Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Tekst
Z serii: Felix Net i Nika #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Nie rozu­miem takiej sztuki. — Net zsu­nął się na pod­łogę i uniósł nogi, by zna­la­zły się jesz­cze bli­żej źró­dła cie­pła. — Ale rozu­miem twór­ców. Jeśli ktoś to kupuje, to po co mają się wysi­lać.

Felix prze­niósł wzrok na sąsiedni obraz, przy któ­rym poprzedni wyda­wał się nie­sta­ran­nie ochla­pa­nym farbą kawał­kiem płótna. Ten przed­sta­wiał wnę­trze jadalni. Ławy były usta­wione nieco ina­czej, sie­działo przy nich kilka osób. Komi­nek pło­nął, a cie­nie wyma­lo­wano z foto­gra­ficzną pre­cy­zją. Z bli­ska dawało się prze­czy­tać nawet napis na leżą­cym na ławie apa­ra­cie foto­gra­ficz­nym. Malarz nie poszedł na łatwi­znę. Musiał to chyba malo­wać pod mikro­sko­pem. W tle, z cie­nia kory­ta­rzyka pro­wa­dzą­cego do czę­ści biu­ro­wej, wyła­niała się ledwo widoczna Leoka­dia. W obra­zie było coś takiego, że Felix poczuł dreszcz.

— Obrazy jak obrazy — powie­dział, siląc się na obo­jęt­ność. — Na tym jest mgła nad lasem.

— Lasem? — Nika unio­sła głowę. Spoj­rzała na obraz, wstała i pode­szła bli­żej. — Rano tu nie było żad­nego lasu. Była linia hory­zontu.

— Teraz jest inne oświe­tle­nie.

— To nie sprawa oświe­tle­nia. — Nika pokrę­ciła głową.

Felix wes­tchnął, usiadł obok Neta i roz­wią­zał buty, by je wysu­szyć.

— A ty nie musisz wysu­szyć butów? — zapy­tał Niki.

— Są suche. Wczo­raj pasto­wa­łam. Pamię­ta­cie, jakie atrak­cje są w pla­nie przez te dwa tygo­dnie?

— Jakoś nie spraw­dza­łem za dokład­nie — odparł Net. — Ale z wto­pio­nym auto­ka­rem to chyba zostają tylko scrab­ble i crawl do karczmy.

— Mamy zwie­dzić Lol­ków — dodał Felix.

— I zamek w Lol­ko­wie — uzu­peł­niła Laura. — Spa­ce­ro­wa­li­ście?

— To bar­dziej przy­po­mi­nało prze­dzie­ra­nie się. Chyba widzie­li­śmy trze­cią kuzynkę.

Laura odło­żyła książkę, unio­sła się na łok­ciu i spoj­rzała na Felixa z zain­te­re­so­wa­niem.

— Widzie­li­ście Leopol­dynę? — zapy­tała.

— Skąd wiesz, jak ma na imię? — Nika odwró­ciła się od obrazu.

— Leoka­dia, Leon­tyna i Leopol­dyna. Czy­ta­łam tro­chę o histo­rii tego domu. Kie­dyś pro­wa­dziły go trzy kuzynki, ale od połowy lat pięć­dzie­sią­tych we wszel­kich wzmian­kach wystę­pują tylko dwie. Leopol­dyna jakby się pod zie­mię zapa­dła.

— Mieszka tam. — Felix wska­zał tyły domu. — Wygląda tak samo jak dwie pozo­stałe, tylko bar­dziej… hm, wyci­szona. Nika twier­dzi, że to ona.

Nika wciąż miała w pamięci to spoj­rze­nie. Prze­szy­wa­jące, mimo odle­gło­ści i nie­sta­bil­nego obrazu lor­netki. Wzdry­gnęła się i poszła do kuchni zro­bić her­batę.

— Wyglą­dają tak samo — Net wzru­szył ramio­nami — pra­wie tak samo się nazy­wają. I nie są sio­strami. Aha, i pro­wa­dzą pen­sjo­nat od prze­szło pięć­dzie­się­ciu lat. Jeśli to kupu­je­cie, to gra­tu­luję naiw­no­ści.

— Musia­łyby mieć z sie­dem­dzie­siąt lat — przy­znał Felix. — Nie wyglą­dają aż na tyle.

— Spraw­dza­łem w inter­ne­cie — dodał Net. — Zna­la­złem tylko kilka słów na ten temat. Naj­wię­cej na stro­nie biura podróży Czarny Kot.

