Marina Abramović. Pokonać mur. WspomnieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,80  71,84 
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audio
Marina Abramović. Pokonać mur. Wspomnienia
Audiobook
Czyta Dorota Landowska
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie liczę jednego pocałunku, który przydarzył mi się w wieku czternastu lat. Wypoczywaliśmy na chorwackim wybrzeżu, a chłopak miał na imię Bruno. To nie był nawet pocałunek w usta, tylko lekkie muśnięcie policzka. Niestety wypatrzyła nas matka. Odciągnęła mnie od niego za włosy. Mój pierwszy prawdziwy pocałunek nastąpił później. Miałam piękną przyjaciółkę Bebę, wokół której ciągle kręcili się chłopcy. Dostawała mnóstwo zaproszeń na randki, na które nie nadążała chodzić. Czasami więc wysyłała mnie w zastępstwie. Kiedyś umówiła się z chłopakiem, którego znałam, bo mieszkał w budynku po drugiej stronie mojej ulicy. Nie mogła pójść, więc wysłała mnie do kina, gdzie mieli się spotkać, żebym mu przekazała tę wiadomość. Tak też zrobiłam. Odnalazłam go i powiedziałam:

– Przykro mi, ale Beba nie mogła przyjść.

– Ale ja już kupiłem bilety. Masz ochotę na kino? – zaproponował.

Obejrzeliśmy więc film, a potem spacerowaliśmy w śniegu, popijając wódkę, którą przyniósł ze sobą. W końcu wylądowaliśmy w zaspie i zaczął mnie całować. To był mój pierwszy prawdziwy pocałunek. Polubiłam chłopaka, ale się z nim nie przespałam. Nazywał się Predrag Stojanović.

Nie chciałam stracić dziewictwa z kimś, kogo lubiłam, bo obawiałam się ryzyka zakochania się w pierwszej osobie, z którą się prześpię. Chciałam zrobić to z kimś, na kim zupełnie mi nie zależało.

Wiedziałam, że kiedy dziewczyna po raz pierwszy idzie z facetem do łóżka, zwykle jest w nim zakochana. On potem zawsze odchodzi, a ona cierpi. Nie chciałam, żeby przytrafiło mi się coś takiego, więc ułożyłam plan: poszukam chłopaka, który sypia z wieloma dziewczynami – a przynajmniej taką ma opinię – i wykorzystam go, by stracić cnotę. Będę wreszcie normalna jak wszyscy. Tyle że musiało się to odbyć w niedzielę o dziesiątej rano, żebym mogła powiedzieć matce, że wybieram się na poranek filmowy, bo wieczorem nie wypuści mnie przecież do kina. Poszłam do akademii i rozejrzałam się za jakimś przystojniakiem. Przyuważyłam chłopaka, który uwielbiał pić i balować. Na razie szło mi doskonale. Wiedziałam, że przepada za muzyką, więc odpowiednio go zagadnęłam:


Fot. 11. Moja pierwsza miłość, 1962

– Mam nową płytę Perry’ego Como. Chciałbyś posłuchać? Nie mogę ci jej pożyczyć, ale moglibyśmy posłuchać razem. – (Właściwie słuchałam wtedy wyłącznie muzyki klasycznej i specjalnie w tym celu pożyczyłam płytę Como od przyjaciółki. Miałam bardzo mgliste pojęcie o rock and rollu).

– OK. Kiedy? – zainteresował się chłopak.

– Co powiesz na niedzielę? – spytałam.

– W porządku. O której?

– O dziesiątej rano – zaproponowałam.

– Zwariowałaś? – obruszył się.

– OK, to o jedenastej?

Zaopatrzyłam się w albański koniak. To najgorszy i najtańszy alkohol, jaki można sobie wyobrazić – pędzą go rano, a wieczorem już ląduje na stole. Przynajmniej taki krążył dowcip. Albańczycy przyjeżdżali wtedy do Jugosławii po białe pieczywo, bo produkowali jedynie ciemny chleb niskiej jakości. Nie taki zdrowy, jaki można kupić w Stanach Zjednoczonych, ale bury, bo wypiekano go z kiepskiej pszenicy. Zostawiał w ustach niemal posmak piasku. Albańczycy wkładali pajdę białego chleba pomiędzy dwie swojego ciemnego i zjadali jak kanapkę z serem.

Można sobie więc wyobrazić, jak smakował albański koniak wytwarzany z tego właśnie chleba. W tamtych czasach nawet nie piłam, ale pomyślałam, że przyda się jako znieczulenie.

Przyszłam więc do chłopaka około jedenastej i zapukałam do drzwi. Nikt nie zareagował. Ponowiłam pukanie, a on w końcu otworzył, na wpół śpiący, jakby poprzedniej nocy zabalował i późno wrócił do domu.

