Miejski grunt

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Stare miasto: ratusz i fara

Miasto interesuje nas nie tylko jako mury, grunt pod nogami, ale także jako jeden z podstawowych sposobów gry z nowoczesnością. Spóźnioną, czasem imitacyjną, a potem po roku 1945 wpisaną w forsowne procesy industrializacji na siłę. Miasto nie jest tu jednak, jak w niektórych ujęciach, przestrzenią tej gry, lecz samo w sobie jest jej elementem. Nowe budynki publiczne, nowe instalacje, znaczne przebudowy centrum i nowe osiedla na jego obrzeżach – to wszystko próby radzenia sobie z wyzwaniami rzeczywistości. W każdym współczesnym mieście można gołym okiem zobaczyć historię tej gry. Dlatego bez zrozumienia miasta, jego materialnej i duchowej tkanki, nie da się zrozumieć współczesnego społeczeństwa. Nie da się także zaprojektować gry w perspektywie następnych dekad.

Pod koniec XVIII wieku ośrodki miejskie nie tylko wyglądały inaczej, ale wręcz były czymś innym. W sferze materialnej tkwiły często zamknięte w ciasnych murach stanowiących dzisiejsze stare miasta. Często – jako organizmy społeczne – tym murom się wymykały, rozlewając się wzdłuż najważniejszych traktów. Świadczą o tym dziesiątki dzielnic lub ulic noszących nazwę przedmieścia: Krakowskiego w Warszawie i Lublinie, Dolnego lub Górnego w Bielsku, Chełmińskiego czy Bydgoskiego w Toruniu. Nawet jednak przy uwzględnieniu tych przedmieść były małe, politycznie pozbawione większego znaczenia, gospodarczo znacznie słabsze od swoich zachodnich odpowiedników.

Istnieje jednak ważny powód, by te małe miasta, ograniczone często murami i nielubiane przez luminarzy ówczesnej szlacheckiej kultury i polityki, uczynić kluczowym punktem odniesienia. W miastach epoka nowoczesna jest namacalna, wyraża się w widocznych i bezdyskusyjnych formach. Zmiany porządku państwowego mogą być niemal niedostrzegalne poza miastami, mogą nie naruszać rytmu życia, obyczajów i praktyk społecznych. W miastach są widoczne niemal od razu.

Idąc tym tokiem myślenia, dostrzegamy istotną cechę polskich miast, jaką jest brak ciągłości. Nie ma jej w Warszawie, zniszczonej przez okupanta i osłabionej przez długofalowe konsekwencje powstania z 1944 roku, rozbrojonej z ciągłości przez komunistyczne władze, nasyconej przez lata rosyjskiego panowania w XIX wieku obcymi treściami urbanistycznymi, instytucjonalnymi, kulturowymi. Nie ma ciągłości w miastach zajętych w 1945 roku: Gdańsku, Szczecinie, Wrocławiu, Zielonej Górze. Nie ma jej także w miastach, które w czasie wojny straciły całą populację żydowską, które w czasach Polski Ludowej przeszły wielkie przeobrażenia społeczne związane z napływem kilkakrotnie większej grupy nowych mieszkańców ze wsi i z małych miasteczek.

Mimo to w tej historii – na przekór utartym sposobom postrzegania polskich dziejów – będziemy się trzymać miejskich murów. Przede wszystkim tych, które dziś na co dzień tworzą ramy naszego życia. Murów Warszawy i Wrocławia, Gdańska i Lublina, Kalisza i Olsztyna. Bez żelaznej konsekwencji. Ze świadomością, że mury Lwowa i Wilna były przez długi czas świadkami bardziej istotnymi niż większość miast leżących na terytorium dzisiejszej Polski.