— W inter­ne­cie nic wię­cej nie znaj­dziesz — wyja­śniła Laura. — Takich infor­ma­cji trzeba szu­kać gdzie indziej. Są księgi para­fialne, kro­niki miej­skie, pamięt­niki podróż­ni­ków i lite­ra­tów. Osta­tecz­nie archiwa urzędu skar­bo­wego. W waka­cje byłam przez dwa tygo­dnie we Wro­cła­wiu i w Lol­ko­wie, to nie­da­leko stąd. Spę­dzi­łam tro­chę czasu, szpe­ra­jąc w dziw­nych miej­scach.

— Więc nie przy­je­cha­łaś na narty? — zapy­tał Felix.

— Inte­re­suję się histo­rią takich miejsc. Szu­ka­łam spo­sobu, żeby się tu dostać. Zna­la­złam nazwę Trzy Kuzynki w ofer­cie tego biura podróży. Gdy­bym powie­działa rodzi­com prawdę, w życiu by mnie nie puścili.

Wró­ciła Nika z paru­ją­cym kub­kiem.

— Jak chce­cie her­batę, to jest zapa­rzony cały czaj­nik — powie­działa. — A wiesz może, czemu Leopol­dyna sie­dzi zamknięta w pry­wat­nej czę­ści?

— Wiem — zdą­żyła tylko powie­dzieć Laura, gdy z zewnątrz dobiegł huk wystrzału. Cała czwórka zerwała się i sku­piła przy jed­nym z małych okien. Z garażu wyta­czał się Goliat, spo­wity kłę­bami nie­bie­skiego dymu. Jego sil­nik wyda­wał dźwięki jak szyb­ko­strzelne działko prze­ciw­lot­ni­cze, aż drżały szyby. Na scho­dach roz­legł się tupot ferio­wi­czów, pędzą­cych, aby nie prze­ga­pić atrak­cji. Net rzu­cił się, by zało­żyć buty, a reszta już wybie­gała przed pen­sjo­nat.

— Wstrzy­maj się jesz­cze chwilę — uspo­koił go Felix. — Zacze­kajmy, czy nie zga­śnie… albo wybuch­nie.

Tobiasz wypro­wa­dził trak­tor na śro­dek podwórka, zacią­gnął hamu­lec ręczny i zsiadł z wyso­kiego fotela. Wokół gro­ma­dzili się cie­kaw­scy, utrzy­mu­jąc jed­nak bez­pieczny, ich zda­niem, dystans od potwora. Męż­czy­zna znik­nął w drzwiach garażu, który wciąż wyglą­dał, jakby wewnątrz sza­lał pożar. Po chwili wyszedł stam­tąd, trzy­ma­jąc kilka krót­kich kawał­ków liny. Znik­nął z pola widze­nia przy­ja­ciół za naroż­ni­kiem domu, gdzie zapewne było wej­ście do dru­giej, pry­wat­nej czę­ści. Śmieszki, Filip, Tymon i Tekla nie zamie­rzali opusz­czać cie­płego wnę­trza. Zajęli dwa pozo­stałe okna i obser­wo­wali roz­wój wypad­ków.

— Dziś już i tak ni­gdzie nie poje­dziemy — stwier­dził Net. — Nawet jeśli wycią­gnie auto­kar, to za godzinę mamy obiad. Aku­rat wyschną mi buty i będę mógł je moczyć od nowa.

Do jadalni weszli oby­dwoje opie­ku­no­wie, wyraź­nie roze­spani.

— Odpa­lił — oznaj­mił rado­śnie Filip, choć prze­cież to wła­śnie obu­dziło wszyst­kich.

Pan Krzysz­tof usiadł i zaczął sznu­ro­wać buty, nato­miast pani Olga, przy­tło­czona ilo­ścią rze­czy, które powinny być zro­bione, i jesz­cze więk­szą ilo­ścią tych, któ­rych robić nie należy, krą­żyła mię­dzy oknem, drzwiami a scho­dami. Nie mogła się zde­cy­do­wać, czy zakła­dać buty, czy raczej iść zbu­dzić kie­rowcę. Jeden pro­blem spadł jej z głowy, gdy pan Janusz ocię­żale zszedł na par­ter.

— Jest pan gotowy? — zapy­tała. — Czy wszystko ma pan gotowe?

— Mam klu­czyki i prawo jazdy — odparł, prze­cią­ga­jąc się.

Tym­cza­sem Tobiasz wró­cił do Goliata, wspiął się na fotel, wrzu­cił wsteczny bieg i… wpro­wa­dził trak­tor do garażu. Sil­nik popra­co­wał chwilę nie­równo i zgasł.

