Raki pustelnikiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



ROZDZIAŁ 1

Zazwyczaj nie budziła się tak wcześnie. Leżała teraz w mroku sypialni z szeroko otwartymi oczami i nadsłuchiwała jego odgłosów. Najpierw uporczywego dzwonienia budzika, które zostało od razu stłumione, musiał leżeć i czekać na ten dźwięk. Wiedziała, że jest wpół do siódmej. Przez krótką chwilę panowała zupełna cisza, a potem usłyszała, jak jego drzwi cicho się otwierają, aby zostać zamknięte równie spokojnie. Te same odgłosy poprowadziły ją od drzwi do łazienki. Był świadomy, że nocują u niego obcy ludzie, i nie chciał hałasować, bo chyba tak właśnie ich traktował? Jak obcych, którzy nie mają z tym miejscem nic wspólnego, a przyjechali tylko przeszkadzać i się wtrącać. Zakłócać lata spokojnej rutyny i bezpieczeństwa.

Nie znała swojego ojca. Nie miała pojęcia, kim on jest. Jak wyglądał, kiedy był młody, jak w dzieciństwie albo gdy był w jej wieku. W gospodarstwie nie było ani jednego albumu ze zdjęciami. Wszystko sprawiało wrażenie historii, której częścią nigdy nie była, a teraz nagle znalazła się w samym jej środku. Ale dziś już miała wyjeżdżać, żeby powrócić do swojej historii. Leżąc w ciemności, myślała właśnie o tym, że pojedzie stąd, zanim w ogóle go pozna. Znała tylko gospodarza hodującego świnie; kogoś, kto cieszył się z każdego wejścia do chlewu; czyj głos stawał się śpiewny i żywy, gdy opowiadał o różnych osobliwościach macior, o psotach prosiąt, o wielkich miotach i szybkim przyroście wagi u młodych. W chlewie dostrzegała go wyraźnie, w chlewie istniał, gdy stał tam w brudnym kombinezonie i pochylał się nad boksem, by poczochrać za uchem ćwierćtonową maciorę, uśmiechając się przy tym szeroko do zwierzęcia, z lekkim, jasnym spojrzeniem.

Usłyszała, jak oddaje mocz, w sam środek muszli, tego już nie zdołałby zmienić bez względu na to, ilu gości spałoby wokół niego. Słuchała, jak strząsa ostatnie krople, jak potem spuszcza wodę. Nie dotarł do niej odgłos wody w umywalce, tylko drzwi, które ponownie zostały otwarte i zamknięte, zanim powoli zszedł po schodach do kuchni. Usłyszała, jak tam nalewa wody do dzbanka na kawę, prawdopodobnie na stare fusy z wczoraj, a potem zapadła cisza.

W ciszy tej intensywnie próbowała przywołać w myślach obraz swojego mieszkania w Oslo; rysunki na ścianach, książki na półkach, mały szklany pojemnik z błękitnymi kulkami do kąpieli na brzegu umywalki, odkurzacz w bardzo ciasnej szafie w korytarzu, automatyczna sekretarka migająca, gdy wracała do domu z pracy, kosz na brudną bieliznę, stos starych gazet tuż przy drzwiach wejściowych, zabytkowa puszka, do której zawsze pamiętała, żeby włożyć żytnie ciasteczka, tablica korkowa z rozdartymi biletami z kina oraz zdjęciami psów i ich właścicieli. Starała się zobaczyć przed sobą to wszystko i jej się udało. Cieszyła się na powrót. Ale nie wiedziała, kim on jest. Nie wiedziała, kogo tu opuszcza. Lepiej znała jego świnie niż jego samego.

Teraz słychać było dźwięk otwieranych drzwi zewnętrznych i jego kroków na ganku, wymacała palcami telefon na nocnym stoliku i nacisnęła, dochodziła za dziesięć siódma. Ale najpierw czekała na odgłos zatrzaskujących się za nim drzwi do chlewu, a potem wyskoczyła spod kołdry w lodowaty pokój, schwyciła ubrania i wyszła do łazienki, żeby je włożyć. Tak samo jak on, przemykała się cicho. Z tą różnicą, że robiła to szybko jak błyskawica, a nie jak stary człowiek. W łazience poczuła resztki zapachu, jaki po nim pozostał. Pomieszczenie było zimne, jedyne źródło ciepła stanowiło małe zardzewiałe słoneczko, zamontowane na ścianie nad lustrem. Myjąc ręce, uważnie przyglądała się swojej twarzy, nie miała siły brać prysznica, wolała z tym poczekać, aż znajdzie się u siebie w domu, gdzie nie będzie musiała stać na końcu śliskiej wanny, gapiąc się na płyty z plastikowej imitacji marmuru, między którymi fugi były spęczniałe od wilgoci, a później wycierać się ręcznikiem tak zużytym, że prawie przezroczystym. Dziś wieczorem będzie stała w swojej własnej, wygodnej kabinie prysznicowej, z podgrzewaną podłogą pod ceramicznymi kaflami.

