzji. Z pewnością ostatnią rzeczą, jakiej by chciał, to oddać sklep w ręce kogoś, kto zamierzał dzieło jego życia zmienić w restaurację.

Wyłączyła komputer i wstała z krzesła, przeciągając się. Była zła na siebie, że tyle czasu zmarnowała na szukanie informacji o Genie Bonnaire. Co ją obchodził jakiś francuski przedsiębiorca? Pewnie i tak już nigdy więcej go nie zobaczy.

Wzięła kąpiel, po czym poszła do salonu po książkę, którą ostatnio się zaczytywała – ponad tysiącstronicowe dzieło o Aztekach. Akurat doszła do bardzo ciekawego rozdziału o biżuterii noszonej przez władców, której elementy zostały odnalezione w północnym Meksyku. Miała nadzieję, że kiedyś uda jej się zobaczyć te cuda w którymś z muzeów.

Położyła się do łóżka i czytała do późnej nocy, aż w końcu zasnęła z książką w rękach. Śniła o azteckim władcy, który miał twarz Gene’a Bonnaire’a.

Gene siedział w kawiarni, na przeciwko sklepu z antykami z jedną myślą. Ten budynek będzie należał do niego. Minęły trzy dni, odkąd rozmawiał z Rose, i nic nie wskazywało na to, by zmieniła zdanie. A może jej szef dostał lepszą ofertę? Sam nie wiedział, skąd u niego taka determinacja, ale pragnął tej pięknej, stylowej kamienicy równie mocno, jak kolejnego oddechu, i robiło mu się niedobrze na myśl, że tym razem może przegrać.

Zerknął na zegarek i zmarszczył brwi. Czekał, aż Rose zrobi sobie przerwę i wyjdzie na lunch. Zamierzał zaprosić ją na obiad, oczarować i przekonać do zmiany decyzji, niestety godziny mijały, a ona wciąż nie wychodziła. Był coraz bardziej zniecierpliwiony i rozdrażniony. Ogarnął wzrokiem szyld sklepu: Ukryty Diament. Musiał przyznać, że dość banalna nazwa. Na zewnątrz zbierały się chmury zwiastujące rychły deszcz, a przecież, gdy przyszedł do kawiarni, świeciło słońce. Uznał, że zmarnował wystarczająco dużo czasu. Trudno, będzie musiał sam do niej pójść i przedstawić nową ofertę. Jeśli rzeczywiście zależy jej na zdrowiu szefa, dwa razy się zastanowi, zanim ją odrzuci. Po raz kolejny pomyślał z satysfakcją, że pieniądze otwierają wszystkie drzwi i kruszą wszystkie zamki.

Rose kończyła papierkową robotę w gabinecie Philipa, gdy nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Wstała zza biurka, wygładzając czarną ołówkową spódnicę, ładnie kontrastującą z jedwabną jasną koszulą. Powinna wyjść ze sklepu godzinę temu, ale zajęta była podliczaniem zysków ze sprzedaży za ostatni tydzień.

Podeszła do drzwi, przywołując na usta profesjonalny uśmiech, ale na widok niespodziewanego gościa stanęła jak wryta. Gene Bonnaire. Co on tu robi? Tym razem nie miał na sobie garnituru, a ciemny T-shirt, czarną skórzaną kurkę i dżinsy. Wyglądał fantastycznie, jakby zszedł prosto z okładki prestiżowego magazynu.

– Zawsze pracujesz po godzinach?

– Nie, zazwyczaj nie – odparła automatycznie, czując, jak zalewa ją fala gorąca. – Miałam coś do zrobienia i straciłam poczucie czasu. W czym mogę pomóc, panie Bonnaire? Jeśli liczy pan na to, że zmieniłam zdanie w związku ze sprzedażą, to bardzo mi przykro, ale traci pan czas.

– Daj mi kilka minut. Chciałbym coś z tobą omówić.

– Nie zmienię zdania – upierała się.

– Może jednak pozwolisz mi wejść?

Rose uniosła jedną brew, patrząc z powagą w lodowato zimne oczy mężczyzny.

– Przecież już wszystko omówiliśmy. Nie widzę sensu dalszej dyskusji.

– Ty chyba naprawdę nie masz pojęcia o prowadzeniu interesów, prawda, Rose? Zastanawiam się, dlaczego twój szef Philip Houghton tak w ciebie wierzy… Może mnie oświecisz?

