Niespodziewany powrót

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Penny Jordan
Niespodziewany powrót

Tłumaczenie:

Krzysztof Puławski

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jak tam dziadek?

– Obawiam się, że nie najlepiej, Joss – odparła Jenny Crighton, nie patrząc jednak na siedemnastoletniego, patykowatego syna, ale na męża, który stał tuż za nim.

Ich oczy spotkały się na moment.

– Zdołałam przez chwilę na osobności porozmawiać z Maddy – zwróciła się bezpośrednio do Jona. – Bardzo się martwi tym, że jest z nim coraz gorzej. Niby operacja się udała i biodro powinno być już w porządku, ale wciąż skarży się na bóle stawów. Stracił apetyt i strasznie wychudł. Zrobił się taki słaby…

– Przecież jest już po osiemdziesiątce – przypomniał jej mąż, ale cień smutku, który dostrzegła w jego oczach, wcale nie znikł.

Jon martwił się równie mocno jak ona. W końcu Ben jest jego ojcem. I chociaż wszyscy w rodzinie wiedzieli, że nikt nie zapewni mu lepszej opieki niż Maddy, ich synowa, żona pierworodnego Maksa, to jednak Jonowi towarzyszyło przekonanie, że nie powinien na nikogo przerzucać tych obowiązków. Być może dlatego, że wciąż czuł się winny z powodu…

– Ciocia Ruth mówiła, że dziadek zamienił się w starego zrzędę – oznajmił Joss. – Uważa, że po prostu lubi sobie ponarzekać.

– Wszyscy lubią sobie ponarzekać. Ale pamiętaj, Joss, że dziadka cały czas boli zoperowana noga – upomniała syna Jenny.

Wiedziała, że Joss zawsze wolał towarzystwo swojej stryjecznej babki niż jej brata i nie mogła mieć o to do niego pretensji. To Ruth służyła mu radą i pomocą. Z nią dzielił się swoimi radościami i smutkami.

Natomiast Ben Crighton ze wszystkich wnucząt lubił i cenił tylko Maksa. Nie znaczyło to, że Jenny z mężem to popierali czy choćby rozumieli. Przez wiele lat mieli problem z zaakceptowaniem najstarszego syna, ale na szczęście udało im się dojść do porozumienia. Teraz Jenny czuła się wręcz szczęśliwa, patrząc na Maksa, Maddy i trójkę ich dzieci. Dziękowała Stwórcy za to, że tak odmienił jej syna.

Max stanowił przykład tego, że cuda rzeczywiście się zdarzają. W ciągu zaledwie jednego dnia zmienił się z ludzkiej bestii w człowieka wrażliwego i kochającego. By tak się stało, musiał jednak otrzeć się o śmierć i poczuć na twarzy jej trupi oddech. Dzięki Bogu wyszedł z tego bez szwanku, jedynie odmieniony wewnętrznie.

Nowe życie zaczął właśnie tu, w rodzinnym Haslewich, niewielkim miasteczku w hrabstwie Cheshire.

Rodzina! Jenny westchnęła tylko, choć wiedziała, że nie potrafiłaby żyć bez niej, nawet bez gderliwego i wciąż skwaszonego Bena.

Rodzina Crightonów była dość liczna, a jej drzewo genealogiczne miało wiele odgałęzień. I wszystkich pociągał świat prawa, najrozmaitszych przepisów i kruczków, sal sądowych i pachnących starymi papierami kancelarii. W czasie zjazdów rodzinnych żartowano nawet, że dzieci Crightonów do nauki czytania zamiast elementarza używają kodeksu karnego, a zapytane, kim chciałyby zostać, odpowiadały niezmiennie: „radcą królewskim”.

Honorowy tytuł adwokacki. To było coś, do czego Ben dążył bez powodzenia przez całe życie, a następnie marzył o tym dla swojego syna i ostatnio wnuka.

Jeszcze parę lat temu Jenny czuła, że Max nie powinien dostąpić takiego zaszczytu, ale kiedy w zeszłym roku doszły do nich plotki na ten temat, żyła w atmosferze radosnej ekscytacji aż do tego cudownego dnia, gdy zjawił się u rodziców ze swoją nominacją.