— Naprawdę tutaj czas pły­nie wol­niej niż w mie­ście — powie­dział roz­cza­ro­wany Net. — Jeden suk­ces dzien­nie wystar­czy.

Zawie­dzeni gapie wra­cali do pen­sjo­natu.

— Sabo­taż! — wykrzyk­nął od progu Kle­ofas.

Nie musiał wię­cej wyja­śniać, bo z dru­giej strony do jadalni weszła Leoka­dia z metro­wym odcin­kiem liny holow­ni­czej w dłoni. Za nią wkro­czyła Leon­tyna z iden­tycz­nym kawał­kiem. Poło­żyły oba dowody rze­czowe na stole i powio­dły wzro­kiem po ferio­wi­czach.

— To nasza jedyna mocna lina — oznaj­miła Leoka­dia.

— Wczo­raj jesz­cze była w jed­nym kawałku — dodała Leon­tyna.

— Cała jest pocięta na takie kawa­łeczki — uzu­peł­nił Kle­ofas. — Sabo­ta­ży­sta jest wśród nas.

— O Jezu… O Jezu… — Pani Olga oparła się o stół. — To ponad moje siły. Gdzie ja mam mój dehi­ste­rion? — Zaczęła prze­trzą­sać kie­sze­nie kurtki, wresz­cie zna­la­zła białe opa­ko­wa­nie, wsy­pała sobie do ust trzy tabletki i roz­gry­zła je. Spoj­rzała z bli­ska na opa­ko­wa­nie. — O Jezu, to nie to. To mię­tówki… No nic, może wystar­czą…

Do jadalni wcho­dzili kolejni ferio­wi­cze. Nie­uf­nie patrzyli na sie­bie nawza­jem.

— Znam się na sztuce deduk­cji. — Kle­ofas wyszedł na śro­dek, zało­żył ręce z tyłu i zaczął się prze­cha­dzać po jadalni. — Wystar­cza­jąco inte­li­gentny czło­wiek wypo­sa­żony w odpo­wied­nią wie­dzę potrafi wyde­du­ko­wać prze­bieg wyda­rzeń minuta po minu­cie. Potrafi więc rów­nież wska­zać sprawcę.

— Chyba wszyst­kim zależy, żeby wycią­gnąć auto­kar — zauwa­żył Felix.

— Ha! — Kle­ofas zatrzy­mał się i spoj­rzał na niego groź­nie. — Cze­ka­łem, kto się pierw­szy ode­zwie.

— Ty gadasz od początku — zauwa­żył Net.

— Ja mam narty, jestem więc żywo zain­te­re­so­wany wycią­gnię­ciem auto­karu. Wy nie wzię­li­ście nart.

— Bo przed wyjaz­dem spraw­dzi­li­śmy pro­gnozę pogody — odparł Felix. — Nikt z nas sobie nie pojeź­dzi.

— To zabrzmiało jak groźba.

— To stwier­dze­nie faktu.

— Wcho­dzi­li­ście dziś do garażu.

— Ty też tam byłeś — zauwa­żyła Nika.

— Ja pro­wa­dzę śledz­two, więc dla jego dobra muszę być poza podej­rze­niem. Poza tym chcę jechać na narty, a wy nie.

— Ale jak przy­szli­śmy, ty już tam byłeś — zauwa­żył Felix. — A jak wycho­dzi­li­śmy, zosta­łeś. Jeśli więc twier­dzisz, że to my prze­cię­li­śmy linę, to ty musia­łeś przy tym być.

Kle­ofas zawa­hał się.

— Ja byłem jeden, a was trójka. Nie mogłem obser­wo­wać was wszyst­kich.

— Żel­be­ton cie­bie słu­chać, nor­mal­nie — pokrę­cił głową Net.

— Pocię­cie dłu­giej liny na krót­kie kawałki musia­łoby zająć tro­chę czasu — zauwa­żyła Nika.

— Wczo­raj wycho­dzi­łaś w nocy. — Tekla wyce­lo­wała w nią oskar­ży­ciel­sko palec. — Widzia­łam mokre ślady.

— Ni­gdzie nie wycho­dzi­łam!

Pozo­stali przy­słu­chi­wali się tej wymia­nie zdań z sze­roko otwar­tymi oczyma. Felix wziął w dło­nie kawa­łek liny, wyjął mul­ti­tool i kil­koma pocią­gnię­ciami odciął koń­cówkę.