– Może dlatego, że nigdy go nie zawiodłam?! – rzuciła z pasją, tracąc cierpliwość. – On wie, że mi na nim zależy i że nie zrobiłabym nic, co mogłoby mu zaszkodzić. Philip chce sprzedać sklep z antykami, a nie budynek pod restaurację. On kocha to miejsce i chciałby je przekazać komuś, kto będzie je kochał równie mocno.

– To naprawdę bardzo wzruszające, ale… będę szczery, mało realistyczne.

– Po to pan przyszedł, panie Bonnaire? Żeby mi powiedzieć, że źle załatwiam interesy, że jestem nieudolna? – Skrzyżowała ramiona na piersi. – Jeśli koniecznie chce się pan lepiej poczuć, to powinien pan wiedzieć, że nie śpię od kilku dni, myśląc o tej sprawie. Najłatwiej byłoby przyjąć ofertę i zameldować szefowi, że lepszej propozycji nie odstanie, że powinien się cieszyć z dużych pieniędzy i zapomnieć o sentymentach związanych ze starymi rupieciami. Przykro mi, ale nie potrafię tak zrobić. Wiem, ile ten sklep dla niego znaczy. Gdyby był zainteresowany sprzedażą zabytkowego budynku w modnej dzielnicy, właśnie to napisałby w ogłoszeniu. Philip chciał jednak, by Ukryty Diament dalej funkcjonował. Jak by zareagował, gdyby się dowiedział, że sprzedałam sklep komuś, kto chce tu otworzyć restaurację?

Gene popatrzył na nią z zamyśleniu, po czym się uśmiechnął.

– Prawdopodobnie uznałby, że w sytuacji, kiedy potrzebuje pieniędzy, powinien zapomnieć o sentymentach. Przecież teraz priorytetem jest jego zdrowie, prawda? A na leczenie potrzebne są pieniądze.

To, co mówił, miało sens, i Rose poczuła nagle łzy frustracji i zmęczenia cisnące się do oczu. Gene zrobił krok w jej stronę i dotknął ramienia.

– Wszystko w porządku? Sprawiłem ci przykrość? Może przejdziemy do gabinetu? Przydałaby ci się filiżanka mocnej herbaty.

– Nie chcę herbaty – burknęła, odsuwając się nieznacznie. – Jedyne, czego chcę, to… Jedyne czego chcę, to żeby pan już sobie poszedł!

Wiedziała, że nie zabrzmiało to uprzejmie, ale nie miała już sił na dalsze dyskusje. Gene najwyraźniej nie zamierzał spełnić jej prośby, stał nadal, patrząc na nią w dziwny sposób. Czyżby to była troska? Czy taki człowiek w ogóle potrafi się troszczyć o coś więcej niż własny interes? A jednak sposób, w jaki dotknął jej ramienia, i delikatny ton głosu pozwalały sądzić, że jest zdolny do współczucia. Istniała też możliwość, że to wyrafinowana gra, nic więcej.

– Twój szef zlecił ci trudne zadanie, prosząc, żebyś zajęła się sprzedażą sklepu. Może zbyt trudne, Rose. Nie myśl, że chcę cię krytykować, o nie. Po prostu widzę, że kochasz swoją pracę, lubisz to miejsce, zgromadzone tu przedmioty, lubisz odkrywać historie, jakie się za nimi kryją. Jesteś pasjonatką, a nie bizneswoman.

– Wiem, i właśnie dlatego potrafię zrozumieć, dlaczego mój szef chce sprzedać sklep, a nie sam budynek. Nie mogę go zawieść.

– W takim razie powinnaś wysłuchać, co mam ci do powiedzenia, Rose.

– Dlaczego? Będzie mnie pan przekonywał, że jednak zamierza zachować sklep, a po podpisaniu umowy wyprzeda wszystkie antyki?

– Nie. Przykro mi, że cię rozczaruję, ale nie będę udawał, że interesują mnie starocie. Nie zmieniłem zdania.

– W takim razie, nie ma pan nic do powiedzenia, co by mnie zainteresowało, panie Bonnaire – podsumowała stanowczo.

– Jeśli wyświadczysz mi tę przysługę i dasz się zaprosić na kolację, wszystko ci wytłumaczę.