Wymknęła się do korytarza i nadsłuchiwała przez chwilę, a potem ostrożnie nacisnęła klamkę do jego sypialni.

Pokój był nieco większy od tego, w którym spała, a który tak naprawdę był dawnym pokojem Erlenda.

Zapaliła górne światło, nie zauważyłby tego, okno wychodziło na stronę przeciwną do podwórza, na fiord, tak samo jak jej okno.

Ściany pomalowane na jasnozielono dziesiątki lat temu. Podłoga kiedyś pociągnięta szarą farbą, teraz była wytarta do gołego drewna w półokręgu przed drzwiami i przed łóżkiem, tam gdzie jego stopy stykały się z podłogą, gdy wstawał i gdy się kładł. Na szybach mróz namalował kwieciste wzory, wyraziście białe na tle zimowego mroku na zewnątrz, fantazyjne koła i inne kształty.

Kwiaty na szybach były jedynym pięknym elementem w całym pokoju.

Ani jednego obrazka na ścianie. Łóżko, stolik nocny, szmaciany dywanik, kredens pod jedną ze ścian. Podeszła do kredensu i otworzyła drzwi. Pusto. Stał tutaj tylko jako mebel podpierający ścianę. Ale w górnej szufladzie leżało kilka szydełkowych obrusów, ułożonych jeden na drugim, w identyczny wzór, różniący się tylko kolorem błyszczącej bawełnianej nici. Zaczęła marznąć, prawdopodobnie okno zostało zamknięte dopiero wtedy, gdy wstał.

Prześcieradło pod skotłowaną kołdrą było brudne, głównie w nogach, a tu i ówdzie leżały kłaczki wełny, może kładł się do łóżka w wełnianych skarpetach. Właściwie po co tu przyszła, tutaj przecież też nie mogła go poznać. To było jego miejsce odpoczynku, tutaj był nikim; nikt nie był kimś szczególnym w czasie snu i wytchnienia. Ale kto wie, przez ile wieczorów wcale się tutaj nie kładł, tylko patrzył w mrok i rozmyślał. Czy myślał o niej? Tęsknił za nią? Czy cierpiał, nie wiedząc, kim ona jest?

W pokoju unosił się ciężki i mocny zapach, ciała i chlewu, i zimnych ścian.

Szafa. Wpasowana w ścianę tak, że trudno było ją od razu dojrzeć, z malutkimi gałkami służącymi do otwierania drzwi. Kilka flanelowych koszul z przetartymi kołnierzykami i mankietami, para spodni na samym dnie, półka ze skarpetkami i majtkami, najwyżej po trzy–cztery pary, krawat zapakowany w folię, podniosła go, w środku leżała wyblakła kartka świąteczna. Krawat był od rzeźni w Eidsmo, odłożyła go ostrożnie na miejsce.

Stanęła, nadsłuchując. Ale on oczywiście nie wrócił, po co miałby to robić, był pewnie w połowie roboty w chlewie, a ona w tym czasie przeszukiwała jego pokój, nie wiedząc nawet, czego szuka. Każde kolejne spojrzenie na cokolwiek przyprawiało ją o smutek. Rozpad. U siebie w domu miała szerokie na sto dwadzieścia centymetrów łóżko z grubym materacem, jej ojciec spał w łóżku, które miało najwyżej osiemdziesiąt centymetrów szerokości, na kawałku pianki. W środku łóżka widoczne było głębokie wklęśnięcie, prześcieradło marszczyło się i przyklejało do tej dziury, wezgłowie i nogi łóżka były z wyblakłego drewna, szczyt mebla miał na środku jaśniejszą plamę, gdzie przez te wszystkie lata najwyraźniej opierał głowę, zanim wyłączył lampkę do czytania. A dziś miała stąd wyjechać, daleko o pięćdziesiąt mil[1], a on już dziś wieczorem miał położyć się do tego łóżka. Tutaj miał kłaść się ciągle i ciągle od nowa, nakręcać budzik i próbować zasnąć za swoimi kwiatami na szybie.