— Tak wygląda odcięta przeze mnie lina. — Pod­su­nął Kle­ofa­sowi pod nos równo prze­ciętą koń­cówkę. — A to ktoś urzę­po­lił tępym scy­zo­ry­kiem. — Obró­cił linę, uka­zu­jąc postrzę­pione włókna.

— Może ona ma tępy scy­zo­ryk. — Kle­ofas spoj­rzał na Nikę.

 

— W ogóle nie mam scy­zo­ryka.

— Prze­gry­zła! — wykrzyk­nęła Tekla.

— A może wy to zro­bi­li­ście na spółkę? — Net spoj­rzał na Teklę i Kle­ofasa tak groź­nie, jak tylko potra­fił. — Żeby teraz móc się popi­sy­wać.

— Prze­stań­cie — ode­zwał się pan Krzysz­tof. — Kon­struk­tyw­nie, co możemy zro­bić? — Spoj­rzał na kuzynki.

— Sklep w Lol­ko­wie jest już zamknięty — wyja­śniła Leoka­dia. — Hono­rata poje­dzie po nową linę jutro.

— Pan Janusz na pewno ma w bagaż­niku linkę holow­ni­czą. — Pani Olga zaplo­tła dło­nie i spoj­rzała z nadzieją na sie­dzą­cego w rogu kie­rowcę.

Ten pokrę­cił tylko głową.

— Jak można nie mieć w bagaż­niku linki holow­ni­czej?! — wybu­chła opie­kunka. — To naj­po­trzeb­niej­sza rzecz, kiedy się zepsuje samo­chód!

— Auto­karu nie holuje się na lince — odparł spo­koj­nie pan Janusz.

— Ale łań­cu­chy na koła powi­nien pan mieć!

— W tych warun­kach to chyba gąsie­nice.

Pan Krzysz­tof spoj­rzał na zega­rek.

— Za dzie­sięć minut wyru­szamy na obiad. Do sprawy wró­cimy po powro­cie. Niech każdy przy­po­mni sobie, czy nie działo się tu wczo­raj lub dziś coś podej­rza­nego.

Ferio­wi­cze w kiep­skich nastro­jach poszli się przy­go­to­wać do wyj­ścia. Przy­ja­ciele patrzyli na sie­bie smutno. Trudno było im wyczy­tać ze spoj­rzeń kole­gów, kto uwie­rzył w wywód Kle­ofasa.

— Możemy wyłą­czyć z naszej umowy anty­kło­po­to­wej Kle­ofasa? — zapy­tał cicho Net. — Odczu­wam wewnętrzną potrzebę przy­wró­ce­nia mej wiary w spra­wie­dli­wość.

— Wyjąt­kowo się z tobą zga­dzam — przy­znał Felix.

Nika nie powie­działa tego, ale i Felix, i Net czuli, że myśli podob­nie.

* * *

Nie padało, ale w powie­trzu wisiała ciężka wil­goć. Mil­cząc, brnęli po kostki w mokrym śniegu. Dopiero gdy docho­dzili do karczmy, Net zwer­ba­li­zo­wał swoje prze­my­śle­nia z całej drogi:

— To jed­nak wyjąt­kowe gnoj­stwo, zbie­rać punkty fejmu za obsma­ro­wy­wa­nie innych.

Karczma przy­wi­tała ich cie­płem i zapa­chem kapu­śniaku. Wszy­scy zajęli te same miej­sca, co wczo­raj, więc Laura usia­dła na wprost Felixa.

— Spoko, ja wiem, że to nie wy ją prze­cię­li­ście — oświad­czyła na wstę­pie.

— Dzięki. — Felix uśmiech­nął się do niej. — Szcze­rze powie­dziaw­szy, to ta lina nie została urzę­po­lona tępym scy­zo­ry­kiem. Przyj­rza­łem się jej z bli­ska, a nawet kawa­łek sobie przy­własz­czy­łem.

Wyjął z kie­szeni kil­ku­cen­ty­me­trową koń­cówkę liny, którą sam odciął pod­czas mowy obron­nej. Net, Nika i Laura pochy­lili się nad nią.

— To czemu powie­dzia­łeś o tym scy­zo­ryku? — zapy­tał Net.

— Żeby nie wda­wać się w tłu­ma­cze­nia, w jakie zaraz będę musiał się wdać, żeby wam to wytłu­ma­czyć.

— Nie jeste­śmy kre­ty­nami.