– O… już jesteś. OK. Wezmę tylko prysznic. A ty zrób kawę.

Kąpał się, a ja zaparzyłam kawę zakrapianą mnóstwem albańskiego koniaku. Popijaliśmy gorący napar i nastawiłam płytę Perry’ego Como. Siedliśmy na kanapie i dosłownie się na niego rzuciłam. Nie zdążyliśmy się nawet rozebrać, kiedy krzyknęłam. Wtedy on zorientował się, że jestem jeszcze dziewicą, i tak się wściekł, że wyrzucił mnie z domu. Minął kolejny rok, zanim naprawdę poszłam z kimś do łóżka. Zrobiłam to z Predragiem Stojanoviciem, który stał się moją pierwszą miłością. I byłam z siebie dumna, że dziewictwo mam już z głowy.

Miałam dwadzieścia cztery lata. Nadal mieszkałam z matką i wieczorami musiałam wracać o dziesiątej. Wciąż całkowicie mnie kontrolowała.

1 Elegie duinejskie, Dziewiąta elegia, z: R.M. Rilke, Poezje, przeł. Mieczysław Jastrun, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s. 253. [wróć]

2.

Ojciec wielokrotnie próbował nauczyć mnie pływać – w basenie czy na brzegu jeziora – bezskutecznie. Po prostu zbyt bałam się wody, szczególnie gdy całkowicie się w niej zanurzałam. W końcu ojciec stracił cierpliwość. Pewnego dnia podczas letnich wakacji nad morzem wypłynęliśmy razem łódką i z dala od brzegu wyrzucił mnie za burtę niczym psa. Miałam sześć lat.

Spanikowałam. Ostatnim widokiem, jaki sobie przypominam, nim zniknęłam pod powierzchnią Adriatyku, był odpływający ojciec, a raczej jego plecy. Nawet się nie obejrzał. Tonęłam – opadałam coraz niżej, machając rękoma, z ustami wypełniającymi się słoną wodą.

Pogrążając się, nie mogłam przestać myśleć o wiosłującym ku brzegowi ojcu, o tym, że się nie odwrócił. Rozzłościło mnie to, a nawet więcej – rozwścieczyło. Przestałam wdychać wodę, a bijące na oślep ręce i nogi jakoś wyniosły mnie ku powierzchni. Dopłynęłam do łodzi.

Vojo musiał mnie usłyszeć, bo wciąż się nie odwracał – wystawił tylko rękę, złapał mnie pod ramię i wciągnął na pokład.

Tak partyzanci uczą swoje dzieci pływać.

Dostałam się do Akademii Sztuk Pięknych i nadal malowałam. Krewni prosili mnie o obrazy, które ode mnie kupowali. Otrzymywałam zamówienia na rozmaite martwe natury, takie jak wazon tulipanów, dzban ze słonecznikami, ryba z cytryną czy otwarte na oścież okno z powiewającymi zasłonami i widokiem na pełnię księżyca. Malowałam, co tylko chcieli, i podpisywałam dużą niebieską sygnaturą „MARINA”.


Fot. 12. Maluję w swojej pracowni, Belgrad 1968

Matka odkupiła w końcu od rodziny większość moich obrazów i ozdobiła nimi ściany mieszkania. Ją napawały dumą, a mnie wielkim wstydem. Obecnie rozmaite galerie, z którymi współpracuję, od czasu do czasu otrzymują wiadomość: „Mam oryginalny obraz sygnowany przez Marinę Abramović!”, ja zaś na widok tych płócien najchętniej zapadłabym się pod ziemię, bo malowałam je dla zarobku, zupełnie bez emocji. Świadomie produkowałam kicze gotowe w piętnaście minut. Po śmierci matki umieściłam wszystkie posiadane przez nią obrazy – w sumie około dziesięciu – w magazynie. Muszę się zastanowić, co z nimi począć. Może je spalę. Albo – ponieważ w końcu nauczyłam się pokazywać to, czego mi najbardziej wstyd – wystawię je na widok publiczny w całej ich kiczowatej krasie.

Na uczelni malowałam w stylu akademickim: akty, martwe natury, portrety i pejzaże. Jednocześnie w głowie zaczęły mi się rodzić nowe pomysły. Zafascynowałam się na przykład wypadkami drogowymi, które zainspirowały mnie do namalowania serii obrazów. Zbierałam fotografie prasowe przedstawiające wraki samochodów osobowych i ciężarówek. Wykorzystałam też policyjne kontakty ojca. Chodziłam na komisariat wypytywać o duże kraksy, a potem jeździłam na miejsce wypadku, by zrobić zdjęcia i szkice. Przełożenie gwałtowności tych nieszczęść i wrażenia niebezpieczeństwa, które wywoływały, na język malarstwa sprawiało mi jednak trudności.

