Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej gloriiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
E-book
29,99 
Szczegóły
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii
Audiobook
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Dahvi,

domu, w którym żyje moje serce

Tytuł oryginału

Someone Who Will Love You in All Your Damaged Glory

Copyright © 2019 by Raphael Bob-Waksberg

Borzoi Book / Published by Alfred A. Knopf

All rights reserved. Published in the United States by Alfred A. Knopf,

a division of Penguin Random House LLC, New York,

and distributed in Canada by Penguin Random House Canada Limited, Toronto.

www.aaknopf.com

Knopf, Borzoi Books, and the colophon are registered trademarks

of Penguin Random House LLC.

Przekład

Monika Skowron

Przekład Wiersza Tomasz Brzozowski, Monika Skowron

Redakcja

Dominika Rychel, Julia Diduch

Korekta

Anna Hadała-Żołnik, Marcin Piątek

Projekt okładki i liternictwo

Linda Huang

Zdjęcie na okładce

Maurizio Di Iorio

Adaptacja oryginalnego projektu i skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja i adaptacja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66575-00-4


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Randka idzie dobrze. On jest przystojny i czarujący, właśnie taki, jaki prezentował się na stronie. Podoba mi się, stwierdza ona. Jest typem faceta, którego można przedstawić przyjaciołom – dochodzi do wniosku.

Po kolacji zaprasza ją do siebie. Otwiera wino i nalewa do kieliszka. Częstuje ją też długą, wąską puszką z gumowym wieczkiem:

– Słonych nerkowców cyrkowych?

– Nerkowce cyrkowe? Co to? – pyta ona.

– Otwórz – mówi on. – Sama zobaczysz.

Ona spogląda na puszkę. Etykieta głosi: „Produkt własny Przedsiębiorstwa Orzechów Nerkowych”, a poniżej dużymi, pogrubionymi literami: „SŁONE NERKOWCE CYRKOWE”, po czym drobnym druczkiem: „SMACZNE! SŁONE!”, następnie jeszcze mniejszymi literami: „SKŁADNIKI: ORZECHY NERKOWCA, SÓL”, a po drugiej stronie rysunek mężczyzny z batem – poskramiacza lwów. Cały wzór puszki ma związek z cyrkiem. Z ust tresera wychodzi dymek, w nim czytamy: „WITAJCIE, PRZYJACIELE! Proszę, zajadajcie się świeżo solonymi nerkowcami cyrkowymi, które serwuje wam Przedsiębiorstwo Orzechów Nerkowych. Przyrządzono je z najznakomitszych, doprowadzonych do perfekcji składników. Ta puszka zawiera wyłącznie najlepsze słone nerkowce cyrkowe; na pewno nie jest to zabawkowy wąż zawinięty wokół sprężynki, który wyskoczy i przestraszy cię, kiedy zdejmiesz wieczko, jeśli właśnie o tym myślałeś. Nie, nie, porzuć tę myśl, jeżeli akurat taka wpadła ci do głowy, tu są tylko orzechy nerkowca, jak Boga kocham. W sprawie nerkowców jestem stuprocentowo szczery. Dlaczego w środku miałby znaleźć się wąż? Głupie gadanie. Posłuchaj: jeśli otworzysz tę puszkę i rzuci się na ciebie sztuczny wąż, wówczas zgoda: możesz już nigdy więcej mi nie zaufać. Ale czy chcesz przegapić szansę na zjedzenie pysznych słonych nerkowców jedynie z powodu nikłego ryzyka, że wszystko to jest misternym podstępem mającym na celu wystrychnięcie cię na dudka? Dobra, widzę, że wciąż nie otwierasz puszki. Rozumiem to. Może masz rację, że zachowujesz ostrożność. W końcu już wcześniej cię okłamywano. Twoje serce jest nieco sfatygowane i przerażone, wielu obeszło się z nim źle, czas je nadgryzł. Nie jesteś idiotką, a jednak raz za razem potykasz się o rozpadliny twojego wybrukowanego kamieniem serca, pozwalasz, by górę wzięły twoje nieskrywane, niemądre nadzieje. Być może w każdej puszce czai się wąż atrapa, ale ty i tak wciąż je otwierasz, głupio, ponieważ w głębi serca nadal wierzysz w orzechy nerkowca. I zawsze, kiedy odkrywasz okrutną fikcję puszki z orzeszkami nerkowca, przyrzekasz sobie, że następnym razem zaufasz odrobinę mniej, będziesz ciut mniej otwarta, trochę bardziej twarda. Nie warto, mówisz. Po prostu gra niewarta świeczki. Jesteś ponad to. Od teraz będziesz mądrzejsza. Cóż, chcę ci powiedzieć, że tym razem będzie inaczej, chociaż nie mam absolutnie żadnego dowodu na poparcie tego stwierdzenia. Otwórz tę puszkę, a wszystko będzie dobrze. Słone nerkowce cyrkowe czekają. Są takie aromatyczne i pyszne. Będziesz zadowolona, że mi uwierzyłaś. Tym razem jest inaczej; przyrzekam, że jest inaczej. Czemu miałbym cię okłamywać? Dlaczego chciałbym cię skrzywdzić? Tym razem nie nadziejesz się na żadnego węża. Tym razem będzie wspaniale”.