Jon gratulował mu ze szczerego serca, a Ben wygłosił mowę pochwalną w czasie któregoś z rodzinnych obiadów. Nie byłby jednak sobą, gdyby na koniec nie dodał:

– David na pewno byłby pierwszy. Tak, mój syn byłby pierwszy. – A potem, nie mogąc powstrzymać gniewu, spojrzał na Olivię. – To przez twoją matkę!

Olivia milczała. Jej mąż, Caspar, chciał zaprotestować, ale Jenny zauważyła, że powstrzymała go gestem. Tylko jej stężałe rysy wskazywały, jak bardzo dotknęła ją ta uwaga.

Olivii zapewne nie pocieszyłoby to, że Ben Crighton nie kochałby również własnych córek. Jako jego wnuczka czuła się odtrącona i niedoceniona, ponieważ uważał, że kobiety nie powinny być prawnikami.

– Czy dziadek umrze? – spytał Joss z niepokojem.

Jako dziecko zawsze wyróżniał się wrażliwością. I teraz, mimo że był już prawie dorosły, cierpiał z powodu niesprawiedliwości świata. Być może, mimo młodego wieku, był w stanie odczuć, czym tak naprawdę jest śmierć.

– Nie wiem, kochanie. – Jenny doskonale rozumiała, że nie powinna niczego przed nim ukrywać. – Lekarze twierdzą, że może żyć jeszcze wiele lat. Ale dziadek… – szukała właściwych słów – od dawna tak naprawdę nie cieszył się życiem. Wciąż…

– Wciąż tęskni za stryjkiem Davidem? – wtrącił Joss.

Jenny i Jon spojrzeli po sobie. Być może chłopak trafił w sedno. Zmęczony życiem Ben pragnął przed śmiercią ujrzeć ukochanego syna. Tego, w którym pokładał wszystkie nadzieje.

David Crighton, brat bliźniak Jona, znikł kilka tygodni po ich wspólnym urodzinowym przyjęciu. Zaraz po tym Jon zorientował się, że wcześniej wyczyścił konto bankowe pewnej wdowy, której sprawę prowadził. Niechybnie wybuchłby skandal, gdyby nie Ruth, która zobowiązała się zwrócić „pożyczone” pieniądze. Dzięki temu uratowała nie tylko honor Davida, ale też rodzinną kancelarię.

Jon, który ją prowadził, był temu zdecydowanie przeciwny. Uważał, że przede wszystkim należy troszczyć się o prawo i sprawiedliwość, a dopiero potem o własną rodzinę. W końcu jednak posłuchał Ruth, która argumentowała, że przecież i tak nikt się nie dowie, w jaki sposób David wszedł w posiadanie tych pieniędzy. Zapadł się jak kamień w wodę, więc nawet policja nie mogłaby ustalić, czy je ukradł, dostał, czy może naprawdę pożyczył. Śmierć pokrzywdzonej wdowy nieodwołalnie zamknęła całą sprawę.

Początkowo jedynie Jon, Olivia i Ruth znali wszystkie jej szczegóły, ale po burzliwej dyskusji postanowili poinformować też innych członków rodziny. I znowu zwyciężyła Ruth, która była przeciwna, jak to ujęła, „sekretom w małżeństwie i najbliższej rodzinie”.

Tylko Ben nie wiedział o sprzeniewierzonych pieniądzach. I to wyłącznie z tej przyczyny, że nikt nie odważył się powiedzieć mu prawdy.

Jon próbował w tajemnicy odnaleźć brata, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Ostatni raz napisał do nich z Jamajki, ale kiedy Max tam pojechał, żeby odszukać stryja, wszystkie ślady były starannie zatarte. To właśnie wtedy został napadnięty na plaży i omal nie utracił życia.

Po zniknięciu Davida jego żona, Tania, wróciła do swoich rodziców na południowym wybrzeżu. To małżeństwo i tak nie miało żadnych perspektyw, więc Jon i Jenny zajęli się wychowaniem ich syna, Jacka.