W 1965 roku, w wieku dziewiętnastu lat, namalowałam obraz, który stał się dla mnie przełomowy: niewielkie płótno zatytułowane Trzy tajemnice. To proste dziełko przedstawia trzy kawałki tkaniny – czerwony, zielony i biały – udrapowane na trzech przedmiotach. Obraz stał się dla mnie ważny, bo zamiast pokazywać coś „lekkostrawnego”, wciągał widzów do udziału w doświadczeniu artystycznym. Angażował ich wyobraźnię. Wprowadzał niepewność i tajemnicę. Otworzył mi drzwi do plakaru mojej nieświadomości.

Później nastąpił rok 1968.

Po II wojnie światowej Jugosławia Tity oddzieliła się od ZSRR i ogłosiła się niepodległym państwem komunistycznym niezwiązanym ze Wschodem ani z Zachodem. Heroiczne zwycięstwo nad nazistami stanowiło dla nas równie wielki powód do dumy jak nasza niepodległość.

W rzeczywistości jednak Tito nie był tak niezależny – raczej sprytnie wykorzystywał Sowietów i Chińczyków w grze przeciw Zachodowi i akceptował korzyści płynące z obu stron. Ogłosił program „samorządności”, który pozwolił robotniczym kolektywom kierować przedsiębiorstwami i był wierniejszy naukom Marksa niż komunizm w stalinowskim wydaniu. Stworzył jednak w Jugosławii kult jednostki, a jego monopartyjny rząd był przesiąknięty korupcją. Urzędnicy bogacili się i opływali w przywileje, podczas gdy klasa robotnicza wciąż wiodła ponure, bezbarwne życie.

Rok 1968 okazał się dla całego świata straszliwym okresem zamieszek i niepokojów. W Stanach Zjednoczonych w wyniku zamachów zginęli Martin Luther King Jr i Bobby Kennedy. Nawet Andy Warhol z trudem doszedł do siebie po postrzale. W Ameryce, Francji, Czechosłowacji i Jugosławii za wstrząsami politycznymi stali przede wszystkim pragnący wolności studenci.

 

W Belgradzie 1968 roku narastało rozczarowanie partią komunistyczną – nagle poczuliśmy, że wszystko dzieje się na pokaz. Nie było żadnej wolności ani demokracji.

W tamtym okresie wciąż łączyły mnie bliskie relacje z ojcem. Dowiedziałam się zadziwiającej rzeczy: choć po wojnie Tito powołał Voja do swej elitarnej ochrony, w 1948 roku zdegradował go, przenosząc do mniejszej jednostki wojskowej. W latach powojennych w Jugosławii panowały wyjątkowo antyradzieckie nastroje, a wśród przyjaciół ojca znalazło się zbyt wielu sympatyków Sowietów. W tym okresie sporo osób trafiło do więzień, a Vojowi z ledwością udało się tego uniknąć. Czuł się więc osobiście zdradzony przez Titę, lecz nie tracił wiary w nową, bliższą prawdzie odmianę komunizmu. Po dwudziestu latach stracił na nią nadzieję.


Fot. 13. Ojciec klęczy obok Tity podczas dorocznego zjazdu partyzantów w Belgradzie, 1965

Nigdy ze mną o tym nie rozmawiał. (Nagle dostrzegłam symboliczne znaczenie wykorzystania mojej pionierskiej chusty jako nakrycia głowy). Rozczarowanie wewnętrznie go złamało. Zebrał wszystkie fotografie przedstawiające go u boku Tity i wyciął z nich przywódcę. Szczególnie przygnębiał go fakt, że z czasem pozbywano się z rządu wszystkich kandydatów na to stanowisko, a Tito się starzał – miał już wtedy około siedemdziesięciu pięciu lat – i wkrótce, po rezygnacji ze sprawowania władzy, nie będzie jej miał komu przekazać.

W czerwcu 1968 roku wszyscy moi belgradzcy znajomi wspierali studenckie demonstracje. Młodzi przemaszerowali przez miasto i zajęli budynki uniwersytetu. Kampus zaroił się od plakatów ze sloganami w stylu: PRECZ Z CZERWONĄ BURŻUAZJĄ czy WYTKNIJ BIUROKRACIE JEGO NIEUDOLNOŚĆ, A JUŻ ON CI POKAŻE, NA CO GO STAĆ. Policyjne oddziały prewencji wypełniły ulice i otoczyły tereny uniwersyteckie. Jako przewodnicząca partii komunistycznej w Akademii Sztuk Pięknych należałam do grupy okupującej jej budynek. Nocowaliśmy na uczelni. Prowadziliśmy całonocne głośne i żarliwe dyskusje. Byłam naprawdę gotowa poświęcić życie dla naszej sprawy i sądziłam, że pozostali czują podobnie.