Otworzyła szufladę w nocnym stoliku. Z fotografii uśmiechnęło się do niej prosię, to była jubileuszowa broszura norweskiego związku hodowców świń, podniosła ją, żeby obejrzeć. Pod spodem leżało dwadzieścia banknotów tysiąckoronowych, ach tak, a więc to tutaj je ukrył. Pod banknotami znajdowała się książka, wyjęła ją bardzo ostrożnie.

Raport Kinseya. Zachowania seksualne kobiet. Stała zupełnie nieruchomo z książką w rękach. Raport Kinseya, coś jej się kołatało w głowie z programu usłyszanego w radio, że ten Kinsey jakieś wieki temu przeprowadzał wywiady z amerykańskimi kobietami i mężczyznami na temat ich zwyczajów seksualnych, zdaje się, że to spowodowało duże zamieszanie w USA. Książka sprawiała wrażenie mocno zużytej, rogi miała pozaginane.

Chciała ją przekartkować kciukiem wspak, ale jej palec natychmiast zatrzymał się na czymś twardym wewnątrz tylnej okładki, otworzyła książkę w tym miejscu. Biblioteka Publiczna w Trondheim, napisane było na pieczęci, przybitej na wąskiej kieszonce z żółtawą, staroświecką kartą wypożyczeń wetkniętą do środka, takie karty pamiętała ze swoich wizyt bibliotecznych w dzieciństwie. Wyciągnęła kartę. Książka miała zostać oddana najpóźniej dziesiątego listopada tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku.

Szybko odłożyła książkę z powrotem pod banknoty. Raport Kinseya i materac z pianki nie szerszy niż osiemdziesiąt centymetrów. Wymknęła się z pokoju.

[1] Mila norweska – około 10 kilometrów (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ 2

Trochę tylko po tobie posprzątam. Zanim pojedziesz.

Torunn nie usłyszała, że ojciec wyszedł za nią na podwórko, świeży śnieg stłumił wszelkie odgłosy.

– No, ale czyż nie jest miło posiedzieć przy kuchennym oknie i popatrzeć na nie? – powiedziała. – A przecież nie przylecą, jeśli w karmniku będzie pusto.

– My zazwyczaj owijamy tylko kawałkiem sznurka trochę starej słoniny i tu wieszamy. Ale teraz przez pewien czas miały biedę. Zazwyczaj... takimi rzeczami zajmowała się matka.

 

Właśnie wróciła ze sklepu, gdzie robiła ostatnie zakupy przed wyjazdem. Ona, Erlend i Krumme wyjeżdżali dziś, ona do Oslo, a Erlend i Krumme do siebie do Kopenhagi. Chciała, żeby w domu zostało jakieś dobre jedzenie, takie, na którego zakup ojciec nigdy by sobie nie mógł pozwolić. Erlend obiecał za wszystko zapłacić. Carte blanche, wyszeptał jej do ucha, gdy odjeżdżała do spółdzielni w Spongdal, i to ją ucieszyło, bo na jej koncie pozostała już tylko suma wystarczająca na pokrycie styczniowych rachunków, mimo że była współwłaścicielką kliniki dla małych zwierząt. Wujek Erlend, pomyślała, dziwnie było nagle mieć wujka starszego od siebie o zaledwie trzy lata. Młodszy brat ojca, który opuścił gospodarstwo w gniewnym uniesieniu dwadzieścia lat wcześniej i który, zdaje się, nigdy nie pomyślał, że powróci tutaj po tak długim czasie, by spędzić święta, w dodatku razem ze swoim partnerem życiowym. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie Erlend, syn marnotrawny, najlepiej spośród wszystkich trzech braci poradził sobie w życiu. Erlend był szczęśliwy, kochał i był kochany, i do tego bardzo dobrze ustawił się finansowo. Opowiedział jej, że Krumme jest jednym z tych mężczyzn w Danii, których nazywa się bogolami, a on, Erlend, uwielbiał to słowo.