krótkie historie

1. Są dwa rodzaje ludzi, pomyślał: ludzie, których nie chcesz dotknąć, ponieważ boisz się, że ich złamiesz, oraz ludzie, których nie chcesz dotknąć, ponieważ boisz się, że złamią ciebie.

2. Doszła do wniosku, że bardziej kochała ideę bycia w związku niż każdą z osób, z którą kiedykolwiek była.

3. „Nie jesteś jak inne dziewczyny” – powtarzał każdej dziewczynie.

4. Powiedziała mu, że go kocha i zależy jej na nim, a jemu tak kręciło się w głowie od miłości, że nie zdawał sobie sprawy, że z nim zrywa.

5. Nie ufał nikomu, kto na zdjęciach wyglądał lepiej niż ona w rzeczywistości. Opracowywał system, dzięki któremu w końcu nie będzie musiał ufać nikomu.

6. „Nigdy nie sądziłam, że mogę być taka szczęśliwa” – wyobraziła sobie, że pewnego dnia mówi do kogoś.

7. „Wcale o tobie nie myślę” – nie mógł się doczekać, aż jej powie, gdy tylko do niego oddzwoni.

8. Miał naprawdę rewelacyjną imprezową sztuczkę: czasem udawało mu się przez całą godzinę ani razu nagle nie przypomnieć sobie o paraliżującej prawdzie, że życie jest skończone i nie do powtórzenia.

9. Doszła do wniosku, że kochała ideę męża i dzieci oraz wszystkich przyjaciół, pracy i własnego życia. Kochała ideę wszystkiego.

10. Są dwa rodzaje ludzi, pomyślał: ludzie, których nie chcesz dotknąć, ponieważ boisz się, że ich złamiesz, oraz ludzie, których chcesz złamać.

PRZENAJŚWIĘTSZA I NAJPOMYŚLNIEJSZA
uroczystość

Jeśli więc kiedykolwiek zechcesz usłyszeć opinie mnóstwa osób na temat tego, Jak Stosownie Wyprawić Wesele, najlepiej zrobisz, jeśli powiesz im, że wychodzisz za mąż lub się żenisz, a gwarantuję ci – będziesz mieć po dziurki w nosie opinii innych ludzi. Dla mnie wysłuchanie zdania każdego nie było powodem numer jeden, dla którego poprosiłem Dorothy o rękę – poprosiłem ją o rękę, bo ją kocham – ale gdy tylko poinformowaliśmy innych, wszyscy potraktowali tę wiadomość jak doręczone do rąk własnych zaproszenie, by dokładnie powiedzieć nam, co musimy zrobić.

– Koniecznie musicie ustawić świeczki wzdłuż nawy – radzi Nikki, najlepsza przyjaciółka Dorothy, kiedy tylko się dowiaduje, zanim nawet zdąży nam pogratulować. – Świeczki muszą być w kolejności od najniższej do najwyższej, aż do samego ołtarza, jako symbol tego, jak wasza miłość i wasze zaangażowanie rosły i paliły się jaśniej każdego dnia.

– Próbujemy zostać przy czymś małym i prostym – mówię. – Serio, nie chcemy, żeby nasz ślub zamienił się w wielki, skomplikowany spektakl.

– Ale, Peterze, musicie mieć świeczki – przekonuje Nikki. – Jak inaczej półoślepły demon miłości przepisze wasze imiona do Księgi Wiecznego Oddania?

– Oooch. – Dorothy skuliła się w sobie. – Zapomniałam o przepisaniu imion do Księgi Wiecznego Oddania przez półoślepłego demona miłości.

Skręca mnie.

– Nie wydaje ci się, że to odrobinę staromodne? To znaczy mój kuzyn Jeremy nie miał świeczek na ślubie, a małżeństwo mu się udało, nawet bez przepisywania imion przez demona miłości.

Dorothy rzuca mi spojrzenie i wiem, co sobie myśli. Czy to nie mój kuzyn Jeremy narzekał w zeszłym tygodniu na nowe dywany, które jego żona kupiła do drugiego Młócącego Sanktuarium, które urządzili w nadziemnym Szałasie Modłów? Może dysponowaliby lepszymi umiejętnościami komunikacyjnymi, gdyby mieli świeczki na ślubie, tak żeby półoślepły demon miłości mógł bezbłędnie przepisać ich imiona do swojej księgi. Z góry wiem, że tej batalii nie wygram, ale jeszcze raz podkreślam:

– Widocznie nie możemy mieć wszystkiego. Próbujemy postawić na prostotę.

