Wiek empatii.

Tekst
Autor:Frans de Waal
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Księga natury jest jak Biblia: każdy wyczyta z niej to, co chce, od tolerancji po nietolerancję, od altruizmu po chciwość. Dobrze jest jednak zdać sobie sprawę, że jeśli biolodzy w kółko mówią o konkurencji, to nie dlatego, że są jej zwolennikami; a gdy określają geny jako „samolubne”, nie znaczy to, że one naprawdę takie są. Geny nie są ani trochę bardziej „samolubne”, niż rzeka jest „wściekła”, a promienie słońca „łagodne”. Geny to małe kawałki DNA. W najlepszym razie można powiedzieć, że są „autopromocyjne”, ponieważ „dobre” geny sprawiają, że ich nosiciele pozostawią po sobie więcej kopii[18].

Skilling, jak wielu przed nim, połknął przynętę i nadział się na haczyk metafory samolubnego genu, uznając, że jeśli nasze geny są samolubne, to i my musimy być samolubni. Dawkins niekoniecznie jednak miał to na myśli – stało się to jasne w trakcie rozmowy, którą prowadziliśmy na wieży, przyglądając się moim szympansom.

Powinienem chyba wyjaśnić, że Dawkins i ja dość krytycznie wypowiadaliśmy się o sobie nawzajem na piśmie. On napisał, że moje wypowiedzi na temat „życzliwości” zwierząt to niewiele więcej niż poezja, a ja beształem go za ukucie metafory, którą tak łatwo jest źle zrozumieć. Można powiedzieć, że to zwykłe akademickie docinki, na tyle jednak poważne, że mogłem się obawiać pewnego chłodu w trakcie naszego spotkania w stacji badawczej. Dawkins odwiedził mnie podczas kręcenia jednego z odcinków programu telewizyjnego Geniusz Karola Darwina. Pierwsi przyjechali producenci, aby przygotować „spontaniczne” spotkanie – Dawkins miał podjechać autem, podejść do mnie, uścisnąć moją rękę i ciepło mnie przywitać, a następnie mieliśmy pójść wspólnie ku moim małpom. Wszystko to zrobiliśmy tak, jak gdybyśmy widzieli się po raz pierwszy – choć w rzeczywistości mieliśmy już wcześniej okazję się spotkać. Aby ocieplić atmosferę, opowiedziałem mu o niedawnej suszy w Georgii i o tym, że gubernator brał udział we wspólnej modlitwie o deszcz na schodach siedziby władz stanowych[19]. Rozbawiło to mojego rozmówcę, który jest zagorzałym ateistą, i razem pośmialiśmy się z zadziwiającego zbiegu okoliczności, że modlitwę zorganizowano bezpośrednio po tym, jak meteorolodzy zapowiedzieli deszcz.

Nasza debata na wieży rzeczywiście przebiegła w chłodnej atmosferze, ale tylko dlatego, że był to jeden z tych niespodziewanie chłodnych i wietrznych dni. Dawkins niesamolubnie rzucał owoce kręcącym się pod nami małpom i w krótkim czasie znaleźliśmy wspólny język, co nie było przesadnie trudne, biorąc pod uwagę nasze podobne wykształcenie[20]. Nie mam żadnych problemów z określaniem genów jako „samolubnych”, jeśli tylko zgodzimy się, że nie mówi nam to nic o motywach działań ludzi i zwierząt, a Dawkins przyznał, że geny mogą leżeć u podstaw wszelkiego rodzaju zachowań, również aktów autentycznej życzliwości. Krótko mówiąc, zgodziliśmy się, że należy rozdzielić to, co napędza ewolucję, od tego, co napędza zachowanie jednostek – w biologii zresztą jest to równie oczywiste jak rozdzielenie kościoła i państwa wszędzie poza Georgią.

Ogólnie rzecz biorąc, była to więc przesympatyczna pogawędka, jak mawiają Anglicy, w czasie której spróbowaliśmy bliżej omówić zależności pomiędzy tymi dwoma poziomami[21]. Zanim przedstawię je na przykładzie życzliwości i altruizmu, zacznijmy od prostszego przykładu widzenia barwnego. Rozróżnianie kolorów miało wyewoluować, ponieważ naszym przodkom przydała się umiejętność odróżniania owoców dojrzałych od niedojrzałych. Gdy jednak już nauczyliśmy się to robić, widzenie barwne znalazło wiele innych zastosowań. Dziś korzystamy z niego, gdy czytamy mapę, zauważamy, że ktoś się zarumienił, albo dobieramy buty do koszuli. Nie ma to wiele związku z owocami, choć kolory oznaczające dojrzałość – czerwony i żółty – wciąż szczególnie nas pobudzają, przez co pełnią szczególną rolę w sygnalizacji świetlnej, ogłoszeniach i dziełach sztuki. Podstawowy kolor natury – zielony – kojarzy nam się ze spokojem, wypoczynkiem, nudą.