Margida, chociaż był jej wujem, nie potrafiła tak nazywać. Może to z powodu wykonywanej pracy wydawał się aż tak niedostępny, musiał mieć przecież cały czas pod kontrolą wszystkie uczucia. Stały kontakt z żałobnikami, organizacja doskonałych pochówków, wszystko to na pewno przyczyniało się do tego, że nauczył się żyć sam ze swoimi myślami. Wszak od tylu już lat wiedział, jak mają się sprawy w Neshov, że tyle rzeczy zostało zbudowanych na kłamstwie, że ten, którego nazywają ojcem, wcale nim nie jest. Margido o tym wiedział i nie powiedział niczego ani Torowi, ani Erlendowi. Zamiast tego wycofał się z kontaktów z nimi, postanowił po prostu zignorować tę część rzeczywistości. Aż do świąt, kiedy został zmuszony do tego, by jej sprostać.

Idąc między półkami w sklepie spółdzielczym i pchając przed sobą wózek, myślała o nich wszystkich i próbowała sobie przypomnieć, co zostało w lodówce. Myślała o ciszy, jaka zapadła po tym wszystkim. Pierwszy dzień świąt, który sama odebrała jako rozpaczliwe próby przywrócenia normalności. Rozmowy o pogodzie i o temperaturze na dworze! To wtedy zrozumiała, że właśnie w ten sposób wszyscy tutaj jakoś przeżyli, omijając starannie wszystko i tworząc własną rzeczywistość. To, o czym się nie mówiło, nie istniało. Jej ojciec nadal nazywał staruszka ojcem, a ona sama poddała się temu i myślała o nim jako o dziadku. A dziadek niczemu się nie sprzeciwiał, czuł zapewne, że on powiedział już swoje, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu.

Napełniła wózek jedzeniem i pomyślała o napełnieniu również po brzegi karmnika dla ptaków. Zobaczyła w wyobraźni ojca, który już za kilka godzin będzie siedział sam przy stole kuchennym, wyglądając na podwórko znad brzegu białej, nylonowej firanki.

Kupiła cztery kule karmy dla ptaków zapakowane w zieloną plastikową siatkę i kilka torebek ziaren zapakowanych w ten sam sposób. Teraz stała i mocowała kule do drzewa na podwórku za pomocą kawałka sznurka i kredki, palce już miała zdrętwiałe z zimna. Na podłodze karmnika ułożyła małą piramidę ze starego chleba.

– Pamiętaj, żeby dołożyć chleba, jak zrobi się pusto. Wróble wolą jeść w pozycji stojącej, tylko sikorki lubią zwisać głową w dół i zajadać jednocześnie!

Zaśmiała się, sama słysząc, że śmiech wypadł nie w porę. Miała jechać do domu, do domu w Oslo i do swojej pracy, opuścić to gospodarstwo na przedmieściach Trondheim, gdzie do tej chwili przed czternastoma dniami nie miała nic do roboty. Inne życie, inny czas prawie. A pojutrze był sylwester, Nowy Rok i nowe plany.

– Chyba zadzwonisz – powiedział stłumionym nagle głosem, słyszała doskonale, że nic już go nie obchodzą sprawy ptaków. Nie odwracając się, wiedziała, że stoi tam, kopiąc w śniegu jednym drewniakiem, prawdopodobnie prawym, świeży śnieg osiadał leciutko na szarych wełnianych skarpetach, które zawsze wkładał do drewniaków i butów roboczych.

Wcisnęła ostatnią kredkę, nagle skojarzyło jej się to z zabijaniem drzew przez wciskanie im w pnie miedzianych kołków, wtedy ginęły od zatrucia. Może w kredkach też jest trochę miedzi, wtedy wyszłoby na to, że stoi i zabija główne drzewo podwórkowe w Neshov, a przy okazji duszka gospodarstwa, bo mieszkał on pod tym drzewem i na pewno zginie, jeśli drzewo umrze.

– Jasne, że zadzwonię. Od razu jak przyjadę do domu – rzekła, chociaż doskonale wiedziała, że zupełnie nie o to mu chodziło.

– Podobno ma być paskudna pogoda. A ty masz lecieć samolotem – powiedział.

– Wszystko będzie dobrze. Bądź spokojny.

Kule ptasiej karmy wisiały ciche i zielone tuż przy pniu podwórkowego drzewa, nie było już czym zająć rąk, musiała się odwrócić, a on stał tam dokładnie tak, jak sądziła, wokół prawego drewniaka zaznaczało się półkole odkopanego śniegu, ręce miał wetknięte w kieszenie czegoś, co wyglądało jak wełniane spodnie w kratę, sweter zwisał luźno i niedbale na chudym ciele, ciele, które za cztery lata skończy sześćdziesiąt lat, na jej ojcu, to było trudne do pojęcia.