Nikki pozostaje niewzruszona tym argumentem.

– Okej, ale jak bardzo skomplikowane jest zdobycie świeczek? Nie mówię, że macie wynająć sterowiec czy coś. To tylko świeczki. Możecie kupić je w każdym sklepie, dosłownie.

Dorothy patrzy na mnie tymi swoimi dużymi orzechowo-czekoladowymi oczami i wiem, że tego właśnie chce – chociaż to ona pierwsza powiedziała, że powinniśmy postawić na prostotę.

– Cóż, zobaczmy, co mają w sklepach – proponuję.

Dorothy rozjaśnia się jak palenisko, na którym składano w ofierze knura na święto Jul, a ja ulegam pomysłowi, że zdecydowanie podczas naszego ślubu wzdłuż nawy staną świeczki – od najmniejszej do największej.

 

Jednak głównym zagadnieniem, co do którego każdy ma opinię, jest to, kiedy podczas ceremonii mamy ofiarować kozły Kamiennemu Bogowi.

– Lepiej zróbcie to wcześnie – mówi moja matka. – W ten sposób będziecie mieć to z głowy i wszyscy się dowiedzą, że Kamienny Bóg został przebłagany, więc małżeństwo jest legalne i pobłogosławione.

– Żarty sobie robisz? – pyta mój młodszy brat. Studiuje na uniwersytecie, żeby zostać rzeźnikiem kozłów, więc oczywiście ma mnóstwo do powiedzenia na ten temat. – Wiesz, ile to jest krwi? Musisz przeprowadzić zarzynanie na koniec, inaczej poślizgniesz się na flakach kozła podczas wykonywania Tańca Leśnego Chochlika Rogacza, krew zabrudzi ci całą małżeńską opończę, a wideo trafi na jeden z tych blogów ze ślubnymi wpadkami.

W tej konkretnej chwili nie mam serca powiedzieć mu, że nawet nie planujemy wykonywać Tańca Leśnego Chochlika Rogacza i zapewne nie przywdziejemy tradycyjnych małżeńskich szat, ale z całą pewnością wynajmiemy kamerzystę.

Moja matka przecząco kręci głową.

– Prawdę mówiąc, wcale nie ma tak dużo krwi… – Tu patrzy wprost na mojego brata. – O ile postarasz się o dobrego rzeźnika.

Mój młodszy brat rumieni się na twarzy, tak jak zawsze, gdy czuje, że nikt nie traktuje go poważnie.

– Nawet jeśli załatwisz najlepszego rzeźnika w mieście – mówi – nawet jeśli zaklepiesz Józefa Uświęconego na Wieczność…

– Proszę cię – drwi moja matka. – Nie zaklepiesz Józefa Uświęconego na Wieczność z tak małym wyprzedzeniem.

– Nawet gdyby ci się udało – ciągnie mój brat – mówię ci, będzie morze krwi.

Dorothy nakrywa serwetką pastę marinarę.

– Skończyłam.

– Przepraszam – mówię w drodze powrotnej z Olive Garden do domu. – Wiem, że moja rodzina jest czasem trudna do zniesienia.

– Uwielbiam twoją rodzinę – mówi Dorothy. – Chcą tylko pomóc.

– Powinniśmy uciec i wziąć ślub w tajemnicy – stwierdzam. – Moglibyśmy uniknąć całego stresu i wydać pieniądze na miesiąc miodowy.

Już kiedy to mówię, wiem, że to głupie stwierdzenie, ponieważ: a) jakie pieniądze? Możemy pozwolić sobie na wyprawienie wesela tylko dlatego, że tata Dorothy potrafi naprawdę poruszyć i/lub wstrząsnąć Przedsiębiorstwem Wróżebnych Run i namówił swoją filię, żeby nas sponsorowała. Z początku miałem ciut ambiwalentne uczucia w kwestii wyprawiania wesela finansowanego z korporacyjnej kieszeni, ale w końcu to przecież tata Dorothy – to nie tak, że polowaliśmy na kasę od LensCrafters czy jakiegoś innego potentata. A jeśli to oznacza, że będziemy mieli sposobność złożenia sobie ślubów w Dobrym Kościele z witrażami w oknach i wygodnymi siedzeniami zamiast w uniwersalnym pomieszczeniu w ośrodku wypoczynkowym, które – nieważne, ile zapalić świeczek – zawsze pachniało trochę jak odkażacz i ser wiejski; jakby ktoś próbował użyć środka odkażającego, żeby pozbyć się woni sera wiejskiego, ale potem znów za bardzo śmierdziało środkami dezynfekcyjnymi, więc postarał się o więcej twarożku, i do dzisiaj usiłują uzyskać idealny stosunek środków czyszczących do wiejskiego sera – cóż, jeśli możemy ominąć ten cały bałagan, w takim razie może sprawa warta jest kilku gustownych banerów Przedsiębiorstwa Wróżebnych Run oraz pobieżnego wspomnienia w naszych przysięgach o wielu korzyściach i możliwościach praktycznego wykorzystania niedrogich, dwukrotnie uświęconych wróżebnych znaków runicznych. Ale, co więcej: b) nawet gdyby było nas stać, żeby wybrać się gdzieś na miesiąc miodowy, oboje wiemy, że nie dostałbym urlopu. Już i tak zamierzam pracować podczas Tygodnia Żniw i Zbiorów, jako że kamieniołom płaci półtorej stawki podczas świąt, a ja liczę na tę nadwyżkę, bo pomoże mi opłacić czynsz, kiedy Dorothy będzie robiła magisterkę z pracy socjalnej.

