Felix, Net i Nika oraz Nadprogramowe HistorieTekst

Z serii: Felix Net i Nika #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Nadprogramowe Historie





Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Nadprogramowe Historie

ISBN: 978-83-61187-79-0

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2005-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2005-2013 by Powergraph Copyright © 2005-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

Tajemnica Kredokrada

Metoda Sześciopalczastego

Bardzo Senna Ryba

Ściema Smoczysława

Wysłannicy

Romantyczny Interdyscyplinarny Projekt

Priorytet Zero

Wędrujące Samogłoski

¤

Dla Jasia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Tajem­nica Kre­do­krada

Był cie­pły, sło­neczny pora­nek, ale ponury gmach Gim­na­zjum imie­nia Ste­fana Kusz­miń­skiego spra­wiał wra­że­nie sza­rej góry lodo­wej, którą ktoś przy­pad­kiem umie­ścił w środku War­szawy.

Felix Polon uniósł głowę i spoj­rzał na stare mury odci­na­jące się od błę­kit­nego nieba. Inni ucznio­wie omi­jali go i wcho­dzili po scho­dach, kie­ru­jąc się do wiel­kich drzwi. Musieli uno­sić rękę, by się­gnąć do klamki.

Obok Felixa sta­nął wysoki, chudy chło­pak w oku­la­rach i w czer­wo­nej blu­zie z kap­tu­rem.

— Lubię kla­sówy z matmy o poranku. — Wcią­gnął nosem powie­trze.

— Łatwo ci mówić, stary — odparł Felix, ści­ska­jąc dłoń Neta. — Roz­wią­żesz te zada­nia, zanim inni je prze­czy­tają.

Felix był niż­szy od Neta o pół głowy. Miał też jasne, w miarę porząd­nie zacze­sane włosy, pod­czas gdy Net wyglą­dał, jakby cze­sał się przy uży­ciu ładun­ków wybu­cho­wych. Nie­dbały wygląd mógł mylić – Net miał wro­dzone zdol­no­ści mate­ma­tyczne, toteż dzi­siej­sza kla­sówka była dla niego for­mal­no­ścią.

Zza rogu wyszła ruda dziew­czyna w dżin­so­wej blu­zie, spód­niczce do kolan i cięż­kich, czar­nych Mar­ten­sach. Poma­chała do chłop­ców i popra­wiła dło­nią nie­sforne loczki dłu­gich wło­sów.

— Elo, mała! — zawo­łał Net, gdy się zbli­żyła.

— Elo, wielki! — Uśmiech­nęła się do niego. — Jedyny rado­sny czło­wiek w kla­sie. Ten, który dziw­nym tra­fem ewo­lu­cji wykształ­cił kal­ku­la­tor zamiast mózgu.

Poca­ło­wała przy­ja­ciół na przy­wi­ta­nie w poli­czek.

— Będę pisał wyraź­nie i dużymi lite­rami — oznaj­mił łaska­wie Net. — Dużymi cyframi, dokład­niej.

— Dzięki, nie trzeba. — Nika unio­sła nieco głowę. — Nauczy­łam się.

— Jak tam sobie chcesz. — Net wzru­szył ramio­nami.

— Chyba nie będzie żad­nej kla­sówki. — Felix wska­zał głową pierw­sze pię­tro. Net i Nika spoj­rzeli w górę. Z okien pra­cowni che­micz­nej, znaj­du­ją­cej się bez­po­śred­nio nad wej­ściem, wydo­by­wał się dym.

— Łał! — ucie­szył się Net. — Zaraz przy­je­dzie straż i mamy resztę lek­cji z dyńki. Zobaczmy, co się dzieje!

— Cze­kaj! — krzyk­nęła za nim Nika, ale chło­pak już biegł w stronę wej­ścia. Dziew­czyna spoj­rzała na Felixa i oboje ruszyli za nim.

W chłod­nym hallu nie było czuć dymu. Nie dostrze­gli żad­nej paniki, nikt nie pró­bo­wał ucie­kać. Zapewne więk­szość nawet nie wie­działa o poża­rze.

Nagle roz­legł się tupot od strony sekre­ta­riatu.

— Z drogi! — krzy­czał pan Antoni Czwar­tek, fizyk. Minął w pędzie Felixa, Neta i Nikę i pobiegł w kie­runku scho­dów, z gaśnicą w ręku. Za nim gonił niski i pulchny dyrek­tor Sto­krotka z czaj­ni­kiem elek­trycz­nym. Na widok gaśnicy część uczniów dys­kret­nie skie­ro­wała się do wyj­ścia.

— Myśli­cie, że ktoś pod­pa­lił szkołę, żeby nie pisać kla­sówy? — zapy­tała Nika.

— Myślę nie o poża­rze, tylko o tru­ją­cych opa­rach z palą­cych się odczyn­ni­ków — odparł jak zwy­kle ostrożny Felix.

— Szkoda, że pożar nie wybuchł póź­niej — wes­tchnął Net. — To jedyna kla­sówka, którą lubię pisać.

— Chodź­cie, zoba­czymy, co się stało. — Felix ruszył w stronę scho­dów, ale na pół­pię­trze poja­wił się wła­śnie dyrek­tor Sto­krotka i starł pot z czoła i łysiny.