Miasta takie, jakie znamy dziś, powstały znacznie później niż początek tej opowieści. Pod koniec XVIII wieku nie ma w nich dworców, galerii handlowych, komend policji. Nie ma szpitali w ich nowoczesnym rozumieniu, urzędów i urzędników, rozbudowanych inspekcji i organów kontroli. Lista instytucji publicznych jest krótka, obejmuje ratusz, farę, czasami klasztor, rzadko budynek szkolny, szpital będący przytułkiem. W dużych ośrodkach jest ich więcej, na co wskazują choćby sprawozdania ustanowionych na podstawie uchwały sejmowej z 1768 roku komisji dobrego porządku.

W Kaliszu komisja doliczyła się piętnastu budynków publicznych: obok ratusza i zamku w mieście istniały kościoły katolickie – parafialne i zakonne – a także bożnica i kaplica grecka1. Poznańska komisja wskazała aż pięćdziesiąt siedem gmachów publicznych, w tym zamek królewski, ratusz, wagę miejską, zbrojownię, odwach garnizonowy, strzelnicę, osiem klasztorów, dziewięć kościołów katolickich, zbór protestancki i trzy bożnice, bramy miejskie i baszty2. W pruskim i niewielkim wówczas – dwuipółtysięcznym – Koszalinie obok ratusza i częściowo odbudowanego po pożarze z 1718 roku zamku książęcego (w którym mieściły się Sąd Nadworny, Konsystorz Ewangelicki i Kolegium Opiekuńcze dla nieletnich) istniały jeszcze kościoły, kaplice i szpitale parafialne oraz Deputacja Kamery Wojenno-Skarbowej, zajmującej się przede wszystkim poborem podatków3. Tak czy inaczej, dopiero XIX wiek zapełni miasta instytucjami, niektórym z nich nadając status centrów administracyjnych ze skomplikowaną siatką urzędów. Zarazem stworzy nowe zawody, sprawi, że spora część mieszkańców miast podejmie pracę w sektorze publicznym, a wiele ośrodków będzie zawdzięczać swoją karierę decyzji o ustanowieniu w nich siedziby władz powiatu, guberni lub województwa.

Ratusz

W XVIII wieku najbardziej oczywistym symbolem miejskości jest jednak ratusz. To coś więcej niż „urząd”, siedziba władz, budynek zredukowany do funkcjonalnych potrzeb administracji. Ratusz – o ile zachował się w dawnym kształcie – mówi nam wiele o skali i zamożności miasta w minionych czasach. Jak pisze Henryk Samsonowicz, „[…] będąc najokazalszym świeckim budynkiem miasta, stanowił, co oczywiste, dumę jego mieszkańców, wznoszony był na miarę ich ambicji, gustów i możliwości”4. Do najbardziej okazałych i mających długą historię należą gdański ratusz na Długim Targu i wrocławski pośrodku Rynku. Także ratusz w Poznaniu jest budowlą wyróżniającą to miasto w skali całego regionu.

Byłoby jednak błędem myśleć, że w każdym ośrodku ratusz, który znamy z czasów współczesnych, ma dawną historię. Spośród ponad stu polskich miast prezydenckich ratusze sprzed 1769 roku zachowało niecałe dwadzieścia, w tym mniej niż dziesięć leżących na terenie ówczesnej Rzeczypospolitej. W kilku innych miastach – takich jak Bydgoszcz czy Grudziądz – władze miejskie przeniosły się w XIX wieku do budynków wzniesionych jeszcze przed końcem XVIII stulecia i pełniących wcześniej inne funkcje.

Spora część ośrodków ma ratusz pochodzący z XIX wieku. Dla wielu zatem na tyle leciwy, że nadal pasujący do miejskiej starówki. Jak pisze Jacek Purchla, około siedemdziesięciu polskich ratuszy powstało w czasach Królestwa Kongresowego. Stały się one „symbolem dążeń modernizacyjnych rządu, symbolem przyspieszonej urbanizacji epoki protokapitalizmu”. Wśród nich „szczególnie rozbudowane programy otrzymały gmachy urzędów municypalnych w miastach gubernialnych, jak np. Płock (1826–1827) czy Lublin (1827–1828)”5. Ich odpowiednikiem w Galicji staną się biurokratyczne pałace magistrackie wznoszone jeszcze przed reformą samorządową, wśród których Purchla wymienia magistrat lwowski, budowany w latach 1827–1835.