– Tak naprawdę stresuje mnie tylko ta sprawa z kozłami – mówi Dorothy. – Jak tylko wymyślimy, co z nimi zrobić, wszystko inne się ułoży.

Nagle do głowy przychodzi mi zwariowany pomysł. Tak szalony, że wydaje mi się, jakbym nie mógł wypowiedzieć go na głos, ale gdy tylko wżera mi się w umysł, czuję, że nie mogę nie powiedzieć, więc wypalam:

– Chcesz nie ofiarować żadnych kozłów?

Dorothy przez chwilę milczy, a ja wiem, że gdy tylko zatrzymam samochód, wysiądzie, ucieknie i nigdy więcej się do mnie nie odezwie, a następnym razem zobaczę ją na zdjęciu umieszczonym na okładce tandetnego szmatławca, który znajdę w kolejce do odprawy na lotnisku, opatrzonego tytułem: „Mój narzeczony nie chce złożyć kozłów w ofierze!”.

Ale zamiast tego Dorothy mówi:

– Możemy tak zrobić?

Na co ja:

– Dorothy, ten ślub jest nasz. Możemy zrobić, co tylko chcemy.

Uśmiecha się, a ja czuję się tak, jak musiał czuć się Clark Kent, kiedy podsłuchał, że ktoś akurat mówi o Supermanie.

Jednak robienie tego, co nam się żywnie podoba, przyprawiło nas o prawdziwy ból głowy, gdy staraliśmy się o zezwolenie na zawarcie małżeństwa.

– Ile kozłów zamierzają państwo złożyć w ofierze dla Kamiennego Boga? – pyta Kobieta z Okienka Numer Pięć.

– Nie zamierzamy ofiarować Kamiennemu Bogowi żadnego kozła – oznajmiam z dumą. – To nie taki ślub.

Kobieta spogląda to na formularz, to znów na nas.

– W takim razie tylko pięć?

– Nie – poprawia Dorothy. – Zero.

Mężczyzna stojący za nami w kolejce stęka i robi wielkie przedstawienie, ostentacyjnie patrząc na zegarek.

– Nie rozumiem – mówi Kobieta. – Mają państwo na myśli, że jednego albo dwa? Kamiennemu Bogowi nie spodoba się tak mało kozłów.

– Nie – kontynuuję. – Nie jednego albo dwa. Zero. Poświęcimy Kamiennemu Bogowi zero kozłów.

Marszczy nos.

– Cóż, w formularzu nie ma takiej opcji jak zero, więc zapiszę państwa do kategorii pięć.

Zanim się spostrzegłem, złożyła nam wizytę Nikki, najlepsza przyjaciółka Dorothy.

– Słyszałam, że zamierzacie ofiarować tylko pięć kozłów.

– Nie… – zaczynam mówić, ale ona mi przerywa.

– Jeśli nie złożycie w ofierze co najmniej trzydziestu ośmiu kozłów, moja mama nie przyjdzie. Wiecie, że w tych sprawach jest tradycjonalistką.

– Cóż, twoja mama nie jest najważniejszą osobą na naszym ślubie – warczy Dorothy. – Nie chcemy tej całej szopki z kozłami, a jeśli ona tego nie popiera, jeśli nie popiera nas, w takim razie może w ogóle nie powinna przychodzić.

– Wow – mówi Nikki, a potem powtarza z naciskiem: – Wow.

Mój braciszek ma, rzecz jasna, złamane serce.

– I co niby mam powiedzieć wszystkim znajomym z zajęć z zarzynania kozłów, kiedy się wyda, że mój własny brat nie składa w ofierze żadnych kozłów na swoim ślubie? Będę chodzącym pośmiewiskiem.