— Już po panice — oznaj­mił tym, któ­rzy byli dość bli­sko, by go usły­szeć. — Panuję nad sytu­acją. To tylko kosz na śmieci. Pożar abso­lut­nie lokalny. Zawo­łaj­cie, z łaski swo­jej, tych, któ­rzy cze­kają na zewnątrz.

Net uśmiech­nął się, za to Nika nie wyglą­dała na szczę­śliwą.

— Może trzeba komuś powie­dzieć o tych opa­rach — powie­działa bez prze­ko­na­nia.

— Wyczu­wam w tonie two­jego głosu, że się tro­chę cykasz tej matmy — zauwa­żył Net. — Nie martw się. I tak ci pomogę.

Uśmiech­nęła się do niego i zamru­gała zalot­nie dłu­gimi rzę­sami. Weszli na pię­tro do sali mate­ma­tycz­nej. Pano­wało w niej spore zamie­sza­nie. Wszy­scy ner­wowo pró­bo­wali zapa­mię­tać wzory, spraw­dzali umiej­sco­wie­nie ściąg lub dopiero je przy­go­to­wy­wali. Aure­lia, czar­no­włosa kla­sowa pięk­ność, zwy­kle ubie­rała się bar­dzo mod­nie. Dziś jed­nak zało­żyła strój, któ­rego główną cechą była duża liczba kie­szeni. Z kilku wysta­wały podej­rzane kawałki papieru. Celina, pulchna i sym­pa­tyczna, pró­bo­wała pisać coś na swo­jej dłoni, ale wycho­dziły z tego straszne boho­mazy. Lam­bert przy­go­to­wał długą ściągę, którą nawi­nął na dwa ołówki, jak taśmę w kase­cie magne­to­fo­no­wej. Nie­stety, sprę­ży­sty pasek papieru spa­dał co chwila z jed­nego z ołów­ków i strze­lał w powie­trze, jak syl­we­strowa ser­pen­tyna. Oskar pospiesz­nie wkle­py­wał wzory do smart­fona.

Felix usiadł pod oknem i wyjął z ple­caka rulon prze­zro­czy­stej folii, pokry­tej drob­nymi, czar­nymi napi­sami. Roz­wi­nął ją i przy­ło­żył do szyby. Wyrów­nał i doci­snął. Oce­nił z uzna­niem swoje dzieło. Z bli­ska dawało się wszystko prze­czy­tać, a już z dwóch metrów szyba wyglą­dała na zwy­czaj­nie brudną.

— Na wszelki wypa­dek — mruk­nął uspra­wie­dli­wia­jąco, widząc minę Niki. — Niby to umiem, ale może mi się przy­da­rzyć nagły atak skle­rozy.

— Stary! — Net z uzna­niem przyj­rzał się dziełu przy­ja­ciela. — Ty nawet ściągę robisz z uży­ciem tech­no­lo­gii kosmicz­nych.

— Zobacz­cie. — Nika wska­zała róg sali. Obok drzwi stał kosz na śmieci, a na ścia­nie ponad nim widać było czarne smugi. — To jakaś plaga…

Nagle w sali zapa­no­wała cisza.

— Dzień dobry — powie­działa od progu mate­ma­tyczka, Cecy­lia Bąk, zwana popu­lar­nie Ekierką. Miała pięć­dzie­siąt lat i sporą nad­wagę, którą pró­bo­wała bez powo­dze­nia ukryć pod luź­nymi stro­jami.

— Sia­daj­cie, pro­szę. — Mate­ma­tyczka otwo­rzyła dzien­nik. — Może­cie wyjąć ściągi z kie­szeni. Może­cie poło­żyć je na ławce i z nich korzy­stać. Dozwo­lone są kal­ku­la­tory, pod­ręcz­niki, zeszyty. Wolno robić wszystko, z wyjąt­kiem spi­sy­wa­nia od sąsia­dów. Nie mam siły was pil­no­wać. Przy­go­to­wa­łam za to trud­niej­sze zada­nia.

W sali ponow­nie zapa­no­wało zamie­sza­nie. Powoli, z nie­do­wie­rza­niem ściągi zaczęły lądo­wać na bla­tach.

— Impo­nu­jące — mruk­nęła mate­ma­tyczka, obrzu­ca­jąc ławki zasko­czo­nym spoj­rze­niem. Wzięła do ręki kartkę z zada­niami i pode­szła do tablicy. Auto­ma­tycz­nie się­gnęła do rynienki na kredę, ale jej palce tra­fiły w gładki pla­stik.

— Nie ma kredy — oznaj­miła zdzi­wio­nym gło­sem. — Wczo­raj na ostat­niej lek­cji było jej sporo… Net, czy mógł­byś przy­nieść tro­chę kredy z por­tierni?

Net nie­chęt­nie wstał i zaj­rzał do rynienki.

— Jakby wyli­zana — przy­znał z fascy­na­cją, ale umilkł na widok znie­sma­czo­nej miny mate­ma­tyczki. Wyszedł szybko z sali.

