451 stopni FahrenheitaTekst

Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

część pierwsza. pożoga i salamandra

część druga. sito i piasek

część trzecia. blask pełen mocy


Tytuł oryginału: Fahrenheit 451

Copyright © 1953 by Ray Bradbury

Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Sylwia Sandowska-Dobija

Korekta: Elwira Wyszyńska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-83-66065-73-4

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227213000

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej:

pan@drewnianyrower.com

Donowi Congdonowi,

z wdzięcznością.

451 stopni Fahrenheita: temperatura, w której papier książkowy zajmuje się ogniem i spala.

Jeżeli dadzą ci papier w linie, pisz w poprzek nich.

Juan Ramón Jiménez

część pierwsza pożoga i salamandra

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przyjemnie było palić.

Szczególną przyjemność sprawiało mu patrzenie, jak żar pochłania przedmioty, jak czerni je i przeobraża. Kiedy ściskał w rękach mosiężną dyszę, kiedy gigantyczny pyton pluł jadowitą naftą na świat, krew tętniła mu w skroniach, a jego dłonie stawały się dłońmi jakiegoś niewiarygodnego dyrygenta, który wygrywając wszystkie ogniste symfonie, obala zwęglone szczątki i zgliszcza historii. W nałożonym na stateczną głowę hełmie z symbolicznym oznaczeniem 451, z oczyma pałającymi pomarańczowym ogniem na myśl o tym, co wydarzy się za chwilę, uruchamiał zapalnik... i dom stawał w żarłocznych płomieniach, od których wieczorne niebo przybierało odcienie czerwieni, żółci i czerni. Przechadzał się wśród roju świetlików. Jak w tym starym dowcipie, odczuwał nieprzepartą pokusę, żeby zatknąć słodką piankę na patyk i włożyć ją w sam środek tego piekła. Książki trzepotały, skrzydlate jak gołębie, i umierały na werandzie i trawniku przed domem, ginęły w wirach iskier, rozwiewanych czarnym wiatrem pożogi.

Z twarzy Montaga nie schodził zawzięty uśmiech, typowy dla ludzi, których ogień przypalił i zmusił do wycofania się.

Wiedział, że kiedy wróci do remizy i zobaczy w lustrze uczernionego osmolonym korkiem komedianta, być może mrugnie porozumiewawczo sam do siebie. Później, kładąc się spać, nadal będzie czuł ten ognisty uśmiech wykrzywiający mu w ciemności twarz. Bo ten uśmiech nigdy nie znikał. Nigdy. Odkąd pamiętał, nie schodził mu z twarzy.

* * *

Zdjął czarny jak owadzi pancerz kask, wypolerował go i odłożył na miejsce. Starannie odwiesił ognioodporną kurtkę. Wziął długi prysznic, po czym – pogwizdując, z dłońmi w kieszeniach – przeszedł przez całe piętro remizy i skoczył do dziury. Dopiero w ostatniej chwili, gdy tragedia zdawała się nieunikniona, wyciągnął ręce z kieszeni i złapał się złotego słupa. Wyhamował z piskiem, jego buty zawisły o cal nad betonową posadzką parteru.

Była północ, kiedy wyszedł z remizy i ciemną o tej porze ulicą przeszedł na stację metra. Napędzany ciśnieniem powietrza pociąg bezszelestnie przemknął próżniowym tunelem i w potężnym ciepłym podmuchu wypluł Montaga na wyłożone kremowymi płytkami ruchome schody, mające wynieść go na poziom przedmieścia.

Wciąż pogwizdywał pod nosem, gdy owionęło go nieruchome nocne powietrze. Ruszył w stronę skrzyżowania, myśląc niewiele i o niczym konkretnym. Zanim jednak doszedł do rogu, zwolnił kroku, jakby nagle, nie wiedzieć skąd, powiał wiatr. Jakby ktoś zawołał go po imieniu.

Przez ostatnie kilka wieczorów, kiedy w świetle gwiazd wracał tą drogą do domu, ten zakręt wprawiał go w dziwny niepokój; odnosił wrażenie, że jeszcze przed chwilą, tuż przed tym, jak skręcił na skrzyżowaniu, na chodniku ktoś stał. Powietrze zdawało się naładowane szczególnym rodzajem spokoju, jakby ktoś tam na niego czekał, po czym tuż przed jego nadejściem wycofywał się w cień i pozwalał mu przejść. Może zwęszył ulotny zapach perfum; może skóra na jego twarzy i wierzchu dłoni reagowała na zmianę temperatury po tym, jak powietrze ogrzało się przelotnie o dziesięć stopni od stojącego tu przez dłuższy czas człowieka. Nie rozumiał tego. Za każdym razem, gdy skręcał za róg, widział tylko biały, nieużywany, wybrzuszający się chodnik; może, tylko może, którejś nocy coś mignęło mu po drugiej stronie trawnika, zanim zdążył się odezwać lub choćby zogniskować wzrok.

