Rozmowy w tańcu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


NIBY SIĘ CZŁOWIEK ZMIENIA, A W KOŃCU PRZEZ CAŁE ŻYCIE PRZYBIERAMY TE SAME POZY.


TA LEWA RĘKA!

TEKST OPARTO NA WYDANIU

WYDAWNICTWA TENTEN, WARSZAWA 1992

REDAKCJA ANNA BOLECKA

KOREKTA MARIOLA BĘDKOWSKA

OPRACOWANIE GRAFICZNE ANDRZEJ BARECKI

ZDJĘCIA W TEKŚCIE ZOFIA NASIEROWSKA,

KACPER LISOWSKI, KRZYSZTOF WÓJCIK

ORAZ ZE ZBIORÓW PRYWATNYCH AGNIESZKI OSIECKIEJ

ZDJĘCIE NA OKŁADCE ZOFIA NASIEROWSKA

ISBN 978-83-8234-677-0

WARSZAWA 2021

WYDAWCA

PRÓSZYŃSKI MEDIA SP. Z O.O.

02-697 WARSZAWA, UL. RZYMOWSKIEGO 28

WWW.PROSZYNSKI.PL

Wieczór pierwszy

POCHMURNO, LEKKIE ROZPOGODZENIE

ONA: Data urodzenia?

JA: 1936.

ONA: Urodziłaś się przed wojną...

JA: Była o tym piosenka. Trochę o mnie, trochę o kolegach: Urodziłam się przed wojną, pod jesień, nie pamiętam, jak wyglądał ten wrzesień, ojciec się trudnił, matka przy mężu, bladzi i smutni – Hitler zwyciężył. – W okupację jadłam brukiew, stać nas było też na cukier... – potem płomienie, strach, dużo krzyku... – front, wyzwolenie... – nie ma już fryców...

ONA: Urodziłaś się przed wojną... Pamiętasz coś?

JA: Spiżarnię mojej babki. Zapach cynamonu, ciemność. Mały tunel. Tajemniczość.

ONA: Jaka ona była, ta babka?

JA: Wysoka, próżna, przystojna. Po kądzieli – znaleźliby się ziemianie, po mieczu – warszawscy rzemieślnicy. Hodowała kanarki i foksteriery. Rozwódka. Jako młoda jeszcze kobieta porzuciła swego zacnego męża, czyli mego dziadka, Józia, który grawerował koty i pająki na puderniczkach, i poszła sobie. Zostawiła dwie wystraszone dziewczynki – cudownie utalentowaną Baśkę i moją mamę, Marię. Mama, niedotulona, nigdy nie wyzbyła się strachu przed życiem. Teraz całe dnie spędza w szlafroku. Ten szlafrok to jest jej marzenie o pieluszce.

ONA: Odziedziczyłaś po matce lęk?

JA: W dużym stopniu.

ONA: To dlaczego nie dopinasz pasa w samolocie i nie płacisz składek w ubezpieczalni?

JA: To po ojcu.

ONA: Był ryzykantem?

JA: Wprost przeciwnie, był tchórzem. Ale był niesamowitym oryginałem.

ONA: Nazywasz go w wywiadach „lokalowym pianistą”, to znowu „wirtuozem”. W czym rzecz?

JA: Robił jedno i drugie. Grał na dancingach i w filharmoniach Lwowa, Budapesztu, Capri, Wiednia, Berlina, Warszawy. Ogólnie jednak trzymał się tradycji austro-węgierskiej. Na co drugie pytanie odpowiadał dowcipem. Był wesoły, ale nie miał żadnych złudzeń co do ludzi. Coś w tym było z ponurego poczucia humoru Vonneguta. Ze mnie ojciec zrobił kompletne dziwadło.

ONA: Chciał, żebyś była Beethovenem w spódnicy?

JA: To było tak: zaraz po wojnie znaleźliśmy się w Wiedniu, u macochy ojca, byłej śpiewaczki operowej – madame Strasser. Ojciec wahał się, czy wrócić, wrócił i pojął, że zrobił błąd. Dookoła pieniła się wprawdzie jeszcze pełna rumieńców „Polska mikołajczykowska”, ale już się czaił stalinizm. Wtedy ojciec, przy niemej zgodzie mamy, ukrył mnie pod kloszem. Zbudował szczelną barykadę między mną a światem: chodziłam na francuski i niemiecki do pani Heller, trochę jakby łysiejącej i bardzo chudej damy, jeździłam taksówką na angielski do metodystów, a pływać uczyła mnie instruktorka, pani Buba. Ojciec chciał nawet, żebym się nauczyła prowadzić szybowiec, ale nas strażnik wyrzucił. Aha, nie wolno mi było czytać gazet!

ONA: Pisałaś o tej swojej edukacji?

JA: Bardzo dużo. W siedemdziesiątym roku, w powieści „Zabiłam ptaka w locie” i w osiemdziesiątym trzecim, we wspomnieniach z lat odwilży – „Szpetni czterdziestoletni”. W każdym razie: kiedy przyszło do mnie prawdziwe życie, to ja ani be, ani me.