– Tu nie chodzi o ciebie – tłumaczę. – W ogóle nie chodzi o nikogo innego poza dwojgiem ludzi, którzy się pobierają.

– Wydajesz się spięty – mówi moja matka. – Jesteś pewien, że nie poczułbyś się lepiej, gdybyś po prostu poświęcił dziesięć kozłów?

– Dziesięć?! – dopytuje brat. – To zniewaga! Szczerze, w tym momencie chyba lepiej, żebyś nie ofiarował ani jednego i liczył, że Kamienny Bóg nie zauważy.

– Taaak – mówię. – To jest myśl.

– Dobrze – przerywa moja matka – zapomnij o kozłach. Martwi mnie raczej to, że razem z Dorothy próbujecie zorganizować całą ceremonię sami.

– To nie jest żadna „ceremonia” – poprawiam. – W tym właśnie tkwi sedno, że to nie ma być żadna „ceremonia”.

– Czemu nie spotkacie się z organizatorką ślubów? Może wsparcie kogoś trzeciego złagodzi napięcia pomiędzy wami?

– Nie ma żadnych napięć – mówię trochę za głośno i za szybko, tonem, który potwierdza, że zdecydowanie występują między nami spięcia.

– Brzmi to tak, jakby były jakieś napięcia – zauważa mój braciszek, który, gdy już skończy uczyć się zarzynać kozły, zapewne mógłby zapisać się na zajęcia z pilnowania własnego nosa dla własnego pożytku.

– Jedyne napięcia rodzą się przez naciski z zewnątrz – oznajmiam. – Zewnętrzne spięcia. Pomiędzy Dorothy a mną nie ma żadnych napięć. Poza tym kto opłaci organizatorkę ślubu? Nie mogę prosić taty Dorothy o więcej pieniędzy.

– No to nie zatrudniaj ślubnej organizatorki – stwierdza moja mama. – Po prostu umów się z nią, zobacz, co ma do powiedzenia.

Spotkaliśmy się więc z Clarissą, Organizatorką Ślubów.

– Musisz o nas wiedzieć przede wszystkim jedną rzecz – mówi Dorothy do Clarissy, Organizatorki Ślubów – naprawdę nie chcemy ekstrawagancji z rozmachem i mnóstwem ruchomych części.

A ja jestem taki szczęśliwy, że Dorothy to mówi, znów potwierdzając fakt, że na sto procent nie mamy napiętych stosunków.

– Okej – mówi Clarissa. – A czego w takim razie chcecie?

– To bardzo proste – zaczynam. – Idziemy do ołtarza. Dorothy wygląda pięknie. Ja mam na sobie garnitur. Celebrans mówi kilka słów o miłości. Potem ja mówię parę słów. Później Dorothy mówi kilka słów. Może ciocia Estelle czyta wiersz Gertrude Stein. Następnie celebrans pyta: „No cóż, kochacie się?”. Odpowiadam: „Tak”. Dorothy dopowiada: „Tak”. Potem całujemy się, wszyscy klaszczą, po czym tańczymy…

– Taniec Leśnego Chochlika Rogacza?

– Nie. Nie Taniec Leśnego Chochlika Rogacza. Zwykłe tańce. Jak Twist and Shout czy Crazy in Love. Takie rzeczy. Robimy to przez parę godzin, po czym wszyscy rozchodzimy się do domów. Taki ślub w podstawowej, uniwersalnej wersji z Ikei.

– Ale to takie nieromantyczne – mówi najlepsza przyjaciółka Dorothy, która z jakiegoś powodu też jest na spotkaniu.

– Właśnie że bardzo romantyczne – mówię – ponieważ chodzi tylko o nas. A nie o te wszystkie inne rzeczy niemające z nami nic wspólnego.

– A co ma z tym wspólnego Gertrude Stein? – szydzi Nikki.

Dorothy się uśmiecha.

– Oboje kochamy Gertrude Stein. Na jednej z pierwszych randek poszliśmy zobaczyć sztukę Doctor Faustus Lights the Lights.

– Uwielbiam ten motyw – wyrokuje Organizatorka Ślubów. – Jest wyjątkowy, charakterystyczny dla was i coś znaczy. Ale chcę wrócić do tematu nie-chcemy-wielkiej-ceremonii. Jak bardzo jesteście pewni tego pomysłu w skali od jeden do dziesięciu?

– Dziesięć – mówię.

– Dziesięć – mówi Dorothy.

– Dobra, więc dość pewni, ale może jest przestrzeń na lekkie negocjacje?

– Nie – mówię.

– Nie – mówi Dorothy.