W królestwie zwierząt pełno jest cech, które wyewoluowały z jakiegoś powodu, ale później znalazły zupełnie inne zastosowanie. Kopyta są adaptacją do biegania po twardych powierzchniach, jednak świetnie nadają się też do wymierzania bolesnych kopniaków. Dłonie naczelnych wyewoluowały, aby zapewniać solidny uchwyt gałęzi, jednak pomagają też młodym przytrzymywać się futra matki. Pyszczki ryb służą przede wszystkim do pożywiania się, ale przecież znajduje też w nich schronienie narybek pielęgnic. Również w przypadku zachowania pierwotna funkcja nie zawsze wyjaśnia nam, jakie są przyczyny jego występowania dzisiaj. Zachowanie cechuje się „motywacyjną autonomią”.

Dobrym przykładem jest seks. Choć anatomia naszych genitaliów i nasze potrzeby seksualne wyewoluowały ze względu na funkcję reprodukcyjną, większość z nas oddaje się seksowi nie ze względu na jego długoterminowe konsekwencje. Zawsze myślałem, że główną motywacją aktywności seksualnej musi być przyjemność, ale w niedawnym badaniu ankietowym przeprowadzonym przez Cindy Meston i Davida Bussa uczestnicy raportowali najróżniejsze powody: „chciałam sprawić przyjemność swojemu chłopakowi”, „żeby dostać podwyżkę”, „nudziło nam się”, „byłem ciekawy, jaka jest w łóżku”. Jeśli ludzie zwykle oddają się aktywności seksualnej nie z myślą o reprodukcji – to dlatego mamy pigułki „dzień po” – to tym bardziej jest tak w przypadku zwierząt, które nie rozumieją związku między seksem i reprodukcją. Uprawiają seks, ponieważ czują do siebie pociąg albo ponieważ nauczyły się, że jest to przyjemne, a nie dlatego, że chcą się rozmnażać. Nie można chcieć czegoś, o czym się nie wie. To mam na myśli, mówiąc o „autonomii motywacyjnej”: popęd seksualny ma niewielki związek z przyczynami, dla których seks w ogóle wyewoluował.

Innym przykładem jest adopcja cudzych dzieci. Gdy umiera matka mająca młode dziecko, inne samice często je przygarniają. Nawet dorosłe samce wiążą się czasem z niespokrewnioną sierotą, chroniąc ją i pozwalając jej wyciągać sobie jedzenie z rąk. Ludzie adoptują na dużą skalę, często przechodząc przez piekielne procedury biurokratyczne, aby znaleźć dziecko, którym mogliby się zaopiekować. Najdziwniejsze są jednak przypadki adopcji międzygatunkowej: w Buenos Aires sławą okryła się pewna samica psa, która uratowała porzuconego ludzkiego niemowlaka, chłopczyka, i umieściła go pomiędzy swoimi szczeniakami, zupełnie jak Romulusa i Remusa. Ta skłonność znana jest na farmach i w ogrodach zoologicznych na całym świecie; w pewnym zoo tygrysica bengalska adoptowała i karmiła prosiaki. Instynkt macierzyński cechuje się niezwykłą szczodrością.

Niektórzy biolodzy określają tego typu przejawy instynktu macierzyńskiego jako „pomyłki” i twierdzą, że zachowanie powinno służyć tylko do tego, do czego jest przeznaczone[22]. Choć brzmi to trochę jak nauka Kościoła katolickiego mówiącego nam, że seks nie jest do zabawy, rozumiem, w czym rzecz. Biologicznie optymalnym zachowaniem nie byłoby karmienie tych prosiąt, lecz wykorzystanie ich jako wysokobiałkowych przekąsek. Gdy jednak przejdziemy od biologii do psychologii, perspektywa się zmienia. Ssaki posiadają potężne popędy każące im troszczyć się o młode, a więc to, co robiła tygrysica, przychodziło jej naturalnie. Z psychologicznego punktu widzenia to nie była pomyłka.

Gdy dwójka ludzi adoptuje dziecko z drugiego końca świata, ich troska i niepokoje są równie autentyczne jak te przeżywane przez rodziców biologicznych. Podobnie, gdy dwie osoby uprawiają seks, ponieważ „chcieli zmienić temat rozmowy” (rzeczywisty przykład z cytowanych wyżej badań), ich podniecenie i przyjemność są równie rzeczywiste jak u każdej innej pary. Powstałe na drodze ewolucji skłonności są nieodłączną częścią naszej psychiki i wolno nam korzystać z nich, jak tylko tego zapragniemy.