– Leciałeś kiedyś samolotem?

– A, tak – odpowiedział.

Podszedł i zaczął jeszcze bardziej rozkruszać chleb w karmniku, okruszki spadały w śnieg i znikały, zostawiając po sobie malutkie, błękitnobiałe dziurki. Łokcie wystawały mu ostro spod swetra, który był szeroki z przodu i krótki z tyłu, wełna na łokciach była przetarta i odsłaniała kraciastą flanelową koszulę pod spodem. Sweter, a może powinna zrobić dla niego na drutach dobry wełniany sweter i nalegać, żeby używał go na co dzień. Tylko na co by się zdały jej najgorętsze nalegania przez telefon z Oslo, pomyślała, tutaj w gospodarstwie i tak wszystko, co dobre, było chowane i oszczędzane na dni, które nigdy nie nadejdą.

On zostanie tak strasznie sam, tylko w towarzystwie starego człowieka siedzącego w salonie z telewizorem. Ale przecież miał jeszcze świnie w chlewie. Miał przecież je, pomyślała. Musiała jakoś skierować jego myśli w tę stronę, że stoją tam w zagrodzie i czekają na niego.

– Latałem przecież do północnej Norwegii i z powrotem, gdy byłem w wojsku – rzekł.

Przestał grzebać w chlebie, otrzepał ręce i wetknął je ponownie do kieszeni, rzucił okiem na niebo.

– Zapomniałam o tym. Oczywiście, że wtedy musiałeś latać – powiedziała.

– Latałem herculesem. Co za cholerny hałas jest w takiej maszynie. Poza tym zamarzaliśmy z zimna. Leciał tak wolno, że miałem wrażenie, że spadniemy prosto na ziemię.

Akurat na ten temat mogła coś więcej powiedzieć, coś o tym, że tam na północy zrobił ją na przepustce w Tromsø, wspólnie z dziewczyną, która miała na imię Cissi i która później, ciężarna, przebyła długą drogę do Neshov tylko po to, żeby usłyszeć, jak kobieta, która – jak sądziła – miała zostać jej teściową, każe jej wracać z powrotem do domu.

– Kupiłam dużo dobrego jedzenia również dla was obu, nie tylko dla ptaków – rzekła.

Przez chwilę milczał. Stali razem. Gapili się każde w swoją stronę, wciągnęła powietrze głęboko do płuc, przedpołudniowe światło spowijało góry i fiord od strony południowej, słońce ukrywało się za różowobłękitną zasłoną z mrozu. Chciałaby teraz siedzieć w samochodzie, mając swoje rzeczy na tylnym siedzeniu, w drodze na lotnisko do Værnes, potem na Gardermoen i do Stovner.

– Szkoda, że jedziesz. Styczeń jest zawsze długi i okropny. W tym roku będzie szczególnie długi.

– To dotyczy nie tylko ciebie. Nikt nie lubi stycznia – powiedziała.

– Rachunki, rozliczenia roczne i podobne gówna. Nawet jeśli Erlend i Duńczyk... Ech, że też to musi być konieczne.

Erlend i Krumme dali mu pieniądze, nieomal zmusili go do przyjęcia ich, chociaż opierał się dziko i zrobił się prawie zły. To miało miejsce wieczorem pierwszego dnia po świętach, po pogrzebie, a Erlend wypił za dużo piwa i powiedział, że chciałby zostawić tutaj dwadzieścia tysięcy. Mógł poczekać do następnego dnia, ale u Erlenda to, co w głowie, od razu było też na języku, i przecież chciał dobrze. To dopiero Krumme wypowiedział te wyzwalające słowa, że pieniądze nie są dla ludzi w gospodarstwie, tylko dla gospodarstwa. Tor miał jedynie dobrze je rozdysponować.

– Pomyśl, że chodzi tu przecież o gospodarstwo – rzekła. – Dokładnie tak, jak powiedział Krumme. Wszystko będzie dobrze. Możesz wiosną pomalować stodołę, wymienić rozbite okna.

– Niby tak. Te pieniądze wylądują raczej w składzie zbożowym i u Røstada.

– U Røstada?

– Weterynarza. Zazwyczaj teraz korzystam z jego pomocy. Muszę pokryć maciory i wykastrować prosiaki. I za chwilę muszę też mieć więcej paszy.