Następny okres powstawania interesujących ratuszy przypada na połowę tego stulecia. „Koniec wieku XIX – pisze Purchla – stał się w Galicji złotą erą ratuszy. Do najciekawszych należą gmachy w Białej i Rzeszowie. Wzniesiony w latach 1895–1897 ratusz w pierwszym z tych miast zaskakuje skalą i rozmachem, wyprzedzającym poziom urbanizacji stosunkowo niewielkiego wówczas miasta. Efektowna architektura zewnętrzna, łącząca inspiracje zaczerpnięte zarówno z tradycji renesansu włoskiego, jak i z tradycji północnej, wyraźnie odwołuje się m.in. do ratusza w Antwerpii”6. Koniec wieku to zresztą w tej części Europy okres budowy wielu podobnych obiektów. Z tego czasu pochodzi ogromny neobarokowy ratusz w węgierskim Győr (mieście liczącym obecnie tylu mieszkańców, ile mają Bielsko-Biała czy Rzeszów), secesyjny w Kecskemét czy neorenesansowy w czeskich Pardubicach. Złota epoka takich miast pozostawiła swoje ślady w wielu rozwiązaniach urbanistycznych, reprezentacyjnych kamienicach i gmachach użyteczności publicznej. Jeżeli myślimy dziś o centrach miast – nie o tych najstarszych, ale o tych całkiem już postępowych i funkcjonalnych – to najczęściej pochodzą one właśnie z ostatnich dekad XIX wieku.

W tym samym okresie powstał ratusz nowosądecki, zbudowany po pożarze miasta w 1894 roku. Był nie tylko siedzibą administracji miejskiej, mieścił się w nim także komisariat policji, a w podziemiu – areszt, w innej części zaś znajdowała się biblioteka. W ratuszu tworzono również w różnych okresach mieszkania dla urzędników dbających o jego utrzymanie. Było tak jeszcze w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych XX wieku7. Choć w XVIII stuleciu ratusz jest przede wszystkim siedzibą rady i miejscem pracy ławy, czyli miejskiego sądu, to mieści również areszt. W miastach prywatnych – takich jak Białystok czy Siedlce – będących własnością rodów arystokratycznych, ratusz pełnił nieco inne funkcje: był przede wszystkim ozdobą posiadłości, a część pomieszczeń wykorzystywano w celach komercyjnych, nie urzędowych8.

Ratusz jest zatem punktem orientacyjnym nie tylko w przestrzeni, ale także w historii miasta. Czasami jednak jego charakter lub wręcz brak budowli ratuszowej może wprowadzać w błąd, sugerując krótszą niż rzeczywista historię danego ośrodka. Przykładem są trzy największe polskie miasta, które w zasadzie ratusza – w ścisłym tego słowa znaczeniu – nie mają. Ratusz krakowski rozebrano w 1820 roku, gdy miasto stanowiło samodzielną Rzeczpospolitą, później, po jej upadku, magistrat został ulokowany w pałacu Wielopolskich. Na miejscu dawnego ratusza pozostała jedynie wieża. W Warszawie ratusz staromiejski rozebrano trzy lata przed krakowskim, a samą instytucję ulokowano w pałacu Jabłonowskich, wybudowanym w ostatniej ćwierci XVIII wieku. Mieszczący się przy placu Teatralnym pałac spłonął w 1944 roku i został odbudowany dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Władze miejskie – w latach pięćdziesiątych XX wieku funkcjonujące pod nazwą Prezydium Stołecznej Rady Narodowej – przeniesiono na plac Bankowy (wówczas plac Feliksa Dzierżyńskiego), gdzie pozostawiono je do dziś. Trzecie z miast – Łódź – ma wprawdzie ratusz wybudowany w 1820 roku, ale w ogóle niepasujący skalą do wielkości łódzkiego ośrodka miejskiego. Obecnie mieści się w nim archiwum, a urząd miasta ulokował się po wojnie w pałacu Juliusza Heinzla przy ulicy Piotrkowskiej.

