Izbica, IzbicaTekst

Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Izbica, Izbica
Izbica, Izbica
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Izbica, Izbica
Izbica, Izbica
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Max Kirnberger, Chłopiec z Izbicy, BPK / BE&W

Copyright © by Rafał Hetman, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Alicja Stępniak, Sabina Szczerbuk

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-239-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ II

Powroty

Izbica, Izbica

Wydani

W ukryciu

Ocaleńcy

CZĘŚĆ III

Dziewczynka

Gniew

Niepamięć

O synagodze i domu strażaka

CZĘŚĆ IV

Oczy

Ojciec

Czaszka

Najlepszy prezentowy papier

Komendant

Łopata

Komunia

Lekcja historii

Kości

Tam mieszka taki pan

Skarb

Wszystko oryginalne

Gdańszczanin

Nie wiem, czy pan zechce zanotować

Dzień powszedni kuczek

Szafa

Sąsiedzi

Chleb

CZĘŚĆ V

Historia dobra do gazety

Sir Martin Gilbert

Paul Oberländer

Trzydzieści zdjęć na Facebooka

Tęsknię za tobą

CZĘŚĆ VI

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

CZĘŚĆ I

– To był Żyd, ale uczciwy – dodał dziadek.

Prababka Julka natomiast farbowała masło sokiem z marchwi. Siadała na stołku w ciemnej kuchni, wciskała dzbanek ze śmietaną między nogi, ubijała, a potem lała w jasną masę świeżo wyciśnięty barwnik. Na koniec wszystko delikatnie mieszała i odstawiała na kredens.

Kiedy masło stężało, szła z nim z Tarzymiech na targ do Izbicy. Trzeba było iść przez Pniaki do torów, a potem na szosę lubelską, pod oknami domu żydowskiego szewca i obok budynku stacji kolejowej. Farbowane masło dobrze się sprzedawało.

Późnym popołudniem, po powrocie do domu, pokazywała gwoździe kupione u Śliwińskiego, garnek wytargowany od Żyda, chleb od Królikowskich.

A wtedy, tuż przed wojną, Żydów było w Izbicy cztery tysiące i każdy miał imię i nazwisko. Szulik Handwerker, Leon Blatt, Sura Gryner, Jakow Icchak Lewand, Miriam Rojtensztajn.

Jan Kowalski – to łatwiej zapamiętać.

Pradziadek Jan Kowalski pracował we dworze.

– Ale nie jako zwykły parobek, tylko człowiek od maszyn. Kiedyś pan kazał im pracować w Przemienienie, środek żniw, ale zeszła burza, piorun strzelił w snopek i wszyscy pouciekali. Od tamtej pory pan już wiedział, że trzeba dzień święty święcić. To był Żyd, ale uczciwy – mówił dziadek Miecio.

Wierzyć w takie historie? Albo w to, że Rypcicha piechotą zaszła do Lublina i jeszcze tego samego dnia wróciła na kolację? Albo że Garbal „Bandytka” gwizdał piosenki tak, jakby cała orkiestra grała, a mały Jakub Hersz Griner został księdzem, pisze wiersze i wraca do Izbicy na zarośnięty cmentarz, gdzie wiosenne roztopy od lat odsłaniają kikuty macew, przypominając o ludziach, których, tak jak zaplanowano, prawie nikt nie pamięta?

Na razie nie trzeba nikogo pamiętać, bo wszyscy jeszcze są. Rośnie pękata grusza, we dworze dzwon bije na zakończenie roboty, Żydzi z Izbicy (choć prababka Julka mówi: Żydy) chodzą po wsi i sprzedają łyżki, młotki, igły do szycia, kłódki do komórek, a chłopi mozolą się w polu.

– Butów nie było, dziecino – opowiadał dziadek. – Tylko na zimę brało się po starszym bracie, wypychało słomą i się chodziło.

Więc teraz idzie boso, bo jest lato, bo chociaż jest najmłodszy, to musi odpracować swoje, starsi bracia też pracują. Wiele lat później zapomni, jak się nazywał Ignacy Margules, ale teraz jeszcze pamięta i prowadzi krowę na sznurku. Najpierw do dworu. Tak się umówił z kancelistą Margulesa. Schodzi w debrę, wspina się na wzgórze po drugiej stronie, stamtąd widać czubek dworskiej dzwonnicy, a dalej zabudowania folwarczne. Krowa jest większa od niego, ale on ma już twardą skórę na podeszwach stóp, nosi wodę z rzeki i wie, jak rozmawiać ze zwierzętami.

