Maskarada

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PENNY JORDAN
Maskarada

Przełożyła:

Monika Krasucka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Christy otworzyła kuchenne drzwi i wyszła do ogrodu. Pachniało śniegiem. Odetchnęła głęboko rześkim powietrzem i spojrzała w zimowe niebo, po którym płynęły ciemne chmury.

Znad ogniska rozpalonego przez ojca unosiła się cienka smuga dymu i ulatując ku górze, wtapiała się w posępną szarość nieba. Tuż za ogrodem, otoczone ośnieżonymi szczytami gór, rozciągały się pola poprzecinane gdzieniegdzie kępami drzew. Jak okiem sięgnąć, nic nie mąciło leniwej ciszy chłodnego styczniowego dnia. Ani senny krajobraz, ani tempo życia, które tu wiodła, w niczym nie przypominały Londynu, ale były bliskie i znajome, gdyż właśnie tu, u stóp tych wzgórz, spędziła pierwsze siedemnaście lat życia. Kolejne osiem upłynęło jej z dala od rodzinnych stron, nie licząc rzadkich i krótkich wizyt w domu.

Doszła do końca ścieżki i chwilę przyglądała się, jak ojciec wrzuca do ognia ostatnią partię suchych gałązek i innych ogrodowych śmieci. Miał na sobie ten sam dobrze znany, znoszony tweedowy garnitur, który nie zmienił się od czasu, gdy była nastolatką.

Spostrzegłszy, że nadchodzi, uśmiechnął się czule; był niezwykle łagodnym i miłym w obejściu człowiekiem. To po nim Christy odziedziczyła ponadprzeciętny wzrost.

– Przygotowałam lunch – powiedziała.

– Dobrze, bo jestem głodny. Już idę, tylko zgaszę ognisko.

O ile wysoką sylwetkę zawdzięczała ojcu, to zielone oczy, bujne rude włosy i ognisty temperament odziedziczyła po celtyckich przodkach matki. W ciągu wieków pogranicze szkocko-angielskie było sceną niezliczonych walk pomiędzy dwoma nacjami oraz niezliczonych małżeństw, które zawierali między sobą ich synowie i córki. Matka Christy mogła poszczycić się rdzennie szkockim rodowodem – jej przodkowie byli góralami z Glen Coe. Nieraz ubolewała nad tym, że jej jedyna córka jak na złość odziedziczyła po nich zadziorny i wojowniczy charakter.

Zaczekała, aż ojciec dogasi ognisko.

– Bardzo się cieszę, że tu ze mną jesteś. – Uśmiechnął się ciepło. – Chociaż prawdę mówiąc, wolałbym gościć cię w bardziej radosnych okolicznościach. Wiesz, że nie musisz zostawać. Mama...

– Nie muszę, ale chcę – przerwała mu zdecydowanym tonem. – Nawet gdyby mama nie poszła na operację, i tak bym wróciła. Sam wiesz, tato, jak jest w Londynie: człowiek łatwo traci kontakt z rzeczywistością, zapomina, co jest najważniejsze w życiu – westchnęła, marszcząc czoło. – Tato, rzuciłam pracę – wyznała po chwili wahania.

Do tej pory nie miała okazji podzielić się z nim tą wiadomością. Po tym, jak zadzwonił do niej, by powiedzieć o nagłej operacji matki, obydwoje myśleli głównie o niej. Dopiero kiedy niebezpieczeństwo zostało zażegnane i matka wróciła do domu, Christy uznała, że pora porozmawiać z ojcem o jej planach na przyszłość.

Zaskoczyła go tą rewelacją. Widząc, jak zaniepokojony ściąga brwi, zagryzając wargi, uciekła wzrokiem w bok.

– Wydawało mi się, że jesteś zadowolona ze współpracy z Davidem Galvinem – powiedział. – Takie odniosłem wrażenie, kiedy byłaś u nas w wakacje.

– Wtedy rzeczywiście byłam zadowolona – przyznała. – Ale ostatnio David dostał propozycję skomponowania muzyki do filmu, a to oznaczało, że będzie musiał przenieść się do Hollywood. Proponował, żebym z nim pojechała, ale ja nie chciałam, więc złożyłam wymówienie.