– Dobra, ogromnie podoba mi się, że jesteście zgodni. Jednak chcę się upewnić, że myślicie o całej sprawie praktycznie, ponieważ dużą ceremonię urządza się po części dlatego, że w każdej chwili mogą ją przerwać niespodziewane Lamenty Płaczu i Biczowania, i Krzyków w wykonaniu Wrzeszczącego Chóru. Lamenty Płaczu i Biczowania, i Krzyków potrafią trwać najkrócej dwadzieścia minut, więc jeśli nie przygotujecie dość innych atrakcji, nagle Wrzeszczący Chór staje się gwoździem programu, a wy nie macie tego niepowtarzalnego uczucia, którego szukacie. Zaufajcie mi, widziałam to na własne oczy.

Dorothy zapada się na swoim krześle, ja próbuję być silny za nas dwoje.

– Ale przecież to właśnie mówię. Nie będziemy mieć Wrzeszczącego Chóru.

Dorothy obraca się jak latarnia morska i świeci spojrzeniem prosto na mnie.

– Czekaj, naprawdę nie będziemy mieć Wrzeszczącego Chóru?

– Przecież to połowa zabawy na ślubie! – wykrzykuje Nikki.

– Wcale nie połowa zabawy – protestuję, ale Nikki rzuca z grubej rury:

– Dosłownie pięćdziesiąt procent zabawy na ślubie polega na tym, że nigdy nie wiesz, kiedy Wrzeszczący Chór zacznie Lamenty Płaczu i Biczowania, i Krzyków. Skoro nie macie Wrzeszczącego Chóru, po co w ogóle bierzecie ślub?

– Ponieważ się kochamy – cicho wytaczam argument i czuję, że jeśli będę musiał powiedzieć to jeszcze raz, w ogóle nie będziemy potrzebować Wrzeszczącego Chóru, ponieważ sam podniosę Lamenty Płaczu i Biczowania, i Krzyków.

Dorothy wciąż waży to w myślach.

– Chyba nigdy nie pomyślałam, że zabraknie choćby maleńkiego Wrzeszczącego Chóru. Bez niego to nie do końca ślub.

Organizatorka Ślubów krzywi się, jakby była doprawdy zażenowana, że odbywamy tę dyskusję w jej obecności, jakby to był pierwszy raz, kiedy widzi, że para nie zgadza się co do szczegółów uroczystości ślubnej.

– Wygląda na to, że potrzebujecie odbyć jeszcze kilka rozmów, zanim upewnię się, jak wam pomóc.

– Zdecydowanie – mówi z dumą Nikki, a ja myślę, że skoro Nikki tak bardzo kocha Clarissę, może to one powinny wziąć ślub, wtedy będą mieć wszystkie Wrzeszczące Chóry świata, jakich tylko dusza zapragnie.

Teraz przydałoby się nam coś na poprawę nastroju, więc zabieram Dorothy do sklepu z obrzędowymi jajami, żeby obejrzeć Jaja Zaręczynowe. Teoretycznie wiem, że oglądanie Jaja Zaręczynowego przez pannę młodą przed ceremonią przynosi pecha, ale coraz bardziej staje się jasne, że być może Dorothy ma więcej Pomysłów Na Ten Ślub, niż początkowo zdradziła, gdy Wspólnie Postanowiliśmy, że Oboje Nie Mamy Nic Przeciwko Bardzo Prostemu, Bardzo Małemu Weselu Bez Bajerów i Problemów; co więcej, coraz bardziej stawało się jasne, że jeśli pójdę wybrać Jajo Zaręczynowe bez jej udziału, spieprzę sprawę, a wtedy jajko będzie tkwić w gablocie w salonie do końca dni naszego małżeństwa – stanowiąc świadectwo, jak paskudnie to spieprzyłem; świadectwo, jak już zawsze będę partaczył sprawy.

 

Wszyscy w sklepie z obrzędowymi jajami są bardzo przyjaźnie nastawieni i witają nas z entuzjazmem.

– Moje gratulacje! – mówi Sabrina, Asystentka Sprzedaży. – Tworzycie cudną parę, od razu widać, a ja pomogę wam znaleźć perfekcyjne Jajo Zaręczynowe. Powiedzcie mi, czego szukacie. Podrzućcie mi kilka słów, dajcie na luz, strzelajcie.

– Coś raczej mniejszego – mówię – może między czterdzieści pięć a sześćdziesiąt centymetrów?

Sabrina przytakuje.

– Małe jaja są teraz bardzo modne, ma pan doskonały gust. Myślimy o srebrze? Platynie? Różowym złocie?

Musiałem wykrzesać z siebie resztki pewności siebie, żeby wymamrotać pod nosem:

– Myśleliśmy, że raczej moglibyśmy zacząć od tych miedzianych?

Sabrina nie traci rezonu:

– Oczywiście! Mamy wspaniałe jaja z miedzi, wprost bajeczne, żeby od nich wystartować. Przedstawię kilka wariantów do wyboru.