Jednakże dzisiaj, podchodząc do zakrętu, zwolnił tak bardzo, że prawie się zatrzymał. Natężył zmysły, puścił je przodem, sięgnął nimi za węgieł budynku i wychwycił najcichszy z możliwych szept. Czyjś oddech? A może sama obecność kogoś, kto tam czekał, wystarczyła, żeby powietrze zadrżało?

Skręcił za róg.

Jesienne liście przepływały po chodniku skąpanym w blasku księżyca w taki sposób, że idąca nim dziewczyna zdawała się płynąć, unoszona wiatrem. Lekko pochylona, patrzyła, jak jej buty roztrącają wirujące liście. Twarz miała szczupłą, białą jak mleko. Malująca się na niej łagodna zachłanność łączyła się z niewyczerpaną ciekawością otaczającego ją świata; można by pomyśleć, że dziewczyna trwa w stanie wiecznego zadziwienia. Nic nie mogło ujść jej czujnym ciemnym oczom. Jej biała sukienka szeptała.

Miał wrażenie, że prawie słyszy ruch jej dłoni, a po chwili do jego uszu dobiegł jeszcze inny, ledwie uchwytny odgłos, dźwięk podnoszonej głowy, gdy dziewczyna odkryła, że zaledwie ułamek sekundy dzieli ją od zderzenia z człowiekiem, który czeka na nią pośrodku chodnika.

Z drzew nad ich głowami sypał się głośny, suchy deszcz. Dziewczyna zatrzymała się gwałtownie, jakby miała zamiar się cofnąć, zaskoczona, lecz zamiast tego tylko obrzuciła Montaga spojrzeniem oczu tak ciemnych, błyszczących i żywych, że poczuł, jakby powiedział jej coś najzupełniej niesamowitego – chociaż miał zarazem świadomość, że jego usta ułożyły się tylko w „dobry wieczór”.

– Mieszka tu pani od niedawna, prawda? – zagadnął, gdy jej wzrok przykuła najpierw salamandra na jego ramieniu, a potem feniks na piersi.

– A pan musi być... – przeniosła wzrok z insygniów jego profesji na twarz – ... tym strażakiem.

– Dziwne słowa.

– Poznałabym... z zamkniętymi oczami – powiedziała powoli.

– Po zapachu nafty? – Roześmiał się. – Żona stale się skarży. Nie da się go zmyć tak do końca.

– Rzeczywiście – przytaknęła z nabożnym szacunkiem. – Nie da się.

Miał wrażenie, że dziewczyna obchodzi go dookoła, obraca na wszystkie strony, wywraca do góry nogami, bezgłośnie potrząsa nim i opróżnia mu kieszenie – a wszystko to w całkowitym bezruchu.

– Nafta – podjął po chwili, gdy milczenie się przedłużało – jest dla mnie jak perfumy.

– Naprawdę tak właśnie ją pan odbiera?

– Ależ naturalnie. Dlaczego nie?

Dała sobie chwilę na przetrawienie jego słów.

– Nie wiem – powiedziała i odwróciła się w kierunku, z którego przyszła. – Odprowadziłby mnie pan do domu? Nazywam się Clarisse McClellan.

– Jestem Guy Montag. Chodźmy, Clarisse. Co robisz tak późno sama w tej okolicy? Ile masz lat?

Szli posrebrzonym chodnikiem, owiewani ciepło-chłodnym podmuchem wieczoru. W powietrzu unosiły się ledwie uchwytne wonie świeżych moreli i truskawek. Montag rozejrzał się z niedowierzaniem: to niemożliwe, nie o tej porze roku.

Zobaczył tylko idącą u jego boku dziewczynę, której twarz w świetle księżyca była biała jak śnieg. Wiedział, że obraca jego pytania w głowie i szuka najlepszych odpowiedzi.

– No dobrze – odezwała się w końcu. – Mam siedemnaście lat i lekkiego hyzia. Mój wujek twierdzi, że te dwie rzeczy zawsze idą w parze. Kiedy ktoś cię zapyta, ile masz lat, poradził mi, zawsze odpowiadaj, że siedemnaście i hyzia. Czy taki wieczór to nie miła pora na spacer? Lubię oglądać różne rzeczy, wciągać ich zapach... Czasem spaceruję przez całą noc, a potem obserwuję wschód słońca.

Znów przez chwilę szli w milczeniu.

– Wie pan, zupełnie się pana nie boję – przyznała w zamyśleniu.

– Dlaczego miałabyś się mnie bać? – zdumiał się.