Podejrzewała, że każda kobieta czułaby się zaszczycona zaproszeniem i mimo że ona w tym względzie nie była wyjątkiem, uniosła dumnie podbródek i odparła:

– Przykro mi, ale muszę odmówić.

– Umówiłaś się z kimś innym?

– Nie, ale…

– Nie jesteś ciekawa, co mam ci do zaproponowania? Nawet jeśli to coś, co przyniosłoby twojemu szefowi same korzyści?

– Korzyści? Niby jakim cudem? Przecież sam pan przed chwilą powiedział, że nie interesują pana starocie, że chce pan tylko dostać kamienicę.

Mierzył ją przez chwilę wzrokiem.

– Jak już mówiłem, Rose, zjedz ze mną dziś kolację, a wszystko ci wyjaśnię. Nie pożałujesz.

Przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, wahając się nad odpowiedzią.

– Bawi się pan w gierki, a ja nie ufam takim ludziom. Jeśli rzeczywiście ma pan coś ważnego do powiedzenia, dlaczego pan nie wyjawi teraz, o co chodzi? Proszę mówić od razu.

 

– Dobrze, jednakże jest mi przykro, że nie chcesz zjeść ze mną kolacji. I zapewniam cię, Rose, nie bawię się w żadne gierki. Po prostu z doświadczenia wiem, że lepiej rozmawia się w oprawie czerwonego wina i cordon bleu.

Jeden kącik jego ust uniósł się w rozbrajającym uśmiechu. Rose nie miała wątpliwości, że wszystkie kobiety, które spotkał na swojej drodze, bez względu na wiek, marzyły tylko o tym, by uśmiechał się tak do nich w najbardziej intymnej sytuacji. Naprawdę miał w sobie niebezpieczny urok, któremu nie można się było oprzeć.

– Cóż, obawiam się, że ja takich doświadczeń nie mam – bąknęła, nie bardzo wiedząc, jaką dać odpowiedź.

– Nie zaryzykujesz więc? Nie chcesz się przekonać?

Próbowała uciekać wzrokiem, ale stał tak blisko, że od razu zorientowałby się, że robi to ze strachu albo dlatego, że czuje się speszona. Nie była bizneswoman, ale nie chciała też wyjść na płochliwą dziewczynkę.

– Nie… ja…

Na dworze padał deszcz, jak wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy. Słyszała mocne rytmiczne uderzenia, ale nie była pewna, czy to krople, czy też dudniąca w żyłach krew. O co właściwie pytał? Wzrok Gene’a przeszywał ją, obezwładniał i czarował. Podszedł bliżej i nie spuszczając z niej wzroku, delikatnie przyciągnął do siebie. Rose nie była w stanie uczynić żadnego gestu, stała tylko, jakby zmieniła się w głaz, i z rosnącym napięciem oczekiwała, co się dalej stanie.

– Boże, wybacz… – usłyszała ochrypły głos i między tymi słowami a następnym gestem było zbyt mało czasu, by zdążyła zareagować, by zdążyła go powstrzymać. Gwałtowny pocałunek skradł jej oddech i zdolność racjonalnego myślenia. Przez chwilę nie potrafiła zrozumieć, co się dzieje, wiedziała tylko, że coś cudownego i zarazem bardzo złego. Ostatkiem sił zdołała zapanować nad słabością rozlewającą się żarem po ciele i wyrwała z uścisku. Zszokowana i roztrzęsiona wytarła usta wierzchem dłoni.

– Nie spodziewałam się po panu takiej arogancji! – syknęła z wściekłością. – Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co pan zamierzał, ale będzie lepiej, jeśli pan natychmiast wyjdzie.

Serce biło jej mocno, a w głowie tłukła się myśl, czy zdoła ten pocałunek wymazać z pamięci. Musi. Ona jest tylko zwykłą dziewczyną, a on żywym wcieleniem Adonisa albo Apolla.

– Nie miałem zamiaru cię pocałować, Rose. To był impuls – tłumaczył. – Jestem tak samo zakłopotany jak ty. Przepraszam. Jeśli naprawdę nie chcesz zjeść ze mną kolacji, nie pozostaje mi nic innego, jak wyjaśnić wszystko teraz.

Zrobił krótką pauzę, by zebrać myśli.

– Rozmyślałem, co zrobić, żeby obie strony były zadowolone, i oto moja oferta.

Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki kartkę i podał Rose. Otworzyła usta ze zdumienia, kiedy zobaczyła, ile Gene jest w stanie zapłacić za budynek. Philip byłby bogaty! Przez kilka sekund nie mogła wykrztusić słowa.

– Sama widzisz, Rose, że to dobra oferta. Jeśli porozmawiasz z szefem i przekonasz go, myślę, że poczuje ulgę. Gdy przyjmie moją propozycję, nigdy więcej nie będzie się musiał martwić o pieniądze. Będzie mógł sobie pozwolić na najnowocześniejsze metody leczenia i szybciej dojdzie do siebie. Tobie również na tym zależy, prawda? Ja zaś, nie będę ukrywał, także będę zadowolony, bo dostanę kamienicę, o której od dawna marzę.

– Tak się nazywa pana ulubiona gra, prawda? Gra o nazwie „Zawsze dostaję to, czego chcę”. Pan wcale nie dba o zdrowie mojego szefa, nie obchodzą pana nasze uczucia i właściwie dlaczego miałyby obchodzić? Jeśli jest coś, czego pan pragnie, po prostu płaci pan i dostaje. Czy nie tak działa wytrawny biznesman?

Ku jej zdumieniu Gene zachichotał.

– Tu mnie masz. Jesteś naprawdę mądrą dziewczyną…

– Proszę mnie nie traktować w ten sposób i niech pan nie próbuje mi schlebiać.

– Gdzież bym śmiał – odparł, udając śmiertelną powagę. – Wolę mieć w tobie sojusznika, a nie wroga. A tak przy okazji, twoje oczy mają niesamowity kolor. Zapewne nie ja pierwszy ci to powiedziałem. Jaki to właściwie kolor? Fioletowy?

– Kolor moich oczu nie ma żadnego znaczenia. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. A teraz, proszę wybaczyć, ale muszę zamknąć sklep i wrócić do domu.

– Jeszcze nie. Nie powiedziałaś mi, co zamierzasz.

– O co panu chodzi?

– Przestań traktować mnie tak formalnie. Mów mi po imieniu.

– Wolałabym nie.

Zmrużył powieki, opierając lewą dłoń na biodrze.

– Porozmawiasz z szefem o mojej ofercie?

Rose wciąż trzymała w ręku kartkę. Po chwili złożyła ją i schowała do kieszeni spódnicy.

– Tak, przekażę mu wszystko, ale jeśli liczy pan na to, że będę go namawiała, to jest pan w błędzie. Philip zawsze sam podejmował decyzje. Nie chcę wywierać żadnych nacisków.

– Nie wierzę – zaprotestował z uśmiechem. – Jesteś wrażliwą i inteligentną kobietą. Jestem pewien, że Philip niejednokrotnie radził się ciebie, a ty udzielałaś mu wskazówek, jak postąpić.

– Nawet jeśli, czułabym się okropnie, namawiając go do sprzedaży budynku i niektórych antyków w sytuacji, gdy najbardziej pragnie, aby ktoś poprowadził dalej cały interes.

– Ale przecież musi wiedzieć, że to nie jest opłacalne.

– I myśli pan, że mu to tak po prostu powiem? Kiedy wiem, że ten sklep to pasja jego życia? Kiedy leży słaby w szpitalu?

– Na pewno znajdziesz sposób, żeby to jakoś delikatnie wytłumaczyć. Przecież zależy ci na nim.

– Tak, zależy…

– W takim razie jest szczęściarzem.

– To ja miałam wielkie szczęście, że spotkałam go na swojej drodze. Dzięki niemu odkryłam pasję do historii i sztuki.

– Jestem pewien, że wielką satysfakcję sprawiało mu uczenie ciebie, Rose. Nie dziwię się. Spędzać dnie w towarzystwie pięknej kobiety o cudownych fiołkowych oczach, lojalnej, pracowitej i oddanej.

Rose przypuszczała, że schlebienie to typowa sztuczka, którą stosował, żeby zmiękczyć przeciwnika, ale te ciepłe słowa sprawiły, że oblała się rumieńcem.

– Wyciąga pan pochopne wnioski. Myli się pan, sugerując, że mnie i Philipa coś łączy. Na litość boską, to starszy pan, w wieku emerytalnym.