Kiedyś zapytałem, jakie jest jego najwcześniejsze wspomnienie. „Grobla”, powiedział, i że stoi na tej grobli, piasek parzy go w stopy, a z drugiego brzegu rzeki niosą się ludzkie głosy. Może to pijany szewc, który nie był jeszcze pijanym szewcem, złorzeczy całemu światu i ludziom, że go nie rozumieją?

Domu kancelisty dziś już nie ma, ostał się za to dworski spichlerz, mieszka w nim stara Kopniecka, a za ścianą jej pokoju rodzina trzyma w boksach konie. Kiedyś były tu czworaki z murowanymi czerwoną cegłą piwnicami do przechowywania ziemniaków i warzyw, obora, owczarnia, a trochę dalej, nad samą rzeką, dworska mleczarnia, którą kupili później Żydzi z Izbicy i od tego czasu ludzie zaczęli nazywać ją pachciarnią.

Kancelista nie wychodzi z pachnącego szabasem domu, kiedy chłopiec pojawia się ze swoją krową na podwórzu folwarku. A Miecio robi swoje. Idzie do obory i wyprowadza z niej krasulę kancelisty. Ten Żyd też na pewno miał imię i nazwisko.

– Jakoś tak… Mordka? – Ale dziadek już nie pamięta.

Z dwoma sznurkami w dłoni chłopiec prowadzi w sobotę parę bydląt na łąkę. Wraca pod wieczór.

Kopniecka powoli wydostała się spod pierzyn w wygniecionym łóżku, kiedy wszedłem do dużej izby i zacząłem pytać o dworskie czasy i właściciela folwarku, który przez lata dawał pracę okolicznym chłopom i nie kazał pracować w Przemienienie Pańskie.

– On przebywał w Zamościu, tu tylko czasem przyjeżdżał, ale nie wyglądał, żeby to był Żyd – powiedziała i spojrzała w okno, bo co jeszcze można pamiętać po tylu latach.

Kiedy spytałem o jej najwcześniejsze wspomnienie, odparła, że tylko dzwon i smak krwi. Miała wtedy kilka lat, dziś dziewięćdziesiąt siedem. Młody Dąbski szybko zjadł jagody, które matka przyniosła im w garnuszku, i na złość Heni, bo jeszcze jadła swoje, uderzył ręką w jej kubek. Usta wypełnił smak krwi. A dzwon dzwonił zawsze w południe, chociaż Kopniecka już nie pamięta, czy na początek roboty, czy na przerwę.

Prababka Julka farbowała masło sokiem z marchwi. Pradziadek Jan Kowalski, łatwo go zapamiętać, chociaż nie zachowało się żadne jego zdjęcie, pracował we dworze, ale nie jako zwykły parobek, tylko człowiek od maszyn, a Ignacy Margules jedynie czasem przyjeżdżał do dworu w Tarzymiechach, bo oprócz folwarku miał jeszcze inne majątki i inne zajęcia. Jak się nazywał, znalazłem w internecie.

Dowiedziałem się też, że w Zamościu mieszkał przy ulicy Staszica 17, numer telefonu 51. „Hojnie wspierał dom starców i straż pożarną (ufundował jej bęben)”. Działał w Bundzie i pełnił funkcję przewodniczącego zarządu żydowskiego gimnazjum, a także prezesa stowarzyszenia Gemilas Chesed. Był radnym miasta, wiceprezesem banku kupieckiego oraz ławnikiem sądowym. „Odznaczał się bardzo dużą ofiarnością na polskie i żydowskie cele społeczne” bądź też „na cele społeczne i patriotyczne”. „Jednymi z największych kwot w mieście wsparł budowę lotniska i stacji opieki nad matką i dzieckiem”. Urodził się w 1872, syn Hersza i Szyfry. Uczciwy człowiek.

 

Prababka Julka nie była bardzo pobożna, wątpiła w piekło i w niebo, a odmawiając różaniec, sprzeczała się z Bogiem, ale umów dotrzymywała. Więc kiedy kancelista przychodził w niedzielę ze swoją krasulą na jej podwórko, Julka wołała Miecia, żeby przyprowadził ich krowę z obory. Z dwoma sznurkami w dłoni Żyd szedł z bydlętami na łąkę. Wracał pod wieczór.