Wtedy ojciec zrobił coś, co wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przystojny w swoim prochowcu i krawacie, wytwornie uczesany, stanął na środku placu Marksa i Engelsa i wygłosił płomienną mowę, w której zrzekł się członkostwa w Związku Komunistów Jugosławii i potępił czerwoną burżuazję wraz ze wszystkim, co reprezentowała. W punkcie kulminacyjnym przemówienia niesamowitym gestem rzucił swoją legitymację partyjną w zebrany tłum, który zareagował dzikim aplauzem. Byłam z niego taka dumna.

W owym czasie matka surowo krytykowała wszelkie protesty, w tym mój i ojca.


Fot. 14. Ojciec przemawia na placu Marksa i Engelsa w Belgradzie podczas demonstracji studenckich, 1968

Następnego dnia jakiś żołnierz zwrócił ojcu legitymację partyjną. Powiedział, że będzie mu potrzebna, jeśli nadal chce pobierać emeryturę.

Studenci przygotowali petycję z dwunastoma postulatami. Przedstawiliśmy ją rządowi, grożąc wstąpieniem na barykady w przypadku braku jej pełnego poparcia. Żądaliśmy wolności prasy i słowa, pełnego zatrudnienia, podwyższenia minimalnej pensji i demokratycznych reform w Związku Komunistów Jugosławii. „Trzeba znieść przywileje w naszym społeczeństwie”, głosiliśmy. „W kulturze nie może być miejsca na komercję; należy stworzyć warunki powszechnego dostępu do obiektów kultury i sztuki”, postulowaliśmy.

W ostatnim żądaniu chodziło o stworzenie studenckiego ośrodka kultury. Mieliśmy na myśli konkretną lokalizację na alei Marszałka Tity, gdzie tajniacy grali w szachy, a ich żony w jedwabnych apaszkach plotkowały przy robótkach ręcznych lub oglądały filmy. Budynek był imponujący – przypominał zamek – z czerwoną gwiazdą na dachu i olbrzymimi portretami Tity i Stalina w holu.

Oczekiwaliśmy reakcji Tity na naszą petycję. Wreszcie rankiem 10 czerwca ogłoszono, że przywódca przemówi o trzeciej po południu. O dziesiątej rano odbyło się spotkanie przedstawicieli uniwersytetu. Poszłam na nie przekonana, że jeśli rząd nie przyjmie wszystkich naszych postulatów, będziemy demonstrować do upadłego. To zaś oznaczało barykady, strzelaninę, poważne starcia z policją, a nawet ofiary śmiertelne po naszej stronie. Zamiast tego dominującym tematem stała się impreza, którą zamierzano wyprawić po przemowie Tity! Studenci dyskutowali o tym, kto zaśpiewa i jakie zamówimy jedzenie.

– Ale jak możemy planować imprezę, jeśli nawet nie wiemy, co usłyszymy? – dziwiłam się.

Wszyscy popatrzyli na mnie jak na kompletną idiotkę.

– Nie udawaj naiwnej. To przecież nie ma znaczenia. Najważniejsze, że już po wszystkim.

– Co przez to rozumiecie? – dopytywałam się, nie wierząc własnym uszom.

Gotowi byli przyjąć każdą propozycję, a to oznaczało, że cała akcja była jedną wielką lipą – pozorowanym działaniem. Czułam się straszliwie zdradzona.

Wróciłam do akademii i czekałam. O trzeciej Tito wystąpił z porywającym, bardzo sprytnie pomyślanym przemówieniem. Pochwalił polityczne zaangażowanie studentów (które zdołał powiązać ze swą doktryną samorządności). Podwoił płacę minimalną (podnosząc ją z równowartości 12 do 24 dolarów miesięcznie). Przyjął też cztery postulaty z petycji – łącznie z przyznaniem studentom centrum kultury, na którym nam zależało.

Uczelniane samorządy studenckie, gotowe przyjąć od Tity każdy ochłap, wpadły w ekscytację. Studenci zakończyli okupację budynków uniwersyteckich i w blasku fajerwerków triumfalnie przemaszerowali przez centrum Belgradu, ja zaś – w poczuciu raczej porażki niż zwycięstwa – wrzuciłam swoją legitymację partyjną do ognia i obserwowałam, jak się kurczy w płomieniach.