Zapa­no­wało pełne napię­cia ocze­ki­wa­nie. Net wró­cił po trzech minu­tach i oznaj­mił:

— Wszę­dzie skoń­czyła się kreda. W sąsied­nich salach też nie ma.

 

Ekierka spo­chmur­niała. Rozej­rzała się ner­wowo po sali.

— Wobec tego podyk­tuję wam zada­nia.

— Nie, nie może pani nam tego dyk­to­wać, bo coś na pewno się nam pokręci — zapro­te­sto­wał z ostat­niej ławki Lucjan, naj­wyż­szy chło­pak z całej klasy. Pomruki przy­ta­ki­wa­nia dobie­gły ze wszyst­kich stron. Ekierka roz­bie­ga­nym wzro­kiem omio­tła salę, spoj­rzała w kartkę z zada­niami, wypu­ściła powie­trze i znów się rozej­rzała.

— I nie będziemy wie­dzieć, gdzie są nawiasy — skrzy­wiła się Klau­dia, nakrę­ca­jąc na palec blond lok.

Lucjan uniósł dłoń.

— Tak…? — w gło­sie Ekierki sły­chać było roz­pacz­liwą nadzieję.

— Mogę iść po kredę do sklepu.

— Dosko­nały pomysł! Tylko na jed­nej nodze!

Przez salę prze­szło wes­tchnie­nie ulgi. Chło­pak spoj­rzał na kole­gów poro­zu­mie­waw­czo i wyszedł. Ekierka usia­dła za biur­kiem i ner­wowo zaczęła prze­glą­dać dzien­nik.

Lucjan wró­cił trzy minuty przed dzwon­kiem.

— W skle­pie nie ma kredy — oznaj­mił.

— I stwier­dze­nie tego zajęło ci tyle czasu? — zdzi­wiła się Ekierka.

— Na początku kreda była, ale z każ­dej klasy ktoś po nią przy­szedł. Powstała kolejka, a ja jestem bar­dzo uprzejmy, więc nie­stety wylą­do­wa­łem na samym końcu.

— Ty – uprzejmy? — Mate­ma­tyczka popa­trzyła na niego ponuro. — Trudno. Sia­daj. Ręcz­nie wypi­szę na kart­kach zada­nia dla wszyst­kich.

W tym momen­cie roz­legł się dzwo­nek i z kil­ku­na­stu gar­deł wydo­był się trium­falny ryk.

* * *

W sali bio­lo­gicz­nej jak zwy­kle pano­wał lekki mrok, za co odpo­wie­dzialne były drew­niane żalu­zje w oknach. Paliło się za to kilka lamp halo­ge­no­wych, oświe­tla­ją­cych prze­szklone regały i gablotki pełne egzo­tycz­nych roślin i zwie­rząt. Nie­które były wypchane, ale sporą część eks­po­zy­cji sta­no­wiły żywe okazy, zamknięte w klat­kach, akwa­riach i ter­ra­riach. Naj­więk­sze akwa­rium, które od początku roku szkol­nego stało puste, teraz było wypeł­nione wodą. Pły­wały w niej malut­kie, białe robaczki. Na pierw­szy rzut oka można je było wziąć za papro­chy – miały nie wię­cej niż kilka mili­me­trów dłu­go­ści. W tej robacz­ko­wej zawie­si­nie, na kamie­niu sie­dział śli­mak ze spi­ralną, tro­chę nie­fo­remną sko­rupą wiel­ko­ści ręka­wicy bok­ser­skiej. Rów­nież był biały i spra­wiał wyjąt­kowo odpy­cha­jące wra­że­nie, choć trudno było powie­dzieć, co dokład­nie je powo­do­wało.

Dziew­czyny, zazwy­czaj ciężko prze­ży­wa­jące lek­cje bio­lo­gii, usia­dły jak naj­da­lej od nowego „potwora”.

— Wygląda jak zde­chły Poke­mon — oce­nił Net.

Z zaple­cza wyszedł pro­fe­sor Butler, zupeł­nie igno­ru­jąc obec­ność uczniów. Był chudy i nie­po­zorny, miał ponad czter­dzie­ści lat. Jego popla­miony far­tuch jakiś czas temu pew­nie był biały. Rzad­kie, siwe włosy były nieco za dłu­gie i nieco za tłu­ste. Zwi­sały smutno z głowy, jakby na zaple­czu padał deszcz. Old­sku­lowe oku­lary w rogo­wych opraw­kach dopeł­niały obrazu sza­lo­nego naukowca. Butler spra­wiał wra­że­nie kogoś, kogo w naj­mniej­szym stop­niu nie obcho­dzi, czy na jego lek­cji jest cała klasa, czy tylko jedna osoba.

Pod­szedł do tablicy, się­gnął do rynienki po kredę, by stwier­dzić, że rynienka jest pusta. Zaj­rzał do niej i chwilę mam­ro­tał coś nie­wy­raź­nie pod nosem.

— Temat dzi­siej­szej lek­cji — ode­zwał się gło­śniej, odwra­ca­jąc się i sta­jąc za wiel­kim biur­kiem — „Dro­so­phila mela­no­ga­ster: Skąd się bie­rze i dla­czego jest tak upier­dliwa”. Czy ktoś ma kanapkę z dże­mem?