– Była jeszcze Żydówka, która mieszkała ze starą matką – przypomniała sobie Kopniecka. – Więcej Żydów nie pamiętam.

W Tarzymiechach żyło tylko kilka rodzin żydowskich. Ale wystarczyło przejść przez Pniaki, potem z górki szosą lubelską, a tam już Żyd na Żydzie – tak mówiła prababka Julka, tak powtarzał po niej dziadek Miecio. Izbica. Miasteczko było żydowskie, odkąd prababka pamiętała. A potem wystarczyło tysiąc czterdzieści dziewięć dni, żeby Żydzi na zawsze z niego zniknęli.

CZĘŚĆ II

Powroty

Tojwi Blatt miał zniknąć, tymczasem wracał piechotą z Mchów do Izbicy. Chciał jechać na Berlin, ale żołnierze Armii Czerwonej sunący na zachód nie pozwolili mu mścić się na Niemcach.

W otoczeniu czołgów z gwiazdą i dostarczonych przez aliantów chevroletów, studebakerów i willysów z napisem „MADE IN USA” Tojwi pierwszy raz od kilku lat poczuł się bezpiecznie.

– USA” znaczit: „Ubitʹ Sukinsyna Adolfa” – mówili żołnierze, przechwalając się potęgą swojej armii.

Kiedy odjeżdżali, Tojwi wskoczył na czołg, ale dwóch sołdatów od razu ściągnęło go na ziemię. Został na środku drogi.

Było lato 1944 roku. Tojwi miał siedemnaście lat. Na zachodzie alianci przełamywali Niemców w Normandii, na wschodzie Armia Czerwona wypierała ich daleko za linię Wieprza. Na łąkach wokół Izbicy pasły się stada bezpańskich źrebaków wyprowadzonych przez Niemców z majątku Smorczewskich w pobliskiej Tarnogórze. W miasteczku trwały porządki. Partyzanci chowali co lepsze sztuki broni, a gorsze zdawali lokalnym komendantom, bo przecież wojna już się skończyła, więc wyszedł nakaz rozbrojenia ludności. Sowieccy saperzy szukali niewybuchów. Pewnego szewca, urządzonego już nieco w mieszkaniu Sury Gryner, zaczęli nachodzić urzędnicy z gminy. „Nie dla was ten lokal” – tłumaczyli. Niektórzy do prac wokół domów wynajmowali niemieckich jeńców przetrzymywanych w klinkierni. Mówiło się, że przez Izbicę przejeżdżają rodziny, które najpierw podpisały folkslistę, a potem uciekły przed Armią Czerwoną – teraz wracały do swoich wsi pełne niepokoju. Nikt nie naprawiał zerwanych torów. Ze słupów zwisały kable. Drewniane budy i chałupy poszły na opał jeszcze zimą. Kto miał jakikolwiek zaprzęg, jeździł do lasu i wycinał, co się dało. Marianowi Rysakowi sąsiad, kolega z Batalionów Chłopskich, okradł mieszkanie. Hersz Blank mieszkał już w Lublinie, ale jeszcze nie wiedział, że niedługo zabiją go członkowie Armii Krajowej. Ciągle stała synagoga i byk namalowany na niebieskiej ścianie cały czas patrzył ludziom w oczy. Piekarnia Królikowskich wciąż pracowała.

Kiedy Tojwi dotarł do Izbicy, zdał sobie sprawę, że nikt na niego nie czeka. Na ulicy spotkał piegowatego kolegę ze szkoły opartego o ścianę jednego z budynków.

– Czego się tu kręcisz, zasrany Żydzie? – rzucił na powitanie. – Myślisz, że jak czerwoni przyszli, to już będzie geszeft? Ja cię mogę w tej chwili zakatrupić tym oto pistoletem…

Tojwi zrozumiał, że nie otworzą się przed nim żadne drzwi w rodzinnym mieście. Nawet w jego dawnym domu mieszkał już ktoś obcy.