— Wiem, ale to nie jest oczy­wi­ste dla kogoś, kto się nie inte­re­suje tech­niką. Tuż przed wyj­ściem przyj­rza­łem się tej linie pod lupą. I dosze­dłem do wnio­sku, że została roz­darta. Nawet nie roze­rwana, bo wów­czas włókna byłyby nie­równo powy­ry­wane i powy­cią­gane, tylko roz­darta.

— A po pol­sku? — popro­siła Nika. — Czym się różni roz­dar­cie od roze­rwa­nia?

— Tak mi się powie­działo, bo na to bra­kuje odpo­wied­nich słów. Lina jest wyko­nana z poskrę­ca­nych mniej­szych linek, te z jesz­cze mniej­szych, aż w końcu docho­dzimy do poje­dyn­czych włó­kien. — Felix roz­cza­pie­rzył koń­cówkę, by to zade­mon­stro­wać, na sku­tek czego lina roz­pa­dła się na cień­sze sznurki. — Ten, kto znisz­czył linę, musiał się nie­źle przy­ło­żyć. A tak to wygląda, jakby każde małe włókno zostało roze­rwane oddziel­nie.

— Tysiące małych palusz­ków — pod­su­nął Net.

— Mniej wię­cej. Gdyby taką linę roze­rwać nor­mal­nie, czyli na przy­kład powie­sić na niej… jakieś dwa­dzie­ścia ton, to roze­rwana koń­cówka wyglą­da­łaby jak po eks­plo­zji. Każde włókno byłoby innej dłu­go­ści i ster­cza­łoby w inną stronę.

— Więc jed­nak ktoś je prze­ciął tępym scy­zo­ry­kiem — stwier­dził Net.

— Nie. Wtedy byłyby na nich ślady cię­cia. A one są ewi­dent­nie roze­rwane. Pod lupą roze­rwa­nie wygląda zupeł­nie ina­czej niż roz­cię­cie. Dałoby się linę roze­rwać tak równo, ale trzeba by ją zaci­snąć w tym miej­scu z siłą kil­ku­na­stu ton, żeby włókna się nie prze­su­wały. Taki nacisk może dać spe­cja­li­styczny sprzęt, na przy­kład stra­żac­kie klesz­cze hydrau­liczne. Tylko że one zosta­wi­łyby wyraźne ślady na linie.

— I co z tego wynika?

— Nie wiem. — Felix roz­ło­żył ręce. — Mówię, co odkry­łem.

— Sta­aary… — Znie­chę­cony Net zsu­nął się na sie­dzi­sku. — Tyle gadki w szmatkę?

— A czy ta lina mogła zostać… — Laura zawie­siła głos — prze­gry­ziona?

Roz­wa­ża­nia zostały prze­rwane poda­niem kapu­śniaku na żeber­kach.

— Kapu­śniak… — wes­tchnęła Laura, uno­sząc brwi.

— Wykręca kubki sma­kowe na lewą stronę, ale na tym polega życie — skwi­to­wał Net. — Rosół nie ma tej cha­ry­zmy.

Wszy­scy, poza Laurą, pochło­nęli zupę. Ocią­ga­nie kole­żanki nie uszło uwagi Neta.

— Daj, jestem wszyst­ko­żerny. — Bez pyta­nia przy­su­nął do sie­bie jej miskę i przy­stą­pił do kon­sump­cji. — Będzie zgaga — mruk­nął mię­dzy jedną łyżką a drugą. — Ale warto.

— Czy mnie się zdaje, że ty nie lubi­łeś kapu­sty? — zapy­tał Felix.

— Było, nie­prawda.

Na dru­gie danie podano odsma­żane gołąbki w sosie pomi­do­ro­wym. One sma­ko­wały już wszyst­kim.

* * *

Po powro­cie do pen­sjo­natu pan Krzysz­tof nie wspo­mniał sło­wem o prze­cię­tej linie. Z braku świad­ków i dowo­dów śledz­two nie miało sensu. Zamiast tego ogło­sił:

— Usiądź­cie wszy­scy w pobliżu kominka, zro­bię zdję­cie dla waszych rodzi­ców.

— Mamy się uśmie­chać? — zapy­tał Net.

— Byłoby to wska­zane. Oszczę­dzi mi dora­bia­nia uśmie­chów.

Po sesji foto­gra­ficz­nej część ferio­wi­czów poszła do swo­ich pokoi. Reszta została w jadalni, nikt nie miał ochoty wycho­dzić na zewnątrz. Kle­ofas szep­tał coś do Tekli i Śmie­szek, co chwilę zer­ka­jąc w stronę przy­ja­ciół.