– Wielu ludzi się boi. Was, strażaków. Ale pan jest całkiem zwyczajnym człowiekiem...

Zobaczył swoje odbicie w jej oczach, zawieszone w dwóch lśniących kropelkach wody, malutkie, ciemne, ze wszystkimi szczegółami, z bruzdami wokół ust... Wszystko było na swoim miejscu, jakby jej oczy były dwoma cudownymi okruchami fioletowego bursztynu, zdolnego pochwycić go i przechować w nienaruszonym stanie. Jej twarz, zwrócona teraz ku niemu, przypominała kruchy mleczny kryształ, rozjarzony od wewnątrz stałym, łagodnym blaskiem. Nie było to histeryczne światło elektryczności, lecz... Co właściwie? Osobliwie kojąca, rozmiękczona i łagodnie pochlebna poświata świecy. Któregoś dnia, gdy był jeszcze dzieckiem, w domu zabrakło prądu. Matka odszukała i zapaliła ostatnią świeczkę i przez godzinę na nowo odkrywali tę szczególną światłość, w której przestrzeń traciła swoją rozległość i otaczała ich przytulnie, i byli w niej sami, tylko we dwoje, matka i syn, przeobrażeni i złączeni w nadziei, że elektryczność nie wróci zbyt szybko...

 

– Mogę o coś zapytać? – odezwała się znienacka Clarisse. – Od jak dawna jest pan strażakiem?

– Od dekady. Odkąd skończyłem dwadzieścia lat.

– Czyta pan czasem książki, które pan pali?

Roześmiał się.

– To wbrew prawu.

– No tak. Naturalnie.

– To porządna praca. W poniedziałek spal Millay, w środę Whitmana, w piątek Faulknera. Spal ich na popiół, a potem spal popiół. To nasz oficjalny slogan.

Znowu przeszli kawałek bez słowa.

– Czy to prawda, że dawno temu strażacy gasili pożary, zamiast je wzniecać? – zapytała Clarisse.

– Nie. Domy zawsze były niepalne, możesz mi wierzyć.

– To dziwne. Podobno w przeszłości zdarzało się, że dom przez przypadek stawał w ogniu, i wtedy potrzebni byli strażacy, by powstrzymać rozprzestrzenianie się pożaru.

Montag parsknął śmiechem.

Obejrzała się na niego.

– Dlaczego się pan śmieje?

– Nie wiem. – Znów zaczął się śmiać, ale szybko się pohamował. – A co?

– Wybucha pan śmiechem, mimo że wcale nie jestem zabawna. I odpowiada pan tak od razu, bez namysłu. W ogóle się pan nie zastanawia nad tym, o co pytam.

Zatrzymał się.

– Przedziwna z ciebie osóbka – przyznał, patrząc na nią. – Nie ma w tobie ani krzty szacunku?

– Nie chciałam pana obrazić. Po prostu... chyba za bardzo lubię przyglądać się ludziom.

– Czy to coś w ogóle dla ciebie znaczy? – Postukał palcem w cyfry 451 wyhaftowane na czarnym jak węgiel rękawie.

– Tak – przytaknęła szeptem. Przyśpieszyła kroku. – Przyglądał się pan kiedyś odrzutowozom pędzącym po bulwarach?

– Zmieniasz temat!

– Czasem sobie myślę, że kierowcy nie wiedzą, czym jest trawa albo kwiaty, bo nigdy nie widzą ich w bezruchu. Gdyby pokazać kierowcy rozmazaną zieloną plamę, to powie, że tak właśnie wygląda trawa. Różową plamę? Toż to ogród różany! Białe plamy to domy, brązowe to krowy... Wujek przejechał kiedyś powoli po autostradzie: jechał czterdzieści mil na godzinę i trafił za to na dwa dni do więzienia. Czy to nie jest zabawne? I zarazem smutne?

– Za dużo myślisz – odpowiedział nerwowo Montag.

– Rzadko oglądam ścianowizję, bywam na wyścigach czy w wesołym miasteczku. Pewnie dlatego mam mnóstwo czasu na niemądre rozmyślania. Widział pan te długie na dwieście stóp billboardy za miastem? A wie pan, że kiedyś billboardy mierzyły zaledwie dwadzieścia stóp? Ale pojazdy zaczęły pędzić tak szybko, że twórcy reklam musieli je powiększyć, żeby dłużej działały.

– Nie miałem o tym pojęcia! – Montag zatrząsł się od śmiechu.

– Założę się, że wiem więcej rzeczy, z których nie zdaje pan sobie sprawy. Rankiem na trawie jest rosa.

Nie mógł sobie przypomnieć, czy wiedział o tym wcześniej, czy nie. To było irytujące.