Poszedł do piekarni. Stara Królikowska przywitała go z uśmiechem. Rozmawiali do późna. Opowiedział jej o Sobiborze i powstaniu więźniów, o tym, jak Żydzi zwabili Niemców do baraków i jak ich zabijali nożami i siekierami, o tym, że w czasie ucieczki zaplątał się w drut ogrodzenia, a kiedy próbował się uwolnić, ludzie wylatywali w powietrze na minach rozłożonych wokół obozu, aż w końcu wspomniał o kuli, która cały czas tkwiła w jego szczęce, ale to już była zupełnie inna historia.

– Tojwi, nie bądź jak każdy Żyd, że tylko interes, interes, kilka jabłek… – powiedziała mu tej ciepłej nocy stara Królikowska. – Weź się za jakąś godną robotę. Zostań piekarzem!

Nie miał pojęcia o takiej pracy. Królikowska zaproponowała, że go przyuczy do zawodu. Tak został pomocnikiem.

Zaczynał pracę kilka godzin po północy, kiedy do zakładu przychodził piekarz Piasecki. Tojwi czyścił piec, przygotowywał precle, bułki, ale nikt już nie dzielił wypieków na trefne i koszerne. O szóstej rano zasypiał na legowisku nad ciepłym piecem. Królikowska karmiła go zupą i bułkami.

Chanan Lipszyc miał zniknąć, tymczasem wracał z lasu do Izbicy. Wiedział, że wojna się kończy. Od wielu dni nawet do gęstych lasów za Ostrzycą, Wirkowicami, Krasnem i Orłowem dochodziły wieści o zbliżającej się Armii Czerwonej. Chanan spędził ostatnie dni w wykopanej rękami ziemiance. Wokół niego, pod drzewami, w norach osłoniętych liśćmi, też ukrywali się Żydzi. Chociaż nigdy nikogo nie widział, słyszał, jak wieczorami ktoś śpiewa żydowskie piosenki. Chanan miał ładny głos, więc któregoś razu odśpiewał. Melodie wypełniały mu ostatnie noce wojny. Wkrótce z oddali zaczęły się nieść przytłumione grzmoty wybuchów, w lesie pojawili się przestraszeni uciekinierzy z Izbicy i okolicznych wsi. Mówili, że to Armia Czerwona bombarduje.

Chanan postanowił sprawdzić, czy Rosjanie są już w jego miasteczku. Wyszedł z lasu i natknął się na jakiś oddział.

– Jesteście Żydami? – zapytał po polsku, ale tamci zrozumieli.

– Niet, my Gruziny – odpowiedzieli. – Eto jewriej! – Wskazali na jakiegoś żołnierza.

To naprawdę był koniec. Chanan miał osiemnaście lat i nie wiedział, co dalej. Stanął przed swoim pustym domem, a potem wrócił do gospodarza kilka kilometrów za Izbicą, u którego przez jakiś czas się ukrywał. To był ktoś, kogo znał, kogo mógł zapytać o radę. W Izbicy nie miał już nikogo. Jego dom stał pusty. Bał się do niego wracać. Podobno Polacy od dawna mieszkali w opuszczonych domach. W dodatku ludzie zaczęli mówić, że jacyś miejscowi zabili Żydów, którzy zostali w lesie. Chanan wiedział, co to oznacza. Żydowi nie trzeba powtarzać. Dołączył do grupy, która chciała się dostać do Zamościa. Tam teraz podążali ocalali Żydzi. Kupili wódkę, zatrzymali jakiś rosyjski samochód i wręczając kierowcy butelkę, poprosili, żeby ich zabrał.

Ale w Zamościu do budynku, w którym nocowali, ktoś wrzucił granat. Na szczęście Chanan spał na piętrze. Nic mu się nie stało. Zrozumiał jednak, że tu też nie może zostać.

– Pojadę do Lublina – powiedział.

– Zanim pojedziesz, wróć po moją żonę i córkę – poprosił go znajomy Żyd z Ostrzycy. – Ja sam nie mogę. Nie mam siły.

Zgodził się. Wrócił do Izbicy, jeszcze raz przemknął koło swojego domu, ale nawet nie zajrzał do środka, od razu poszedł do lasu. Żona i córka znajomego żyły. Dziewczynce tylko spuchły nogi i nie mogła chodzić. Chanan zaniósł ją więc do Izbicy na plecach. Tam znów kupił wódkę, znów zatrzymał samochód, cała trójka bezpiecznie dotarła do Zamościa.