Modliła się, by ojciec wziął takie wyjaśnienie za dobrą monetę i nie zaczął wnikać w szczegóły. To, co powiedziała, było prawdą, tyle że mocno okrojoną. Przede wszystkim przemilczała fakt, że David nalegał, by zostali kochankami. Wzdrygnęła się, choć wcale nie było jej zimno. Nie była zakochana w Davidzie, ale nie była też całkiem obojętna na jego męski urok; podejrzewała, że gdyby mocniej naciskał, prawdopodobnie uległaby pokusie. A potem pewnie znienawidziłaby samą siebie. Nie jest przecież ślepa ani głupia: dobrze wiedziała, że David notorycznie zdradza swoją żonę Meryl, ta zaś przymyka na wszystko oko, najwyraźniej wychodząc z założenia, że taka jest cena życia z artystą, który dzięki nieprzeciętnemu talentowi w wieku trzydziestu lat zdobył międzynarodową sławę.

Miłosne podboje nie miały dla jej męża większego znaczenia i nie wiązały się z głębszymi uczuciami. David jest po prostu zmysłowym mężczyzną obdarzonym dużym temperamentem. W dodatku bardzo lubi kobiety, a one odwzajemniają mu się tym samym.

Christy ze wstydem przyznawała, iż była taka chwila, gdy nawet ona nie mogła za siebie ręczyć. Gdyby David zdecydował się wówczas użyć całej swojej siły perswazji, kto wie, czy potrafiłaby mu się oprzeć.

Przez te cztery lata, które u niego pracowała, Meryl traktowała ją jak honorowego członka rodziny. Ich dzieci również bardzo ją lubiły. Christy doskonale się orientowała, jak bardzo przeżywają ciągłe romanse ojca, a ponieważ nie chciała, żeby cierpiały przez nią jeszcze bardziej, zrobiła jedyną rzecz, jaką w tej sytuacji zrobić mogła: uciekła.

David wykrzyczał jej to prosto w twarz podczas ostatniej burzliwej rozmowy. O tym, że odchodzi, powiedziała mu tuż przed Bożym Narodzeniem. Nawet nie pytał o powody tej decyzji, bo nie musiał. Nadal pamiętała jego nieskrywaną złość i szyderczą minę. Właśnie wtedy wyszło na jaw, jak bardzo jest niedojrzały: niczym rozkapryszone dziecko złościł się, że nie może dostać tego, czego chce. Czyli jej. Bez skrupułów użył całej swojej elokwencji, by namówić ją do zmiany decyzji. Niemal doprowadził ją do łez i naprawdę niewiele brakowało, a dałaby się przekonać. Na szczęście w porę oprzytomniała i odzyskała panowanie nad sobą. Uśmiechnęła się gorzko.

Wiedziała, komu dziękować za to, że w takiej ryzykownej sytuacji potrafi zachować zimną krew i nie daje się ponieść emocjom. Zaczynała podejrzewać, że ma pecha do mężczyzn i prawdopodobnie będzie przez to nieszczęśliwa do końca życia.

Święta spędziła sama, kategorycznie odrzucając zaproszenie Meryl, która proponowała, by jak w poprzednich latach spędziła je wraz z nimi w ich domu w Wimbledonie. I właśnie wtedy, gdy zaczynała się obawiać, że nie poradzi sobie z rozgoryczeniem i samotnością, zadzwonił ojciec i zawiadomił ją o chorobie matki.

Nie zwlekając ani chwili, pojechała do rodziców. A gdy już u nich się znalazła, postanowiła zostać. I po raz pierwszy od paru lat poczuła się bezpieczna i spokojna. Było oczywiste, że matka będzie potrzebowała opieki przez co najmniej kilka miesięcy, czyli wystarczająco długo, by zastanowić się, co robić dalej ze swoim życiem. Ostatecznie może pomagać ojcu w kancelarii, zwłaszcza że jego sekretarka zamierzała niebawem przejść na emeryturę.

Christy wiedziała, że opuszczając Londyn, podjęła właściwą decyzję: zresztą jedyną możliwą. Gdyby została, David z pewnością znalazłby sposób, by namówić ją do wyjazdu do Hollywood. Oczywiście pojechałaby tam w roli jego osobistej asystentki, jednak zgoda na wyjazd byłaby jednoznaczna ze zgodą na romans.

Na wszelki wypadek zerwała wszelkie więzi z Londynem. Zrezygnowała z mieszkania i kontaktów z nielicznymi przyjaciółmi. Martwiło ją, iż po ośmiu latach w tym wielkim mieście ma ich tak niewielu, ale z drugiej strony zawsze była samotnikiem. Niechętnie mówiła o sobie i wolała, żeby ludzie wiedzieli o niej jak najmniej. Ta nieufność jeszcze się nasiliła po tragicznych wakacjach, gdy miała siedemnaście lat.

Zacisnęła zęby i z zimowego ogrodu wróciła do przyjemnie ciepłej kuchni.