Jossa dzieliły od niego zaledwie dwa lata i obaj chłopcy rozumieli się jak prawdziwi bracia. Jack nie sprawiał żadnych kłopotów wychowawczych i Jenny nie musiała się o niego martwić. Również teraz przejmowała się głównie seniorem rodu, który z tygodnia na tydzień wprost marniał w oczach.

– Dziadek ostatnio mówi do mnie „Davidzie” – dodał Joss tytułem wyjaśnienia. – Davidzie to, Davidzie tamto…

Jenny tylko westchnęła. Ten chłopak wcale nie przypominał swojego stryja.

– Nie powinieneś zwracać na to uwagi – rzuciła tylko.

– Tak, wiem. Czy myślicie, że stryjek kiedyś wróci?

Teraz z kolei posłała bezradne spojrzenie mężowi.

– Wątpię – odparł z wrodzonym taktem Jon. – Wiesz, Joss, David był… to znaczy, jest…

Urwał i rozejrzał się dookoła, jakby szukając natchnienia. Co miał powiedzieć synowi? Że David, który przed nim prowadził kancelarię, nigdy nie przejmował się rodziną? Że potrafił podeptać cudze uczucia i nawet nie obejrzeć się za siebie? Jego brat dorastał w atmosferze powszechnego uwielbienia. Ojciec wyrobił w nim przekonanie, że wszystko, co robi, jest doskonałe. Być może głównie z winy Bena wyrósł na tak egocentrycznego i pozbawionego wyższych uczuć człowieka.

Mimo tego, że Jon latami musiał znosić docinki ojca, on też tęsknił za Davidem. Może nawet bardziej teraz, kiedy nareszcie poczuł swoją wartość i wyzwolił się spod przemożnego wpływu brata bliźniaka.

David przestał już rzucać cień na jego życie.

– Wydaje mi się, że nie chciałby tu wrócić – zakończył wreszcie.

– Nawet gdyby się dowiedział o dziadku?

Nastąpiły kolejne ciężkie westchnienia rodziców i błagalny gest Jona.

– To nie takie proste, Joss – podjęła Jenny. – Widzisz, stryjek miał problemy…

– Chodzi o te pieniądze? Przecież Ruth wszystko spłaciła. Gdyby wiedział, jak dziadek tęskni, na pewno by przyjechał! – krzyknął chłopak.

– No, być może – zgodziła się bez przekonania Jenny.

Osobiście głęboko w to wątpiła. David zawsze myślał tylko o sobie. Jeśli ktoś w rodzinie chciał mu dokuczyć, to mówił, że jest zakochany sam w sobie, i to z wzajemnością. David wściekał się, ale było w tym sporo prawdy. Inni ludzie po prostu dla niego nie istnieli.

– Tak, tak – podchwycił Jon. – Tyle że nie wiemy, gdzie jest ani jak się z nim skontaktować…

– Ale przecież jesteście bliźniakami, tato! – przerwał mu Joss. – Podobno między bliźniakami istnieje telepatyczny związek. Czytałem o tym w „Science”.

Jon chrząknął i wyjrzał przez okno. Jenny spuściła wzrok.

– Między Katie i Louise tak właśnie jest! – wysunął ostateczny argument. – Same mi o tym mówiły!

Ich córki rzeczywiście łączyła jakaś wyjątkowa więź. Na przykład bez porozumiewania się każda z nich wiedziała, co dzieje się z drugą. Czuły też ból, jeśli doświadczała go siostra bliźniaczka.

 

– Wiesz, Joss, nie powinieneś… – zaczęła, ale Jon przerwał jej gestem.

– Nigdy nie byłem w ten sposób związany z moim bratem – wyjaśnił.

– Ale mógłbyś spróbować! Dla dziadka! – nie ustępował chłopak.

Jenny przyjrzała się uważniej synowi. Coś go niepokoiło. Coś sprawiało, że czuł się zagubiony.

– Joss – powiedziała łagodnie, chcąc go przytulić.