 

Ratusz w Białej, pocztówka, między 1935–1945

Ratusz w Poznaniu, przed 1920, pocztówka

Fara

W wielu miastach jedynym budynkiem, który wygląda i funkcjonuje podobnie jak dwieście pięćdziesiąt lat temu, jest kościół. Oczywiście wówczas nie miał elektrycznego oświetlenia, ogrzewania i wydrukowanych w gablocie plakatów i ogłoszeń. Za to – tak jak dziś – regularnie odprawiano tam nabożeństwa, spowiadano i prowadzono księgi parafialne, odnotowując chrzty, śluby i pogrzeby. Osiemnastowieczny kościół jest zatem często jedyną pełnowymiarową instytucją publiczną. Dlatego ogromne znaczenie ma jej dostępność. Pod koniec XVIII stulecia sieć parafialna jest dość gęsta, a parafii jest więcej niż miast. W diecezji poznańskiej przeciętna parafia liczy ośmiuset katolików, w diecezji krakowskiej – tysiąc trzystu parafian, a w diecezji wileńskiej – dwa tysiące czterystu wiernych. Są to wartości średnie, nie brakowało bowiem parafii skupiających dwieście osób i – na drugim końcu skali – wielotysięcznych. Różni się także obszar parafii: w diecezji chełmińskiej przeciętna parafia liczy 49 kilometrów kwadratowych, a średnio poniżej 100 przypada na parafie diecezji gnieźnieńskiej, krakowskiej, płockiej, poznańskiej, warmińskiej, włocławskiej i wrocławskiej, obejmującej zachodnie tereny Rzeczypospolitej. W diecezji przemyskiej osiąga już 103 kilometry kwadratowe, a dalej na wschodzie, w diecezji smoleńskiej, nawet 4,7 tysiąca kilometrów kwadratowych9. Warto jednak pamiętać, że katolicyzm jest tam wyznaniem mniejszości, a na wschodnich obszarach Rzeczypospolitej znajdziemy jeszcze ponad osiem tysięcy parafii unickich. Zdecydowana większość z nich to parafie lub świątynie funkcjonujące w miejscowościach, w których nie ma świątyni łacińskiej, głównie na terenach ówczesnych województw bełskiego, bracławskiego, kijowskiego, podolskiego, ruskiego i wołyńskiego oraz południowo-wschodniej części województwa krakowskiego10.

Dane te są ważne dlatego, że w tamtej epoce parafia i klasztor były instytucjami o funkcjach daleko wykraczających poza sferę religijną. Przy parafiach funkcjonowały instytucje szpitalne, choć nazwa ta może okazać się mylna. Często były to raczej przytułki dla osób chorych i ubogich. Kościoły naturalnie dawały możliwość obcowania z kulturą – muzyką, plastyką, literaturą. Gdy dodamy do tego hegemonię instytucji kościelnych w dziedzinie szkolnictwa, zrozumiemy, że w punkcie wyjścia sfera publiczna miast jest silnie zdominowana przez duchowieństwo.

Zresztą nawet gazety – jak wskazuje w historii polskiej prasy Jerzy Łojek – były w XVIII wieku przedmiotem kościelnego monopolu. Przywileje nadane przez Augusta II doprowadziły do podziału prawa do wydawania prasy między zakonami pijarów i jezuitów. Na mocy tych ustaleń pijarzy zyskali wyłączność na publikowanie na terenie Korony gazet informacyjnych w języku francuskim i niemieckim (podkreślmy, że był to język wielu urzędników na dworze królów saskich), a jezuici – w języku polskim i włoskim, po łacinie i w innych językach. Dopiero kasata zakonu doprowadziła do ustania monopolu prasowego jezuitów, ale nie monopolu jako takiego, gdyż król Stanisław August Poniatowski przyznał stosowny monopol księdzu Stefanowi Łuskinie, byłemu jezuicie, a politycznie zwolennikowi cesarzowej Katarzyny II i entuzjastycznemu sympatykowi targowicy11.