DZIADEK JÓZIO, FOTO-ZDRÓJ CIECHOCINEK. WARSZAWSKI MISTRZ.

ONA: A szkoła? Nie oświeciła cię?

JA: Ta moja pierwsza szkoła była bardzo kochana, ale biedna jeszcze, kulawa, taka szkoła na gruzach. Pięćdziesiątka dzieci w jednej klasie, kałamarze, zajączki z UNRRY (tak, pamiętam, jak przyjechały paczki z pomocy amerykańskiej), pończochy w prążki, wycieczki ciężarówkami. Nauczycielka, pani Sznaper, dla której znosiłam wilgotne bzy. Chuligan Maniek, hrabianka Rzewuska. Ot, taka szkoła z Saskiej Kępy. Obok była ślizgawka, a w lecie żaby.

ONA: Więc nic? Żadnych śladów tego czasu?

JA: Jak to nic. Od dziesiątego roku życia, z przerwami, pisałam pamiętniki. Namówiła mnie do tego ciotka Baśka, sama pisząca potajemnie. Część z nich jest we wrocławskim Ossolineum, część w tapczanie.

ONA: Wracasz do nich?

JA: Nigdy, są nieszczere. Ciągle pokazywałam je koleżankom, pisałam „pod kogoś”. Poza tym starałam się przypodobać sobie samej. Jakaś taka marna autopsychoterapia.

ONA: Jesteś kokietką?

JA: I tak, i nie.

ONA: Gdybyś miała jednym słowem nazwać jakąś swoją cechę, to jakie by to było słowo?

JA: Dwoistość.

ONA: Jak myślisz, skąd to się wzięło?

JA: Może z tańcowania na linie między rodzicami. Bo moi rodzice też się w końcu rozwiedli. Nie wiedziałam, czyją stronę wybrać, i zostało to we mnie na zawsze. Mawiałam, że wprawdzie ktoś tam jest bandziorem, ale ma złote serce. Albo flirtowałam z dwoma chłopakami naraz. Jednego trzymałam za rękę, a z drugim rozprawiałam o książkach. Albo o kwestiach politycznych. Nie umiałam dokonać wyboru. Parę lat temu, w Nowym Jorku, Miloš Forman spytał mnie: „...a Jaruzelski to człowiek Rosji czy polski patriota?” Odpowiedziałam: „Fifty-fifty”. Myślałam, że z latami mi to przejdzie, ale skąd. To straszne.

ONA: Straszne czy może piękne, podniecające?

JA: Podniecające może, ale piękne w żadnym wypadku.

ONA: Obruszyłaś się na słowo „piękne”.

JA: Bo nie lubię przymiotników, zwłaszcza w takich zestawieniach, w których głucho brzmią. Oczywiście w piosenkach i w wierszach dbam o jakąś „ładność”, ale wystrzegam się przymiotników. Jeśli opisuję poranek i powiadam „litanię dla skowronka już pisze Bóg”, to oczywiście staram się stworzyć obraz pełen słodyczy. Ale nie piszę „dzień był śliczny”. Chociaż czasami takie sformułowanie jest najwłaściwsze.


MOJA CIOTKA BAŚKA – TA, KTÓRA NAUCZYŁA MNIE PISAĆ PAMIĘTNIKI. NA RĘKACH TRZYMA SWEGO SYNKA MAĆKA, DZIŚ DOKTORA MATEMATYKI!

ONA: Zawsze byłaś taka wyczulona na słowo?

JA: Chyba zawsze. Urodziłam się z poczuciem formy, tak jakbym trzymała w rękach organki i światłomierz. Poza tym rozwinęła to we mnie moja druga szkoła.

ONA: Znam ją. Słynne gimnazjum im. Curie-Skłodowskiej na Saskiej Kępie. Też wspominasz o nim w „Szpetnych czterdziestoletnich”.

JA: Bo to świetna szkoła, świetne nauczycielki. Pani Różańska, która była jedyną osobą w szkole używającą szminki – była to szminka koloru maku – uczyła mnie polskiego. Pani Piotrowska – moralności. Pani Born­holtzowa – historii.

ONA: Podobno zmarła w dniu ogłoszenia stanu wojennego?

JA: A czy to nie idealna data dla historyka? Jeżeli musimy umrzeć, dbajmy przynajmniej o efekty.

ONA: Zależy ci na efektach?

JA: I tak, i nie. Ale wróćmy do szkoły. Tam zakochałam się w „socjalizmie utopijnym”. Jeszcze później, kiedy poszłam na dziennikarstwo, zapytana przez zetempowców „kim jesteś?”, odpowiedziałam: „jestem socjalistką utopijną”.

ONA: Jak wspominasz ten czas?

JA: Okropnie.

ONA: To po co poszłaś na dziennikarstwo? Przecież nietrudno było się zorientować, że to było coś w rodzaju propagandowych kursów.