Ucznio­wie patrzyli na niego bez ruchu. Ni­gdy nie było wia­domo, czy Butler mówi poważ­nie, czy żar­tuje. Zazwy­czaj, po chwili zasta­no­wie­nia, gdy wszy­scy byli już pewni, że żar­tuje, oka­zy­wało się jed­nak, że mówi serio.

— Kle­mens! — Nauczy­ciel wska­zał tęgiego chło­paka, sie­dzą­cego w ławce z Celiną. — Wyglą­dasz na takiego, który ma kanapkę z dże­mem.

Kle­mens nie­chęt­nie się­gnął do ple­caka i wyjął spore pudełko śnia­da­niowe. Podał pro­fe­so­rowi zawi­niętą w papier kanapkę. Butler roz­wi­nął papier, otwo­rzył kanapkę i dłu­go­pi­sem zgar­nął dżem do sto­ją­cego na biurku sło­ika. Zli­zał z dłu­go­pisu resztkę dżemu i zamknął kanapkę z zamia­rem odda­nia jej wła­ści­cie­lowi.

— Nie, nie trzeba. — Kle­mens zama­chał roz­pacz­li­wie rękoma. — Mam jesz­cze kilka.

— OK — powie­dział nauczy­ciel i wgryzł się w kanapkę. — Dro­so­phila mela­no­ga­ster — kon­ty­nu­ował z peł­nymi ustami — czyli muszka owo­cowa. Muszka w tajem­ni­czy spo­sób mate­ria­li­zuje się nie­mal natych­miast, gdy w pomiesz­cze­niu znaj­dzie się otwarty słoik z dże­mem. Mogą być też owoce, ale moim zda­niem słoik z dże­mem jest lep­szy. Teraz wystar­czy pocze­kać.

Zamilkł i zajął się prze­glą­da­niem jed­nego ze swo­ich zeszy­tów z notat­kami, pogry­za­jąc przy tym co chwila kanapkę.

Po kwa­dran­sie zamknął zeszyt i oznaj­mił:

— Pro­szę bar­dzo, są trzy osob­niki. — Zer­k­nął na zega­rek. — Nie­zły czas dotar­cia.

— Miały bli­sko — szep­nął Net. — Pew­nie wyle­ciały mu z kie­szeni.

— Teraz skła­dają jaja — rela­cjo­no­wał pro­fe­sor, pochy­la­jąc się nad sło­ikiem. Czy ktoś chce zoba­czyć z bli­ska?

— Jak to? — ock­nęła się Klau­dia. — Wystar­czy zosta­wić otwarty słoik i one… złożą tam jaja? A my potem to zja­damy?

— Oczy­wi­ście, ale jaja są tak małe, że nie czu­je­cie ich smaku. To nie kawior. No, chyba że zacze­ka­cie dwa tygo­dnie, aż wyklują się larwy. Wtedy smak rze­czy­wi­ście się zmieni.

Klau­dia skrzy­wiła się, a wraz z nią więk­sza część klasy.

— Trzeba się pogo­dzić z rze­czy­wi­sto­ścią — cią­gnął pro­fe­sor. — Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent bios­fery Ziemi, na przy­kład, sta­no­wią jed­no­ko­mór­kowce. Nie da się nie zjeść żad­nego z nich przez całe życie. Ile ważysz? — Spoj­rzał na Klau­dię.

— Czter­dzie­ści kilo­gra­mów… — zaczer­wie­niła się lekko. — Coś koło tego.

— No to jakieś cztery kilo­gramy z tego, to bak­te­rie — oznaj­mił i odwró­cił się do tablicy.

Klau­dia zbla­dła i popa­trzyła po sobie.

— Zrzucę te cztery kilo — posta­no­wiła.

— Cał­kiem spore orga­ni­zmy też nie­raz zda­rzyło ci się nie­chcący zjeść — zapew­nił ją pro­fe­sor. — Kiedy ostat­nio jadłaś parówki?

Klau­dia zzie­le­niała. Butler się­gnął po kredę, ale tra­fił pal­cami w pustą rynienkę.

— Nie ma kredy, więc o zwy­cza­jach muszki owo­co­wej wam opo­wiem — powie­dział i zaczął opi­sy­wać szcze­gó­łowo cykle jej życia z deta­lami, które ode­brały ape­tyt abso­lut­nie wszyst­kim. Prze­rwał mu dopiero dzwo­nek.

— Za dwa tygo­dnie następna część histo­rii – „Dro­so­phila mela­no­ga­ster: Naro­dziny”. — Zakrył słoik ście­reczką i owi­nął recep­turką. — A na następ­nej lek­cji przyj­rzymy się bli­żej pijaw­kom.

Ucznio­wie nie tyle wyszli z sali bio­lo­gicz­nej, ile się z niej ewa­ku­owali. Zostali tylko Felix, Net i Nika.

— Panie pro­fe­so­rze — zapy­tał Net — co będzie dziś na zaję­ciach dodat­ko­wych?