W oświacie nie było takiego formalnego monopolu, ale kluczową rolę odgrywała sieć szkół jezuickich (sześćdziesiąt siedem placówek) i pijarskich (dwadzieścia siedem placówek). Duże katolickie ośrodki edukacyjne to Kraków i Warszawa, w mniejszym stopniu Wilno i Lwów, a średnie – Poznań, Kalisz, Lublin, Zamość, Grodno. Sprawa uległa zmianie – o czym za chwilę – wraz ze zniesieniem (kasatą) zakonu jezuickiego i powołaniem Komisji Edukacji Narodowej.

Instytucje kościelne działające na terenie miasta były nierzadko źródłem jego pozycji i prestiżu. Jak piszą autorzy historii Nowego Sącza, istotną rolę w rozwoju tego ośrodka odgrywał fakt, że był on siedzibą archidiakonatu, kapituły kolegiackiej, parafii i trzech zakonów, a zatem mieszkało w nim kilkudziesięciu kapłanów i braci zakonnych. Jednak pod berłem Habsburgów pozycja ta uległa osłabieniu wraz ze zniesieniem kapituły kolegiackiej, likwidacją zakonów i wreszcie podporządkowaniem miasta nowo utworzonemu biskupstwu tarnowskiemu12. Do dziś widać, jak wielkie znaczenie dla rozwoju węgierskiego Egeru i czeskiego Ołomuńca miały funkcjonujące tam kurie i administracje dóbr biskupich. W XVIII wieku struktury kościelne to nie tylko organizacje religijne czy edukacyjne, ale także nierzadko przedsiębiorstwa rolno-produkcyjne o wielkiej skali.

Miasta biskupie są czymś więcej niż siedzibami diecezji, ale – tak czy inaczej – to posiadanie własnego biskupa i własnej katedry stanowi w okresie przednowoczesnym jeden z ważniejszych wyznaczników prestiżu. W roku pierwszego rozbioru katedry zdobią nie tylko Kraków, Poznań, Lwów, Wilno i Wrocław czy mniejsze miasta – jak Łuck, Płock, Przemyśl i Włocławek – ale także Chełmżę (wówczas liczącą kilkuset mieszkańców, a obecnie blisko piętnaście tysięcy), Frombork (dziś blisko dwa i pół tysiąca mieszkańców) i Krasnystaw (dziś niemal dwadzieścia tysięcy mieszkańców). W skład metropolii lwowskiej i gnieźnieńskiej wchodziły zresztą także, w wyniku unii lubelskiej, diecezje znajdujące się na zaanektowanych przez Rosję w kolejnych zaborach ziemiach, które miały już nigdy do Polski nie wrócić – inflancka (Dyneburg), kamieniecka, kijowska, smoleńska i żmudzka (Wornie). Także później powstawanie nowych diecezji skutkowało budową nowych katedr (na przykład w Katowicach) albo podnoszeniem do rangi katedry dawnych kolegiat (na przykład w 1786 roku w Tarnowie, w 1818 roku w Sandomierzu, w 1883 roku w Kielcach) lub klasztorów (dominikański w Sejnach w 1818 roku).

Dla znacznej części mieszkańców Pierwszej Rzeczypospolitej punktem odniesienia nie są kościoły katolickie, ale miejsca kultu innych religii. Trzecim pod względem liczby świątyń wyznaniem jest judaizm, który ma ich osiemset czterdzieści jeden, z czego aż sto sześćdziesiąt pięć na terenie województwa ruskiego. Liczba gmin żydowskich nie musi równać się liczbie synagog, podobnie jest zresztą w wypadku wyznań protestanckich. Luteranie dysponowali dwustu siedemdziesięcioma sześcioma świątyniami – głównie na terenie Wielkopolski i Prus Królewskich – z czego status zborów parafialnych miało dwieście dwanaście. Świątyń kalwińskich było jedynie czternaście13.