JA: Poszłam, bo przeczytałam u Kischa: „Dziennikarstwo jest najlepszą szkołą dla (–) pisarza”. Głupia byłam. Na naszym wydziale masa osób trudniła się donosicielstwem, wszyscy bali się wszystkich, a co najważniejsze: nie nauczyłam się niczego. Rzeczywiście, to były takie krótkie kursy!

ONA: Pogratulować! Ale: zapisałaś tysiące stron drobnym maczkiem, zarzucasz teatry swoimi przedstawieniami, a antenę piosenkami, i chcesz powiedzieć, że nie masz żadnego uniwersyteckiego zaplecza?

JA: Nic podobnego. Po dziennikarce, w latach 1957–1962, studiowałam na wydziale reżyserii filmowej w Łodzi. To była ta sama fantastyczna uczelnia, którą rządził profesor Jerzy Toeplitz, a studiował w niej Andrzej Wajda, Romek Polański, Janusz Majewski. Nadzwyczajna uczelnia!


W SZKOLE FILMOWEJ W LATACH SZEŚĆDZIESIĄTYCH GONILIŚMY ZA „EKSPERYMENTEM”. TO JEST KADR Z MOJEGO FILMU „SŁOŃ” WEDŁUG MROŻKA, OPERATOREM BYŁ ANDRZEJ KONDRATIUK.


KIEDYŚ ANDRZEJ WAJDA PRZYWIÓZŁ Z BRAZYLII LATAWCA I PRÓBOWAŁ GO PUSZCZAĆ NAD JEZIOREM NIDZKIM. POTEM MOTYL UMARŁ...

 

ONA: Masz jakieś filmowe osiągnięcia?

JA: Żadnych. Ale zetknęłam się z wykładowcami z prawdziwego zdarzenia. Na przykład dokumentalista, Jerzy Bossak, albo opiekun mego roku, niezwykle elegancki starszy pan, Antoni Bohdziewicz. Albo sławny operator, Stanisław Wohl. Nauczyłam się od nich, wśród wielu innych rzeczy, montażu filmowego. To mi teraz pomaga w... teatrze. Kiedy w roku 1964 razem z Jankiem Biczyckim wystawiłam kolaż o Polsce „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, miałam pełną świadomość, że całej sztuki „wybuchowego” montażu scenek nauczyłam się od filmowców. Tak samo w małym musicalu z roku 1967 – dziś przeżywającym swój come back – w „Apetycie na czereśnie”, klejąc piosenki z prozą, korzystałam z łódzkiej szkoły. Poza tym... śmiesznie tam było.

ONA: W jakim sensie?

JA: Moi koledzy byli strasznymi erotomanami. Zbierali się na słynnych „łódzkich schodach” i przeciągali się jak kocięta. Ja, żeby z kimś potańczyć, musiałam przywozić kawalera z Warszawy. W moich kolegach kochały się wszystkie kelnerki z „Honoratki”. A były to piękne dziewczyny. Nie miałam szans.


FILMY LAT SZEŚĆDZIESIĄTYCH TEŻ MIAŁY TĘ POETYCKĄ MGIEŁKĘ, KTÓRĄ MIAŁA KAWIARNIA STATLERA, TEATRZYK PIOSENKI KUBIAKA CZY – ULICA. NA ZDJĘCIU KUBA MORGENSTERN, ZDJĘCIA DO FILMU „JUTRO PREMIERA”.

ONA: Miałaś kłopoty z mężczyznami? Słyszałam, że zdejmując płaszcz w szatni, zrzucasz go po prostu z ramion, nie oglądając się. Taka jesteś pewna, że ktoś tam stoi.

JA: Ale skąd. To ja zawsze uganiałam się za chłopcami. Od tego serce mi posiwiało, a głowa jeszcze bardziej. Kiedyś upiłam się w tak zwanym Ścieku i wyłam: „Jestem wdową po pokoleniu”.

ONA: Miałaś na myśli Marka Hłaskę? Kochałaś go?

JA: Nie wiem. Poznałam Marka w okresie odwilży, miałam dziewiętnaście czy dwadzieścia lat i w sprawach miłości byłam strasznie infantylna. Raz mi się wydawało tak, raz siak, wszystko było grą wyobraźni. Marek był jeszcze barwniej upierzonym ptakiem! Raz odgrywał kowboja, raz starca pochylonego nad grobem, raz typa spod ciemnej gwiazdy, raz znowu brutalnego macho, to znamy z jego prozy. W życiu Marka kobiety chyba nie odgrywały większej roli. Jeżeli kogoś naprawdę uwielbiał, to Hankę Golde. To była taka znana piękność warszawska, jeszcze z okresu Tyrmanda. Znacznie później, „po mnie”, była w Izraelu dziewczyna opisana jako Ester. Nazywał ją „Kaczor Donald”. Tak się śmiesznie złożyło, że wyszła potem za mąż za jakiegoś amerykańskiego oficera, który serio miał na nazwisko Donald. Marek lubił przezwiska. Na jednego mojego amanta mówił „tancerz Druciński”. Mnie nazywał „Panna Czaczkes”. O moim gadulstwie mawiał „Masz rozszerzenie na dziób i zwężenie na móżdżek”. Ale lubił mnie, czuliśmy czułość. Chyba go trochę znałam. Było w nim coś, co jest i w jego książkach: przeczucie katastrofy, a jednocześnie rozpierająca go radość życia.