Jednak chłopak odsunął się od niej, sygnalizując w ten sposób, że musi skończyć swoją przemowę, a potem zaczął wyrzucać zdanie po zdaniu:

– Kiedy… kiedy dziadek pierwszy raz wziął mnie za Davida, powiedział, że… że bardzo za mną tęsknił i że… że odechciało mu się już żyć. Mówił, że teraz już będzie inaczej… – Chłopak złapał oddech. – Słabo pamiętam stryjka i wiem, że wszyscy macie do niego pretensje. Nawet Jack twierdzi, że wolałby, abyś ty, tato, był jego prawdziwym ojcem. Ale… może…

Jenny bez słowa objęła syna. Gdyby chciała spojrzeć mu w oczy, musiałaby unieść głowę, a jednak wciąż wydawał jej się słaby i kruchy. Często nazywała go w myślach „mój mały”, chociaż z pewnością nie było to odpowiednie słowo, zważywszy jego wzrost.

Jon chrząknął.

– Próbowaliśmy go odnaleźć, synu – zaczął. – To nie takie proste. David chyba nie chce żadnych kontaktów z rodziną.

– A dziadek?! – Joss spojrzał na niego i ojciec dopiero teraz spostrzegł, że chłopak ma łzy w oczach.

Nie miał pojęcia, co powiedzieć synowi. To raczej David powinien udzielić odpowiedzi bratankowi. Zawsze przecież był pupilkiem Bena. Minęło sporo czasu, zanim Jon przestał mu tego zazdrościć, doszedłszy do wniosku, że stosunki brata i ojca opierały się na fałszu. Ben widział w Davidzie kogoś, kim on nigdy nie był i nie chciał być. Oddanym synem, błyskotliwym prawnikiem, podporą całego rodu Crightonów.

Ojciec nie tęsknił za prawdziwym Davidem, a jedynie za wytworem swojej wyobraźni.

Zetknięcie się z rzeczywistym synem mogłoby mieć destrukcyjny wpływ na zmęczonego życiem starca, chyba że znowu narzuciłby Davidowi jego dawną rolę. Jednak to, że zniknął, wskazywało, iż miał dość tego nierzeczywistego świata. Ukradzione pieniądze nie mogły przecież być głównym powodem ucieczki. Wiele wskazywało na to, że chciał spalić za sobą wszystkie mosty…

Jon uśmiechnął się pod nosem. Ale by się zdziwił, gdyby David wrócił! Po pierwsze, zobaczyłby, jak szczęśliwy i spokojny może być jego brat. Odejście bliźniaka dało Jonowi pewność siebie i spokój, czego tak zawsze potrzebował. Jednocześnie jego, tak bardzo udane, małżeństwo weszło w nową fazę. Tak, jakby przeżywał nieustający miesiąc miodowy. Kochał i czuł się kochany.

Jednak nie to zrobiłoby na Davidzie największe wrażenie. Jego córka, Olivia, wyszła za mąż i miała dwie córki. Ciekawe, jak przyjąłby wiadomość o tym, że jest dziadkiem? Natomiast Jack wyrósł na wspaniałego mężczyznę. Świetnie zdał maturę i szykował się właśnie do studiów.

No i ciekawe, czy poznałby Maksa?! Najstarszy syn Jona nie tylko się ożenił, ale stał się zupełnie innym człowiekiem; utracił całą bezwzględność i wyrachowanie.

Jon odwrócił wzrok od syna i żony, i wyjrzał przez okno, jakby wyglądając tam brata. Tylko czy powrót do domu byłby dla niego przyjemny?

Olivia nigdy nie wybaczyła ojcu nie tylko tego, że znikł, lecz również fatalnego wpływu całej tej sytuacji na jej związek z Casparem. Przez problemy rodzinne omal nie utraciła ukochanego mężczyzny!

Jej cierpiąca na bulimię matka, Tania, z pewnością też nie przyjęłaby go zbyt serdecznie. Chociaż może w ogóle nie zwróciłaby uwagi na byłego męża. Od jakiegoś czasu interesowała się wyłącznie sobą i zachowywała się bardziej dziecinnie niż najmłodsze dzieci Crightonów. Olivia nigdy tego nie powiedziała, ale Jon domyślał się, że wini za to ojca.