Fiszel i Symcha Białowiczowie mieli zniknąć, tymczasem wrócili z Zamościa do Izbicy. Stwierdzili, że skoro w Zamościu ktoś wrzucił Żydom granat przez okno, to w Izbicy nie może być gorzej. Bracia chcieli zobaczyć, co z domem. Piętnastoletni Fiszel planował pójść na cmentarz, gdzie prawdopodobnie zginęła ich matka, zanim jego wraz z czwórką rodzeństwa wywieziono do Sobiboru. Trzydziestodwuletni Symcha, przed wojną farmaceuta, miał nadzieję, że jeśli poprosi, dostanie pracę w aptece.

Fiszel drżał, idąc z bratem rozpaloną słońcem ulicą. Całe miasteczko wydało mu się cmentarzem. Ludzie patrzyli na nich jak na przybyszy z innego świata. Kiedy ktoś wraca z obozu zagłady, trudno w niego uwierzyć. Ale Fiszel i Symcha nie byli duchami. Kilku z tych, którzy im się przyglądali, ruszyło za braćmi w milczeniu. Szli za nimi krok w krok, w odpowiedniej odległości. Z chwili na chwilę tłum gęstniał, a Białowiczów ogarniał coraz większy strach. Rozdzielili się.

Fiszel poszedł na cmentarz. Liczył, że spotka tam kogoś, kto mu wyjaśni, jak zginęła matka. Potem chciał sprawdzić, co z domem. Symcha poszedł do apteki.

Kiedy Fiszel zbliżał się do wzgórza, na którym leżał cmentarz, zobaczył dawnego kolegę ze szkoły. Biegł w jego stronę z rewolwerem w ręce.

Żydowi nie trzeba powtarzać.

Fiszel rzucił się pędem w stronę dawnego komisariatu policji. Ktoś tam na pewno będzie. Popędził przez rynek. Minął opuszczoną synagogę. Byk namalowany na niebieskiej ścianie powiódł za nim wzrokiem. Róg Kolejowej i Gminnej, a za torami ostatnia długa prosta. Ten z pistoletem nie przestawał go gonić, ale Fiszel był szybszy. Okazało się, że Symcha już czeka na niego w komisariacie. Też uciekł przed ludźmi z miasteczka.

Radzieckiemu oficerowi opowiedzieli o Sobiborze, o pracy w sortowni i przy wycince drzew, o powstaniu, wybuchających minach, o dzwonieniu w uszach, ucieczce, granacie wrzuconym przez okno w Zamościu i o ludziach, którzy bez słowa szli za nimi ulicami Izbicy.

– Macie teraz polski rząd i polską armię – powiedział oficer. – My nie możemy was chronić. Jedźcie do dużego miasta. Tam będziecie bezpieczni. Nikt was nie rozpozna.

I dał im kilka granatów. Wyjaśnił, jak z nich skorzystać, a potem zaprowadził Białowiczów do wojskowej ciężarówki i kazał kierowcy wysadzić ich w Lublinie.

Chaim Korenfeld miał zniknąć, tymczasem wrócił do Izbicy nocą z grupą Żydów poznanych w Lublinie. Miał dwadzieścia jeden lat. Przed wojną był nieduży i chudy, teraz wyrósł i wydoroślał. Jego dziadek Hersz był postawnym człowiekiem z długą brodą. Tę brodę jakiś Niemiec obciął mu tuż przed deportacją. Ojciec Fajwel, również pobożny Żyd, do września 1939 roku pracował w młynie. Była jeszcze matka Rachela oraz siostra i brat. Wszyscy zginęli w Bełżcu i Sobiborze. Chaim z Sobiboru uciekł, ale nie w czasie powstania, jak Tojwi, Symcha i Fiszel. Kilka miesięcy wcześniej wymknął się strażnikom z dwoma innymi więźniami w czasie pracy w lesie. Chciał walczyć. Dołączył do oddziałów partyzanckich. Razem z nimi i Armią Czerwoną dotarł w lipcu 1944 roku do Lublina. Potem zamierzał wyzwolić Warszawę, ale Rosjanie mieli inne plany. Został więc w Lublinie, a w końcu ruszył do Izbicy.

Przyjechali z nim koledzy – Heldman, Orgenweisen i kilku innych Żydów, ale tylko Chaim znał Izbicę. Prowadził ich więc po pustych ulicach miasteczka. Nocami ludzie zamykali się teraz w domach i chowali najlepsze ubrania. Bandy szabrowników robiły, co chciały, prawie codziennie słyszało się o jakimś napadzie. Niektórzy umyślnie nosili najgorsze łachy, żeby nie kusić złodziei.