Pro­fe­sor ski­nął ręką i pod­szedł do wiel­kiego akwa­rium. Przy­ja­ciele na wszelki wypa­dek zatrzy­mali się dwa metry od rucho­mej zawie­siny z bia­łych robacz­ków.

— Zaję­cia macie z bota­niki pro­gre­syw­nej — powie­dział Butler. — To są co prawda zwie­rzęta, a nie rośliny, ale przyda mi się wasza pomoc. Dosta­łem je na prze­cho­wa­nie od zna­jo­mego. Nie wie, jaki to gatu­nek. — Potarł brodę. — Ja też nie wiem. To mię­czaki. Praw­do­po­dob­nie.

— A ten śli­mak? — zapy­tała Nika, marsz­cząc nosek.

— No wła­śnie. Wczo­raj go jesz­cze nie było. Nie wiem, jakim cudem się tu dostał. Może sie­dział za kamie­niem i powoli rósł? Nie mam poję­cia, do jakiego gatunku należy… Nie będę go wycią­gał. Oba gatunki chyba sobie wza­jem­nie nie prze­szka­dzają.

— Będziemy się nimi dziś zaj­mo­wać? — zapy­tała zanie­po­ko­jona Nika.

— Nie wiem, czym je kar­mić. — Butler roz­ło­żył ręce. — Pró­bo­wa­łem wszyst­kiego, nawet sal­ce­sonu i ham­bur­ge­rów. O zwy­kłej kar­mie dla rybek nie wspo­mnę.

— Zna­jomy będzie zły, jak jego ulu­bieńcy zdechną z głodu — domy­ślił się Felix.

* * *

— Nie mam naj­mniej­szej ochoty spraw­dzać, co jedzą te obrzy­dli­stwa — sta­now­czo oświad­czyła Nika pod­czas dłu­giej prze­rwy. Pole­ro­wała chu­s­teczką swoje czarne Mar­tensy. — Nor­malni ludzie, jak wyjeż­dżają na kilka dni, pod­rzu­cają zna­jo­mym kota albo psa. A bota­nicy pro­gre­sywni – pięć­set litrów zawie­siny z roba­ków.

Przy­ja­ciele sie­dzieli w swo­jej Kwa­te­rze Głów­nej na stry­chu szkoły. Kwa­tera Główna była rodza­jem tajem­nej kry­jówki, klubu dla wta­jem­ni­czo­nych, gdzie mogli spo­koj­nie roz­ma­wiać. Urzą­dzili ją na początku roku szkol­nego w przy­tul­nym i prze­stron­nym pomiesz­cze­niu, które wyda­wało się być od dawna przez wszyst­kich zapo­mniane. Spa­dzi­sty dach z dwóch stron scho­dził nie­mal do pod­łogi, gdzie umiesz­czone były małe pół­okrą­głe okienka. Było tu sporo gra­tów, jakieś stare przy­rządy do fizyki, kilka wyli­nia­łych wypcha­nych zwie­rząt oraz meble: szafy i regały, które czasy swo­jej świet­no­ści dawno miały za sobą. Na środku stały trzy krzywe fotele i niski sto­lik, pod­party z jed­nej strony na cegłach.

— I może jesz­cze powiesz — ode­zwał się Net — że wybra­łaś zaję­cia dodat­kowe u Butlera, bo ja i Felix się tam zapi­sa­li­śmy?

— A co? Mia­łam iść na kurs szy­deł­ko­wa­nia?

— Butler nie jest taki zły…

— Jest obrzy­dli­wym oble­śnia­kiem… ale i tak tro­chę go lubię.

— Nie musisz go doty­kać. — Net wzru­szył ramio­nami. — Przy­znaj, że nie­które stwo­rzone przez niego gatunki były nie­złe. Moty­linki albo te kwiatki, które rosły we wło­sach. No i klasz­czące sto­krotki.

— Ujemna cho­inka też była nie­zła — dodał Felix. — I radio-cis.

— Cis miał kiep­ską jakość dźwięku — mach­nął ręką Net.

— W końcu to drzewo igla­ste.

— A wymio­tują? — zapy­tała Nika. Zebrała rude loki i spięła je z tyłu głowy spinką z zie­lo­nym oczkiem. — Trudno chyba o coś bar­dziej obrzy­dli­wego.

— No, było po niej tro­chę sprzą­ta­nia — przy­znał Net.

— Dobra… — Nika wes­tchnęła. — Pomo­żemy mu. Chyba że w mię­dzy­cza­sie wybuch­nie trzy­na­sty pożar kosza na śmieci i spło­nie cała buda.

— Zobacz­cie! — Net wska­zał jedną z pó­łek. Leżały na niej trzy zaku­rzone kredy.

— Leży tu od trzy­dzie­stu lat — oce­nił Felix. — Albo i dłu­żej.

— OK. — Net wziął je, zdmuch­nął kurz i scho­wał do kie­szeni.

— Jak trafi się jakaś cie­kawa lek­cja, to w nagrodę dam nauczy­cie­lowi.