Olivia! Jon potrząsnął głową i odwrócił się od okna. Jenny z synem usiadła na kanapie, ale wciąż trzymała go w ramionach. Bratanica coraz bardziej go martwiła. Kiedy Jon powiedział jej, że nie musi przychodzić do kancelarii przed nim i wychodzić jako ostatnia, odburknęła coś niegrzecznie. Potem oczywiście przepraszała, wyjaśniając, że nie może pracować wieczorami w domu.

– Caspar uważa, że w domu powinniśmy poświęcać czas dzieciom – tłumaczyła. – Wiem, że ma rację, ale przecież tu ciągle jest coś do zrobienia.

Jon uśmiechnął się do niej ze współczuciem. Doskonale wiedział, że nadmiar pracy może zniszczyć nawet najsilniejsze więzy rodzinne i że Olivia powinna być bardzo ostrożna. Jako szef nie mógł jednak jej nakłaniać, by ograniczyła swoje obowiązki, bo mogłaby to źle zrozumieć. Być może powinien poprosić Jenny, żeby z nią pogadała. Zawsze się bardzo lubiły i Olivia miała do ciotki zaufanie, chociaż ostatnio spotykały się rzadziej.

Rozmowa z Jossem pozostała nieskończona. Jenny czyniła sobie nawet wyrzuty, że nie skłamała synowi, iż dziadek czuje się lepiej. Ale Joss doskonale wiedział, co się dzieje i na pewno nie dałby się oszukać.

Pytania chłopca nie dawały jej spokoju. Nieco później, kiedy szykowała się do snu, spojrzała na męża.

– Pamiętasz, jak Louise rozcięła sobie nogę, a Katie, która była u koleżanki, natychmiast przybiegła, bo wiedziała, że siostra jej potrzebuje?

– Mhm – mruknął Jon, który od razu domyślił się, do czego Jenny zmierza.

– A ty i David…? Kiedy byliście dziećmi…?

Jon zatrzymał się nagle. Jego rysy stężały, jakby przypomniał sobie coś bardzo nieprzyjemnego.

– Nie, nigdy – odrzekł krótko.

– Przepraszam – bąknęła.

– Nie ma za co – powiedział łagodniejszym tonem. – Przecież wiesz, że zrobiłbym wszystko, żeby sprowadzić tu Davida.

Jenny skinęła głową, podeszła do męża i przytuliła się do niego. Mimo przekroczonej pięćdziesiątki i siedzącego trybu życia, wciąż wydawał jej się wyjątkowo pociągający. A ich związek nagle ponownie rozkwitł, choć Jenny sama nie wiedziała, jaka jest tego przyczyna. Teraz jednak nie chodziło jej o seks, ale o to, by pokazać mu, że rozumie i czuje to samo co on.

Tak jak wszyscy Crightonowie, Jon był wysoki, barczysty i bardzo przystojny w typowo męski sposób. Nie miał też łysiny, a jego ciemnoblond włosy tylko troszkę przerzedziły się na skroniach. Wciąż robił duże wrażenie na klientkach, i to nie tylko tych starszych, choć zupełnie nie zwracał na to uwagi.

Nie był jednak święty. Jenny poznała już jego upór i zrozumiała, że nie ma sensu z tym walczyć. Wolała nawet, kiedy Jon był na coś zdecydowany, niż gdy się wahał, wyliczając z iście prawniczą skrupulatnością wszystkie możliwe opcje. Wtedy wiedziała, że nie tylko musi sama podjąć decyzję, ale jeszcze wmówić mężowi, iż pochodzi ona właśnie od niego. Na szczęście Jon rzadko wpadał w złość, co było szczególnie ważne przy wychowywaniu dzieci, a zwłaszcza wrażliwego i obdarzonego niezwykłą wyobraźnią Jossa, a także nadmiernie drażliwego Jacka.

Jenny dziękowała Bogu za to, że obdarzył jej męża tak silną osobowością. Ktoś inny na jego miejscu z pewnością czułby się pokrzywdzony przez ojca i brata. On natomiast robił to, co do niego należało i nigdy nie miał do nikogo pretensji.

I tylko jedna rzecz działała na niego wyjątkowo źle – bezsilność. Oczywiście Jon już dawno pogodził się ze zniknięciem brata, ale teraz ta sprawa powróciła w zupełnie nowym kontekście…

Nie, nie powinna w ogóle o tym mówić. Wspięła się na palce i pocałowała go czule.