Zastosujmy teraz to rozumowanie do przypadku życzliwości. Rzecz w tym, że nawet jeśli dane zachowanie wyewoluowało ze względu na X, może być równie dobrze wykonywane ze względów Y i Z. Pomaganie innym wykształciło się po części dlatego, że służy ono dobru osobnika pomagającego, zwłaszcza wtedy, gdy działa on na korzyść bliskich krewnych albo towarzyszy, którzy mogą w przyszłości się odwdzięczyć. Tak działa dobór naturalny: wytwarza zachowania, które – po uśrednieniu i po długim czasie – się opłacają. Nie oznacza to jednak, że ludzie i zwierzęta pomagają sobie nawzajem wyłącznie z egoizmu. Przyczyny istotne ewolucyjnie nie muszą być koniecznie tymi samymi, które kierują konkretnymi osobnikami. Jednostki te postępują zgodnie z wykształconą już tendencją, nawet jeśli w danym wypadku nie przynosi to żadnego zysku, jak człowiek, który wskakuje na tory, aby uratować obcą osobę, pies, który zostaje dotkliwie pokąsany, gdy staje pomiędzy dzieckiem i grzechotnikiem, albo delfiny tworzące ochronny pierścień wokół ludzi pływających zbyt blisko rekinów[23]. Trudno sobie wyobrazić, by zachowanie to było motywowane obietnicą przyszłego zysku. Tak jak seks nie musi występować w celu rozmnażania, a opieka rodzicielska nie musi być nakierowana na własne potomstwo, tak i pomaganie innym nie wymaga wiedzy o tym, czy, kiedy i w jakiej postaci będzie z tego korzyść.

To dlatego metafora „samolubnego genu” jest tak podstępna. Gdy terminologię psychologiczną zastosuje się do opisu ewolucji genów, powiązane ze sobą zostają dwa poziomy, które biolodzy starannie rozdzielają. Geny i motywacje to zupełnie inne rzeczy. Niezrozumienie tego rozróżnienia przyczyniło się do powstania wyjątkowo cynicznego poglądu na psychikę ludzi i zwierząt, w ramach którego wszystkie motywy działań uznawane są za samolubne. Wierzcie lub nie, ale empatia bywa często przedstawiana jako złudzenie, coś, czego ludzie tak naprawdę nie posiadają. Z wielkim zapałem i w spektakularnym stylu wielu autorów podważa jej istnienie, jak choćby Robert Wright w książce The Moral Animal, który twierdzi, że „symulowanie bezinteresowności jest elementem natury ludzkiej w równym stopniu, co jej powszechny brak”[24]. Implikacja jest taka, że każda na pozór życzliwa osoba to tak naprawdę oszust, jak w często cytowanym dowcipie Michaela Ghiselina: „Jeśli podrapiesz altruistę, zobaczysz krwawiącego hipokrytę”[25]. Jeśli od czasu do czasu jesteśmy wobec siebie życzliwi, mówią nam ci autorzy, z pewnością mamy ku temu jakieś ukryte powody. Być może chcemy po prostu wywołać dobre wrażenie. W przeciwnym razie – dlaczego ktokolwiek miałby się tak zachowywać?

 

Problem polega na tym, że psychologia i neuronauka nie dostarczają poparcia dla tego typu poglądów. Empatia jest tak naprawdę reakcją automatyczną, nad którą mamy tylko ograniczoną kontrolę. Możemy ją powstrzymać, mentalnie zablokować albo nie zadziałać w zgodzie z tym impulsem, jednak z wyjątkiem maleńkiego odsetka populacji – psychopatów – wszyscy reagujemy emocjonalnie na sytuację, w jakiej znalazł się drugi człowiek. Fundamentalne pytanie, pominięte w przygnębiającej literaturze z ostatnich trzech dekad, brzmi: dlaczego dobór naturalny tak ukształtował nasze mózgi, że jesteśmy nastrojeni na innych ludzi, cierpimy, gdy oni cierpią, i cieszy nas ich szczęście? Gdyby ewolucyjnie istotne było tylko wykorzystywanie innych, cała ta empatia nigdy by nie powstała.