— Ktoś tu pod kimś świ­nię kopie — mruk­nął Net. — Resztką żela­zo­wej woli powstrzy­muję się przed uży­ciem prze­mocy wobec tego pomroku ewo­lu­cji.

Felix pokle­pał go po ramie­niu. Przy­niósł z pokoju scrab­ble i przy­ja­ciele usie­dli przy „swoim” końcu stołu. Wycią­gnęli z woreczka po jed­nej płytce z literą, aby usta­lić kolej­ność ruchów. Nika wylo­so­wała literę „Q”. Poło­żyła ją na środku plan­szy i oznaj­miła:

— Nie chcę w to grać.

— Możemy się umó­wić, że „Q” uży­wasz jako „A” — zapro­po­no­wał Felix.

— Nie o to cho­dzi. To nie był przy­pa­dek z tą zamianą litery.

Chłopcy patrzyli badaw­czo na przy­ja­ciółkę.

— Można by się z nimi wymie­nić na grę. — Net wska­zał kon­ku­ren­cyjną paczkę. — W co oni grają? W Wol­sunga, w Osad­ni­ków, w Eufrat i Tygrys? Jakieś zna­jome pudełko.

— Nie mam poję­cia — odparł Felix — ale coś mi mówi, że się nie zgo­dzą. Chwi­lowo jeste­śmy w tym towa­rzy­stwie… mało lubiani.

— Zacznijmy już obmy­ślać zemstę na Kle­ofa­sie. Poczuję się lepiej. — Net rozej­rzał się po sali. — Spo­dzie­wa­łem się, że będzie tu tele­wi­zor. Sygnał GSM jest tak słaby, że inter­net działa z pręd­ko­ścią z innej epoki. Gdy­by­ście mieli lap­topy, mogli­by­śmy zagrać po sieci. To jest jak cof­nię­cie się w cza­sie. Nie ma co robić. Co robili nasi pra­dzia­do­wie, żeby się nie nudzić?

— Szli spać — odpo­wie­działa Nika.

— Jest wpół do szó­stej.

— No to możemy na przy­kład pooglą­dać malar­stwo. — Wstała i pode­szła do nie­do­koń­czo­nego obrazu. Przy­glą­dała mu się z bli­ska, z daleka, pod róż­nymi kątami, aż wresz­cie dys­kret­nie ski­nęła na chłop­ców. Nie­chęt­nie pode­szli. — Pagórki są wyraź­niej­sze, a tu widać zarys geo­me­trycz­nego kształtu.

— Wygląda tak samo — oce­nił Felix. — No, może w sztucz­nym świe­tle widać róż­nicę odcieni, któ­rej nie było widać w dzień.

— Poprzed­nio mówi­łeś, że nie widać ich w sztucz­nym świe­tle — przy­po­mniała Nika.

— Nie wiem, nie przyj­rza­łem mu się wczo­raj. — Felix nie­mal dotknął nosem płótna. — Może i coś tu jest.

— Coś, czego nie było jesz­cze parę godzin temu.

Felix wes­tchnął i pokrę­cił głową.

— Może jesteś zbyt wraż­liwa i atmos­fera tego domu tak na cie­bie działa.

— Albo źle zno­sisz takie wyjazdy — dodał Net. — Jak to wyglą­dało wcze­śniej na takich obo­zach?

— To pierw­szy raz. Zawsze jeź­dzi­łam z rodzi­cami… Z mamą…

— Więc wszystko jasne. Masz kom­pleks uchodźcy, czy jak to się tam nazywa. Bra­kuje ci domu i stąd te schizy.

— To nie są żadne schizy! To z tym domem jest coś nie tak.

Net skrzy­wił się i zasło­nił usta.

— Co się dzieje? — zanie­po­ko­iła się Nika.

— Zgaga. Chyba dopra­wili ten kapu­śniak sta­rym elek­tro­li­tem z aku­mu­la­tora. Mam taki cze­ski spe­cy­fik na cho­robę loko­mo­cyjną tose­ne­vrati, ale jesz­cze zacze­kam. Może samo przej­dzie.

— Zja­dłeś podwójną por­cję — przy­po­mniał Felix. — Wypij mleko albo wyżuj parę gum.