Tydzień później spotkałam na ulicy ojca całującego się z piękną młodą blondynką, która miała później zostać jego drugą żoną. Udał, że mnie nie zauważył. Zobaczyliśmy się znów dopiero po dziesięciu latach.


Po demonstracjach zaczęliśmy się nieoficjalnie, acz regularnie spotykać niewielką studencką paczką, do której poza mną należało jeszcze pięciu kolegów z akademii: Era, Neša, Zoran, Raša i Gera. Rozmawialiśmy o sztuce i narzekaliśmy na to, czego nas uczą. Zbieraliśmy się w akademii (mimo ustępstwa Tity członkowie tajnej policji i ich żony z niechęcią odnieśli się do perspektywy natychmiastowego opuszczenia swojego miejsca spotkań), piliśmy hektolitry kawy i pobudzeni nią gadaliśmy bez końca, często do późnej nocy, z właściwą młodości intensywnością i pasją.

Był to jeden z najszczęśliwszych okresów mojego życia. Budziłam się rano, szłam do pracowni malować, potem rozmawiałam z chłopakami, wracałam do domu – nieodmiennie na dziesiątą – a następnego dnia wstawałam i wszystko zaczynało się od nowa.

Przedmiot naszych obsesyjnych dyskusji wykraczał poza granice malarstwa – pragnęliśmy wprowadzić do sztuki życie.

Obrazy katastrof drogowych nadal mnie frustrowały. Dla odmiany na wielkich kwadratowych płótnach o boku mniej więcej półtora metra zaczęłam malować chmury – nie tyle realistyczne, ile symboliczne, ociężałe, które przypominały kształtem wielkie fistaszki sunące po monochromatycznych polach obrazów. Niekiedy w chmurach pojawiał się kształt ludzkiego ciała, zawsze widzianego z tyłu – nagiego ciała otyłej staruszki, która pozowała nam kiedyś w akademii. Czasami zaś kobieta zmieniała się w pejzaż – obraz z mojej dziecięcej wyobraźni, w którym cały wszechświat – czyli wszystko, co znamy – był zaledwie kamykiem w bucie kosmicznej grubaski.


Fot. 15. Grupa 70 w Studenckim Centrum Kultury w Belgradzie, 1970; od lewej stoją: Raša Todosijević, Zoran Popović, ja, Gera Urkom, Era Milivojević i Neša Paripović

Na Zachodzie rewolucjom politycznym i muzycznym towarzyszyły kardynalne przemiany w sztuce. W latach sześćdziesiątych nowa awangarda zaczęła odrzucać dawną koncepcję sztuki jako produktu w postaci obrazów czy rzeźb, które można kolekcjonować. Pojawiły się świeże idee: sztuki konceptualnej i performansu. Niektóre z nich przeniknęły do Jugosławii. Nasza szóstka rozprawiała o amerykańskich konceptualistach (w Stanach Zjednoczonych artyści tacy jak Lawrence Weiner czy Joseph Kosuth tworzyli prace, w których słowa były równie ważne jak obiekty), ruchu arte povera we Włoszech, zmieniającym przedmioty codziennego użytku w sztukę, czy antykomercyjnym i antyartystycznym niemieckim Fluxusie, z mistrzami performansu i happeningu Josephem Beuysem, Charlotte Moorman i Nam June Paikiem. Bliżej mieliśmy słoweńską grupę OHO, która odrzucała sztukę jako aktywność niezależną od życia. Jej członkowie wierzyli, że każdy przejaw życia może okazać się sztuką. Już w 1969 roku zajmowali się performansem. David Nez wykonał w Lublanie akcję zatytułowaną Kosmologia: położył się w kole wyznaczonym na podłodze pod żarówką zwisającą tuż nad jego brzuchem i starał się oddychać w rytmie wszechświata. Niektórzy członkowie OHO przyjechali do Belgradu podzielić się swoimi przekonaniami. Słuchałam ich z zachwytem.

Zainspirowali mnie. W 1969 roku w belgradzkim Młodzieżowym Domu Kultury przedstawiłam swój pierwszy pomysł na performans z udziałem publiczności zatytułowany Pierz razem ze mną. Chciałam zainstalować stanowiska do prania w galerii domu kultury. Wchodzący zdejmowaliby ubrania, które bym im prała, suszyła i prasowała. Widzowie opuszczaliby galerię w odświeżonej odzieży – oczyszczeni, dosłownie i w przenośni. Domowi kultury pomysł się nie spodobał.

W następnym roku zaproponowałam im kolejny performans – miałam stać przed publicznością w swoim codziennym ubraniu i stopniowo zmieniać je na rzeczy, które zawsze kupowała mi matka: długą spódnicę, grube pończochy, buty ortopedyczne i brzydką bluzkę w kropki. Później przyłożyłabym do głowy pistolet z jednym nabojem w magazynku i nacisnęła spust.