* * *

Na ostat­niej godzi­nie były zaję­cia dodat­kowe z bota­niki pro­gre­syw­nej, które Felix, Net i Nika wybrali jako jedyni. Na stole sali bio­lo­gicz­nej stało kil­ka­na­ście ponu­me­ro­wa­nych men­zu­rek, wypeł­nio­nych wodą do jed­nej trze­ciej wyso­ko­ści. Przed nimi leżał wytłusz­czony zeszyt, otwarty na stro­nie z nary­so­waną dłu­go­pi­sem tabelką.

— Nie będziemy się dziś zaj­mo­wać rośli­nami — zako­mu­ni­ko­wał Butler, jakby nie pamię­tał ich roz­mowy sprzed paru godzin. — Zaj­miemy się robacz­kami.

— Przy­go­to­wa­li­śmy się psy­chicz­nie — oświad­czył Net.

Nika skar­ciła go wzro­kiem, ale Butler w ogóle nie prze­jął się tą uwagą. Przy­ja­ciele pode­szli do akwa­rium. Od lek­cji bio­lo­gii śli­mak prze­pełzł na sąsiedni kamień, ale wciąż wyglą­dał jak kupka zepsu­tego bia­łego sera. Był za to wyraź­nie więk­szy.

— Jak to moż­liwe, że on tak urósł przez kilka godzin? — zasta­no­wił się Felix. — Może to inny?

— Dziś zaj­miemy się tylko tymi maleń­stwami — oświad­czył Butler i znik­nął na zaple­czu, skąd zaczęły docho­dzić odgłosy prze­su­wa­nych przed­mio­tów. Przy­ja­ciele odwró­cili się i spoj­rzeli na men­zurki na wiel­kim stole, który słu­żył rów­nież za biurko pro­fe­sora.

— Czy one się tak zacho­wy­wały wcze­śniej? — Nika wska­zała akwa­rium.

Z lewej strony, gdzie stali Net i Felix, gro­ma­dziło się coraz wię­cej bia­łych robacz­ków. Przy­le­piały pyszczki do szkła i machały ogon­kami, pró­bu­jąc poko­nać nie­wi­dzialną prze­szkodę.

— Gapią się na nas — zanie­po­koił się Net. — Dżi­zas! Teraz na pewno mi się przy­śnią.

Felix prze­szedł na prawą stronę akwa­rium, ale robaczki nie ruszyły się z miej­sca.

 

— Nie cho­dzi o nas — powie­dział Felix. — Może płyną do świa­tła?

Net rów­nież prze­szedł na prawą stronę. Robaczki powoli prze­pły­nęły w ślad za nim.

— O mamu­siu­bo­ska! — Zbladł. — Nocny kosz­mar muro­wany.

Felix patrzył to na robaczki, to na przy­ja­ciela.

— Czer­wona bluza — oce­nił wresz­cie. — Reagują na kolory.

Net ścią­gnął bluzę, powie­sił na krze­śle i prze­su­nął je do prze­ciw­nej strony akwa­rium. Cała masa robacz­ków podą­żyła za bluzą.

— No to tro­chę mi ulżyło… — przy­znał z ulgą Net i zapy­tał kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem — myśli­cie, że on już pró­bo­wał je kar­mić tłusz­czem ze swo­ich wło­sów?

Nika wywró­ciła oczami.

Butler wró­cił z zaple­cza ze sporą szklaną kolbą. Zanu­rzył ją w akwa­rium, nabie­ra­jąc wodę wraz z robacz­kami. Potem pod­szedł do stołu i nalał po tro­chu do każ­dej men­zurki. Robaczki wyglą­dały na zdez­o­rien­to­wane nowym oto­cze­niem.

— Sprawdźmy, co wam przy­szło do głowy — powie­dział nauczy­ciel. Się­gnął po dłu­go­pis i zaczął coś mru­czeć pod nosem, popra­wia­jąc tabelkę w zeszy­cie.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli po sobie i zaczęli prze­trzą­sać ple­caki. Nika wycią­gnęła zawi­niętą w folię kanapkę.

— Chleb, masło, żółty ser i papryka — wyli­czyła, po czym dodała jesz­cze — okruszki cze­ko­lady.

Butler wpi­sał odpo­wied­nie nazwy do pierw­szych pię­ciu rubryk w zeszy­cie, a dziew­czyna nożem odkro­iła po kawałku każ­dego skład­nika i wrzu­ciła do kolej­nych men­zu­rek. Robaczki pod­pły­nęły do pró­bek poży­wie­nia i obwą­chały je nie­uf­nie. Te, które dotknęły cze­ko­lady, po chwili znie­ru­cho­miały i opa­dły na dno.

— Zamor­do­wa­łaś je — stwier­dził z uzna­niem Net. — Ale i tak wszyst­kie wylą­dują w kana­li­za­cji.

— Nie można wypu­ścić nie­zna­nego gatunku do ście­ków — zauwa­żył Felix.

— Nie można — przy­znał Butler, wpi­su­jąc wyniki do zeszytu. Przy pozy­cji „cze­ko­lada” nary­so­wał tru­pią czaszkę i dwa skrzy­żo­wane pisz­czele. — Musimy dbać o resztki eko­sys­temu Wisły.

Następ­nie prze­te­sto­wali kil­ka­dzie­siąt pro­duk­tów spo­żyw­czych, i nie tylko spo­żyw­czych. Bez skutku. W kilku kol­bach, w któ­rych wylą­do­wał cukier albo jaki­kol­wiek inny sło­dycz, robaczki ponio­sły śmierć.