– Przepraszam – mówi Dorothy. – Wiem, że pewnie dostaje pani prowizję.

Sabrina się śmieje.

– Znajdziemy coś fantastycznego, obiecuję. – Ściska ramię Dorothy i rusza na zaplecze.

– Nie musisz przepraszać – zapewniam.

– Głupio mi.

– Mamy prawo tu być tak samo jak każdy inny – przekonuję Dorothy i siebie też.

Sabrina, Asystentka Sprzedaży pokazuje nam szereg miedzianych jaj, ceny ich wszystkich są nieco wyższe od kwoty, jaką miałem nadzieję zapłacić, wszystkie są nieco nie do końca Jajem Zaręczynowym, o którym Dorothy zawsze marzyła. Robi dobrą minę do złej gry, ale słyszę zawód w jej głosie, kiedy mówi:

– To przypomina Jajo Zaręczynowe moich dziadków.

Sabrina potakuje.

– Cóż, miedziane jaja zwykle bywają odrobinę bardziej… tradycyjne.

Na przeciwległym końcu sklepu inna para świetnie się bawi w dziale platynowych jaj. Mężczyzna próbuje dźwignąć mierzące z metr dwadzieścia jajo i robi przy tym głupie miny. Wyglądają, jakby specjalnie wystroili się na zakupy, a może tuż po tym, jak kupią jajo, wybiorą się na rejs jachtem albo pójdą pograć w golfa czy coś, a może po prostu zawsze tak ładnie się ubierają. Nagle zauważam, jak brudne mam dżinsy.

– Nie ma może czegoś ciut ładniejszego od tych? – pytam.

Wcześniej byłem już w domach z Jajami Zaręczynowymi, zawsze wydawały się stosowne, ale tu, w sklepie, obok wszystkich pozostałych jaj, nie ma wątpliwości, które są liche i nijakie. Patrzę, jak Dorothy przesuwa palcem po prymitywnym motylu uformowanym na jednym z jaj, i wiem, że myśli to samo, choć nigdy by się do tego nie przyznała.

– Może chcecie rzucić okiem na srebrne? – pyta Sabrina. – Rozumiem, że nie planujecie nic zbyt wyszukanego, ale mamy naprawdę skromne propozycje w srebrze.

Dorothy patrzy na mnie, jakby pytała: „Możemy?”.

– Tylko zerknijmy na srebrne jaja – wypowiadam zdanie, które z miejsca wskakuje na sam szczyt listy Najgłupszych Rzeczy, Jakie Kiedykolwiek Powiedziałem, zdobywając nieznaczną przewagę nad: „Mogę prosić o bardzo ostre?” i „Twoja poprzednia fryzura bardziej mi się podobała”.

Sabrina, Asystentka Sprzedaży prowadzi nas na zaplecze i w pierwszej kolejności pokazuje srebrne jajo ręki Feliksa Wojnowskiego z 1954 roku, ozdobione rzadkimi kamieniami i urozmaicone religijnymi symbolami.

– To jest pewnie zbyt krzykliwe, nie sądzisz? – mówię, zapewniając wszystkich w pomieszczeniu, że moje zastrzeżenia budzi przede wszystkim kwestia ostentacji, nie ceny.

– Sama nie wiem – odpowiada Dorothy. – Mnie wydaje się ładne.

– Tak – stwierdzam – na pewno jest ładne, ale może troszkę zbyt krzykliwe?

– A może to? – pyta Sabrina. – To nowy trend: posrebrzane, więc eleganckie, ale nie wydaje się przyciężkie.

Dorothy twierdząco kiwa głową.

– Słyszałeś, Peterze? Po-sreb-rza-ne.

Uśmiecham się i zerkam na metkę z ceną – to osiem razy więcej niż kosztuje najdroższe jajo z miedzi.

– Tak, wspaniałe możliwości do wyboru – kwituję. – Mamy się teraz nad czym zastanawiać.

Ale Dorothy już się zastanowiła.

– Chcę mieć niespodziankę na ślubie, więc zaczekam w samochodzie. Peterze, jestem pewna, że spodoba mi się każde jajo bez względu na to, jakie wybierzesz.

Rusza do wyjścia, a Sabrina uśmiecha się do mnie i pyta:

– Zerkniemy na propozycje w platynie?

Kulę się w sobie.

– Szkoda, że nie możesz zobaczyć naszego mieszkania. Ludzie tacy jak my zwykle nie kupują Jaj Zaręczynowych takich jak te.

– Cóż, prawdę mówiąc, to wcale nie takie rzadkie, że Jajo Zaręczynowe jest najładniejszym przedmiotem w posiadaniu – pomocnie podsuwa Sabrina.