– Już późno – szepnęła. – Chodźmy do łóżka.

Jon spojrzał na stojący obok zegarek, a potem na śpiącą żonę. Uśmiechnął się na myśl, że jeszcze niedawno kochali się jak para nastolatków. A potem Jenny zwinęła się w kłębek i zasnęła.

Na moment udało mu się zapomnieć o Davidzie, ale teraz znów powróciły wspomnienia o bracie bliźniaku. Nawet żonie nie przyznawał się, jak często o nim myślał. Obraz zaginionego brata towarzyszył mu od dobrych paru miesięcy, od kiedy zaczęły się problemy z Benem. I nagle Jon poczuł, że nie ma do niego o nic pretensji i że chętnie by go znowu zobaczył. Zrozumiał, że nagle dojrzał do tego spotkania i że… cholernie brakuje mu Davida.

Uniósł się trochę na łokciu i pokręcił głową. Czyż to nie ironia losu? Brat z pewnością nie przejmował się teraz swoją rodziną. Nie zależało mu. To oni, skrzywdzeni i opuszczeni, zaczynali tęsknić.

Jon wstał z łóżka i boso podszedł do okna. Wyraźnie go dzisiaj tam ciągnęło, jakby to okno tworzyło jakąś więź z Davidem. Nie czuł się skrzywdzony. W przebłysku zrozumienia pojął, że to brat skrzywdził samego siebie, a jeszcze wcześniej padł ofiarą toksycznej miłości ojca.

– David jest pierworodnym – zwykł mawiać Ben i Jon od dziecka uczył się pokory.

Zawsze żył w cieniu brata. Nigdy nie mógł liczyć na pociechę czy dobre słowo ze strony ojca. Lata upokorzeń były bardzo bolesne, ale nie złamały go, lecz zahartowały. Jednak dopiero teraz zrozumiał, że dzięki temu było mu w życiu łatwiej.

To tak jak z gwiazdami sportu, pomyślał. Wydaje im się, że są najlepsze i nagle załamują się pod wpływem niepowodzenia. David stał się taką gwiazdą. W dodatku niezasłużenie i dlatego jego upadek był tak spektakularny.

– David – szepnął, oglądając się w stronę żony. – Gdzie teraz może być David?

– Czy coś się stało? Wyglądasz na… zmartwionego.

David uśmiechnął się do starszego mężczyzny.

– Widzę, że nie możesz się pozbyć starych nawyków – rzucił prowokacyjnie.

Ojciec Ignatius uderzył otwartą dłonią w udo i zaśmiał się serdecznie.

– Wiesz, coś w tym jest – przyznał. – Tyle się nasłuchałem spowiedzi, że pytania o kłopoty i problemy weszły mi w krew. No, gadaj, co ci leży na wątrobie?

David spojrzał przed siebie. Ze skalistego wzniesienia widział nie tylko rozgwieżdżone niebo, ale też część wybrzeża i granatowe, niemal czarne morze. Wszystko tu tchnęło ciszą i spokojem.

– Czasami myślę, jak niedoskonali jesteśmy w obliczu natury – rzekł David. – Wiemy, co jest dobre, ale nie potrafimy dorównać temu wszystkiemu, co jest wokół…

Zakonnik pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Codziennie masz tę przyrodę dla siebie, a jednak zwykle nie zajmujesz się filozoficznymi kwestiami – zauważył, przyglądając się swemu rozmówcy.

– Nie, to nie filozofowanie. Nie chcę niczego uogólniać… Myślałem po prostu o przeszłości. O tym, co się wydarzyło, a czego nie można już zmienić…

– Jasne – przerwał mu zakonnik. – To znaczy, że powinieneś wrócić do domu.

David zaśmiał się ponuro.

– Do domu? – Raz jeszcze rozejrzał się dokoła. – Tu jest mój dom. Co nie znaczy, że na niego zasługuję…

Ojciec Ignatius nalał sobie wina i wypił najpierw jeden łyk, a potem jeszcze kilka.