— Poświę­ciły życie dla dobra spo­łe­czeń­stwa — pod­su­mo­wał Net.

Butler patrzył ponu­rym wzro­kiem na ostat­nią nie­spraw­dzoną men­zurkę. Nikt nie miał pomy­słu, czym jesz­cze można ura­czyć wybredne zwie­rzątka.

Roz­legł się dzwo­nek. Przy­ja­ciele wes­tchnęli i zaczęli się pako­wać.

— Mam tu jesz­cze sta­rego tic taca. — Net wygrze­bał spo­mię­dzy kawał­ków kredy małą pastylkę i obej­rzał ją z nie­sma­kiem. — Nie jest pierw­szej świe­żo­ści, ale im to pew­nie nie robi.

— Zabi­jesz je — powie­działa Nika.

— I tak umrą z głodu — odparł i wrzu­cił pastylkę do wody.

Robaczki rzu­ciły się na tic taca, jak pira­nie na surowy kotlet scha­bowy. Osku­bały go z wierzch­niej sko­rupki i wyraź­nie się oży­wiły.

— Sztuczny sło­dzik — oce­nił Felix. — To dla­tego tamte zdy­chały. Nie zno­szą praw­dzi­wego cukru.

Poże­gnali się z nauczy­cie­lem i wyszli. Gdy byli już w hallu, pan Brud­nica, niski i przy­gar­biony por­tier, posta­wił na ladzie pudło kredy. Sto­jąca obok sprzą­taczka, pani Pum­per­ni­kiel, spoj­rzała na to nie­chęt­nie.

— Roz­nieść to mamy po salach? — zapy­tała.

— Taka praca — odparł pan Brud­nica. — Te małe potwory, zwane nie wie­dzieć czemu dziećmi, znów wszystko ukra­dły.

— Co za życie. A dziś rano znów kory­ta­rze były ześwi­nione, jakby kle­jem wszystko wysma­ro­wali.

— Nic nie pora­dzimy, sza­nowna pani. Chodźmy. Ja obsko­czę trze­cie pię­tro, a pani pierw­sze i dru­gie.

— Dla­czego ja wię­cej?

— Jeden i dwa w sumie daje trzy, więc mamy po równo. Ja mam za to wię­cej wcho­dze­nia, a boli mnie noga.

Pani Pum­per­ni­kiel wes­tchnęła.

— Dobrze, zro­bię panu na rękę. Jestem przy nadziei, że tym razem nie ukradną całej kredy.

— A to zło­śli­wiec i krę­tacz — obu­rzyła się Nika. — Jedną czwartą trze­ciego pię­tra zaj­muje sala gim­na­styczna. Tam nawet nie ma tablicy.

Felix i Net nic nie odpo­wie­dzieli. Było powszech­nie wia­dome, że pan Brud­nica to wredny krę­tacz.

* * *

Następ­nego dnia pierw­szą lek­cją była geo­gra­fia. Przy­ja­ciele weszli do sali geo­gra­ficz­nej sporo przed dzwon­kiem. W powie­trzu uno­sił się podej­rzany zapach spa­le­ni­zny, a ściana nad koszem była osma­lona.

— Zobacz­cie — zawo­łał Net. — Znów nie ma kredy.

Przy­ja­ciele sta­nęli przed tablicą. Rynienka była nie tylko pusta, ale i tak jak przed­tem – wyczysz­czona z bia­łego kre­do­wego nalotu.

— To zaczyna być naprawdę inte­re­su­jące — mruk­nął Felix.

Net wyjął z kie­szeni kawa­łek zna­le­zio­nej na stry­chu kredy, ale się zawa­hał.

— Nie — pokrę­cił głową i scho­wał kredę do kie­szeni. — Wolę ją prze­zna­czyć na fizykę.

— Net!

Przy­ja­ciele drgnęli i odwró­cili się. W drzwiach stała geo­gra­ficzka, pani Kon­stan­cja Kon­stan­ty­no­pol­ska. Net wolno wyjął rękę z kie­szeni i zro­bił głu­pią minę.

— A więc zagadka roz­wią­zana — powie­działa nauczy­cielka, patrząc na nich zza zmru­żo­nych powiek, jakby to były szcze­liny strzel­ni­cze. Była ele­gancką kobietą, w sta­rym stylu. Miała pra­wie sześć­dzie­siąt lat, siwe włosy i była chuda, a wręcz zasu­szona. Wyglą­dała jak dra­pież­nik, z tym dys­kret­nym wyra­zem satys­fak­cji na twa­rzy.

Wycią­gnęła przed sie­bie rękę, a Net z ocią­ga­niem poło­żył na niej trzy kawałki kredy.

— To nie jest tak, jak pani myśli… — pró­bo­wała wyja­śnić Nika, ale geo­gra­ficzka prze­rwała jej unie­sioną dło­nią.

— Powiedz­cie mi, co to jest?! — Dra­ma­tycz­nym gestem unio­sła swoją torebkę i prze­ło­żyła palec przez wygry­zioną z boku dziurę. — Spu­ści­łam tę torebkę z oczu led­wie na kilka minut.