– Nie chciałem cię obrazić. Przypuszczałem, że to starszy mężczyzna, ale nie sądziłem, że aż tak starszy. Muszę wyznać, że byłem trochę zazdrosny, bo mówiłaś o nim z takim uczuciem i troską.

Rose nie wiedziała, co powiedzieć. Sposób, w jaki komplementował jej urodę, wzmianka o zazdrości, przecież to było czyste szaleństwo. Mógł mieć każdą kobietę, jakiej zapragnął. Naprawdę sądził, że uwierzy w jego szczere zainteresowanie? Miała ochotę parsknąć szyderczym śmiechem. Przypuszczała, że Gene jest niebezpiecznym przeciwnikiem, a teraz nie miała już żadnych wątpliwości. Tak trudno było mu się oprzeć, tak trudno udawać obojętność…

– Proszę posłuchać… Myślę, że najlepiej będzie, jak pan już pójdzie. Odezwę się, kiedy porozmawiam z Philipem.

Przez chwilę Gene, coraz bardziej zaintrygowany stojącą przed nim z zaciętym wyrazem twarzy brunetką, zapomniał, w jakim celu przyszedł do sklepu. Jej fiołkowe oczy przyciągały go i kusiły. Oczywiście pocałował ją, by uwieść i wykorzystać do swoich celów. Niespodziewanie odkrył, że jego zainteresowanie Rose nie jest wyłącznie służbowe. Była inna od kobiet, z którymi się spotykał, i z całą pewnością nie w jego typie. Gustował w posągowych blondynkach o zgrabnym biuście i krągłych biodrach. Rose zaś była drobna, niewysoka, a ciemne włosy obcięte miała na chłopka. A jednak błysk pasji w jej dużych oczach, wdzięk, determinacja, z jaką broniła interesów szefa, czyniły ją niezwykle pociągającą i intrygującą. Wolał kobiety uległe, bo w związku lubił mieć kontrolę, ale niepokorna Rose wyzwalała w nim typowo męski instynkt, by ją poskromić.

Podszedł do drzwi, postawił kołnierz kurtki i rzucił przez ramię:

– No dobrze. Nie będę cię już dłużej męczył. Ale powiedz, czy jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, Rose? Jeśli masz jakieś życzenie, powiedz tylko słowo, a pomogę ci.

– Niby z jakiego powodu miałby mi pan pomagać? Na pewno nie byłoby to bezinteresowne.

Gene położył dłoń na sercu i zrobił żałosną minę.

– Zraniłaś mnie głęboko.

– Trudno. Jakoś pan to przeżyje.

– Owszem, pod warunkiem, że zjesz ze mną kolację.

Skrzywiła się, marszcząc nos.

– Wolałabym zjeść kolację z boa dusicielem. Jest bardziej przewidywalny od pana.

– Zabawna jesteś, Rose.

– Proszę nie nazywać mnie Rose. Dla pana jestem panną Heathcote.

– Nie mam z tobą lekko. Trudno, pójdę już. Pamiętaj, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa… Rose.

Otworzył drzwi i wyszedł na zalaną deszczem londyńską ulicę.

Rose z samego rana otrzymała telefon ze szpitala. Dyżurna pielęgniarka poinformowała ją, że stan Philipa się pogorszył i poprosiła, żeby natychmiast przyjechała na oddział. Pospiesznie włożyła bluzkę, dżinsy i wypadła z mieszkania jak strzała. Kiedy dotarła na miejsce i weszła do sali, współczucie i strach ścisnęły ją za gardło. Philip leżał na łóżku, z maską tlenową na twarzy, podłączony różnymi rurkami do specjalistycznej aparatury. Oczywiście, wiedziała, że stan jest poważny, ale teraz musiała zderzyć się z niezaprzeczalnym faktem. Na tym samym oddziale wiele lat temu leżał jej ojciec. Wtedy, gdy czuwała przy łóżku umierającego, wspierał ją i pocieszał Philip. Dziś nie było nikogo, kto wziąłby ją za rękę i powiedział: „wszystko będzie dobrze”.

Lekarz wyjaśnił, że wdało się zapalenie płuc, ale chory dostał antybiotyki, tlen i sytuacja została opanowana. Uprzedził jednak, że w jego stanie każda infekcja jest dodatkowym obciążeniem.