– Myślisz, że jeśli wezmę miedziane, Dorothy na zawsze mnie znienawidzi?

– Oczywiście, że nie. Powiedziała, że spodoba jej się wszystko, co wybierzesz, a ja uważam, że to ważne, by trzymać ludzi za słowo.

Przytakuję.

– Jednakże – z jakiegoś powodu kontynuuje – oczy jej rozbłysły, kiedy zobaczyła Wojnowskiego.

Myślę o Dorothy. Rozmyślam o naszej pierwszej randce, kiedy próbowałem zabrać ją do kina samochodowego, ale odrzucono moją kartę kredytową. Czułem się jak skończony idiota, ale ona wpadła na pomysł, żebyśmy wjechali na wzgórze i obejrzeli cały film bez dźwięku. Sami zmyślaliśmy dialogi, co w pewien głupkowaty sposób okazało się jeszcze bardziej zabawne i romantyczne, a ja przyrzekłem sobie tamtego wieczoru, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by kochać tę kobietę do końca mojego życia.

– Możesz przechować Wojnowskiego? – pytam. – Nie stać mnie na jajo, przynajmniej teraz, ale chcę je kupić.

Sabrina robi grymas.

– Doprawdy nie powinnam… Ale wydajecie się tacy zakochani… Prawdopodobnie mogłabym ukryć je gdzieś na kilka tygodni. – Puszcza do mnie oczko, a ja odnotowuję w pamięci, żeby napisać dobrą recenzję na Yelpie, a także by na chrzcie dać naszej pierwszej córce imię na cześć Sabriny, Asystentki Sprzedaży.

Wślizguję się do samochodu i Dorothy mówi:

– Nie mów mi, co wziąłeś. Chcę mieć niespodziankę.

– Nic nie wziąłem – mówię. – Postanowiłem sam zrobić jajo z brystolu i wyciorów.

– He, he. – A potem: – Ale nie naprawdę, co nie?

– Myślałem, że chcesz mieć niespodziankę.

– To musi być wspaniałe miejsce pracy – stwierdza Dorothy. – Przez cały dzień otaczają cię szczęśliwe zakochane pary, a ty pomagasz im zaplanować wspólną przyszłość.

Mówię:

– Taa, i nie potrzeba do tego magistra z nauk socjalnych.

Dorothy posyła mi spojrzenie mówiące: „Halo, kolego”.

A ja posyłam spojrzenie: „Tak tylko mówię!”.

Ona za to posyła mi spojrzenie, które chce powiedzieć: „I co ja mam z tobą zrobić?”.

Dobra wiadomość brzmi tak, że nazajutrz w kamieniołomie dochodzi do wypadku i Frankie Scharff łamie sobie kość strzałkową. Nie jest to dobra wieść dla Frankie Scharff, która i tak ma już niepełnosprawnego męża, ani dla Joeya Zlotnika, gościa, który musi wspinać się po drabinie, żeby zrestartować znak DNI OD WYPADKU PRZY PRACY, ponieważ kiedy próbuje majstrować przy gigantycznym zero, spada z drabiny i łamie sobie kość strzałkową – ale to wspaniała wiadomość dla mnie, ponieważ oznacza, że mogę złapać dodatkowe zmiany w kamieniołomie. Ten kij ma dwa końce, wiem, ponieważ im więcej godzin spędzam w pracy, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo, że będę miał wypadek i złamię sobie kość strzałkową, ale moim zdaniem jest więcej „za” niż „przeciw”. Plusy są takie:

1. Wychodzę na prawdziwego chwata, który dostaje to, czego chce, oraz na gracza zespołowego w oczach Davida i Davida z dyrekcji.

2. Zarabiam więcej pieniędzy. To kluczowy plus, ponieważ znaczy, że mogę pokryć nieplanowane wydatki, kiedy się pojawią, takie jak, powiedzmy, gdy moja narzeczona niespodziewanie zapragnie mieć Jajo Zaręczynowe Wojnowskiego albo Wrzeszczący Chór na naszym ślubie, chociaż wie, że nie uwzględniliśmy takich rzeczy w budżecie.

3. Zarabiam więcej pieniędzy. Ten punkt ma związek z poprzednim plusem, ale nie jest dokładnie taki sam. Poprzednie „zarabiam więcej pieniędzy” to kwestia praktyczna, tutaj chodzi o bardziej duchowy wymiar. Podczas wyrabiania nadgodzin w kamieniołomie mogę myśleć o tym, że dostaję większą wypłatę, by opłacić ślub oraz życie, które spędzę z moją przyszłą żoną. Owo bycie żywicielem wprawia mnie w dobre samopoczucie, co jest skrajnie żenujące i zacofane, i gdyby ktoś mnie o to spytał, zaprzeczyłbym, ale prawda jest taka, że uczucie jest dobre.