MAREK HŁASKO

ONA: Hłasko był katastrofistą?

JA: Tak! Uważał, że świat wali się w gruzy, to znaczy upadają wszystkie wartości, które miały jakikolwiek sens: honor, wierność, prawda. Żałował, że nie może napisać książki w conradowskim stylu. Szkoda, że nie dożył dzisiejszej Polski, a z drugiej strony trudno go sobie wyobrazić jako dorosłego człowieka. Jakaś błazenada wiązała się w nim z przeczuciem wczesnej śmierci. Bał się jej, a jednocześnie ją przyciągał. Kiedyś, w Kazimierzu, zaczął się przymierzać do krzyża. Zrobiłam mu wtedy zdjęcie.

ONA: Jesteś przesądna?

JA: Nie, moim ukochanym stworzeniem jest mały czarny kotek.

ONA: Uważasz się za czarownicę?

JA: Ależ skąd. Na co dzień jestem normalną, trzeźwą „dziewczyną z STS-u”. Jestem w znacznym stopniu uformowana przez STS.

ONA: Łatwo dajesz ludziom tę pieczątkę „uformowałem Agnieszkę”. Wierzysz w to?

JA: No jednak. W późnych latach pięćdziesiątych i jeszcze głęboko w lata sześćdziesiąte koledzy z teatru STS uczyli mnie tego, co zaniedbał tata: czegoś w rodzaju postawy społecznej. Andrzej Jarecki, poeta i mój ówczesny chłopak, nazywał nasze piosenki „liryką obywatelską”. Andrzej to był taki Polak z Żeromskiego. Gdyby nie on, nie napisałabym „Okularników”, piosenki, która była przez całe lata niemal hymnem politycznym młodzieży. Ta piosenka miała masę tłumaczeń, ale najlepszego dokonała... Elżbieta Czyżewska. Tytuł brzmi: „Eggheads”. Elżbieta zresztą, nawet gdyby nie pisała, byłaby poetką.


„NA ROBOTACH” WE FRANCJI: ANDRZEJ JARECKI, PIERWSZY POETA STS-U. ROK 1957, ST.-ROMAIN.

ONA: A ty?

JA: Moje życie to jest powieść z przygodami, ale nie wiem, czy zawsze w najlepszym guście. W piosenkach bardziej dbałam o styl. Napisałam ich setki, jeżeli nie więcej. Wyszły w tomikach „Kolory”, „Wyszłam i nie wróciłam”, „Sztuczny miód”, „Białe zeszyty”, „Żywa reklama”, „Śpiewające piaski”...

ONA: Niektóre z nich miałam w rękach. Współczesne piosenki i wiersze mieszasz w nich z dawnymi songami z STS-u. Czy boisz się, że wasza satyra nie wytrzymałaby dziś próby czasu?

JA: Użyj modnego zabiegu, podejdź do sprawy historycznie. Niektóre nasze rzeczy brzmią dziś blado, ale taka na przykład piękna piosenka Jareckiego: „Bądź moją kurtką z welwetu jedyną – bądź pumperniklem, bądź polopiryną – ale już nigdy nie bądź blizną – nasza kochana, bezcenna ojczyzno!” – czy to się postarzało?

W moich tomikach robię groch z kapustą, bo jestem bałaganiarą. Ale nie, nie myślę, żeby tamte nasze poczynania były bez sensu. To są te krople, którą drążą skałę. Pisałam o tym: „Myśmy żyli jak na wietrze, myśmy żyli niebezpiecznie...”. Pamiętasz?

ONA: Słowa „pamięć”, „pamiętasz” wciąż wracają u ciebie. Lubisz wspomnienia?

JA: Nie cierpię. Ale przeszłości nie da się uniknąć. Siedzi mocno w każdym z nas. Zabarwia sepią każdą chwilę radości, ale i rozjaśnia każdą łzę. Popatrz, jak się zachowuje na scenie Anka Prucnal: płacze i śmieje się z siebie, że płacze.


ANKA PRUCNAL W STS-IE, W „CYRKU PIOSENEK”. TERAZ W PARYŻU, TERAZ U FELLINIEGO, TERAZ W JAPONII... BO TEŻ CO TO ZA STWORZENIE NIEWIARYGODNE!

ONA: Mówisz tak, jakbyś coś o tym wiedziała.

JA: Napisałam książkę o pamięci, a właściwie o zmaganiach z pamięcią. Bohaterką jest kobieta, która uczęszcza do czegoś w rodzaju „szkoły zapominania”. Rzecz dzieje się trochę w Nowym Jorku, trochę w Warszawie, nazywa się „Czarna Wiewiórka”, a wyszła w „Czytelniku” w 1985 roku.