Powinienem chyba wyjaśnić, że nie mam żadnych złudzeń co do paskudnej strony naszego gatunku, podobnie jak innych naczelnych. Widziałem prawdopodobnie więcej małpiej krwi i wnętrzności niż większość ludzi na tej planecie. Obserwowałem brutalne walki i samców mordujących młode; aż nazbyt często musiałem badać rany na martwej małpie, starając się ustalić, czy zostały zadane ostrymi kłami samca (cięcia i nakłucia), czy mniejszymi zębami samicy (stłuczenia i rozerwana skóra). Agresja była pierwszym tematem moich badań naukowych, w latach siedemdziesiątych, i doskonale zdaję sobie sprawę, że nie brak jej u naczelnych.

Później zainteresowałem się rozwiązywaniem konfliktów i współpracą. W tym kierunku ostatecznie pchnęła mnie śmierć jednego z moich ulubionych szympansów w trakcie makiawelicznych rozgrywek o władzę, opisanych w Chimpanzee Politics[26]. Tuż przed moją emigracją, w 1980 roku, dwa samce z holenderskiego zoo, w którym pracowałem, poturbowały i wykastrowały trzeciego, o imieniu Luit, który później zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Podobne historie opowiadają też badacze szympansów żyjących w stanie dzikim. Nie mówię tu o dobrze udokumentowanych przypadkach wojny o terytorium, kiedy to agresja skierowana jest ku osobnikom spoza grupy, lecz o fakcie, że dzikie szympansy również od czasu do czasu zabijają członków swojej społeczności.

Aż do tej katastrofy rozwiązywanie konfliktów uważałem za nieszczególnie interesujące zjawisko. Wiedziałem, że walczące szympansy całują się i przytulają po skończonym pojedynku, jednak dopiero szok, jakiego doznałem, stojąc obok weterynarza w pełnej krwi sali operacyjnej, gdy asystowałem mu przy zakładaniu setek szwów, uświadomił mi, jak niewyobrażalnie ważne są te zachowania. To dzięki nim przez większość czasu małpy utrzymują dobre relacje, a konflikty są względnie rzadkie. Bez tych mechanizmów sprawy wyglądałyby paskudnie. Tragiczny koniec Luita otworzył mi oczy na wartość dbania o pokój i w dużym stopniu zadecydował o tym, że postanowiłem ostatecznie zająć się badaniami tego, co utrzymuje jedność w grupie.

Brutalne zachowania szympansów wysuwa się czasem w charakterze argumentu przeciwko posiadaniu przez nie empatii. Ponieważ empatię wiążemy z życzliwością, często zadaje się następujące pytanie: jeśli szympansy polują na małpy i je zjadają, a czasem zabijają też innych przedstawicieli swojego gatunku, jakim cudem mogłyby mieć empatię? Najbardziej zaskakujące w tym pytaniu jest to, jak rzadko zadaje się je w odniesieniu do naszego własnego gatunku. Gdyby zawarta w nim logika była poprawna, my sami w pierwszej kolejności nie moglibyśmy w ogóle mieć empatii. Tak naprawdę związek między empatią i życzliwością nie jest konieczny, a żadne zwierzę nie może pozwolić sobie na traktowanie wszystkich uprzejmie cały czas: każdy osobnik od czasu do czasu konfrontuje się z innymi przedstawicielami swojego gatunku, czy chodzi o pożywienie, partnera, czy terytorium. Społeczeństwo oparte na empatii nie jest ani trochę bardziej pozbawione konfliktów niż małżeństwo oparte na miłości.

Ludzi, podobnie jak inne naczelne, można opisać zarówno jako zwierzęta intensywnie ze sobą współpracujące, pilnie kontrolujące swoje samolubne i agresywne odruchy, jak i jako zwierzęta stale ze sobą konkurujące, które jednak mają zdolność dogadywania się i wymieniania się przysługami. To dlatego owe społecznie konstruktywne tendencje są tak ciekawe: wyłaniają się na tle konkurencji[27]. Ludzi uważam za jeden z najbardziej agresywnych gatunków naczelnych, jednak uważam też, że osiągnęliśmy mistrzostwo w łączeniu się ze sobą, a więzi społeczne silnie dziś ograniczają wolną konkurencję. Inaczej mówiąc, nie jesteśmy agresywni z konieczności w takim sensie, w jakim jesteśmy z konieczności zwierzętami stadnymi. To wszystko kwestia równowagi: czyste, bezwarunkowe zaufanie i współpraca są naiwne i szkodliwe, a nieograniczona chciwość może prowadzić tylko do morderczego świata, jaki Skilling zgotował pracownikom firmy Enron, zanim nie upadła pod ciężarem własnego nikczemnego ducha.