– Na trochę farby chyba ci starczy. A ja przecież zadzwonię. Będzie wspaniale mieć znowu małe prosięta, patrzeć jak rosną. Będzie mi brakowało twoich świń.

– Naprawdę?

– Tak, wyobraź sobie.

– Chyba masz dość zwierząt wokół siebie w pracy.

– To nie jest całkiem to samo – powiedziała. – Chore koty i psy, papugi i żółwie. Nic nie może się równać z podrapaniem Siri za uchem. Naprawdę nabrałam szacunku dla świń. To zupełnie coś innego niż świnki morskie i niesforne szczeniaki.

Nie mówiła tego po to, by sprawić mu przyjemność, naprawdę tak myślała, polubiła te jego wielkie, ćwierćtonowe maciory hodowlane, ciepło i nastrój panujące w chlewie, kontakt ze zwierzętami, które tyle dawały, chcąc w zamian jedynie pożywienia, ciepła i opieki. I takie były mądre, ze swoimi wszystkimi indywidualnymi cechami, swoim uporem i pogodnym usposobieniem. A nowo narodzone prosięta były tak słodkie, że trudno było pojąć, iż w chwilę potem staną się stukilowymi potworami.

Potrząsnął głową, uśmiechnął się słabo i wciągnął powietrze przez nos.

– No tak, świnki morskie. Nigdy w życiu nie widziałem żywej świnki morskiej. Dziwne są te rzeczy, które opowiadasz o swojej pracy – rzekł. – Pomyśleć, że ludzie wydają pieniądze, żeby zoperować świnkę morską.

– Kochają je. Szczególnie dzieci. Jeśli muszą oddać do uśpienia swoją świnkę albo szczura, płaczą rozdzierająco.

– I jeszcze do tego szczura! Niepojęte, żeby ludzie dobrowolnie... No tak, rozumiem, że małe dzieci... Samemu udało mi się oswoić wiewiórkę, gdy miałem osiem–dziesięć lat. Utonęła potem w gnojówce. Wtedy nie czułem się najlepiej. No i psy też. Pamiętam, jak opowiadałaś o tym gościu, który wydał prawie trzydzieści tysięcy na leczenie psa. Jeździł tam i z powrotem do Szwecji i operował go... nowe biodra, czy o to chodziło?

– A, tak. Nowe biodra. Suka miała dysplazję stawów biodrowych. Bez tego zostałaby uśpiona, a miała tylko trzy lata.

– Ale trzydzieści tysięcy! Na psa, który nie zarabia dla człowieka ani grosza!

– Wiesz, zwierzęta domowe to coś innego niż zwierzęta w gospodarstwie. Ty też właściwie powinieneś mieć psa. Pies świetnie dotrzymuje towarzystwa. Chodziłby za tobą krok w krok i...

– Nie ma mowy. Nie, wystarczą mi świnie. Mam w nich dość towarzystwa – rzekł.

– Ale rozumiesz, co mam na myśli. Że będzie ci tutaj samotnie. Tobie i... twojemu ojcu.

– On, ach tak.

Pociągnął nosem i wierzchem dłoni otarł z nosa wiszącą kroplę.

– Rozmawialiście o tym? – zapytała. – Po tym jak... po Wigilii? Ty i on?

– Nie.

– Ale gospodarstwo zostanie teraz ostatecznie przepisane na ciebie. On nie ma nic przeciwko temu?

– Ależ nie.

– Może, jak już zostaniecie we dwóch, uda wam się...

– To nie jest Oslo. Tutaj nie mówi się o takich rzeczach. Sprawa jest zakończona – rzekł twardo.

– Chciałam tylko powiedzieć, że...

– Ech, lepiej nie, zimno tak stać na dworze – powiedział i jego głos znów był zwyczajny. – Zdążymy chyba wypić łyk kawy, zanim pojedziecie.

W godzinę później mały samochód z wypożyczalni wypełniony był po same brzegi. To był golf, Krumme wypożyczył go na lotnisku Værnes i tam też trzeba było go zwrócić. Torunn, już ubrana w kurtkę i buty, pobiegła spiesznie do dziadka do salonu z telewizorem, sprawiała wrażenie, że teraz bardzo im się spieszy, długo odkładała pożegnanie, udawała, że piją taką sobie zwyczajną kawę, mimo że Erlend chaotycznie miotał się z góry na dół i do samochodu na podwórku, nosząc wszystko, co w ostatniej chwili zdecydował się zabrać ze sobą.