– A jak się dobrze przyjrzeć, można zobaczyć człowieka na księżycu. – Skinęła głową.

Dawno nie patrzył w niebo.

Resztę drogi przebyli w milczeniu – dla niej pełnym zadumy, dla niego krępującym i dusznym. Co rusz rzucał jej oskarżające spojrzenia.

– Co się stało? – zapytał. Rzadko widywał aż tyle świateł zapalonych w domu.

– Nic takiego: mama, tato i wujek siedzą i rozmawiają. To coś podobnego jak chodzenie pieszo, tylko jeszcze rzadsze. Mój wujek został przy innej okazji aresztowany za chodzenie pieszo, mówiłam panu o tym? Jesteśmy naprawdę osobliwą rodziną.

– Ale o czym tak rozmawiacie?

Tym razem to ona się roześmiała.

– Dobranoc. – Weszła na dróżkę prowadzącą do drzwi, ale nagle jakby sobie o czymś przypomniała, bo odwróciła się i spojrzała na Montaga z zafascynowaniem. – Czy jest pan szczęśliwy?

– Czy jestem jaki?! – odkrzyknął.

Ale jej już nie było. Śmignęła w blasku księżyca i drzwi cicho zamknęły się za nią.

* * *

– Szczęśliwy! Co za bzdura!

Przestał się śmiać. Wsunął dłoń w rękawicznię w drzwiach. Rozpoznała jego dotyk i drzwi się otworzyły, przesuwając się w bok.

Oczywiście, że jestem szczęśliwy. A co ona myśli, że nie? – zagadnął puste wnętrze domu.

Stał w przedpokoju, patrząc na kratkę wywietrznika, gdy nagle przypomniał sobie, że coś tam leży, coś ukrytego, co w tej chwili zdawało się patrzeć na niego z góry. Pośpiesznie spuścił wzrok.

Cóż za niezwykłe spotkanie. Cóż za niezwykła noc. Przypominał sobie tylko jedno podobne wydarzenie, sprzed roku, kiedy spotkał w parku starego człowieka i z nim rozmawiał...

Pokręcił głową i zapatrzył się na pustą ścianę. Zobaczył tam twarz dziewczyny, która w jego wspomnieniu była autentycznie piękna. Zdumiewająco piękna, prawdę mówiąc, choć przy tym bardzo drobna, jak cyferblat niewielkiego zegara majaczący w środku nocy w ciemnym pokoju, kiedy człowiek budzi się i chce sprawdzić, która godzina, a zegar wskazuje mu godzinę, minutę i sekundę białą ciszą i poświatą tarczy, pewny siebie i świadomy tego, co ma do powiedzenia o prędkim przemijaniu nocy, zmierzającej zarazem ku głębszym ciemnościom i ku nowemu wschodowi słońca.

No co? – zapytał Montag drugiego siebie, tego podświadomego idiotę, któremu zdarzało się czasem bełkotać bez ładu i składu, zupełnie niezależnego od woli, przyzwyczajeń i sumienia.

Jeszcze raz zerknął na ścianę. Oblicze dziewczyny przywodziło też na myśl zwierciadło – co przecież było niemożliwe: ilu znał ludzi, których twarze odbijałyby jego własne światło? Ludzie byli raczej jak... szukał odpowiedniego porównania... jak pochodnie płonące jasno, aż do całkowitego wypalenia. Niezwykle rzadko zdarzało się, żeby twarz spotkanej osoby przyjmowała coś od niego i odpowiadała mu jego własnym grymasem; jego własną tajemną, skrywaną, rozedrganą myślą.

Dziewczyna była niesamowicie spostrzegawcza, jak nadzwyczaj bystry widz przedstawienia z udziałem marionetek, przewidujący każde mrugnięcie powieki, każdy gest dłoni, każdy ruch palca na ułamek sekundy przed tym, nim rzeczywiście się rozpoczął. Jak długo szli razem, trzy minuty? Pięć? A jakże długi wydawał mu się teraz ten czas. Jak potężną postacią rysowała się przed nim na scenie; jak ogromny cień rzucała jej szczupła sylwetka! Miał wrażenie, że gdyby nagle zaswędziało go oko, ona by zamrugała. Gdyby mięśnie jego szczęk naprężyły się niedostrzegalnie, ona ziewnęłaby na długo przed tym, jak on zdążyłby to zrobić.

Właściwie, pomyślał, gdyby się nad tym zastanowić, to przecież można odnieść wrażenie, że na mnie czekała tam, za rogiem, mimo diabelnie późnej pory...

Otworzył drzwi do sypialni.

Jakby wszedł do zimnego marmurowego mauzoleum po zachodzie księżyca. Całkowita ciemność, ani śladu srebrnego świata na zewnątrz, szczelnie zamknięte okna, pokój jak grób, do którego nie przenikają żadne dźwięki wielkiego miasta.