Nika schy­liła się i pod­nio­sła zgiętą na pół kartkę, która komuś wpa­dła za nogę ławy. Na wygnie­cio­nym papie­rze foto­gra­ficz­nym for­matu pocz­tów­ko­wego wid­niał obraz przy­po­mi­na­jący te z jadalni. Na pierw­szym pla­nie przy stole sie­działa młoda kobieta w pro­stej sukni z połowy dwu­dzie­stego wieku. Obok na stole drze­mał rudy kot. Tłem dla cało­ści był regał z książ­kami, w który wmon­to­wano wycho­dzącą poza kadr mapę lub sche­mat. Wydruk był wyso­kiej jako­ści, więc można było odczy­tać tytuły z grzbie­tów na regale, a nawet tytuł roz­działu otwar­tej książki leżą­cej na stole. Wyglą­dało na dzieło tego samego arty­sty, bo ilość szcze­gó­łów była impo­nu­jąca, od pier­ścionka z zie­lo­nym oczkiem na palcu kobiety, po pre­cy­zyjny orna­ment na świecz­niku obok niej. Felix i Net nachy­lili się nad zdję­ciem.

— Jest pod­pis H.K. — Nika wska­zała dolny prawy róg. — Żaden z obra­zów w jadalni nie jest pod­pisany.

— Może to wer­sje OEM-owe — zasu­ge­ro­wał Net.

— Jakie?

— OEM to zna­czy, że jedna firma sprze­daje coś, na przy­kład sprzęt kom­pu­te­rowy, pod wła­sną marką, choć tak naprawdę kto inny jest pro­du­cen­tem.

— W malar­stwie to tak nie działa… Cho­ciaż, kiedy się lepiej zasta­no­wić, to może cza­sem.

— Zna­jąc twoją uczci­wość, kom­bi­nu­jesz teraz, jak zna­leźć wła­ści­ciela. Może wystar­czy zapy­tać?

Nika pokrę­ciła głową i scho­wała zdję­cie do kie­szeni bluzy.

— Muszę się nad tym zasta­no­wić. — Rozej­rzała się po sali.

Chyba nikt z nie­licz­nych teraz ferio­wi­czów nie zwró­cił uwagi na jej zna­le­zi­sko.

* * *

Nika wyszła z łazienki jako ostat­nia z dziew­czyn. Włosy miała owi­nięte ręcz­ni­kiem, który miał ukryć drobne wałeczki. Loki to fajna rzecz, ale pro­ces ich powsta­wa­nia nie­ko­niecz­nie nadaje się do publicz­nej pre­zen­ta­cji. Było chłodno, a miała na sobie tylko mar­tensy i koszulę nocną, więc wbie­gła po scho­dach na dru­gie pię­tro. Zatrzy­mała się jed­nak przed drzwiami do pokoju i spoj­rzała w górę. Sufit cicho trzesz­czał. Co kilka sekund roz­le­gało się pyk­nię­cie, jakby ktoś pukał w deskę malut­kim mło­tecz­kiem. Nika stała nie­ru­chomo z zadartą głową. Wyobra­żała sobie, co może powo­do­wać ten dźwięk, i od razu stwier­dziła, że z pew­no­ścią nie jest to ktoś z malut­kim mło­tecz­kiem. Jeżeli tam na górze w ogóle był jakiś ktoś. Bar­dzo lekka osoba mogła skra­dać się w stronę zej­ścia ze stry­chu, ale rów­nie dobrze mógł to być szczur… co było chyba nawet gor­szym warian­tem.

Pchana nawet nie cie­ka­wo­ścią, ale jakimś tajem­ni­czym impul­sem, zro­biła krok w stronę scho­dów.

— Co ty wypra­wiasz?

Nika aż pod­sko­czyła na dźwięk szeptu. Zamru­gała, powra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści, i spoj­rzała na Neta sto­ją­cego w drzwiach jego pokoju. Zdała też sobie sprawę, że sama jest już na trze­cim stop­niu scho­dów.

— Zamon­to­wa­li­ście kamerę w dziurce od klu­cza? — zapy­tała szep­tem.

— Schody trzesz­czą.

— Schody też, ale… — Pode­szła do Neta. Wska­zała kciu­kiem w górę. Teraz trzesz­czał już cały sufit.

 

— Mam nadzieję, że przez naj­bliż­sze dwa tygo­dnie ten dom się nie zawali.

Zza ple­ców Neta wyj­rzał Felix. Mru­żył oczy, bo chyba wła­śnie się obu­dził. Przy­gła­dził blond grzywkę.

— Drew­niany dom jest… ela­styczny — powie­dział bez prze­ko­na­nia. — Cho­ciaż nie byłem ni­gdy w domu, który by się tak zacho­wy­wał.

— Może rury sty­gną? — zasta­no­wił się Net.