ONA: Nie próbowałaś tego wmówić Amerykanom?

JA: Próbowałam, mam przekład, ale na razie spudłowałam. Betsy Lifton, słynna B.J., powiada, że jest to dobra historyjka źle opowiedziana. Zupełnie odwrotnie niż moje życie: zła historia dobrze opowiedziana.

ONA: Zdaje się, że masz dla siebie wiele współczucia. Czy nie było tak, że sama pakowałaś się w tarapaty, zerwałaś z teatrem, zerwałaś z radiem, zerwałaś z filmem, szukałaś niebezpiecznych mężczyzn... Czy Wojciech Frykowski nie był typowym hłaskoidą? Nie goniłaś przypadkiem za cieniem?

JA: Dwie różne sprawy. Te odejścia z „miejsc pracy” to kwestia higieny. Trzeba odchodzić, trzeba zmieniać pracę. Brodski robił to dziesiątki razy. Uważam, że mój rozwój możliwy jest tylko przez nielojalność, przez dziesiątki małych zdrad: wobec kompozytorów, aktorów, posad. Nawet przy „Niewinnych czarodziejach” Wajdy nie wytrzymałam do końca.


WOJCIECH FRYKOWSKI W RADONICACH (1962).

ONA: Coś ty tam robiła?

JA: Byłam jeszcze w szkole filmowej, znalazłam się przy Wajdzie jako praktykantka. Potem polubiliśmy się bardzo, zachwycało mnie to, że Andrzej tworzy w natchnieniu, ale z pracy uciekłam. Ale wróćmy do gonitwy za cieniem. Nie, Wojtek nie był hłaskoidą, miał może podobny sposób bycia, ale w środku zżerała go ambicja. To choroba, straszna choroba.

ONA: Przecież sama wbijałaś sobie paznokcie w dłonie, żeby tylko przeszedł twój pomysł w STS-ie....

JA: Tak, ale kto wie, czy artyście nie jest bardziej potrzebna lekkość niż ambicja. Ona przydaje się tylko do pewnego momentu. To jest jak płomyk pod kociołkiem. Potem z garnka wszystko kipi albo wylatuje w powietrze. Przy pewnym napięciu nic już nie można zrobić. Wojtek chciał czegoś dokonać w sztuce, ale wciąż zamiast pracować planował jakiś jakby gangsterski skok. Mam na myśli artystyczny skok. Aż w końcu zamordowała go banda Mansona. Potem ktoś chciał w Nowym Jorku, żebym udzieliła wywiadu na ten temat.

ONA: Udzieliłaś?

JA: Nie, Europejczycy mają zupełnie inne pojęcie o dyskrecji. Ja i tak więcej mówię o sobie, niż to jest w Polsce przyjęte.

ONA: Brzmi to jak zachęta. Rozstałaś się z Wojtkiem jeszcze w Polsce, w końcu lat sześćdziesiątych. Mimo to spotkałaś go znów na Manhattanie. Co robiliście?

JA: Nic. Koniecznie chciał, żebym poznała jego dziewczynę. Wsadził nas obie w samochód Dawida Halberstama i woził w kółko po Central Parku. Traktował ten wóz jak saneczki na torze bobslejowym. Kiedy go w końcu rozbił, pomógł nam się z niego wykaraskać, a potem porzucił go. Kiedy odchodziliśmy, samochód płonął jak pochodnia.


W NOWYM JORKU ZAWSZE SIĘ TROCHĘ BOJĘ I TROCHĘ JESTEM DUMNA: „WIDZICIE, ZNOWU TU JESTEM!”.


MOJA PRZYJACIÓŁKA AMY NAVARRO I JEJ MAMA SUZANNE, KTÓRA URODZIŁA SIĘ WTEDY, KIEDY PRZYLECIAŁA KOMETA HALEYA, I UMARŁA OSIEMDZIESIĄT LAT POTEM, KIEDY KOMETA DRUGI RAZ TUTAJ BYŁA...

ONA: Tak mniej więcej spędzasz czas w Ameryce?

JA: Nie, uczę się. Pierwszy pobyt, lata 67 i 68, był dla mnie najbardziej znaczący, miałam stypendium Forda, podróżowałam, widziałam Nowy Meksyk, Arizonę, Georgię, widziałam demonstracje studenckie w Berkeley, doznałam szoku, oszołomienia. Nie wiedziałam, że życie może być takie bogate. Moje przyjazdy w latach siedemdziesiątych to przede wszystkim przyjaźnie: Blair Clark, ten sam, który prowadził kiedyś kampanię McCarthy’ego, oczywiście jego żona Joasia, słodka Joasia, znawczyni literatury; Amy Navarro, psycholożka, moja najwierniejsza przyjaciółka i jakby profesorka życia; Diana Thomson – ekscentryczka, moja pani od creative writing w Cambridge; jej mąż, gorący niespokojny człowiek, ówczesny szef Niemans’s Foundation – Jim Thomson, wiele, wiele bliskich twarzy. Lata osiemdziesiąte to jeszcze co innego. Po pierwsze, otarłam się o Harvard. Przez prawie rok, jak klasyczna wieczna studentka, chodziłam na zajęcia z psychologii do profesora McClelanda, i w ogóle, „tkwiłam na kampusie”. Słuchałam o Rilkem, o Machiavellim, posmakowałam amerykańskiej wyższej uczelni. To jest świetne, ta możliwość wyboru. No, ale Boston to też jest dla mnie bardzo smutna sprawa. Przeżywałam wtedy dramat, z którego się chyba nie podniosłam. Napisałam później książkę „Neponset”, książkę o miłości żebraczki. Na razie jej nie wydałam... I tomik wierszy „Wada serca”, wyszedł w „Czytelniku”.