Jeśli biologia ma być źródłem inspiracji dla rządu i społeczeństwa, powinniśmy zadbać choćby o poznanie jej pełnego obrazu – porzućmy kreskówkową wersję, jaką oferuje nam darwinizm społeczny, i spójrzmy, co naprawdę przygotowała dla nas ewolucja. Jakiego rodzaju zwierzętami jesteśmy? Cechy wykształcone wskutek doboru naturalnego tworzą bogatą i zróżnicowaną mieszaninę. Występują w niej również skłonności społeczne, które nastrajają znacznie bardziej optymistycznie, niż się powszechnie przypuszcza. Tak naprawdę jestem przekonany, że biologia jest dla nas największym źródłem nadziei. O dreszcze przyprawia mnie myśl, że nasze społeczeństwa miałyby w poszukiwaniu wartości humanitarnych być uzależnione od kaprysów polityki, kultury czy religii.

Ideologie przychodzą i odchodzą, ale natura ludzka trzyma się twardo.

Rozdział 3

Ciała rozmawiające z ciałami

Gdy patrzę na akrobatę spacerującego po linie, czuję się, jak gdybym znajdował się w jego środku.

Theodore Lipps, 1903

Pewnego ranka głos dyrektora zabrzmiał z wszystkich głośników w mojej szkole: lubiany nauczyciel francuskiego zmarł właśnie przed drzwiami swojej klasy. Zapadła cisza. Dyrektor wyjaśniał, że był to zawał serca, a ja nie mogłem powstrzymać napadu śmiechu. Do dziś czuję zażenowanie, gdy o tym pomyślę.

Co jest takiego w śmiechu, że jest on niepowstrzymany, nawet w niestosownych okolicznościach? Silny napad śmiechu jest tak naprawdę niepokojącym zjawiskiem: utrata kontroli, łzawienie, spazmatyczne łapanie powietrza, wieszanie się na ludziach wokół siebie...; niektórym zdarza się nawet paść na podłogę albo posikać spodnie! Cóż za osobliwy żart, że gatunek o tak rozwiniętym języku wyraża się głupawym „cha, cha, cha”. Nie prościej by było spokojnie powiedzieć „to było zabawne”?

To klasyczne pytania. Filozofie od dawna męczą się nad odpowiedzią, dlaczego jedno z najwspanialszych osiągnięć ludzkości – nasze poczucie humoru – wyraża się poprzez tak niewyrafinowaną utratę kontroli, jaką kojarzymy raczej ze zwierzętami. Nie ma wątpliwości, że śmiech jest wrodzony. Jest uniwersalnym zjawiskiem dostępnym wszystkim ludziom, a także naszym najbliższym krewnym – małpom człekokształtnym. Holenderski prymatolog Jan van Hooff badał, w jakich okolicznościach małpy wydają ten swój chrapliwy, dyszący śmiech, i doszedł do wniosku, że ma to związek ze stanem swobodnego rozbawienia. Jest często reakcją na zaskoczenie albo zdarzenia niedorzeczne – jak wtedy, gdy młoda małpka goni najwyższego rangą samca w grupie, a ten ucieka przed nią, „przerażony”, śmiejąc się jednocześnie. To powiązanie z zaskoczeniem występuje też w zabawach małych dzieci, na przykład w robieniu „a kuku!”, albo w dowcipach, których humor opiera się na nagłym zwrocie akcji na sam koniec – puencie.

Śmiech ludzki to głośne zachowanie, w trakcie którego szczerzymy zęby i szybko wydychamy powietrze (stąd późniejsze spazmatyczne łapanie tchu), co sygnalizuje sympatię i dobre samopoczucie. Gdy kilka osób śmieje się w tym samym momencie, ujawniają solidarność i poczucie wspólnoty. Ale ponieważ więź ta bywa skierowana przeciwko osobnikom spoza grupy, w śmiechu może kryć się również element wrogości – dochodzi ona do głosu choćby w dowcipach rasistowskich, co prowadzi do przypuszczeń, że śmiech wywodzi się z szyderstwa i drwin[1]. Trudno mi w to uwierzyć, ponieważ najwcześniejszy śmiech to ten pomiędzy matką i dzieckiem, których trudno podejrzewać o szydzenie z siebie nawzajem. Jest to prawdą również w odniesieniu do małp człekokształtnych, u których pierwszy „grymas zabawy” (playface, jak określa się w literaturze naukowej śmiech) pojawia się wtedy, gdy mama szturcha i gładzi swoim wielkim paluchem brzuch swojego dziecka.