— To jest dziura — odparła cicho Nika.

— Nie­cią­głość powierzchni… — dodał Net.

— Miej­scowy brak poszy­cia zewnętrz­nego — dorzu­cił Felix.

— A to było w środku! — Nauczy­cielka poka­zała pustą, meta­lową tulejkę.

Wszy­scy wie­dzieli, że pani Kon­stan­cja, nie chcąc bru­dzić sobie pal­ców, używa wła­snej kredy, umo­co­wa­nej w meta­lo­wej, wykrę­ca­nej obu­do­wie, przy­po­mi­na­ją­cej kon­struk­cją szminkę. Wyglą­dało na to, że ktoś dobrał się i do tej kredy.

— W tej chwili idziemy do dyrek­tora! — roz­ka­zała nauczy­cielka i odwró­ciła się na pię­cie.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli po sobie z prze­ra­że­niem i ruszyli za nią, w opa­rach jej per­fum, które podobno sama kom­po­no­wała. Gdy tylko weszli do sekre­ta­riatu, pani Helenka, sekre­tarka dyrek­tora, obrzu­ciła ich zmę­czo­nym spoj­rze­niem, jakby chciała powie­dzieć „znowu wy”. Scho­wała do szu­flady biurka szminkę, lusterko i kilka innych pude­łe­czek z kosme­ty­kami.

— Dyrek­tora nie ma — oznaj­miła. — Jest w ubi… Poszedł umyć ręce.

Pani Kon­stan­ty­no­pol­ska otwo­rzyła drzwi do gabi­netu i gestem naka­zała przy­ja­cio­łom wejść do środka.

— Sia­da­cie i cze­ka­cie. — Wyce­lo­wała w nich chu­dym pal­cem, po czym zamknęła za nimi drzwi.

— Znowu to samo — jęk­nął zała­many Net. — Chcemy dobrze, a wycho­dzi wtopa.

— Obniżą nam oceny ze spra­wo­wa­nia — dodała Nika.

Usie­dli na dobrze sobie zna­nej skó­rza­nej kana­pie. Prze­lot­nie zwró­cili uwagę na dwie błysz­czące nowo­ścią gaśnice sto­jące przy biurku.

— Zacho­wu­jemy się tro­chę nie­ty­powo — odparł smutno Felix. — Więk­szość ludzi uważa to za podej­rzane.

— W tej szkole obo­wią­zuje chyba zasada „podej­rzany równa się winny” — powie­działa ze zło­ścią Nika.

— Zacho­wu­jemy się nie­ty­powo? — zapy­tał Net. — Jak nie­ty­powo?

— Pamię­tasz, jak szu­ka­li­śmy skarbu w pod­zie­miach? Albo jak zakra­dli­śmy się do szkoły w nocy? Albo jak wcho­dzi­li­śmy szy­bem windy na pięć­dzie­siąte pię­tro wie­żowca? Więk­szość ludzi by tego nie zro­biła.

— Niby racja — przy­znał Net. — Ale jak będziemy zacho­wy­wać się zwy­czaj­nie, to będzie strasz­nie nudno… Może powie­dzieć prawdę? Że zna­leź­li­śmy kredę na stry­chu.

— Zdra­dzi­li­by­śmy się z naszą Kwa­terą Główną.

W tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i do gabi­netu wkro­czył dyrek­tor magi­ster inży­nier Juliusz Sto­krotka. Był łysym męż­czy­zną o ner­wo­wych ruchach w przy­cia­snym, sza­ro­be­żo­wym gar­ni­tu­rze, kami­zelce, kre­mo­wej koszuli i z jaskra­wo­nie­bie­ską muszką pod szyją. Spio­ru­no­wał wzro­kiem przy­ja­ciół, któ­rzy zerwali się z kanapy.

— Sia­daj­cie — pole­cił, a sam poło­żył na sto­liku trzy kawałki kredy, sta­nął za fote­lem i oparł się o niego. Wes­tchnął. — Znowu wy…

— To moja kreda — powie­dział Net, nie­malże obu­rzony. — Przy­nio­słem ją, na wypa­dek, gdyby znów zabra­kło.

Dyrek­tor Sto­krotka nadął się, sły­sząc coś tak nie­praw­do­po­dob­nego.

— Chcesz przez to powie­dzieć — zapy­tał, mru­żąc oczy — że tak ci zależy na tym, żeby lek­cje prze­bie­gały spraw­nie?

Net wydął usta w zasta­no­wie­niu, po czym przy­tak­nął.

— Dla­czego więc cho­wa­łeś kredę do kie­szeni?

— Eee… chcia­łem ją zacho­wać na fizykę.

— Pani Pum­per­ni­kiel wczo­raj poło­żyła w każ­dej sali po trzy kawałki kredy — cią­gnął dyrek­tor coraz groź­niej­szym tonem. — A dziś z samego rana pani Kon­stan­ty­no­pol­ska przy­ła­pała was w sali geo­gra­ficz­nej na gorą­cym uczynku. Wkła­da­łeś do kie­szeni trzy kawałki kredy.