MYŚMY KIEDYŚ CIĄGLE JEŹDZILI NA MAZURY. TEN W BIAŁYM TO JEST JAREK ABRAMOW, NAJDOWCIPNIEJSZY CZŁOWIEK DAWNEGO STS-U, A TEN ZMARZNIĘTY TO KOMPOZYTOR ADAM SŁAWIŃSKI („NA CAŁYCH JEZIORACH – TY”).

ONA: Powiedziałaś „po pierwsze”, a nie powiedziałaś „po drugie”.

JA: A po drugie, poczułam się w Ameryce na tyle pewnie, że zaczęłam o niej pisać. Takie wiersze, jak „Stara kobieta na Florydzie”, „Guliwery”, „Whisky rano” to są wiersze mocno zakorzenione, może nawet nieeuropejskie.

ONA: Nie myślałaś o tym, żeby się tam przenieść na stałe?

JA: Myślałam. Ale mam w sercu taką prywatną Polskę, która mi nie pozwala na to.


ONA: Która to Polska jest taka wymagająca?

 

JA: Język. Kocham imiesłowy, giętkie czasowniki, zawijasy składni. W jakim języku mogłabym powiedzieć: „Kto czeka na ciebie, łzą się bławacąc”?

ONA: Z miłości do imiesłowów zachowujesz niebieski paszport?

JA: Mam mamę.

ONA: Robisz się dramatyczna. Tymczasem w latach siedemdziesiątych z diabelnym uporem uprawiałaś lirykę łatwą, lekką i przyjemną...

JA: To prawda. Nie czułam się powołana do tego, żeby napisać „Księgi pielgrzymstwa i narodu polskiego”. Poza tym z rozkoszą zanurzyłam się w muzyce. To było jak długi, przyjemny przystanek. Miałam trochę dość harcerskiej pryncypialności STS-u. Zachwyciły mnie możliwości pracy z Sewerynem Krajewskim, z Marylą Rodowicz... W ogóle podobało mi się to nasze polskie country. Jakaś taka wiejska Ameryczka, bosa i zbożowa. Lubiłam tego słuchać, i z radością to robiłam.

ONA: „Bossanova do poduszki” Jacka Mikuły.

JA: I „Małgośka”, „Sing sing”, „Damą być”. Dziesiątki piosenek z tych czasów znalazły się na płytach Maryli Rodowicz, Skaldów, Krajewskiego, Łucji Prus, Stana Borysa. Pracowali z nami wspaniali muzycy – Adam Sławiński, kompozytor o beatlesowskim brzmieniu, albo Włodzimierz Nahorny. I oczywiście Seweryn Krajewski. Zrobiliby wielką karierę, gdyby nie żelazna kurtyna.

ONA: Więc nie żałujesz, żeś się w to zanurzyła?

JA: Żałuję.

ONA: Naprawdę?

JA: Ominęło mnie coś bardzo ważnego: dojrzewanie mego pokolenia. Po prostu żyłam tak, jakby nie było siedemdziesiątego szóstego roku. Ludzie wtedy zaczęli rosnąć jak na drożdżach, potężniały protesty społeczne, coraz wyraźniej rysowała się potrzeba totalnej odmiany, a ja wciąż grzebałam się w tak zwanym socjalizmie o ludzkiej twarzy. Michnik kiedyś powiedział: „Agnieszka nigdy nie rozumiała demokratycznej opozycji lat siedemdziesiątych”. Święta racja.

ONA: Mimo to w powieści „Biała bluzka” dałaś portret dziewczyny z pokolenia „Solidarności”, portret brutalny i szczery, może nawet bolesny. Groteska, patos, samotność – wszystko tam jest. Plus jeszcze Warszawa stanu wojennego! Chyba wiesz, że tabuny dziewczyn jeździły po Polsce za Krystyną Jandą, kiedy to grała, i chyba wiesz, co mówiły: „To jest o mnie”.

JA: I to jest jakiś cud, że udało mi się napisać tę książkę. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. Wyszła mniej więcej wtedy, kiedy ukazało się „Lost in translation” Ewy Hoffman. Poszłyśmy we dwie na jakiś balet, potem na kolację, a potem ze zdumieniem przyglądałyśmy się naszym książkom: że też udało się nam urodzić takie duże dzieci.

ONA: A twoja córka, Agata Passent, czy też jest duża?