Ale Chaim nie był złodziejem, chociaż do Izbicy zabrał pistolet. Przyjechał odnaleźć mężczyznę z blizną na twarzy. Nie pamiętał, jak się nazywa, ale był pewien, że nadal tu mieszka.

Zaczęli szukać.

Pusto.

Tylko w barze toczyło się jakieś życie. Chaim wszedł i od razu go zobaczył. Mężczyzna pił piwo. Na twarzy miał bliznę, którą kiedyś wypalił mu ogień.

– Wiesz, kim jestem? – zapytał, ale tamten pokręcił głową. – Nie pamiętasz, jak obciąłeś dwa palce mojej matce, żeby jej zabrać pierścionki?

– To nie ja.

– Dwa pierścionki, dwa palce!

Chaim sięgnął po pistolet. Wymierzył. Wystarczyło tylko nacisnąć spust.

Głośne walenie do drzwi wyrwało Tojwiego ze snu. Ktoś dobijał się do piekarni. Zaspana i potargana Królikowska rzuciła tylko:

– Uciekaj na strych!

Żydowi nie trzeba powtarzać.

Migiem znalazł się na górze i wcisnął w najciemniejszy kąt. Usłyszał, jak na dole otwierają się drzwi. Słowa, rozmowa. Po chwili wołanie, że może zejść. Znów trzeba wyczyścić piec, przygotować precle, bułki.

Stara Królikowska nic nie powiedziała, ale Tojwi czuł, że coś jest nie tak. Odkąd zaczął pracować w piekarni, ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Szukali go? Ktoś zdradził, że w piekarni pracuje Żyd?

Piekarz Piasecki podszedł do niego, kiedy Królikowska gdzieś wyszła.

– Tojwi, uciekaj stąd! – powiedział wystraszony. – Nie czekaj, bo może być za późno!

A potem dodał, że w Izbicy nie ma już ani jednego Żyda, że to, co było żydowskie, należy teraz do Polaków, a oni nie mają zamiaru oddać zajętych domów.

 

– Szukają cię, szukają! Uciekaj, jedź do Lublina, zanim będzie za późno.

Tojwi zawinął w papier kilka bułek. Wyszedł z piekarni.

Przecież wojna się skończyła, a mimo to on znowu musiał uciekać. Tylko że nie było już omnibusa do Zamościa ani do Lublina. Pociągu też nie, bo nikt jeszcze nie naprawił zerwanych torów. Trzeba było łapać okazję, zatrzymać jakieś wojskowe auto albo furmankę, ale nikt nie reagował na rozpaczliwe machanie chudego chłopaka.

Po kilku godzinach stania przy drodze Tojwi zauważył, że zbliżyło się do niego kilku mężczyzn. Ruszył naprzód, ale oni szli za nim krok w krok, w odpowiedniej odległości. Gdy się odwrócił, rozpoznał Bojarskiego. Teraz był pewien, że musi uciekać.

Wybiegł na drogę i zaczął machać do nadjeżdżającej wojskowej ciężarówki. Kierowca trąbił, ale on nie miał zamiaru odskoczyć. Pomyślał, że i tak zginie – albo jeśli tu zostanie, albo jeśli przejedzie go ten wielki samochód.

Auto wyhamowało metr przed Tojwim. Z szoferki wyskoczył żołnierz z pistoletem. Krzyczał po rosyjsku.

– Nie jestem waszym wrogiem – tłumaczył się Tojwi. – Jestem Żydem w strasznym niebezpieczeństwie. Błagam, zabierzcie mnie stąd!

– To jest pojazd wojskowy. Nie nadaje się do przewożenia cywili.

– To mnie przejedźcie. Jest mi wszystko jedno. Nie ruszę się stąd. Proszę, zlitujcie się…

Kierowca przyjrzał mu się raz jeszcze.

– Wskakuj.

Na pace była zamontowana armata przeciwlotnicza z metalowym krzesełkiem. Tojwi dosiadł maszyny. Żeby nie wypaść, z całej siły chwycił się dźwigni celowniczych. Spojrzał z góry na mężczyzn stojących przy drodze. Samochód ruszył. Tojwi wpatrywał się w znikające sylwetki.