Pokój nie był pusty. Montag nadstawił ucha.

Ciche buczenie w powietrzu, jakby tańczącego komara, elektryczny pomruk osy ukrytej w różowym przytulnym gnieździe. Muzyka niemal dość głośna, by mógł zanucić melodię.

Poczuł, jak jego uśmiech topi się, spływa mu z twarzy, zapada się w sobie jak łojowa otulina, tworzywo pięknej świecy, która nazbyt długo płonęła, a teraz zaklęsa się i gaśnie. Ciemność. Nie był szczęśliwy. Nie był szczęśliwy. Powiedział to na głos. Stwierdził, że tak właśnie wygląda prawda. Nosił swoją szczęśliwość jak maskę, a potem dziewczyna zabrała mu ją i uciekła przez trawnik, a on nie miał jak do niej pójść i prosić o zwrot.

Nie włączając światła, przywołał w wyobraźni obraz pokoju. Jego żona wyciągnięta na łóżku, nieprzykryta i zimna jak ciało wyłożone na pokrywie sarkofagu, oczy utkwione w sufit, przytrzymywane niewidzialnymi stalowymi niteczkami, nieruchome. W uszach mocno wbite maleńkie muszelki, radioodbiorniki wielkości naparstka, a w nich – elektroniczny ocean dźwięku: muzyka i głosy, muzyka i głosy wzbierające i roztrzaskujące się o brzegi jej nieuśpionego umysłu. Pokój jednak był pusty. Co wieczór potężne fale dźwięku zagarniały ją i niosły bezwładną, z szeroko otwartymi oczami, aż do poranka. Przez ostatnie dwa lata nie było ani jednej nocy, kiedy Mildred nie pławiłaby się w tym morzu, nie zanurzała się w nim z przyjemnością po raz trzeci.

Mimo panującego w pokoju chłodu miał wrażenie, że nie ma czym oddychać. Nie chciał odsuwać zasłon i otwierać przeszklonych drzwi, aby nie wpuszczać do środka światła księżyca, dlatego jak człowiek, który wie, że w ciągu najbliższej godziny udusi się z braku powietrza, po omacku zaczął szukać drogi do swojego odsłoniętego, osobnego i przez to zimnego łóżka.

Ułamek sekundy przed zahaczeniem stopą o przedmiot leżący na podłodze wiedział już, że o niego zahaczy – uczucie dosyć podobne do tego, jakiego doświadczył tuż przed tym, jak skręcił za róg i niemal zderzył się z dziewczyną. Jego poruszająca się noga wysłała przed siebie wibracje i odebrała ich echo odbite od niewielkiej przeszkody. Stopa kopnęła. Przedmiot zadźwięczał głucho, metalicznie i przemieścił się w ciemności.

Montag stał wyprostowany i wśród niczym niezmąconej nocy wsłuchiwał się w dźwięki wydawane przez leżącą na ciemnym łóżku osobę. Tchnienie wydobywające się przez nos było tak słabe, że ledwie muskało najdalsze obrzeża życia, mały listek, czarne piórko, pojedynczy włos.

Nadal nie chciał wpuszczać do pokoju światła z zewnątrz. Wyjął zapalnik, wymacał grawerowaną na srebrnym krążku salamandrę, pstryknął...

W blasku malutkiego płomienia trzymanego w rękach dostrzegł patrzące na niego dwa jasne, białe jak księżyc kamienie, zatopione niczym w czystej wodzie w strudze życia, która przepływała nad nimi, nie dotykając ich.

– Mildred!

Jej twarz była jak przysypana śniegiem wyspa, na którą mógł spaść deszcz, lecz ona żadnego deszczu nie czuła; na którą chmury mogły rzucać swoje ruchome cienie, lecz ona pozostawała nieświadoma ich muśnięć. Był tylko śpiew naparstkowych os w jej zatkanych na głucho uszach, ledwo słyszalny słaby wdech-wydech wpływający do jej nozdrzy i wypływający z powrotem oraz jej całkowita obojętność na jego wpływanie i wypływanie.

Odkopnięty przedmiot przeturlał się i lśnił teraz pod jego łóżkiem: mała kryształowa fiolka po środkach nasennych. Wcześniej tego samego dnia zawierała trzydzieści kapsułek, w tej chwili mieniła się w świetle małego płomyka odkorkowana i pusta.