Problem korespondencji

Szczególnie fascynuje mnie to, że śmiech jest zaraźliwy. Praktycznie nie da się nie śmiać, gdy wszyscy inni to robią. Udokumentowano epidemie śmiechu, gdy nikt nie mógł się od niego powstrzymać; są też znane przypadki śmierci w wyniku przedłużającego się napadu[2]. Istnieją kościoły i szkoły terapii korzystające z leczniczej mocy śmiechu. Największym przebojem 1996 roku była zabawka Tickle-me-Elmo, która śmiała się histerycznie, gdy się ją trzykrotnie ścisnęło w brzuch. To wszystko dlatego, że uwielbiamy się śmiać i nie potrafimy się oprzeć otaczającej nas fali śmiechu. Dlatego seriale komediowe w telewizji mają „śmiech z puszki”, a w teatrach rozmieszcza się czasem klakierów, którym płaci się za histeryczny rechot w odpowiednim momencie.

Zaraźliwość śmiechu nie zna granic gatunkowych. Moje okno w Yerkes Primate Center wychodzi na wybieg szympansów i często słyszę, jak rechoczą w trakcie uprawianych dla zabawy zapasów; zwykle nie mogę powstrzymać się od odruchowego zaśmiania się pod nosem. To taki radosny odgłos. Łaskotanie się i mocowanie to typowe sytuacje wywołujące śmiech u małp i to one prawdopodobnie były jego pierwotnymi wyzwalaczami u ludzi. Fakt, że łaskotanie siebie samego jest wybitnie nieskuteczne, doskonale ilustruje jego społeczny charakter. A gdy młode małpy robią swój grymas zabawy, ich towarzysze same robią tę samą minę równie szybko i z równą łatwością, z jaką zarażają się śmiechem ludzie[3].

Wspólny śmiech to tylko jeden przykład typowego dla naczelnych wyczulenia na innych. Nie jesteśmy Robinsonami Crusoe, zamieszkującymi odrębne wysepki; wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani, cieleśnie i emocjonalnie. Może to dziwnie brzmieć w uszach człowieka Zachodu, który jest przywiązany do długiej tradycji indywidualizmu i wolności jednostkowej, ale Homo sapiens daje się bardzo łatwo ponieść emocjom swoich towarzyszy, w jedną czy drugą stronę.

To właśnie tu rodzą się empatia i współczucie – nie w wysokich rejonach wyobraźni albo w naszej zdolności do świadomego rekonstruowania, jak by to było znajdować się na czyimś miejscu. Wywodzą się one raczej z synchronizacji naszych ciał: uciekamy, gdy inni uciekają, śmiejemy się, gdy inni się śmieją, płaczemy, gdy inni płaczą, i ziewamy, gdy inni ziewają. Większość z nas osiągnęła już ów niezwykle zaawansowany etap, na którym ziewamy na samo wspomnienie o ziewaniu – być może ziewasz właśnie w tej chwili! – dokonuje się to jednak wyłącznie na podstawie licznych kontaktów twarzą w twarz.

Również i zarażanie ziewaniem nie ogranicza się do naszego gatunku. Niemal wszystkie zwierzęta wykazują ów szczególny „napadowy cykl oddechowy, mający postać standardowej kaskady ruchów trwającej łącznie od pięciu do dziesięciu sekund”[4], jak definiuje się ziewanie. Uczestniczyłem kiedyś w wykładzie na temat bezwolnej „pandykulacji” (pandiculation, jak określa się w żargonie medycznym jednoczesne przeciąganie się i ziewanie), na którym pokazywane były zdjęcia koni, lwów i małp – w niedługim czasie cała zgromadzona publiczność pandykulowała. Ponieważ tak łatwo o wywołanie w ten sposób reakcji łańcuchowej, ziewanie otwiera drzwi dla transmisji emocji, co stanowi kluczowy element zjawiska empatii. Tym bardziej intrygujące jest więc to, że szympansy również zarażają się ziewaniem.


Animacje przedstawiające ziewającą głowę małpią (podobną do tej) wywołują rzeczywiste ziewanie u oglądających je człekokształtnych

 

Wykazano to po raz pierwszy na Uniwersytecie w Kioto, którego pracownicy pokazywali małpom w warunkach laboratoryjnych nagrane na wideo ziewające szympansy. My poszliśmy o krok dalej. Zamiast pokazywać naszym szympansom prawdziwe małpy, prezentowaliśmy scenki, w których kukiełkowa głowa małpy wykonywała ruch przypominający ziewanie. Devyn Carter, technik, który wygenerował te animacje, mówi, że nigdy w życiu nie ziewał tyle, ile wtedy, gdy nad nimi pracował. Nasze małpy oglądały również filmiki, na których głowa po prostu otwierała i zamykała kilka razy usta, jednak ziewały tylko w reakcji na animacje przedstawiające ziewanie. Te ziewnięcia wyglądały bardzo realistycznie, włącznie z maksymalnym otwarciem ust, zamknięciem oczu i odchyleniem głowy.