JA: Ważyła prawie cztery kilo, teraz ma dziewiętnaście lat, jest śmiała i nieśmiała jednocześnie, gra w tenisa, dojeżdża z Warszawy do Bostonu, włosy ma czarne, serce jasne. Na pewno będzie szczęśliwsza niż ja.

ONA: Gdybym chciała ci coś dać w prezencie, co byś pragnęła dostać?

JA: Angielską budkę telefoniczną, taką czerwoną, flaszkę „Johnny’ego Walkera” i szczyptę trucizny, żebym mogła cię otruć...

ONA: …??

JA: Bo nie cierpię udzielać wywiadów.

ONA: Więc po co to robisz?

JA: Bo jestem ze szkoły Jerzego Kosińskiego: źle czy dobrze, byle z nazwiskiem. Muszę farbować moje wróble.

ONA: Wobec tego, jeżeli sama przyznajesz się do pewnej autoreżyserii, powiedz, czy uważasz się za kowala własnego losu?

JA: Na pewno tak. Napisałam kiedyś w piosence: „Tak się urodzić w niedzielę wieczór, nie chcieć, nie wiedzieć, nie przeczuć, być jak przesyłka, jak paczka mała – sama chciała, sama chciała...”.

ONA: Przyjmujesz czasem takie tony, jakbyś zamykała kramik.

JA: Nic podobnego, mam masę planów. Może jeszcze zostanę marynarzem.


MAŁO MAMY WSPÓLNYCH ZDJĘĆ Z AGATĄ. I STANOWCZO ZA MAŁO WSPÓLNYCH SEKRETÓW. ALE CZASEM, KIEDY NACHODZI NAS WENA, TO PODOBNE MOTYWY NAS INSPIRUJĄ. NA PRZYKŁAD: PANNA MŁODA W WIKLINOWYM WELONIE.


MOJA CÓRKA TEŻ JEST WODNYM STWORZENIEM...


...ALE WOLI ZIEMIĘ.


KAŻDY BYŁ KIEDYŚ MAŁĄ LALKĄ, TO JEST MIŁE.



CHCIAŁABYM MOJEJ CÓRCE DAĆ WSZYSTKO, ALE ONA BARDZO NIEWIELE CHCE PRZYJĄĆ. TO ZAWSTYDZA.

ONA: Nigdy nie chorujesz?

JA: Optyk z Ósmej Ulicy powiedział, że mam prawe oko świetne.

ONA: Wierzysz w szczęście?

JA: Naturalnie. Piosenka, która raz już przyniosła nam laury w Los Angeles – Krajewskiemu, Maryli Rodowicz i mnie – „Niech żyje bal”, wciąż przynosi nam szczęście: „Long Live the Ball”. Przekład pana Siemasza!

ONA: Dlaczego sama tego nie tłumaczyłaś?

JA: Bo nie wiem, jak powiedzieć po angielsku: „Pchajmy taczki obłędu jak Byron”.

ONA: Tłumacz poradził sobie?

JA: Tak, zamienił Byrona na Kopciuszka.

ONA: Mimo to jesteś dzieckiem szczęścia?

JA: Tak, chociaż...

ONA: Chociaż?

JA: Zacytuję Bułata Okudżawę, poetę, któremu wierzę, zdradzę coś, co napisał kiedyś w liście: „Życzę ci szczęścia, chociaż go nie ma”.

ONA: Wiesz, twoje smutki robią na mnie czasem wrażenie smutków zawodowych. Takie „smuteczki”, jak z Przybory. Ktoś jest smutny, bo jego zawód liryka wymaga, żeby był smutny.

JA: Nie będę się bronić.

ONA: Czy nie poważniej brzmi naukowe określenie „depresja”?

JA: Kiedy z tym to dopiero jest kram! Posłuchaj: przeczytałam książkę Williama Styrona „Depresja” i popadłam w zadumę, a raczej w rodzaj zamętu duchowego. Trudno powiedzieć, że czytałam książkę niestarannie. Wprost przeciwnie, przeczytałam „Depresję” raz po angielsku, a drugi raz w tłumaczeniu Joanny Clark, które być może ukaże się w Polsce. Ponadto cenię Styrona, choćby sfilmowane przed laty dzieło „Wybór Zofii” (a raczej: To jak Zofia wybrała).

O uprzedzeniu nie może być mowy. Chodzi o dwoistość mojej własnej osoby, o niezborność odbioru.

ONA: Znowu ta dwoistość!

JA: ...historyjka jest prawdziwa, a ponadto ciekawa, i opowiedziana ciekawie. Pewnego dnia znany literat w pewnym wieku popada w depresję. Płacze. Nie może spać. Odczuwa wręcz fizycznie duchowe cierpienie. Lęka się śmierci. Nic go nie raduje. Nawet nagrody w Paryżu nie może odebrać bez łez i mąk. Życie jego najbliższych staje się koszmarem. Pije. Przestaje pić. Terroryzuje lekarzy. Wreszcie ląduje w szpitalu i w końcu – jeśli wierzyć optymistycznej poincie – jako tako się wygrzebuje, dzięki, naturalnie, pomocy medycyny, a konkretnie pewnego wspaniałego szpitala.