— To nie rury. — Felix dotknął ściany. Drgała przy każ­dym trza­śnię­ciu. — Te grube belki to kon­struk­cja. Może śnieg top­nieje i zmie­nia się obcią­że­nie dachu.

— Na dachu nie ma już śniegu — zauwa­żyła Nika.

Felix wzru­szył ramio­nami. Nie miał wię­cej pomy­słów.

— Myślisz, że Leoka­dia mie­rzyła, czy dom się nie… defor­muje? — zapy­tał Net.

— Zasta­na­wia­łem się nad tym. — Felix potarł brodę. — Ona mie­rzyła odstęp mię­dzy para­pe­tem a fra­mugą drzwi, ale na par­te­rze. Par­ter jest muro­wany, więc sztywny. Gdyby z domem działo się coś nie­do­brego, ściany byłyby popę­kane. A tam jest zale­d­wie kilka drob­nych rysek, jak w każ­dym domu.

— Może jest kiep­ska z tech­niki — wtrą­ciła Nika — i nie wie, co spraw­dzać.

— Albo coś nie­do­brego dzieje się tylko z tą drew­nianą czę­ścią — dodał Net. — Naj­bar­dziej mnie inte­re­suje, kiedy trzeba zacząć ucie­kać.

— Domy nie walą się tak nagle. — Felix ziew­nął. — Naj­pierw dają sygnały, że coś jest nie tak.

— Prze­cież ten dom wła­śnie to robi!

Felix przy­ło­żył palec do ust, bo Net mówił coraz gło­śniej. Trza­ski sta­wały się rzad­sze.

— No i po wszyst­kim. — Felix odwró­cił się i wszedł do pokoju. — Możemy iść spać. Dobra­noc.

Net spoj­rzał na Nikę i pora­dził:

— Niczego już nie spraw­dzaj. Hop do wyrka i lulu. Tylko zdej­mij tur­ban.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się lekko i na dobra­noc cmok­nęła Neta w poli­czek. Naj­ci­szej jak potra­fiła, weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi, uży­wa­jąc tym­cza­so­wego klu­cza zro­bio­nego przez Felixa.

Regina znów sie­działa po turecku z koł­drą na gło­wie i zapeł­niała pajęcz­nik sło­wami i rysun­kami. Na sto­liku paliła się czer­wona lampka.

— Też to sły­sza­łaś, prawda? — zapy­tała Nika.

Gotka powoli unio­sła wzrok. Przy­tak­nęła i uśmiech­nęła się nie­po­ko­jąco. Nic nie powie­działa.

Nika zdjęła ręcz­nik, roz­wi­nęła drobne wspo­ma­ga­cze loków i poło­żyła się do łóżka z prze­świad­cze­niem, że dzieje się tu coś bar­dzo dziw­nego, a te ferie ani tro­chę nie będą bez­stre­sowe.

* * *

Szła bru­ko­waną ulicą. Roz­kla­pane buty śli­zgały się na mokrych kamie­niach. Musiała omi­jać prze­wró­cone przy­czepy, dymiące jesz­cze wraki samo­cho­dów, bla­szane skrzynki po amu­ni­cji. Nad wylud­nio­nym mia­stem snuły się czarne dymy. Nad­kła­dała drogi, by nie przejść koło wypa­lo­nego pojazdu opan­ce­rzo­nego, w któ­rym dzień wcze­śniej widziała osma­lony szkie­let.

Dostrze­gła go za rogiem. Ze zwie­szoną głową sie­dział na schodku przed znisz­czo­nym zakła­dem fry­zjer­skim. Hełm leżał obok, jakby mło­dziutki żoł­nierz pró­bo­wał żebrać, ale w mie­ście nie było nikogo, kto chciałby mu dać choćby naj­mniej­szą monetę. Zresztą pie­nią­dze nie miały teraz żad­nej war­to­ści. Zatrzy­mała się bez stra­chu. Nie wyglą­dał groź­nie. Był skraj­nie wyczer­pany, nogę opla­tały mu prze­siąk­nięte zaschłą krwią ban­daże. Zdjęła z ramie­nia zro­biony z prze­ście­ra­dła tobo­łek pełen kon­serw. Gdy puszki zagrze­cho­tały o zie­mię, chło­pak wolno uniósł głowę.

1 Ultra­ma­ryna – nie­bie­ski pig­ment mine­ralny pocho­dze­nia natu­ral­nego lub syn­te­tycz­nego, sto­so­wany do pro­duk­cji farb, lakie­rów i ema­lii. [wróć]

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?