– Ten performans ma dwa możliwe zakończenia – wyjaśniałam. – Jeśli przeżyję, zacznę żyć od nowa.

I tym razem spotkałam się z odmową.

Na ostatnim roku studiów zakochałam się w chłopaku z mojej paczki. Neša miał trzydzieści lat, ładne jasne włosy barwy piasku, ruchliwe brwi i dziwne, ostre i dramatyczne rysy twarzy – przypominał mi bohaterów filmów Ingmara Bergmana. Był bardzo utalentowany, a jego myśli biegły osobliwymi ścieżkami. Różnił się od ludzi, których dotąd znałam. Na festiwalu sztuki w położonym na zboczu wzgórza miasteczku Grožnjan na Istrii o wschodzie słońca zawiesił nad rynkiem czerwone monochromatyczne płótno – pracę nazwał Placem Czerwonym. Najbardziej pociągały mnie w nim jego pomysły. Wspólnie spędzaliśmy czas, choć wciąż musiałam wracać do domu na dziesiątą, a to krucha podstawa udanego związku.

Wiosną 1970 roku skończyłam studia z wynikiem 9,25 na 10 punktów. Uzyskany dyplom gwarantował mi „tytuł zawodowy malarza akademickiego oraz wszystkie wynikające z niego uprawnienia”. Brzmiało to jak dziwaczny komplement (matka do samej śmierci doprowadzała mnie do szału, adresując listy do „Mariny Abramović, Malarza Akademickiego”) i – mimo wszystko – zachęcało do dalszego malowania, przynajmniej przez jakiś czas.

Tuż po rozdaniu dyplomów wyjechałam do Zagrzebia, na studia podyplomowe pod okiem malarza Krsta Hegedušicia. Zakwalifikowanie się do jego pracowni uchodziło za wielki zaszczyt, bo z zasady nie prowadził jednocześnie więcej niż ośmiorga studentów. Hegedušić był wiekowym artystą szeroko znanym z malarstwa rodzajowego przedstawiającego chłopów i wyrazistych pejzaży z polami uprawnymi – kimś w rodzaju jugosłowiańskiego Thomasa Harta Bentona. Nie ma co, dobraliśmy się jak w korcu maku! Pocieszałam się jednak myślą, że wśród uczniów Bentona był Jackson Pollock i wyszło mu to na dobre. Poza tym bardzo lubiłam Hegedušicia. Powiedział dwie rzeczy, które mocno zapadły mi w pamięć. Po pierwsze, że jeśli człowiek dochodzi w rysunku prawą ręką do takiej perfekcji, że z zamkniętymi oczami może wykonać piękny szkic, powinien natychmiast przerzucić się na lewą, żeby się nie powtarzać. I po drugie, że nie ma co sobie pochlebiać, twierdząc, że ma się pomysły. Według Hegedušicia dobry artysta mógł mieć w życiu najwyżej jeden dobry koncept, a geniusz najwyżej ze dwa. I miał rację.

 

Najwspanialszą rzeczą w Zagrzebiu był dla mnie pobyt z dala od domu. Możliwość wyrwania się spod pieczy matki bardzo mnie ekscytowała. Ale jednocześnie przebywałam z dala od Nešy, który słał listy z wątpliwościami, czy w tej sytuacji nie powinniśmy się rozstać. Miałam wobec niego mieszane uczucia.

Niemniej cieszyłam się wolnością. Wynajęłam pokoik z maleńką wspólną kuchnią po przeciwnej stronie korytarza. W tym czasie w Zagrzebiu przebywało również kilkoro kolegów z akademii, w tym Chorwatka Srebrenka, która kończyła studia, by zostać krytykiem artystycznym. Chodziła wciąż przygnębiona – do tego stopnia, że w rozmowach groziła samobójstwem. Powtarzała to tak często, że mieliśmy w końcu dosyć.

– Zrób to wreszcie i daj nam święty spokój! – mówiliśmy.

Srebrenka mieszkała na drugim końcu mojej ulicy. Pewnego ranka miałyśmy się spotkać na kawie, ale lało jak z cebra, więc zostałam w domu. Tego samego dnia po południu podjęła decyzję – odebrała sobie życie. I to na cztery – my Słowianie lubimy robić wszystko z przytupem! – sposoby: włączyła gaz w piekarniku, podcięła sobie żyły, nałykała się środków nasennych i się powiesiła.