Dom rodziców stał samotnie na końcu wąskiej drogi, mniej więcej piętnaście kilometrów od miasteczka, w którym pracował ojciec. Rodzice osiedlili się w tej okolicy zaraz po ślubie, gdy ojciec dołączył jako wspólnik do miejscowej kancelarii notarialnej. Z biegiem lat jego partnerzy zmarli lub przeszli na emeryturę, został więc w końcu sam i nadal prowadził biuro, mając do pomocy młodego aplikanta.

Solidny budynek, w którym mieszkali, był wymurowany z występującego w tych stronach kamienia. Stał w dolince, dzięki czemu w czasie zimy był osłonięty przed srogimi górskimi wichrami. Do wsi, w której znajdował się kościół i szkoła, trzeba było iść dobry kilometr.

Christy wciąż miała żywo w pamięci, jak zimą brnęła przez śnieg do przystanku, gdzie wraz z innymi dziećmi czekała na szkolny autobus. To były wspaniałe czasy; żyło się prosto i spokojnie, a ona czuła się szczęśliwa, choć czasem trochę samotna. Nie przeszkadzało jej nawet to, że z powodu płomiennie rudych włosów dzieciaki wołały na nią Marchewka.

Co było, to było, pomyślała, nakładając jedzenie. Przedtem była u matki i pomogła jej zjeść lekki posiłek, zgodny z wymogami ścisłej diety, której chora musiała przestrzegać.

– Rano dzwonili ze szpitala, żeby uprzedzić, że po południu przyjedzie lekarz. Wciąż leczycie się u doktora Broughtona? – zapytała ojca, kiedy usiadł do stołu.

– Już nie. Mama nic ci nie mówiła? Doktor Broughton przed samymi świętami odszedł na wcześniejszą emeryturę. Praktykę przejął po nim Dominik Savage.

Christy drgnęła, niechcący upuszczając kawałek marchewki. Cieszyła się, że jest pochylona nad kuchnią, dzięki czemu ojciec nie widzi wyrazu jej twarzy.

– Dominik? Myślałam, że wyjechał do Ameryki.

– Rzeczywiście, był tam przez jakiś czas, ale zdecydował się wrócić. Tak zresztą musiało być. Jego dziadek przez całe lata był jedynym lekarzem na całą okolicę, a potem zakładał przychodnię, z której do dziś korzystamy.

– Ale Dominik zawsze był taki... ambitny...

– Cóż, ludzie się zmieniają. – Ojciec uśmiechnął się lekko. W jego oczach pojawił się przelotny błysk. – Ot, choćby ty – zauważył. – Pamiętam, że kiedyś nie można było wspomnieć przy tobie o Dominiku, bo od razu robiłaś się czerwona jak piwonia.

 

Nie pozwoliła sobie na panikę i mężnie zignorowała bolesny skurcz żołądka.

– Zdaje się, że kiepsko się kryłam ze swoją szczenięcą miłością, prawda? – Uśmiechnęła się nieznacznie. – Jakie to szczęście, że człowiek z tego wyrasta. Pewnie doprowadzałam was do szału, zwłaszcza jego...

– Eee, chyba przesadzasz. Zawsze mi się zdawało, że Dominik bardzo cię lubi.

Bardzo lubi! Dobrze, że ojciec nie ma o niczym pojęcia. Ostatnią rzeczą, której się spodziewała lub której pragnęła, uciekając z Londynu do rodzinnej wsi, było ponowne spotkanie z Dominikiem Savage'em. Nawet gdyby była silna i opanowana, nie umiałaby zachować przy nim spokoju, a co dopiero teraz, gdy czuje się taka bezradna i rozdarta wewnętrznie... Wzdrygnęła się, wspominając chłodny wyraz jego szarych oczu i głęboki głos, którym rzucał cięte uwagi, bez trudu zbijając jej żałosne argumenty.

Kiedy podawała ojcu lunch, serce biło jej niespokojnie. Gdyby mogła, najchętniej wsiadłaby do pierwszego pociągu do Londynu. Nie mogła tego zrobić, bo po pierwsze, spaliła za sobą wszystkie mosty, a po drugie, była potrzebna rodzicom. Zwłaszcza matce, która wymagała troskliwej opieki i nie wolno jej było się męczyć. Christy znała ją bardzo dobrze: matka zawsze była bardzo energiczna i aktywna, dlatego na pewno niełatwo przyjdzie jej zastosować się do przykazań lekarzy, którzy zalecali oszczędny tryb życia.

Dominik Savage wrócił do Setondale! Nawet nie przyszłoby jej to do głowy!

Po lunchu ojciec poszedł na górę, żeby posiedzieć trochę z matką, a Christy posprzątała ze stołu. Dominik miał przyjechać o trzeciej, więc zaczęła gorączkowo szukać pretekstu, żeby uniknąć niechcianego spotkania. Za każdym razem, gdy przypomniała sobie koszmarny dzień, w którym widziała go po raz ostatni, robiło jej się nieprzyjemnie gorąco.