Zabory przyniosły instytucjom kościelnym istotną zmianę warunków funkcjonowania – nie tylko w protestanckich Prusach i w prawosławnej Rosji, ale także w katolickiej Austrii, w której panowanie Józefa II przyniosło poddanie sfery religijnej kontroli państwa. W 1783 roku doszło do zniesienia klasztorów kontemplacyjnych jako – z punktu widzenia Józefa II – bezużytecznych, a także ustanowienia z rozkazu cesarskiego czterech seminariów generalnych dla całego imperium (w Wiedniu, w Budapeszcie, w Pawii i w Louvain) oraz ośmiu proseminariów, z których dwa znalazły się we Lwowie (dla obrządków łacińskiego i greckiego), a najbliższe Galicji były ponadto w Ołomuńcu i w Grazu. „Wykładowców mianowało państwo, oczywiście spośród zwolenników rządu. Program studiów ustalony był w najdrobniejszych szczegółach, a na liście podręczników znalazły się również niektóre książki umieszczone na [kościelnym] indeksie”14.

Co więcej „»Brat zakrystian«, jak potocznie nazywało duchowieństwo Józefa II, opracował osobiście cały pastoralny program parafii. […] Proboszcz i dziekan jak zalecano, winien być przyjacielem, nauczycielem i ojcem ludu, czyli przez wydawanie poleceń jak w wojsku, stać się podporą józefińskiego państwa”. Regulowano zatem porządek nabożeństw i sposób prowadzenia ksiąg parafialnych, powierzano proboszczowi sprawy nadzoru nad pracą charytatywną, zdrowiem parafian, działalnością akuszerek. Zobowiązywano go do odczytywania z ambony ogłoszeń władz państwowych15.

Szkoła

Między ratuszem i farą, między władzą świecką a duchowną, jest szkoła, raz z wielkimi nadziejami przejmowana od instytucji kościelnych, innym razem z powrotem przekazywana w ich gestię. W 1770 roku w całej Rzeczypospolitej działało sześćdziesiąt sześć kolegiów jezuickich, z czego siedemnaście pięcioklasowych z trzyletnim kursem filozofii i czteroletnim kursem teologii, mających prawo do używania tytułu akademii. W tych sześćdziesięciu sześciu szkołach czterystu siedemnastu wykładowców uczyło ponad szesnaście tysięcy uczniów. W tym samym okresie na Uniwersytet Krakowski zapisywało się rocznie niewiele ponad stu pięćdziesięciu studentów, sławna Szkoła Rycerska w Warszawie miała osiemdziesięciu sześciu uczniów. W latach 1766–1770 wydawano przeciętnie czterysta dwadzieścia osiem tytułów książkowych rocznie16. Byliśmy potęgą.

Największe przedsięwzięcie oświatowe epoki – powołanie Komisji Edukacji Narodowej – było związane z kasatą zakonu jezuitów, który dysponował kluczową dla ówczesnej Rzeczypospolitej siecią szkół. Aby utrzymać kadrę i budynki, trzeba było stworzyć instytucję państwową zdolną do przejęcia tego dziedzictwa. Maciej Janowski wśród jej głównych tytułów do chwały wymienia zwiększenie liczby kolegiów, wydanie dwustu kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy podręczników, ujednolicenie systemu oświaty, wprowadzenie państwowego nadzoru nad szkołami17.