Zaraźliwość ziewania ilustruje potęgę nieuświadomionej synchronizacji, która jest głęboko zakorzeniona nie tylko w nas, ale i w wielu innych zwierzętach. Może ona wyrażać się w kopiowaniu małych ruchów, takich jak ziewanie, ale i w większej skali, na przykład w zgodnym przemieszczaniu się. Nietrudno dostrzec jej wartość przystosowawczą. Siedzisz sobie spokojnie razem z innymi ptakami, gdy nagle jeden z nich wzlatuje. Nie ma czasu zastanawiać się, co się stało – natychmiast wzbijasz się w powietrze. W przeciwnym razie możesz skończyć jako czyjś lunch.

To samo dotyczy przypadku, gdy cała grupa robi się senna i zatrzymuje się – ty też w tej sytuacji poczujesz senność. Zarażanie się nastrojami pozwala koordynować działania, co jest kluczowe dla każdego gatunku podróżującego w grupach (a więc dla większości naczelnych). Jeśli moi towarzysze zatrzymali się na popas, też powinienem to zrobić, ponieważ moje szanse na posiłek przeminą z chwilą, gdy stado ruszy w drogę. Osobnik, który

nie zgra się z tym, co robią inni, przegrywa – jak podróżny, który nie pójdzie z innymi do toalety w trakcie postoju autobusu.

Instynkt stadny prowadzi do dziwnych zjawisk. W pewnym zoo cała grupa pawianów zebrała się na szczycie swojej skały, gapiąc się w tym samym kierunku. Przez cały tydzień małpy nie jadły, nie kopulowały, nie iskały się. Wpatrywały się tylko w jakiś odległy punkt, którego nikt nie był w stanie zidentyfikować. Lokalne gazety przedrukowywały kolejne fotografie zgromadzonych na skale małp, spekulując, że być może przestraszyło je UFO. Choć to wyjaśnienie miało podwójną zaletę – wyjaśniało zachowanie małp naczelnych i dostarczało dowodu na istnienie UFO – tak naprawdę nikt nie wie, co było przyczyną tego wydarzenia. Wiemy tylko tyle, że wszystkie pawiany były w tej sprawie jednomyślne[5].

Potęgę synchroniczności można wykorzystać do czynienia dobra, jak wtedy, gdy stado koni zostało uwięzione na kawałku suchego pastwiska pośrodku wielkiej powodzi w Holandii. Dwadzieścia koni zdążyło już utonąć i podejmowano kolejne próby ocalenia pozostałych. Jedną z radykalniejszych było zbudowanie mostu pontonowego przez oddział wojska holenderskiego, jednak zanim do tego doszło, lokalny klub jeździecki zaproponował coś prostszego. Cztery dzielne kobiety wjechały na koniach w zgromadzone na suchym skrawku lądu stado, po czym przejechały przez płyciznę, pociągając pozostałe zwierzęta za sobą, zupełnie jak szczurołap-flecista z Hameln u braci Grimm. Konie większość drogi przeszły na nogach, jednak parę odcinków musiały przepłynąć. Kobiety, demonstrując potęgę stosowanej wiedzy o zwierzętach, triumfalnie wjechały na bezpieczny ląd, a za nimi sto koni w jednym rzędzie[6].

Koordynacja ruchów nie tylko odzwierciedla, ale i wzmacnia więzi między osobnikami. Konie, które ciągną jeden wóz, stają się niezwykle do siebie przywiązane. Z początku szturchają się, napierają na siebie nawzajem i każdy z nich chce iść w swoim tempie. Po latach wspólnej pracy działają już jednak jak jedno zwierzę, ciągnąc zaprzęg z szaleńczą prędkością w trakcie wyścigów i bez lęku pokonując przeszkody wodne w trakcie długich biegów w terenie. Nie tylko się uzupełniają, ale też sprzeciwiają się rozdzieleniu ich nawet na krótką chwilę, jak gdyby stały się jednym organizmem. To samo dzieje się z psami zaprzęgowymi. Być może najbardziej niezwykłą demonstracją tego jest przypadek suki rasy husky, Isobel, która po utracie wzroku wciąż świetnie radziła sobie w zaprzęgu, koordynując swoje ruchy z innymi psami za pośrednictwem węchu, słuchu i dotyku. Od czasu do czasu Isobel biegała też w tandemie z innym psem husky[7].