Rzeczywiście, jako siedemnastolatka zakochała się w nim bez pamięci; rodzice do dziś nie mieli pojęcia, że to właśnie on wpłynął pośrednio na jej decyzję o wyjeździe do college'u, a potem o przeprowadzce do Londynu. Po tym, co się stało, nie mogła znieść myśli, że miałaby raz jeszcze stanąć z nim twarzą w twarz, więc po prostu uciekła. Wkrótce okazało się, że niepotrzebnie, gdyż Dominik i tak opuścił jesienią Setondale i wyjechał do Ameryki, by tam kontynuować studia medyczne.

Krążyła niespokojnie po kuchni, nie mogąc poradzić sobie z natłokiem wspomnień. Nagle zapragnęła wyjść na dwór i odetchnąć mroźnym powietrzem, licząc, że to pomoże jej odzyskać wewnętrzną równowagę.

W pomieszczeniu gospodarczym wciąż wisiała ortalionowa kurtka, którą nosiła jeszcze w szkole. Włożyła ją, szarpiąc się niezdarnie.

Niebo było jeszcze ciemniejsze niż przed południem, a zapach śniegu bardziej intensywny. W oddali widać było pasterza sprowadzającego z gór stado owiec, wokół których uwijał się pies. Christy postała chwilę w miejscu, a potem ruszyła przed siebie miarowym krokiem. Kiedy szła, jej sięgające ramion włosy kołysały się rytmicznie. W mięśniach czuła nieprzyjemne napięcie, lekki mróz szczypał ją w twarz. Wybrała znajomą ścieżkę prowadzącą do podnóża gór. W miarę jak podchodziła coraz wyżej, napięcie opadało.

Minęła plebanię, budząc uśpionego psa, który natychmiast głośno ją obszczekał. Neogotyckie zabudowania z przyległym gruntem zostały niedawno sprzedane, ale nawet nie przystanęła, żeby popatrzeć, czy nowi właściciele już się wprowadzili.

Dominik wrócił! Zadrżała zupełnie tak samo jak kiedyś i ciężko westchnęła.

Ojciec twierdzi, że Dominik bardzo ją lubił. To tylko świadczy o tym, jak mało wie. Dominik był dokładnie taki, jak sugerowało jego nazwisko, które znaczyło tyle co „srogi”. Christy doświadczyła na własnej skórze tej srogości!

Za pomocą zaledwie paru słów, których ona nie zapomni do końca życia, bezlitośnie zniszczył jej dziewczęce marzenia i niewinność. Nie kryjąc pogardy, dał jej do zrozumienia, że wie o jej fascynacji, a potem przedstawił to jej uczucie w krzywym zwierciadle, budząc w niej palący wstyd i ból, od których do tej pory nie potrafiła się uwolnić.

Sama była sobie winna. Nic by się nie stało, gdyby podziwiała go z daleka i zadowoliła się przyjaźnią, która łączyła ich od wielu lat. Jej rodzice dobrze znali mieszkającą obok przychodni rodzinę Savage'ów, dlatego już od dziecka lgnęła do starszego o osiem lat Dominika. Zakochała się w nim jako siedemnastolatka, on zaś był wtedy świeżo upieczonym doktorem i odbywał swój pierwszy staż w szpitalu w Alnwick. Jej pierwsza miłość z pewnością ograniczyłaby się do głębokich westchnień i wodzenia za ukochanym rozmarzonym wzrokiem, gdyby nie koleżanki ze szkoły.

Z powodu, którego nie potrafiła pojąć, podczas ostatniego roku w liceum upodobała ją sobie grupa dziewczyn, którym przewodziła nad wiek rozwinięta córka lokalnego polityka. Jeśli chodzi o doświadczenie i tupet, Helen Maguire biła swoje koleżanki na głowę. I właśnie ta szkolna gwiazda wybrała ją sobie na przyjaciółkę, sprawiając jej tym niespodziewanym wyróżnieniem wielką radość i dając powód do dumy, gdyż wcześniej Christy nie cieszyła się popularnością wśród rówieśników. Jako dziewczyna z natury cicha oraz nieśmiała z trudem zawierała znajomości i dopiero przyjaźń z Helen sprawiła, że pozbyła się kompleksów i nabrała większej pewności siebie. Przełamała wewnętrzny opór i odsunęła na bok wątpliwości, czy warto brać udział w inicjowanych przez Helen rozmowach o seksie i chłopakach. Ponieważ jej nowa przyjaciółka miała w tej dziedzinie spore doświadczenie, chętnie dzieliła się nim z koleżankami. Bywało, że słuchając jej szczegółowych opowieści o miłosnych podbojach, Christy czuła się zażenowana, była jednak na tyle zafascynowana nową przyjaciółką, że nie podawała w wątpliwość jej zasad moralnych.