Kiedy tak stał, niebo nad domem ryknęło. Rozległ się ogłuszający trzask, jakby dwie olbrzymie dłonie rozdarły szew łączący dziesięć tysięcy mil czarnego płótna. Montag rozpękł się na dwoje, czuł, jak coś go rozpoławia, rozrywa mu pierś. Odrzutowe bombowce leciały, leciały, leciały, jeden i drugi, jeden i drugi, sześć, dziewięć, dwanaście, jeden, jeden, jeden i jeszcze jeden, i jeszcze, i jeszcze. Wyręczyły go w krzyku. Otworzył usta i słuchał, jak jazgot maszyn spada z nieba i wyrywa mu się spomiędzy zębów. Dom się zatrząsł. Zapalnik zgasł mu w dłoni. Księżycowe kamienie zniknęły. Jego ręka zanurkowała po telefon.

Samoloty zniknęły. Poczuł, że poruszającymi się ustami muska mikrofon w telefonie.

– Pogotowie ratunkowe.

Okrutny szept.

Czuł, że łoskot czarnych samolotów zdruzgotał gwiazdy; spodziewał się, że rankiem ich popiół pokryje ziemię niczym jakiś osobliwy śnieg. Tak właśnie myślał jego wewnętrzny idiota, gdy on stał roztrzęsiony w ciemności i bezwiednie poruszał i poruszał ustami.

* * *

Mieli taką specjalną maszynę. Właściwie to mieli dwie maszyny. Jedna wślizgiwała się człowiekowi do brzucha niczym czarna kobra zsuwająca się w głąb dudniącej echem studni w poszukiwaniu zebranych na jej dnie starej wody i starego czasu. Spijała zieloną materię, która wypływała do góry jak gotowana na wolnym ogniu. Czy wypijała też mrok? Czy wysysała wszystkie nagromadzone przez lata trucizny? Pożywiała się w milczeniu, z rzadka tylko wydając takie dźwięki, jakby dławiła się lub poszukiwała czegoś na oślep. Miała Oko. Bezduszny operator maszyny mógł za pośrednictwem specjalnego hełmu optycznego zajrzeć w głąb duszy wypompowywanego człowieka. Co zobaczyło Oko? Nie powiedział. Widział, a jednocześnie nie widział, co zobaczyło Oko. Cała operacja przywodziła na myśl kopanie rowu na podwórku. Leżąca na łóżku kobieta była zaledwie warstwą twardego marmuru, do której się dokopali. Dalej, mocniej, naparli świdrem i wypłukali pustkę, o ile taką rzecz można było wywnioskować z pulsowania węża ssącego. Operator stał i ćmił papierosa.

 

Druga maszyna również pracowała pełną parą, obsługiwana przez tak samo beznamiętnego mężczyznę w plamoodpornym czerwono-brunatnym fartuchu. Wypompowywała z ciała całą krew i zastępowała ją świeżą surowicą i nowymi krwinkami.

– Trzeba zrobić jedno i drugie – wyjaśnił stojący nad milczącą kobietą operator maszyny. – Nie ma sensu płukać żołądka, jeśli nie oczyści się krwi. Gdyby zostawić to świństwo we krwi, wali prosto w mózg jak młotem, bam! i tak ze dwa tysiące razy, a wtedy mózg się poddaje i po prostu przestaje działać.

– Proszę sobie darować! – zażądał Montag.

– Tak tylko mówię.

– Czy to koniec?

Wyłączyli maszyny.

– Tak, to koniec. – Jego złość się ich nie imała. Stali nieruchomo, wydmuchiwane przez nos kłęby dymu szły im do oczu, a oni nie mrugali ani nawet nie mrużyli powiek. – Pięć dyszek się należy.

– Może byście mi najpierw panowie powiedzieli, czy wszystko z nią w porządku?

– Pewnie, że w porządku. Całe świństwo jest teraz tutaj, w tym pudle; już jej nie zrobi krzywdy. Tak jak powiedziałem, wypompowuje się starą krew, przetacza świeżą i człowiek jest jak nowy.

– Żaden z panów nie jest lekarzem. Dlaczego nie przysłali lekarza z pogotowia?

– Rety... – Papieros drgnął w ustach operatora maszyny. – Takich wezwań mamy każdej nocy z dziewięć, dziesięć. Zaczęło się parę lat temu, od tamtej pory jest ich tyle, że zleciliśmy skonstruowanie tych specjalnych maszyn. Takich z obiektywem, ma się rozumieć, bo to są prawdziwe nówki; reszta to starocie. Do takich przypadków nie trzeba lekarza, wystarczy dwóch techników, którzy w pół godziny załatwią sprawę. – Mężczyzna skierował się do wyjścia. – Posłuchaj pan, musimy iść: właśnie dostałem na naparstek następne wezwanie, dziesięć przecznic stąd. Znowu ktoś nałykał się tabletek. W razie potrzeby niech pan dzwoni. A jej proszę zapewnić spokój. Wstrzyknęliśmy jej środek pobudzający, obudzi się głodna jak wilk. Do zobaczyska.