Nie można jednak epoki stanisławowskiej wyobrażać sobie jako okresu wyjątkowego pędu do edukacji. Kaliskie kolegium jezuickie kształciło w XVIII wieku około sześciuset uczniów, głównie synów okolicznej szlachty, a po przejęciu szkoły przez Komisję Edukacji Narodowej liczba ta spadła do dwustu. Ponadto w tym czterotysięcznym wówczas mieście istniały jeszcze dwie szkółki parafialne i jedna szkoła przy kolegiacie, ucząca – w 1787 roku – szesnaście dziewcząt i trzydziestu pięciu chłopców18.

Warto jeszcze wspomnieć o innym modelu szkół, z jakim spotykamy się między innymi w Nowym Sączu. Są to kolonie akademickie Uniwersytetu Krakowskiego. Początki tej zależności nie mają formalnego charakteru – wiążą się ze stawianiem na czele szkoły miejskiej absolwentów krakowskiej uczelni. Co ciekawe, Uniwersytet Krakowski toczył walkę o zablokowanie powstania w Nowym Sączu kolegium pijarskiego. Wzorem dla utworzenia kolonii nowosądeckiej była z pewnością krakowska Szkoła Nowodworska. Kolonie takie działały także w Poznaniu (Akademia Lubrańskiego), Chełmnie (Akademia Chełmińska), Pińczowie i we Lwowie19. Taki wzór akademickiej opieki nad szkołami średnimi powrócił – w nieco innych okolicznościach – w XX wieku, gdy pojawiły się liczne licea akademickie działające pod patronatem lokalnych uczelni.

Rozwój takich szkół jak ta w Nowym Sączu nie jest jednak regułą, lecz wyjątkiem. Położona na zachodnim skraju Galicji Biała „nie zdobyła się przed rokiem 1772 na uruchomienie szkoły miejskiej, w rezultacie – jeśli nie liczyć nauki katechizacyjnej uprawianej przez jezuitów – jedyną instytucją oświatową pozostawała szkółka ewangelicka działająca właściwie w podziemiu, zwalczana przez Kościół katolicki. Sądząc po analizowanych dokumentach źródłowych, ogromna większość mieszczan bialskich pozostawała analfabetami, tylko nieliczni umieli czytać lub pisać”20.

Elity polityczne dawnej Rzeczypospolitej podjęły – po utracie państwa – wysiłek utrzymania polskiego szkolnictwa i życia intelektualnego. W pierwszym okresie do pewnego stopnia ułatwiała to także postawa zaborców, powierzyli oni na przykład Adamowi Czartoryskiemu kierownictwo Wileńskiego Okręgu Naukowego. Pod protektoratem tego okręgu z inicjatywy Tadeusza Czackiego powstało Liceum Krzemienieckie.

W poddanej Królestwu Prus Warszawie założono w 1800 roku Towarzystwo Przyjaciół Nauk, patronujące wysiłkom nad opracowaniem zasad gramatyki (Onufry Kopczyński) czy słownika języka polskiego. Autor tego ostatniego – Samuel Linde – był równocześnie dyrektorem Liceum Warszawskiego. Wzorem dla akademii była Académie française, założona przez kardynała Armanda Jeana Richelieu, i Académie des sciences, utworzona przez Jeana-Baptiste’a Colberta. Podobne instytucje powstały jeszcze w XVII wieku w Anglii, a w następnym stuleciu w Rosji, Szwecji i Danii. W 1784 roku ukonstytuowało się Królewskie Czeskie Towarzystwo Naukowe z siedzibą w Pradze. Wydarzenia te są fundamentem nowoczesnych narodów i ich systemów edukacyjnych, a także – jak się później okaże – kryteriów selekcji nowej grupy społecznej: inteligencji. Edukacja literacka, poprawność językowa i znajomość reguł gramatyki staną się jej klejnotami, podobnie jak były nimi dla poprzedniej elity zasługi wojenne przodków i rodowody arystokratyczne. Dominacja inteligencji będzie nieco bardziej ukryta, ale równie pilnie strzeżona, nawet gdy – w warunkach braku państwa – długo nie będzie się przekładać na przywileje materialne i wysoką pozycję społeczną.