Tak jak oczywiste jest, że po nocy przychodzi dzień, tak szybko stało się jasne, że prędzej czy później sprytna Helen odkryje, iż ona kocha się w Dominiku, i zacznie ją namawiać, żeby przestała zachowywać się jak małe dziecko.

– Daj spokój! Skoro mówisz, że ci na nim zależy, to go zdobądź – powiedziała pewnego dnia Helen, dziwnie się uśmiechając. – Mówię ci, to nic trudnego, oczywiście jeśli się wie, jak do tego się zabrać – dodała miękko. – Mam ci powiedzieć, jak to się robi?

Kłucie w boku kazało jej zatrzymać się i oprzeć o skałę. Wspomnienia, od których nie potrafiła uciec, przyprawiały ją o mdłości. Dobrze wiedziała, że rozpamiętywanie tamtych zdarzeń niczemu nie służy, bo przecież nie sposób zmienić przeszłości. Choćby robiła wszystko, co w ludzkiej mocy, nie cofnie czasu ani nie wymaże z pamięci tego, co już się stało. Drżąc na całym ciele, wciągnęła do płuc haust lodowatego powietrza, które tu, u podnóża gór, było dużo ostrzejsze niż w zacisznej dolinie. Uczucie chłodu, choć przykre, przyniosło jej ulgę, gdyż otrzeźwiło ją i kazało wrócić do rzeczywistości, do tego, co tu i teraz, oddalone o osiem lat od tamtych smutnych wakacji.

Dawno już powinna była o tym zapomnieć. Wspomnienie Dominika Savage'a powinno zblaknąć i w końcu zostać wyparte przez bardziej radosne doświadczenia z innymi mężczyznami. Niestety, jego postać wciąż żyła w jej pamięci i powracała niczym upiór, nie pozwalając, by spełniła się w miłości i stała kobietą.

Uśmiechnęła się smutno, odtwarzając w pamięci bezgraniczne zdumienie Davida, gdy powiedziała mu prawdę.

– Jesteś dziewicą?! To niemożliwe! Na Boga, Christy, ty chyba żartujesz?! Kto by pomyślał...? Te oczy, takie włosy, to ciało... Tak nie wygląda cnotliwa, wiktoriańska panienka!

Słuchała go, nie mogąc opanować nerwowego drżenia warg, a on dzięki wrażliwości i intuicji od razu zorientował się, że Christy nie kłamie. Co za pech, że David był żonaty. Z prawdziwą przyjemnością straciłaby z nim dziewictwo. Miał bogate doświadczenie, podobał jej się jako mężczyzna i budził w niej pożądanie. Pragnęła go, wyobrażając sobie, że swą miłością obudzi ją jak królewicz śpiącą królewnę. Problem w tym, że nie mogła skrzywdzić Meryl, więc nadal prześladowała ją rozbudzona przez Dominika odraza i lęk przed seksualnością.

Kiedy tak stała oparta o skałę, z nieba zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. Miała świadomość, że powinna już wracać, ale nie miała na to ochoty. Nie czuła się na siłach stanąć twarzą w twarz z Dominikiem, dopóki jeszcze raz nie przeżyje tamtego koszmaru od początku do końca.

Nie miała prawa winić Helen. To był jej własny błąd oraz jej pożądanie. Nikt przecież nie zmuszał jej do słuchania przyjaciółki, gdy ta kładła jej do głowy, że nie ma nic prostszego, niż uwieść faceta. Helen wygłaszała te prawdy głosem zadowolonej z siebie, zimnej i wyrachowanej kobiety, która bez skrupułów wykorzystuje męskie słabości. Christy jednak była wtedy zbyt naiwna, by to zrozumieć. Dlatego nieco speszona wpatrywała się w Helen jak w obrazek, gdy ta udzielała jej szczegółowych wskazówek, i chłonęła jej każde słowo.

– Ale co będzie, jeśli on... no, wiesz? Jeśli nie będzie chciał się ze mną kochać? – zapytała nieśmiało.

Helen wzruszyła ramionami.

– Tym się nie przejmuj. Zobaczysz, jak go podniecisz, nie będzie mógł się powstrzymać. Żaden facet nie może – stwierdziła.

Christy słuchała jej z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony ogarniało ją podniecenie na myśl o tym, że Dominik będzie się z nią kochał, z drugiej zaś niepokój, że w ogóle ma śmiałość wyobrażać sobie takie rzeczy.