Po pogrzebie wszyscy jej przyjaciele czuli się podobnie – byli po prostu wkurzeni. Mieliśmy wprawdzie dość jej ciągłego odgrażania się samobójstwem, ale strata Srebrenki doprowadzała nas do szału. Była taka piękna i młoda. Gnębiło nas też poczucie winy. Mnie prześladowała natrętna myśl: „Mój Boże, może by się rozmyśliła, gdybyśmy się wtedy spotkały”.

Pogrzeb odbył się przed południem, o jedenastej. Popadywał deszcz. Pogoda była naprawdę dziwna – od czasu do czasu słońce wyglądało na kilka sekund zza chmur, by natychmiast się za nie schować. Kiedy wracałam do domu, znów lało. Około piątej po południu położyłam się na chwilę po długim, wyczerpującym dniu. W pokoju panował półmrok. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, ujrzałam Srebrenkę siedzącą na brzegu łóżka; patrzyła na mnie z triumfującym uśmiechem, jakby chciała powiedzieć: „W końcu się odważyłam”.

Przeraziłam się. Skoczyłam na równe nogi i zapaliłam światło. Srebrenka zniknęła, jednak jeszcze przez kilka dni, gdy przechodziłam przez korytarz do kuchni, zanim zdążyłam włączyć światło, miałam wrażenie, że bardzo delikatnie ujmuje mnie za rękę. Później to uczucie minęło.

Nie miałam wtedy pojęcia – zresztą dotąd go nie mam – kto lub co tworzy ten niewidzialny świat, ale wiem na pewno, że czasami można go bardzo wyraźnie zobaczyć. Przekonałam się, że po śmierci ciało umiera, lecz jego energia nie znika – po prostu przybiera inną formę. Uwierzyłam w ideę współistniejących równolegle rzeczywistości. Myślę, że ta, którą teraz postrzegamy, jest pewną częstotliwością, na której wspólnie odbieramy. Dzięki temu jesteśmy dla siebie widzialni. Można jednak zmienić częstotliwość, wejść w inną rzeczywistość. Sądzę, że są ich setki.

Odtąd czułam się nieswojo w swoim zagrzebskim pokoju. Pewnego dnia, wkrótce po śmierci Srebrenki, rozpętała się burza i rozbita okienna szyba wpadła mi do łóżka. Byłam tak przygnębiona i zagubiona, że nawet nie usunęłam odłamków szkła z pościeli. Położyłam się i głęboko zasnęłam. Obudziłam się rano zakrwawiona, ze świadomością, że czas wracać do Belgradu.


Gdy tajniacy z żonami się wynieśli, w końcu przekazano nam Studenckie Centrum Kultury – SCK, z cudowną młodą dyrektorką, Dunją Blažević. Dunja była historyczką sztuki, a jej ojciec przewodniczył chorwackiemu parlamentowi, co gwarantowało jej przywilej podróżowania po świecie i oglądania arcydzieł sztuki na własne oczy. W pełni wykorzystała swoje możliwości – naprawdę dużo jeździła, była niezwykle otwarta i miała niesamowitą wiedzę na temat aktualnych wydarzeń artystycznych. Tuż przed otwarciem centrum obejrzała pierwsze documenta w niemieckim Kassel, wystawę sztuki awangardowej pod kierownictwem znakomitego szwajcarskiego kuratora, Haralda Szeemanna. Dzięki niemu sztuka konceptualna i sztuka performansu rzeczywiście nabrały rozgłosu. Dunja chłonęła to jak gąbka. Wróciła do Belgradu zainspirowana i podekscytowana i od razu zaproponowała pierwszą wystawę SCK, którą zatytułowała Drangularium, czyli dosłownie „drobiazgi” albo „rzeczy małe”.

Wydarzenie to miało umożliwić artystom pokazanie raczej znaczących dla nich przedmiotów codziennego użytku niż samych dzieł sztuki. Pomysł nawiązywał do włoskiej arte povera. Do udziału w wystawie zaproszono około trzydziestu artystów, wśród których znalazłam się i ja.

Drangularium było naprawdę niesamowite. Gera, kolega z mojej uczelnianej paczki, wystawił stary, dziurawy jak rzeszoto zielony koc, którego używał w pracowni. W katalogu napisał, że zamiast szczególnego wybrał najmniej znaczący przedmiot, jaki przyszedł mu do głowy. Moja przyjaciółka Evgenija przywiozła drzwi swojej pracowni – „przedmiot praktyczny, z którym codziennie się kontaktuję za pośrednictwem klamki”. Raša, inny kolega z naszej paczki, przyprowadził swoją piękną dziewczynę i posadził ją na krześle obok niebieskiego stolika nocnego z butelką na blacie. „Nie znajduję racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego przedstawiłem to, co przedstawiłem – napisał – i nie ma w tym krzty symbolizmu”. Nam jednak wyznał prawdziwą przyczynę swojego wyboru: „Nie wyjdę do roboty, dopóki się nie prześpię z dziewczyną”.