Dziadek siedział z kubkiem kawy przed sobą, kubek był bez spodeczka, wokół na stole i na kolanach leżały okruchy z kawałka ciasta, które mu wcześniej dała. Sztuczną szczękę miał na miejscu, zarówno górną, jak i dolną. Telewizor nie był włączony, rzuciła szybkie spojrzenie na rośliny doniczkowe na parapetach, kupione przez Erlenda, wiedząc z niezachwianą pewnością, że za czternaście dni będą martwe. Albo zasuszone, albo zalane. Wiedziała również, że długi czas upłynie, zanim dziadek znów się ogoli. Albo zmieni majtki. Jak oni sobie tu poradzą, pomyślała, a ja tak po prostu jadę w swoją stronę. Ale już następna myśl była taka, że przecież Erlend też jedzie, a on w końcu był im w gruncie rzeczy znacznie bliższy, jeśli w ogóle dało się to tak stopniować. Erlend był młodszym bratem Tora, a ona jego córką, kto więc powinien mieć więcej wyrzutów sumienia? A Margido mieszkał tuż za następną górką, powinien teraz zrobić coś dla swojej rodziny w Neshov. Będzie do tego zmuszony, jest w końcu bratem. Pytanie brzmiało raczej, jak temu sprosta, i czy Tor pozwoli mu to zrobić po tym, jak trzymał się z dala od gospodarstwa przez siedem lat.

 

– Wyjeżdżacie? – zapytał dziadek. Sztuczna szczęka kliknęła.

– Tak.

Pochyliła się i przytuliła twarz do jego policzka. Był kłujący. Pachniał starym człowiekiem, starymi ubraniami i starym domem, a z ust – ciastem i kawą. Po raz pierwszy uścisnęła go, ledwo zdążył podnieść jedną rękę do jej twarzy.

– Miej się dobrze – wyszeptała. Co innego mogła powiedzieć, nic przecież nie mogła mu obiecać. – Miej się jak najlepiej.

– Chcę do domu opieki – szepnął.

– Co?

Wyprostowała się.

– Chcę do domu opieki. Ktoś to musi załatwić. Nie wiem, co Tor powie na ten temat, ale ja tego chcę.

– To wobec tego musisz porozmawiać z Margidem – rzekła. Dlaczego czekał aż do teraz z taką informacją, pomyślała, przecież ja nie mogę nic w tej sprawie zrobić.

– Możesz zadzwonić do Margida sama. I powiedzieć mu to – odparł.

Spojrzała na pomarszczoną twarz, w oczy za okularami, widząc całe jego życie, i miała chęć płakać, płakać, aż osiągnie stan całkowitej pustki ze smutku nad zmarnowanym życiem tego człowieka. Skinęła głową, wytrzymując jego spojrzenie, udało się jej jakoś powstrzymać od płaczu.

– Porozmawiam z Margidem – wyszeptała. – Zadzwonię do niego jutro.

Położyła mu dłoń na policzku, trzymała ją tam na kłującym zaroście, zobaczyła, jak jego oczy stają się puste, a potem odwróciła się i poszła, przez pustą kuchnię, gdzie piec na drewno szumiał i śpiewał pełen polan i płomieni, i na podwórko, gdzie z tylnego siedzenia samochodu wystawał kawałek Erlenda i gdzie Krumme wyciągał dłoń w stronę jej ojca, aby się pożegnać.

– Dzięki za ten raz, Tor. Było... naprawdę miło – rzekł Krumme.

Mały, gruby Duńczyk musiał odchylać głowę do tyłu, aby spojrzeć na gospodarza z Neshov. Duńczyk, który zupełnie nie był mile widziany, gdy kilka dni wcześniej przed Wigilią zajechał na podwórko wypożyczonym samochodem. Tor wówczas położył się do łóżka z głębokim poczuciem krzywdy i obrzydzenia z powodu krótkiej chwili, kiedy był świadkiem, jak dłoń Erlenda spoczywała pod stołem kuchennym na udzie Krumme.

– Zapraszam ponownie – powiedział ojciec, patrząc w drugą stronę. – Może latem. Wtedy tutaj jest pięknie.

– Kto wie – rzekł Krumme i wielokrotnie skinął głową, rozumiejąc, z jakiej głębi pochodzą te właśnie słowa.