Wiedziała, kiedy Dominik będzie sam w domu, ponieważ co dwa tygodnie ich rodzice umawiali się na brydża, wystarczyło więc odczekać, aż takie spotkanie wypadnie w jej domu.

– Tylko włóż na siebie coś seksownego – brzmiała pierwsza rada Helen. Łatwo powiedzieć. W garderobie Christy nie było ani jednej rzeczy, która spełniałaby to kryterium.

Ostatecznie, czując się bardziej zażenowana niż seksy, zdjęła biustonosz i rozpięła kilka guzików bawełnianej bluzeczki, tak by w głębokim dekolcie widać było dostatecznie dużo kształtnych piersi. Do tego włożyła zwykłe dżinsy, które nosiła na co dzień.

Przed wyjściem z domu powiedziała rodzicom dobranoc, przedtem jednak ukryła pod grzecznym kardiganem niestosowny negliż. Potem zaś, rozdarta pomiędzy wyrzutami sumienia i przyjemnym podnieceniem, wskoczyła na rower i wyjechała na drogę.

Tamto lato było wyjątkowo gorące, więc mimo wieczornej pory wysokie balkonowe drzwi w domu Savage'ów zostawiono otwarte. Christy odwiedzała ich bardzo często i czuła się tu jak u siebie, jednak kiedy podjeżdżała do bocznych drzwi, miała przykre wrażenie, że nie tylko samowolnie wkracza na prywatny teren, lecz także nadużywa przyjaźni Savage'ów i zaufania rodziców. Miała ochotę zawrócić, lecz powstrzymywała ją obawa przed tym, co odpowie Helen, gdy ta zacznie nazajutrz wypytywać ją, jak jej poszło. Tłumiąc więc w sobie niepewność, ostrożnie podeszła do uchylonych drzwi i zapukawszy leciutko, wsunęła się do środka.

W salonie nie było nikogo; ruszyła więc w stronę holu, czując, jak z emocji mocno bije jej serce. Nagle zamarła ze strachu, dostrzegła bowiem Dominika, który schodził na dół, wkładając jednocześnie białą koszulę.

Włosy miał wilgotne, a jego ładnie opalona skóra napinała się na mocnych mięśniach torsu. Kiedy na niego patrzyła, czuła, jak coś się w niej budzi i rozkwita. Oczy jej pociemniały i aż zaróżowiła się z emocji.

– Christy?! Wszystko w porządku? – Ostry ton wyrwał ją z zauroczenia.

– Tak.

– Więc co ty tu robisz? – Patrzył na nią ze zmarszczonym czołem, zapinając guziki koszuli. Zaskoczona jego szorstką reakcją nie mogła wydobyć z siebie słowa, ponieważ zwykle zwracał się do niej z żartobliwą pobłażliwością. – Pytałem, co tu robisz? – powtórzył.

Stanął naprzeciw niej u stóp schodów i przyjrzał jej się z pochmurną miną. Była wysoka, ale by spojrzeć mu w oczy, musiała zadrzeć głowę do góry. Nie spuszczając z niego wzroku, cofnęła się o krok i zdjęła sweter. Gasnące promienie wieczornego słońca przeniknęły cienki materiał bluzki, ukazując nagie piersi.

Usłyszała, jak Dominik głośno wstrzymuje oddech, wydając przy tym taki odgłos, jakby był zniecierpliwiony.

– Przyszłam, bo... chciałam się z tobą zobaczyć – powiedziała szybko.

– Zobaczyć się ze mną? – Pionowa zmarszczka na jego czole pogłębiła się jeszcze bardziej. – W jakiej sprawie?

Spanikowała. Przecież miało być inaczej. On nie powinien zadawać żadnych pytań, tylko pożerać ją... pożądliwym wzrokiem. Zdaje się, że wbrew opinii Helen uwodzenie wcale nie jest takie proste. Zdezorientowana rzuciła mu bezradne spojrzenie, nieświadoma, że spłoszony wyraz oczu bezlitośnie zdradza jej intencje.

 

– Ja... chciałam z tobą porozmawiać – wyjąkała bez przekonania.

– Christy, o co ci chodzi? – zapytał surowo. – Masz... kłopoty?

Zaczerwieniła się po same uszy, zaraz jednak dotarł do niej sens tego pytania. Zszokowana, spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Mówiąc o kłopotach, mógł mieć na myśli tylko jedno... Dotknięta do żywego aż się cofnęła.

– Oczywiście, że nie mam żadnych kłopotów! Skąd przyszedł ci do głowy taki niedorzeczny pomysł? – Bolało ją, że Dominik posądza ją o takie rzeczy; on, jedyny mężczyzna, któremu mogłaby się oddać.