I dwaj mężczyźni – z oczami węży i papierosami w zaciśniętych w kreskę ustach – zabrali maszynerię, przewody, pudło z melancholią w płynie oraz pojemnik z gęstą, ciemną, bezimienną mazią i bez pośpiechu wyszli.

Montag osunął się na krzesło i spojrzał na kobietę. Miała delikatnie przymknięte oczy. Przyłożył dłoń do jej ust, poczuł na skórze ciepło oddechu.

– Mildred – powiedział w końcu.

Jest nas za dużo, pomyślał. Są nas miliardy. Za dużo. Nikt nikogo nie zna. Obcy przychodzą i profanują twoje ciało. Obcy przychodzą i wycinają ci serce. Obcy przychodzą i zabierają ci krew. Na Boga, kim byli ci dwaj? Nigdy przedtem nie widziałem ich na oczy!

Minęło pół godziny.

Nowa krew w żyłach kobiety całą ją odnowiła. Jej policzki się zaróżowiły, usta nabrały życia i koloru, wydawały się miękkie i odprężone. Cudza krew. Szkoda, że nie cudze ciało, umysł i pamięć. Szkoda, że nie dało się zabrać jej mózgu do pralni chemicznej, opróżnić mu kieszeni, wyczyścić go, odprasować, schludnie poskładać i rano odstawić do domu. Szkoda...

Wstał, rozsunął zasłony i otworzył przeszklone drzwi na oścież, wpuszczając do pokoju nocne powietrze. Była druga w nocy. Czy to możliwe, żeby upłynęła zaledwie godzina od chwili, gdy spotkał Clarisse McClellan, wrócił do domu i zahaczył stopą o kryształową fiolkę? Tylko godzina, a świat wokół niego roztopił się i rozpłynął, po czym stężał w nowy, bezbarwny kształt.

Śmiech niosący się ponad oblanym księżycową poświatą trawnikiem od strony domu Clarisse, jej ojca, matki i wujka, który uśmiechał się tak dyskretnie i tak szczerze, był serdeczny, swobodny i całkowicie niewymuszony – dobiegał z domu, w którym do późna w noc świeciło się mnóstwo świateł, podczas gdy inne domy wolały tkwić w ciemności sam na sam ze sobą. A głosy brzmiały, brzmiały, brzmiały i wciąż na nowo tkały hipnotyzującą sieć.

Wyszedł przez otwarte drzwi, bez zastanowienia przeciął trawnik i stanął w cieniu pod tamtym rozgadanym domem. Przyszło mu do głowy, że mógłby zapukać do drzwi i szepnąć: „Wpuśćcie mnie. Nikomu nie powiem. Chcę tylko posłuchać. O czym rozmawiacie?”.

Zamiast tego stał jak wmurowany, przemarznięty, z twarzą jak lodowa maska, i słuchał nieśpiesznie płynących słów mężczyzny (wujka?):

– No, jak by nie patrzeć, żyjemy w epoce chusteczek jednorazowych. Wydmuchaj nos w drugiego człowieka, zgnieć go w dłoni, spuść w toalecie. Wydmuchaj, zgnieć, spuść. Wszyscy smarkają wszystkim w poły fraków. Jak kibicować miejscowej drużynie, kiedy nie znasz nazwisk ani nie masz programu widowiska? Prawdę powiedziawszy, nie wiesz nawet, jakie noszą stroje, kiedy wybiegają na boisko.

Montag wrócił do siebie, ale zostawił otwarte drzwi. Sprawdził, jak się miewa Mildred, otulił ją starannie kocem, a potem wyciągnął się na łóżku. Blask księżyca srebrzył mu kości policzkowe i nachmurzone czoło, odcedzał się w oczach i tworzył w nich srebrne katarakty.

Jedna kropla deszczu. Clarisse. Druga. Mildred. Trzecia. Wujek. Czwarta. Dzisiejszy pożar. Jedna, Clarisse. Dwie, Mildred. Trzy, wujek. Cztery, pożar, jedna, Mildred, dwie, Clarisse. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, Clarisse, Mildred, wujek, pożar, tabletki nasenne, mężczyźni, chusteczki jednorazowe, poły fraka, wydmuchaj, zgnieć, spuść, Clarisse, Mildred, wujek, pożar, tabletki, chusteczki, wydmuchaj, zgnieć, spuść. Jedna, dwie, trzy, jedna, dwie, trzy! Deszcz. Burza. Śmiech wujka. Grzmot przewalający się po schodach. Ulewa świata. Ogień wzbierający w wulkanie. Wszystko pędzące w wielkim, huczącym wirze, wezbrany strumień, rzeka pędząca ku porankowi.