– Dobre – rzekł, ocierając usta. – Wiesz, Davidzie, ty tutaj tylko mieszkasz. A twój dom jest w Anglii, w Cheshire…

– …w Haslewich – dodał odruchowo, patrząc na zakonnika. – Wczoraj śnił mi się ojciec – wyznał nagle. – Zastanawiam się, co mu o mnie powiedzieli. Jak wyjaśnili…

Ojciec Ignatius dolał mu wina.

– Nie sądzę, by coś złego. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ale oczywiście najlepiej zrobisz, jeśli sam to sprawdzisz. No, twoje zdrowie! – Wzniósł swój kielich do góry. – Za twój powrót, Davidzie!

David nie wypił wina, za to duchowny spełnił toast za niego i za siebie.

– Nie, nie mogę wracać.

– Oczywiście, że możesz.

– Jestem przecież złodziejem. Ukradłem pieniądze – rzekł z bezwzględną szczerością.

– Zgrzeszyłeś, ale też odpokutowałeś za swój grzech. – Ojciec Ignatius przysunął się do niego i poklepał go po ramieniu. – W oczach Boga jesteś czysty.

– Być może przed Bogiem, ale nie przed prawem – stwierdził ponuro David.

– To pierwsze jest, oczywiście, ważniejsze – przypomniał mu zakonnik. – Ale widzę, że to drugie też cię męczy. I wina, jaką czujesz wobec rodziny. Dlatego radzę ci jako duchowny i jako twój przyjaciel, wracaj do nich! Inaczej nigdy się od tego nie uwolnisz.

– Mój ojciec mógł już umrzeć…

Ojciec Ignatius pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Jeśli nawet, to masz jeszcze inną rodzinę. Brata bliźniaka, syna, córkę…

– Myślę, że lepiej im beze mnie – mruknął David, odwracając się, by przyjaciel nie zobaczył jego twarzy.

– Może tak, a może nie.

– Nie mogę wrócić – powtórzył David, ale tym razem jego protest był słabszy.

Zakonnik raz jeszcze wzniósł kielich.

– Za twój powrót – powiedział i wypił do końca.

David spojrzał niechętnie na swój kieliszek, ale tym razem wypił trochę wina. Ojciec Ignatius rozumiał jego niechęć do alkoholu, ale czuł, że dzisiejszy wieczór jest wyjątkowy. Od kiedy przeczytał w miejscowej gazecie o napadzie na jego bratanka, Maksa Crightona, zdawał sobie sprawę, że David będzie musiał wrócić do rodziny.

 

Zakonnik od lat traktował go jak syna, ale wiedział, że nie jest przecież jego ojcem i w końcu będą się musieli rozstać. David pomagał mu w prowadzeniu hospicjum dla ubogich. Dzięki niemu ojciec Ignatius czuł się mniej osamotniony wśród ludzi, którym pomagał, a którzy często nawet nie wiedzieli, co się z nimi dzieje.

David miał za sobą ciężkie przeżycia. Zakonnik odnalazł go niedaleko taniej knajpy w dzielnicy nędzy, którą odwiedzał w poszukiwaniu pacjentów. Sam nie wiedział, dlaczego zajął się tym pijanym w trupa, zarzyganym mężczyzną. Zwłaszcza że David klął jak szewc, a kiedy ocknął się z pijackiego amoku, twierdził, że chce jedynie umrzeć.

Ojciec Ignatius powiedział mu, że wobec tego powinien najpierw popatrzeć, jak wygląda umieranie. Zaprowadził go na salę hospicjum i pokazał tych wszystkich nieszczęśników, którymi się zajmował. David spokorniał i stał się jego pomocnikiem, ale o sobie zaczął mówić dopiero po paru miesiącach. A całą prawdę zdradził prawie po roku.

Nie mógł znaleźć bardziej wyrozumiałego słuchacza. Francis O'Leary, znany jako ojciec Ignatius, jezuita, sam przeżył tyle, że potrafił zrozumieć wszystko, co dręczyło Davida. W młodości przeżył wstrząs, gdy odkrył, że jego duchowy przewodnik naruszył ślub czystości. Co więcej, miał dziecko! Przez szereg miesięcy bił się z myślami, nie wiedząc, co robić. W końcu zdecydował się ujawnić ten fakt.