– Gdybym chociaż miał papierową tubę! – wykrzyknął Erlend ze środka samochodu. – On będzie całkiem pognieciony! – Co takiego? – zapytała.

– Ten plakat! Zabrałem go ze sobą! Właśnie mi to przyszło do głowy, że chciałbym go zabrać.

– Ten plakat Aladdina Sane, który wisiał w twoim chłopięcym pokoju? Przecież on był całkiem pożółkły – stwierdziła.

– Ja też to mówiłem – dodał Krumme.

– Ale ja chcę go zabrać! Nagle tak poczułem! Ale on się zupełnie...

– Teraz już ruszamy – powiedział Krumme. – Chcesz siedzieć z przodu, Torunn?

– Torunn ma przecież prowadzić – zawołał Erlend.

– Naprawdę? – zdziwiła się.

– Oczywiście! Mój Boże, że też Krumme zdołał dojechać całkiem sam z Værnes do Byneset w jednym kawałku, to po prostu cud. Cud świąteczny. On nie umie prowadzić samochodu, a już szczególnie zimą.

– W zasadzie mam prawo jazdy – powiedział Krumme. – Więc uważam, że teraz trochę przesadzasz.

– I do czego go używasz? – zapytał Erlend. – Do wskakiwania i wyskakiwania z taksówek w Kopenhadze. Torunn prowadzi.

– Dobra – rzekła. – Ale ty musisz siedzieć z tyłu, Erlendzie. Skoro w ogóle nie masz prawa jazdy.

Nie zawahała się ani chwili przed uściśnięciem ojca. Puściła go równie szybko i wsiadła do samochodu, schwyciła kluczyk, który już był włożony do stacyjki, i przekręciła. Erlend wcisnął się na tylne siedzenie, gdzie z trudem starczało miejsca dla niego i wszystkich bagaży, chwilę miotał się dziko ze zwiniętym w rulon plakatem, który został koniec końców obwiązany pośrodku jedynie zwykłą gumką, i ostatecznie postanowił trzymać go przed sobą w powietrzu.

Opuściła szybę i zamachała, wyjeżdżając jednocześnie z podwórka. – Musisz teraz odśnieżyć, tato! Gospodarstwo za chwilę całkiem zasypie! Do zobaczenia!

Odpowiedział coś, czego nie usłyszała, ale wiedziała, że zaraz po ich wyjeździe siądzie na traktor i zacznie odśnieżać. Bardzo lubił to robić, a przy okazji nie będzie musiał od razu wchodzić do środka.

– Boże święty, jedź! – rzekł Erlend. – Teraz ruszamy.

Wszyscy troje machali gwałtownie, małe i niezgrabne ruchy rąk w ciasnym wnętrzu, Torunn trąbiła klaksonem, zjechali w dół klonową aleją, i wtedy zaczęła płakać. Łkała głośno i urywanie, nie udawało jej się powstrzymać tego dźwięku. Erlend pochylił się do przodu i przytulił ją od tyłu, Krumme położył dłoń na jej jednej ręce, która leżała na kierownicy. Zjechała na pobocze, gdy zdała sobie sprawę, że już nie widać ich z domu.

Płakała i płakała, a szyby pokrywały się parą i ogrzewanie chodziło pełną mocą, nikt przez długą chwilę nie mówił ani słowa, głaskali ją tylko po włosach i ściskali za ramiona. Znalazła w kieszeni kurtki stary kawałek papieru i wydmuchała nos, ale zaraz potem znowu zaczęła płakać.

– Może jednak ja poprowadzę – powiedział Krumme.

Potrząsnęła głową i jeszcze raz wydmuchała nos.

– Zaraz się wezmę w garść – rzekła. – Ja tylko... To po prostu jakoś niemożliwe do wyobrażenia, że ci dwaj dadzą radę...

Erlend przerwał jej:

– Nikt nie mógłby zrobić więcej niż ty. Nawet mnie udało ci się zmusić do przyjechania tutaj... Boże święty, Torunn, byłaś przecież po prostu fantastyczna. Spisałaś się doskonale, chociaż wcześniej twoja noga nawet nie postała w tym gospodarstwie. Ale teraz jedziemy. Chcę do domu i zrobić przyjęcie sylwestrowe. Wszystko się zakończyło.

Nie, pomyślała Torunn, mylisz się, teraz dopiero wszystko się zaczyna.