Mój pierwszy odbiór, pierwsza fala zamętu, w który popadłam, jest niejako „odbiorem amerykańskim”. Spędziłam – z przerwami – cztery lata w Ameryce i nauczyłam się traktować serio męki duchowe nowojorskich intelektualistów, którzy budzą się niepewni, czy raczej wypić szklankę herbaty, czy od razu się powiesić. Mówi się i myśli się o depresji bardzo dużo, czemu więc o niej nie pisać? Ekshibicjonizm opisu, obnażenie własnych bebechów w pierwszej osobie, czemu nie, to kwestia wyboru: albo żona się ze mną rozwiedzie, albo przetrzyma.

Także wiara w klinikę i cudowne uzdrowienie nie prowokuje mnie do cynicznego „che che che”. Przesiedziałam rok na twardej ławce w Harvardzie i wiem, że najważniejsze jest to, aby pacjent wierzył w swojego medyka.

A jednak mój „odbiór polski” jeży się trochę i buntuje, jak diabeł w worku. W naszej kulturze bowiem, i to w różnych jej zakamarkach i odmianach, tkwi głębokie przekonanie, że mężczyzna się nie mazgai. Że nie babrze się w sobie. Że nie prosi baby o pomoc. A w żadnym razie – nie wywleka tego na zewnątrz!!!

Moja matka, gdyby przeczytała „Depresję”, powiedziałaby ze wstrętem: „Mężczyzna nie płacze”. I odłożyłaby książkę w najciemniejszy kąt. No bo tak: mężczyzna w depresji to znaczy: kobieta w opresji. To znaczy: oprócz swego życia trzeba będzie i jego życie dźwigać.

Amerykanki po lekturze „Depresji” mówią: Jaki on wspaniały i szczery. Nareszcie ktoś, kto nie jest macho, i przyznaje się, że umie płakać tak jak ja. – Niejedna Polka zaś powiedziałaby: – No dobrze, a kto mi powie „maleńka”?... Mój ojciec do każdej kobiety, nawet do horpyny ważącej sto kilo, mówił „maleńka” i pisał tanga w stylu „Zamienię w uśmiech każdą łzę” – nie dziw więc, że czuję się po tej lekturze jak małpa na wiszącym moście.

ONA: W każdym razie określenie „depresja” nie odpowiada ci. A co mówisz, kiedy jesteś w depresji?

JA: Mówię: „cierpię na czarną melancholię”.

ONA: A często ci się zdarza „cierpieć na melancholię”?

JA: Często. Zawdzięczam to mojej mamie. Taki „czarny prezent”.

ONA: Kiedyś mówiło się „choroba duszy”. Możesz nazwać tę chorobę?

JA: Mogę: „albańska noga”. Albo „syndrom albańskiej nogi”.

ONA: O niczym takim nie słyszałam.

JA: No to posłuchaj: w zapadłych albańskich wioskach wciąż utrzymuje się zwyczaj, że kiedy urodzi się dziewczynka, rodzona matka „naciąga” jej nóżkę. Po prostu uszkadza jej staw biodrowy i zmienia ją w kalekę do końca życia: dziewczyna kuleje.

ONA: Nie wierzę. Po co?

JA: A po to, żeby dziewczyna nie była zbyt piękna. Żeby się nie włóczyła, tylko żeby wyszła za mąż za porządnego człowieka i pilnowała domu i dzieci. Oczywiście moja matka nie torturowała mnie fizycznie...

ONA: Tylko duchowo?

JA: Cierpliwie i systematycznie, od najdawniejszego dzieciństwa, zmieniała mnie w kalekę. Miała dziwną obsesję: chciała mnie za wszelką cenę zatrzymać w domu. W jej domu. Jakby potrzebowała niańki, opiekunki, a nie swobodnej partnerki. Kobiety, która ma własny dom i własne sprawy na głowie.

ONA: A może nie wierzyła, że potrafisz taki dom zbudować?

JA: Może. Ale jeżeli tak, to wiele było w tym jej własnej winy. Odkąd pamiętam – uczyła mnie lęku. A raczej: z rozmysłem zarażała mnie własnym lękiem. A bała się wszystkiego: burzy, wiatru, pukania do drzwi. Nigdy nie powiedziała: „Wyjdź na dwór, najwyżej trochę zmokniesz”. Zawsze mówiła: „Nie wychodź, bo pada deszcz”. A już najbardziej zależało jej na tym, żebym przeraźliwie bała się seksu. Dawno temu, kiedy miałam siedem czy osiem lat, szłam z mamą wieczorem przez park. Nagle zobaczyłyśmy całującą się parę. Mama szepnęła spanikowana: „Uciekajmy, prędko, nie patrz tam. To obrzydliwe”. Oczywiście, uciekłyśmy.

ONA: I nigdy się nie buntowałaś. Ejże...