Drugi szok przyszedł zaraz potem. Okazało się, że większość współbraci zwróciła się przeciwko niemu. Nawet generał zakonu sprawiał wrażenie, jakby winił go za to, co się stało. Ojciec Ignatius nie mógł tego zrozumieć. Dlatego zaczął ubiegać się o pracę misyjną.

W końcu wysłano go na Jamajkę.

Obszary nędzy, z jakimi się tam zetknął, wywołały jego bunt. Usiłował z tym walczyć, więc miejscowe władze natychmiast uznały go za rewolucjonistę. Obcięto dotacje dla jego hospicjum i wkrótce ojciec Ignatius sam musiał zacząć chodzić po prośbie.

Tak upływało jego życie. Dzięki swoim doświadczeniom powoli nauczył się rozumieć i akceptować wszystko, co się wokół niego działo. Wybaczył zbłąkanemu współbratu, generałowi zakonu, a nawet władzom Jamajki. Przyjął świat takim, jaki jest. Częściej się teraz śmiał i nie stronił od dobrych trunków, jeśli tylko nie musiał na nie wydawać pieniędzy. Zauważył, że jego pacjenci też są radośniejsi, kiedy on jest bardziej pogodny.

– I tak nie mogę wrócić – powtórzył David po raz kolejny. – Nie mam przecież ani grosza. Nie stać mnie na bilet.

Zakonnik skinął głową, jakby się w pełni z nim zgadzał.

– Racja. Musiałbyś sobie poradzić inaczej…

David wiedział, że ojciec Ignatius nie wydałby ani jednego dolara na inny cel niż hospicjum. Zwłaszcza że pieniędzy było bardzo mało i pochodziły głównie od prywatnych darczyńców. Sami też uprawiali ziemniaki, bataty i maniok, żeby mieć co jeść.

– Inaczej? – pochwycił nieufnie David.

– Zajrzałem wczoraj do baru „Pod Kokosem” – poinformował go zakonnik. – Był tam kapitan, który szukał nowych członków załogi…

– Płyną do Europy? Z narkotykami?

– Nie, podobno właściciel jachtu jest śmiertelnie chory i chce wrócić do domu.

Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie.

– AIDS? – raczej stwierdził, niż spytał David.

– Pewnie tak.

Od niedawna mieli w hospicjum kilku stosunkowo młodych pacjentów. Wszyscy oni cierpieli na AIDS i wyglądali gorzej niż większość staruszków. Rodziny często się ich bały i usiłowały pozbyć. Davida nie przerażała ani sama choroba, ani chorzy na nią ludzie. Wiedział jednak, że w Kingston jest inaczej.

– Może długo szukać – zauważył.

– Dlatego właśnie pomyślałem o tobie. – Ojciec Ignatius przysunął się jeszcze bliżej, żeby spojrzeć mu w twarz.

– Nie, nie mogę… Nie teraz… – David był coraz mniej pewny siebie.

– A czy śni ci się również twój brat? – spytał zakonnik. – On na pewno żyje.

– Tak. Nie. Czasami. – David nie chciał się przyznać, że poprzedniej nocy śnił mu się nie tylko ojciec, ale i Jon.

Byli jeszcze dziećmi. Jeździli właśnie na rowerach, kiedy w drzwiach domu pojawił się ojciec. Sen sam w sobie nie był dziwny. Niezwykłe było jednak to, że David czuł to samo, co jego brat.

Nigdy wcześniej nie było mu tak przykro.

Zakonnik milczał. Wiedział, że nie ma już nic do powiedzenia. Pamiętał jeszcze wyraz twarzy Davida, gdy ten opowiadał, jak widział z daleka brata, który przyjechał po rannego Maksa. To wystarczyło, aby nabrać przekonania, że David wcześniej czy później będzie musiał wrócić do Anglii.

I właśnie teraz nadszedł ten moment.

– Nie, naprawdę nie mogę – rzucił David, jakby wyczuł myśli przyjaciela.

Ojciec Ignatius wstał i rozejrzał się dookoła. Tak tu pięknie, pomyślał. Jaka szkoda, że David już niedługo stąd wyjedzie.