– To chyba normalne, że tak pomyślałem, skoro paradujesz w takim stroju. – Wykonał ręką znaczący ruch, dając jej do zrozumienia, że taki nietypowy ubiór nie uszedł jego uwagi. Ze zdenerwowania zrobiło jej się gorąco. Spodziewała się po nim zupełnie innej reakcji. Helen powiedziała, że...

Zagryzła wargi i przysunęła się do niego ostrożnie.

– Nie gniewaj się – poprosiła drżącym głosem. Niewiele brakowało, a byłaby się popłakała; wyraźnie czuła, jak łzy ściskają ją za gardło.

Najpierw usłyszała jego ciężkie westchnienie, a potem poczuła, jak otacza ją ramionami; przytulił ją mocno, więc z ulgą położyła głowę na jego ramieniu. Przez bluzkę czuła na piersiach bijące od niego ciepło.

Zadrżała z emocji i podniecenia. Bardzo chciała go dotknąć, ale ledwie wystarczało jej odwagi, żeby normalnie oddychać. A więc Helen miała jednak rację. To działa!

Ogarnęła ją taka słabość, że z trudem trzymała się na nogach. Serce podskoczyło jej do gardła i biło tak mocno, że bała się, iż jeszcze chwila i się udusi. Czy Dominik czuje to szaleńcze bicie? Bo ona wyraźnie wyczuwała spokojne, miarowe uderzenia jego serca. Bez namysłu podniosła rękę, chcąc dotknąć miejsca, w którym biło.

Ledwie położyła drżącą dłoń na jego torsie, chwycił ją mocno za przegub i od siebie odepchnął.

Jego szare oczy pociemniały, gdy patrząc na nią gniewnie, zapytał:

– Co ty wyprawiasz?!

Zaskoczyła ją taka nieoczekiwana reakcja. Jej głowę wciąż wypełniały słodkie marzenia o miłości, która miała ich połączyć. Nie zdając sobie sprawy, że jest na nią rozgniewany, szepnęła żarliwie:

– Dominiku, kochaj się ze mną. Bardzo cię proszę... Wiem, że tego chcesz.

Przez chwilę miała wrażenie, że czas stanął w miejscu: wpatrywała się w niego błagalnie, nie panując nad drżeniem warg. Zdawało jej się, że czuje go każdą komórką rozbudzonego ciała. On zaś mierzył ją wściekłym spojrzeniem i był wyraźnie spięty. Jego oczy były teraz prawie czarne, a surowo zaciśnięte wargi tworzyły cienką linię. Wyglądał tak, jakby ze złości nie mógł oddychać.

I nagle czar prysł. Z całą brutalnością dotarło do niej, że on jest obrażony i zły.

– Dobry Boże, nie wierzę własnym uszom – mruknął. – A więc po to przyszłaś, ubrana jak... współczesna wersja Lolity? Chcesz, żebym się z tobą kochał? I w dodatku mówisz o tym tak otwarcie?!

Wyraz jej twarzy zdradził mu, jak bardzo jest wstrząśnięta, więc przemówił nieco łagodniej, choć do niej to nie dotarło.

– Christy, ja nie mogę się z tobą kochać... i ty dobrze o tym wiesz.

– Bo mnie nie pożądasz? – zmusiła się, żeby na niego spojrzeć. Wydawało jej się, że jego twarz przybrała chłodny wyraz.

– Między innymi – przyznał szczerze i zaraz dodał: – Z reguły kobieta nie występuje pierwsza z taką propozycją, tylko czeka, aż mężczyzna o to ją poprosi. Powiedz mi, kto cię do tego namówił? Christy, tylko nie kłam! Przecież cię znam i wiem, że sama nigdy nie wpadłabyś na tak absurdalny pomysł.

Czuła się tak upokorzona i zdruzgotana, że nawet gdyby chciała, nie umiałaby zataić prawdy. Zresztą Dominik na pewno by na to nie pozwolił. Tak długo zadręczał ją pytaniami, aż wszystko mu powiedziała. A potem bezradnie obserwowała, jak w jego oczach pojawia się odraza i niechęć. Odsunął się od niej z taką miną, jakby obawiał się, że zarazi go jakąś straszną chorobą.

– Teraz ja ci powiem parę słów prawdy – odezwał się, gdy skończyła mówić. – Wbrew temu, co naplotła twoja koleżanka, wcale nie tak łatwo obudzić w mężczyźnie pożądanie.

Zawstydziła się tak bardzo, że myślała tylko o tym, by czym prędzej uciec przed jego spojrzeniem, on jednak jej na to nie pozwolił. Ujął ją pod brodę i zmusił, żeby podniosła wzrok.