W holenderskiej kulturze rowerowej często zdarza się, że z tyłu na siedzeniu jedzie z nami pasażer. Aby podążać za ruchem ciała kierującego, trzeba ciasno się do niego przytulić – co jest jednym z powodów, dla których chłopcy lubią oferować dziewczynom podwózkę. Rowery skręcają nie tylko pod wpływem ruchów kierownicą, ale również w odpowiedzi na przechylenie ciała, pasażer musi więc naśladować kierowcę. Pasażer, który uparcie siedziałby prosto, byłby, zupełnie dosłownie, jak wrzód na tyłku. W przypadku motorów jest to jeszcze ważniejsze – ich większe prędkości oznaczają konieczność silniejszego przechylania się, a zła koordynacja może mieć katastrofalne skutki. Pasażer jest prawdziwym partnerem kierowcy i oczekuje się od niego naśladowania każdego jego ruchu.

Czasem małpie matki wracają do swoich kwilących młodych, które nie są w stanie przeskoczyć z jednego drzewa na drugie. Matka najpierw przechyla gałęzie ze swojego drzewa w kierunku tego, na którym utknęło jej dziecko, na następnie tworzy pomiędzy nimi pomost ze swojego ciała. To coś więcej niż koordynacja ruchów: samica rozwiązuje problem. Jest emocjonalnie zaangażowana (małpy często same kwilą, gdy słyszą, że robi to ich potomstwo) i dokonuje intelektualnej oceny źródła nieszczęścia. Robienie tego typu „żywych mostów” między drzewami to zwyczajny widok u podróżujących orangutanów, u których matki często przewidują potrzeby swoich dzieci.


Młody rezus wpatruje się w eksperymentatora i naśladuje jego powtarzające się otwieranie i zamykanie ust

Jeszcze bardziej złożone są przypadki, gdy jeden osobnik podejmuje się koordynacji działań dwóch innych – opisała to Jane Goodall na przykładzie trzech dzikich szympansów: matki Fifi i jej dwóch synów. Jeden, Freud, zranił sobie stopę tak poważnie, że z trudem chodził. Matka zwykle czekała na niego, czasem jednak ruszała, gdy ten jeszcze nie był gotów do dalszej wędrówki. Jej młodszy syn, Frodo, okazał się bardziej wrażliwy.

Gdy zdarzyło się to trzeci raz, Frodo zatrzymał się, spojrzał na Freuda, potem na swoją matkę, następnie znów na swojego brata, po czym zaczął kwilić. Skarżył się, dopóki Fifi nie zatrzymała się po raz kolejny. Wtedy Frodo siadł przy swym starszym bracie, iskając go i wpatrując się w zranioną stopę, dopóki Freud nie był w stanie wstać. Wtedy rodzina ruszyła dalej[8].

Moje osobiste doświadczenie potwierdza tę anegdotę. Moja matka ma sześciu synów, wszystkich przewyższających ją o głowę. Mimo to zawsze była przewodniczką stada. Gdy zestarzała się i osłabła – co nastąpiło dopiero wtedy, gdy miała grubo powyżej osiemdziesięciu lat – trudno nam było przyzwyczaić się do tego. Zdarzało się, przykładowo, że wyszliśmy z auta, pomogliśmy jej wysiąść, po czym rozmawiając i śmiejąc się, żwawo ruszaliśmy ku restauracji czy innemu miejscu, które razem odwiedzaliśmy. Wtedy przywoływały nas nasze żony, gestykulując w stronę matki. Nie nadążała i musiała wesprzeć się na czyimś ramieniu. Trochę nam zajęło, zanim dostosowaliśmy się do nowej sytuacji.

Niektóre z tych przykładów ilustrują coś znacznie bardziej złożonego od koordynacji: przyjęcie perspektywy innego osobnika. Albo, jak w przypadku anegdoty Goodall, powiadomienie kogoś o sytuacji osoby trzeciej. Tym, co łączy te historie, jest jednak koordynacja. Wszystkie zwierzęta żyjące w grupach muszą sobie z nią poradzić, a kluczem jest synchronizacja. To najstarsza forma dopasowywania się do innych. Synchroniczność opiera się zaś na zdolności porównania swojego ciała z ciałem kogoś innego i sprawienia, aby moje ruchy odpowiadały jego ruchom – to właśnie zachodzi, gdy ziewamy lub śmiejemy się w odpowiedzi na czyjeś ziewanie lub śmiech. Zarażanie ziewaniem oferuje nam więc wgląd w to, jakie relacje łączą nas z innymi. Co charakterystyczne, dzieci autystyczne są prawie całkowicie odporne na ziewanie otaczających je osób, co ilustruje „odłączenie” od społeczeństwa, będące cechą definicyjną tej choroby[9].