Rose wysłuchała w napięciu słów, po czym usiadła przy łóżku Philipa i wzięła jego gorącą rękę w swoje dłonie. Gdy na chwilę otworzył oczy i spojrzał na nią, zapewniła z uśmiechem, że wszystko będzie dobrze, mimo że sama w to nie wierzyła. Mężczyzna wydawał się starszy, niż był w rzeczywistości, miał udręczony wyraz twarzy i oczy pałające chorobą.

Ostatkiem sił powstrzymywała gorzkie łzy. Dopiero gdy wróciła do domu, rzuciła się na kanapę i wybuchła płaczem.

Przez cały kolejny tydzień przeżywała huśtawkę nastrojów. Kiedy jednego dnia wydawało się, że z Philipem jest lepiej, następnego mu się pogarszało. Raz była pełna nadziei, to znów obawiała się najgorszego. Nie miała czasu, by myśleć o Geniu Bonnaire, ale przekazała szefowi ofertę milionera. Pewnego dnia, gdy po pracy pojechała do szpitala, Philip popatrzył nią smutno, jakby przepraszająco, i powiedział:

– Rose, chciałbym, żebyś się skontaktowała panem Bonnaire i przekazała mu, że przyjmuję jego ofertę. – Wziął głęboki oddech i kontynuował: – Żałuję, że nie chce kupić całego interesu i że Ukryty Diament zostanie zamknięty, ale w mojej sytuacji nie mogę stawiać żądań. Jak wiesz, nie dostaliśmy lepszych ofert. Po wyjściu ze szpitala nie będę mógł pracować, a rachunki za domową opiekę trzeba będzie opłacić. Oferta tego człowieka w gruncie rzeczy jest bardzo wspaniałomyślna. Nie spodziewałem się takiej hojności. Czy skontaktujesz się z nim i zaaranżujesz spotkanie?

– Oczywiście, jak sobie życzysz, ale czy nie mógłbyś się z nim spotkać, kiedy już wyjdziesz ze szpitala? – spytała.

– Nie mogę czekać tak długo. Muszę sprzedać sklep jak najszybciej, żeby dostać pieniądze. Ciebie chciałbym prosić o załatwienie wszystkich formalności. Dostaniesz moje pełnomocnictwo. Zresztą notariusz już o wszystkim wie i przygotował odpowiednie dokumenty. Tu masz jego numer telefonu i adres.

Podał jej wizytówkę.

– Widzę, że jesteś zdecydowany – mruknęła niezadowolona, że raz jeszcze będzie się musiała spotkać z Gene’em.

– Tak, moja droga, jestem zdecydowany – powtórzył z żalem.

– W takim razie zrobię wszystko, co trzeba, o nic się nie martw. Odpoczywaj i wracaj do zdrowia. Tylko to się teraz liczy.

Philip wziął ją za rękę.

– Powinienem był ci to powiedzieć wcześniej, Rose… Nie wiem, jak poradziłbym sobie przez te ostatnie dziesięć lat, gdyby nie ty. Twoja przyjaźń i lojalność są dla mnie bezcenne. Gdybym tylko był młodszy, przypuszczam, że bym się w tobie zakochał.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi, przypominając sobie podejrzenia Gene’a, że ją i szefa łączy coś więcej niż przyjaźń.

– Pochlebia mi to, ale, szczerze mówiąc, planuję zostać singielką – stwierdziła z humorem. – Tylko raz w życiu byłam zakochana i nie było to najszczęśliwsze doświadczenie w moim życiu. Sam przecież wiesz, bo to ty mnie pocieszałeś.

– Przykro mi to słyszeć – zasępił się. – Nie uważasz, że następnym razem mogłoby być inaczej? Lepiej?

 

– Nie, nie wierzę w to – odparła kategorycznie. – Nie ufam mężczyznom. Poza tym jestem zbyt niezależna. Nawet gdyby pojawił się ktoś wyjątkowy, nie potrafiłabym dla niego wywrócić życia do góry nogami.

– Może jeszcze nie dziś, ale kiedyś zmienisz zdanie.

– Nie sądzę. Dobrze jest tak, jak jest. Nie potrzebuję żadnych rewolucji w życiu.

– Czas leczy rany, nawet te bardzo głębokie – powiedział sennie.

Rose pocałowała przyjaciela w czoło, poczekała, aż zaśnie, i cichutko wyszła z sali.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?