Mój przedmiot wiązał się z cyklem obrazów przedstawiających chmury. Przyniosłam fistaszka i przymocowałam go szpilką do ściany. Odstawał od niej na tyle, że rzucał niewielki cień. Całość nazwałam Chmura i jej cień. Gdy tylko dostrzegłam ten cień, uświadomiłam sobie, że dwuwymiarowa sztuka to dla mnie naprawdę przeszłość – ta praca otworzyła przede mną zupełnie nowy wymiar. Zresztą sama wystawa otworzyła przed wieloma jej uczestnikami całkiem nowy świat.


Podczas pobytu w Zagrzebiu odwiedziłam pewnego znanego wróżbitę. Był to rosyjski Żyd, który przepowiadał przyszłość z kawowych fusów. Czekało się na to pół roku, ale tyle się o nim nasłuchałam, że bardzo chciałam się dowiedzieć, jaki los jest mi pisany. Chyba ktoś akurat odwołał wizytę, bo udało mi się ustalić termin.

Umówiono mnie na szóstą rano! Na dodatek wróżbita mieszkał w nowej części Zagrzebia, więc żeby do niego dotrzeć, jechałam aż trzema autobusami. W końcu zadzwoniłam do drzwi jego mieszkania. Otworzył mi wysoki, chudy mężczyzna około pięćdziesiątki lub sześćdziesiątki. Byłam wtedy taka młoda, że każdy, kto miał więcej niż czterdzieści pięć lat, wydawał mi się wiekowy. Spokojnie – profesjonalista w każdym calu – wróżbita poprowadził mnie do stołu i podał dwie filiżanki kawy po turecku.

Wypiłam aromatyczny napar. Wtedy mężczyzna wziął moje fusy i zmieszał je ze swoimi. Na stole leżała rosyjska gazeta. Wróżbita odwrócił filiżankę do góry dnem i czekał w milczeniu, aż fusy opadną na papier. Potem odstawił naczynie i przyjrzał się powstałemu wzorowi. Następnie odchylił się na oparcie krzesła i przewrócił oczami tak, że widziałam jedynie białka.

Widok był naprawdę niesamowity – nieźle napędził mi strachu. Z wciąż wywróconymi oczami wróżbita wiele mi powiedział. Mówił, że późno osiągnę sukces, że zamieszkam w pobliżu wielkiego oceanu, że wyprowadzę się z Belgradu. Wyjawił, że przeniosę się najpierw do kraju, który okaże się dla mnie ważny na początkowym etapie kariery artystycznej, że niespodziewanie otrzymam propozycję powrotu do Belgradu, że dostanę ofertę pracy, którą powinnam przyjąć. Powiedział też, że pomoże mi pewien człowiek, który przeżył straszną tragedię, i że będzie miał na imię Boris. Przykazał mi szukać mężczyzny, który pokocha mnie bardziej niż ja jego, bo tylko wtedy zdołam odnaleźć szczęście. Zdradził też, że największy sukces osiągnę w samotności, bo mężczyźni przysporzą mi w życiu problemów.

Dwa lata później, po pierwszej zagranicznej podróży artystycznej na festiwal w Edynburgu, zamieszkałam w Londynie. Dorabiałam, gdzie tylko mogłam, i wciąż brakło mi pieniędzy. Pewnego dnia matka zadzwoniła z Belgradu z wiadomością, że zgłosiła moją kandydaturę na stanowisko dydaktyczne w Akademii Sztuk Pięknych w Nowym Sadzie. Normalnie natychmiast bym odmówiła – w tym czasie z zasady stawiałam jej opór, wciąż uwalniając się spod jej wpływu – tym razem miałam jednak twardy orzech do zgryzienia. Matka powiedziała, że jest kilku kandydatów i że przeszłam już wstępną selekcję, ale muszę przyjechać na rozmowę kwalifikacyjną.

Danica załatwiła mi bilet i poleciałam do Jugosławii z przesiadką w Zagrzebiu. Samolot do Belgradu był niemal pusty. Usiadłam w części dla palaczy, bo podczas lotu zawsze się denerwowałam i nie wytrzymywałam bez papierosów. Chciałam zapalić, ale zorientowałam się, że nie mam przy sobie zapalniczki. Nagle jakiś mężczyzna podał mi ogień. (Trzymałam wtedy papierosa kciukiem i palcem wskazującym, ustnikiem w górę – po prostu szczyt wyrafinowania).