– Już nic nie wiem – powiedział.

Pozwolił, żeby tabletka nasenna rozpuściła mu się na języku.

* * *

O dziewiątej rano łóżko Mildred było puste.

Zerwał się z bijącym sercem, wybiegł do przedpokoju i stanął przed drzwiami do kuchni.

Pająkowata metalowa łapa pochwyciła tost, który wyskoczył ze srebrnego tostera, i unurzała go w roztopionym maśle.

Mildred patrzyła, jak tost ląduje na jej talerzu. Uszy miała zatkane elektronicznymi pszczołami, których buczenie uprzyjemniało jej upływ czasu. Znienacka podniosła wzrok, zobaczyła Montaga i skinęła mu głową.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

Dziesięć lat z muszelkami uczyniło z niej mistrzynię czytania z ruchu warg. Ponownie skinęła głową i włączyła terkoczący toster, wrzuciwszy do niego nową kromkę chleba.

Montag usiadł.

– Nie rozumiem, dlaczego jestem taka głodna – powiedziała jego żona.

– Wczoraj w nocy...

– Jak wilk!

– Wczoraj w nocy...

– Źle spałam. Fatalnie się czuję. Boże, ależ jestem głodna. Nie pojmuję tego.

– Wczoraj w nocy... – zaczął po raz trzeci.

Jednym okiem zerknęła na jego poruszające się wargi.

– Co wczoraj w nocy?

– Nie pamiętasz?

– Czego? Czyżbyśmy zabalowali? Czuję się jak na kacu. Boże, jaka jestem głodna. Kto u nas był?

– Paru znajomych.

– Tak myślałam. – Ugryzła kawałek tostu. – Brzuch mnie boli, ale zjadłabym konia z kopytami. Mam nadzieję, że nie wygłupiłam się na imprezie.

– Nie – zapewnił ją półgłosem.

Pajęczy toster podsunął teraz jemu umaślony tost. Z wdzięcznością wziął go do ręki.

– Ty też nie wyglądasz za dobrze – orzekła jego żona.

* * *

Późnym popołudniem spadł deszcz. Cały świat zrobił się ciemnoszary. Montag stał w przedpokoju i przypinał sobie odznakę z pomarańczową sylwetką płonącej salamandry. Długo wpatrywał się w kratkę wywietrznika.

Jego żona, siedząca w salonie, oderwała się na chwilę od lektury scenariusza i podniosła wzrok.

– Oho – mruknęła. – Ten człowiek myśli.

– Owszem – przytaknął. – Chciałem z tobą porozmawiać. – Zawiesił głos. – Wczoraj w nocy połknęłaś wszystkie tabletki z fiolki.

– Niemożliwe – odparła zdumiona. – Nie zrobiłabym czegoś takiego.

– Fiolka była pusta.

– Nigdy bym tego nie zrobiła. Po co miałabym robić coś takiego?

– Może wzięłaś dwie tabletki, zapomniałaś o tym, znowu wzięłaś dwie, a potem zrobiłaś się trochę otępiała i powtarzałaś łykanie po dwie, aż przyjęłaś wszystkie trzydzieści czy czterdzieści.

– Jejku... Dlaczego miałabym zrobić coś tak niemądrego?

– Nie wiem.

Było widać, że czeka, aż on wyjdzie.

– Nie zrobiłam tego – powiedziała. – Nigdy bym tego nie zrobiła, choćby i za miliard lat.

– Skoro tak mówisz...

– Tak właśnie powiedziała ta dama – odparła i wróciła do scenariusza.

– Co leci dziś wieczorem? – zapytał znużonym głosem.

– Taka sztuka – odparła, nie podnosząc już wzroku. – Za dziesięć minut wchodzi na ścianowizję. Rano przysłali mi moją rolę w nagrodę za wysłane etykiety z płatków. Piszą scenariusz, w którym brakuje jednej roli; to jest taka nowinka. W tym wypadku ta brakująca rola to gospodyni domowa, czyli ja. We właściwym momencie wszyscy na mnie patrzą, ze wszystkich trzech ścian, a ja wypowiadam swoją kwestię. O, spójrz tutaj. Mężczyzna pyta: „Co sądzisz o tym nowym pomyśle, Helen?” i patrzy na mnie, siedzącą na środku sceny. Widzisz? I ja odpowiadam... odpowiadam... – Powiodła palcem pod linijką tekstu w scenariuszu. – „Uważam, że jest świetny!”. Akcja toczy się dalej, aż w pewnym momencie ten mężczyzna znów pyta: „Zgadzasz się z tym, Helen?”. A ja odpowiadam: „Ależ naturalnie!”. Czy to nie fajne, Guy?