– Spójrz na mnie, Christy. Przyjrzyj mi się dobrze... przecież twoja doświadczona przyjaciółka nie omieszkała cię poinformować, jak wygląda facet ogarnięty pożądaniem. Czy ja tak wyglądam?

Chciała się wyrwać, ale wstyd i strach sparaliżowały ją do tego stopnia, że nie mogła ruszyć palcem. Stała więc przed nim, drżąc jak zajączek, nad którym zawisł złowrogi cień jastrzębia, bezradnie patrząc mu w oczy.

Ponieważ za nic w świecie nie chciała na niego spojrzeć, zaproponował:

– Skoro nie chcesz na mnie patrzeć, to może mnie dotkniesz i sama się przekonasz, że nie kłamię... – W jego głosie dźwięczała nuta ironii.

Od czubka głowy aż do stóp przebiegł ją zimny dreszcz. Zrozumiała, że w tej oto sekundzie Dominik brutalnie rozwiał jej dziecinne złudzenia. Obnażył kompromitującą prawdę o tym, jaka jest, i nieświadomie sprawił, że od tej chwili zaczęła nienawidzić siebie za to, co zrobiła. Odwróciła się do niego plecami, próbując powstrzymać płacz, który w niej narastał.

Ku jej rozpaczy Dominik nie pozwolił jej odejść. Najpierw musiała przełknąć jeszcze jedną gorzką pigułkę i wysłuchać umoralniającego wykładu na temat niebezpieczeństw, które czyhają na takie dziewczyny jak ona. Dowiedziała się o wszystkich możliwych chorobach, których bezpośrednią przyczyną jest seks z przypadkowym partnerem, a na dokładkę usłyszała, że naraża się na gwałt albo coś gorszego. Na koniec kazał jej zastanowić się, jak poczuliby się jej rodzice, którzy przecież ją kochają i darzą zaufaniem, gdyby się dowiedzieli, co ona wyprawia. Kiedy kazanie dobiegło końca, Dominik nie puścił jej do domu. Polecił jej, żeby poszła na górę, do łazienki, i doprowadziła się do porządku. Czekał na nią pod drzwiami, a gdy wyszła, upewnił się, że dokładnie zapięła sweter. Potem uparł się, że odwiezie ją do domu samochodem.

Był od niej starszy tylko o osiem lat, ale zachowywał się jak surowy, pruderyjny patriarcha. Wysiadając z samochodu przed domem rodziców, wiedziała, że będzie go nienawidziła do końca życia.

Kto wie, czy mimo wszystko nie mniej niż siebie, pomyślała z goryczą, otrząsając się z tych ponurych wspomnień.

Po tym żałosnym incydencie starała się unikać Helen. Poprosiła rodziców, żeby po wakacjach zamiast do miejscowej szkoły posłali ją do college'u, oni zaś zgodzili się i wynajęli jej wygodną stancję w Newcastle. Tam, prócz zdobywania kwalifikacji zawodowych, powoli uczyła się na nowo akceptować samą siebie.

Czasami zdawało jej się, że te szalone tygodnie, które spędziła w towarzystwie Helen i jej koleżanek, były czymś w rodzaju choroby, po której został jej nieprzezwyciężony wstręt do siebie i swojego zachowania. W tamtych dniach wystarczyła najmniejsza wzmianka o Dominiku, by natychmiast poczuła się fatalnie. Nawet jeśli jej zagadkowa drażliwość i niechęć do rozmów o nim dziwiła rodziców, nigdy z tym się nie zdradzili.

Westchnęła cicho. Śnieg sypał coraz gęstszy, pora więc była wracać do domu. Zerknęła na zegarek. Dziesięć po trzeciej. To dobrze, bo zanim tam dotrze, Dominika już nie będzie. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie może go unikać do końca życia, ale wiadomość o jego powrocie spadła na nią tak niespodziewanie, że po prostu nie zdążyła się jeszcze z nią oswoić. Miała nadzieję, że dzięki katharsis, które przed chwilą przeżyła na łonie natury, stanie się silniejsza i podejdzie do tamtego wybryku z większą wyrozumiałością i tolerancją, obawiała się jednak, że mimo wszystko będzie to bardzo trudne. Wszystkie jej problemy brały się stąd, że nie potrafiła uwolnić się od wstydu i obrzydzenia do samej siebie, które obudził w niej Dominik. Poczucie winy nie opuszczało jej nigdy. Było jak niebezpieczna choroba, która wprawdzie weszła w fazę remisji, lecz w każdej chwili może zaatakować ponownie.