W skrócie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

I. Silva rerum

II. Pies łańcuchowy

Jestem waszym psem łańcuchowym

Literatura musi się upominać o sprawiedliwość

Książki będą zawsze

To nie demaskacja, to koloryt lokalny

Skorowidz

Karta redakcyjna

Okładka


Wszelako dziwne jest w tej książce materii pomięszanie!



Sienkiewicz

I. Silva rerum


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


III RP – nie wiem, dlaczego państwo, w którym żyjemy, nie ma swojej dewizy. Ma godło, hymn, sztandar, ale powinno mieć coś do napisania na wstędze pod Orłem, tak jak Amerykanie piszą pod swoim e pluribus unum. Najbardziej pasowałby ten cytat z Witkacego: „Dobrze jest, psiakrew, a kto mówi, że nie, to go w mordę!”.

Akcje – sensem urządzania akcji jest to, że z zasady nie mają one sensu, ale zawsze prowadzone są w słusznej sprawie: przeciwko przemocy, niesprawiedliwości, głodowi w Afryce, globalnemu ociepleniu i tak dalej. Akcja może polegać na wyłączeniu na minutę albo i godzinę prądu na całym kontynencie (co, jak wyjaśni każdy fachowiec, poprzez dodatkowe obciążenie sieci w sumie znakomicie zwiększa jego zużycie). Albo na wymalowaniu billboardów z informacją, że zupa była za słona, względnie że kij służy do grania, nie do zabijania. Albo na zagonieniu szkolnych dzieci do sprzątania śmieci zamiast tych, którym za to płacą, ale im się nie chce. Albo na wydojeniu budżetu na masowe robienie przypadkowym osobom badań, których normalnie przychodnia odmawia bez skierowania lekarskiego, jako że uchodzą za szkodliwe dla zdrowia. Najczęściej jednak akcja polega na tym, że dowartościowujące się udziałem w niej sławy występują publicznie z wyrazami poparcia dla akcji i są potem bardzo dumne, że wzięły udział w akcji, wykazując się poparciem dla słusznej sprawy.

Algorytm wyborczy III RP – jest prosty: do wyboru mamy zawsze złodziei, ale przynajmniej fachowców, oraz oszołomów, ale przynajmniej uczciwych. Jeśli wyborcy zdecydują się na złodziei, gdzieś w połowie kadencji orientują się, że moralność kandydatów ocenili właściwie, ale co do rzekomej fachowości dali się zwieść. Jeśli postawili tym razem na oszołomów, okazuje się, że ich oszołomstwo jest niewątpliwe, ale wiara w uczciwość, niestety, była złudna. Po czym w kolejnych wyborach głosy przerzucane są ze złodziei na oszołomów albo odwrotnie; i tak da capo. (Tak to wygląda od strony publicysty i prostego ludu. Od strony działaczy → Dylemat reformowania III RP).

Alkoholizm – uważam za znak przemiany, która się dokonała, znacznie wyraźniejszy niż różne statystyki, że alkoholizm przestał być tematem literackim. Uzależnienie od C2H5OH w różnych jego formach inspirowało swego czasu wielkie dzieła, od „Pod wulkanem” czy „Moskwa – Pietuszki” po „Pętlę”, i jeszcze pokolenie starsze od mojego o dziesięć lat widziało w chlaniu jakąś wzniosłość, metafizykę, a zaszczanego i obrzyganego pijaczka opiewało jako postać niezwykle skomplikowaną i fascynującą. Tymczasem dla pokolenia wychowanego już po transformacji ustrojowej picie jest tylko piciem i niczym więcej. Oczywiście, kto zbyt często rozładowuje stresy w ten sposób, może wpaść w alkoholizm, tak jak może się uzależnić ten, kto wciąga, złapać HIV-a ten, kto chodzi na dziwki, albo wtopić kasę ten, kto agresywnie inwestuje. Ale tematu literackiego, wzniosłości nie ma w tym żadnej i nie da się już z alkoholizmu wyżąć żadnej literatury.


Alpaga – łagodnie, ale skutecznie działający środek eutanazyjny, rozwiązujący w III RP problem tak zwany wykluczenia i nadmiaru nieproduktywnej ludności, nieprzydatnej w budowie kapitalizmu (→ Transformacja ustrojowa) z powodu braku wykształcenia i chęci do pracy. Dziesięć lat temu zażywany regularnie przez około trzy miliony rodaków, obecnie już tylko dwa.

Antyklerykalizm – inaczej zwany „barbaryzmem labudyzmem” od nazwiska najbardziej swego czasu znanej przedstawicielki nurtu oskarżającego Kościół o chęć „iranizacji” Polski, wprowadzenia państwa wyznaniowego i „wpieprzania się we wszystko”. Dziś już te emocje opadły, sama Barbara Labuda, otrzymawszy jakąś tam godność na dworze Aleksandra Kwaśniewskiego, gwałtownie zmieniła ton i dostosowując się do szefa, zaczęła nagle popierać konkordat z Watykanem; co było zresztą w jej wypadku swego rodzaju powrotem do młodości spędzonej w przyparafialnych salkach, gdzie podobni jej przedstawiciele liberalnej opozycji w peerelu liczyć mogli na jedyny azyl.


Czytając gazety sprzed 1995 roku (czyli sprzed ogłoszenia przez Kwaśniewskiego kursu „z Kościołem już nie walczymy”), aż trudno uwierzyć, jaką histerię był w stanie rozpętać wówczas Salon przeciwko „czarnym”, w jak dobrym tonie było mówić: „Ja też jestem katolikiem, ale jak widzę tych skurwysynów, to mnie po prostu szlag trafia”. (Zapisany przez publicystę „Wprost” głos anonimowego inteligenta na widok procesji Bożego Ciała w Warszawie; sam byłem świadkiem, jak na oko dostatnio odziany i raczej pochodzący z górnych warstw społecznych chłopak mówił, mijając kościół, z którego dochodziły śpiewy niedzielnej mszy: „Ale bym tym skurwysynom wpierdolił jakąś bombę”, na co jego dziewczyna popatrzyła na niego wzrokiem „my hero!”). „Gazeta Wyborcza” kibicowała wtedy grupie licealistów, która wystawiła w szkole własnego pomysłu sztukę zaangażowaną, gdzie w początkowej scenie pierwszy sekretarz odbierał przez telefon dyrektywy z Moskwy, a w ostatniej politycy współczesnej już Polski przez ten sam telefon z Watykanu, po drodze zaś był jeszcze Niesiołowski z Anastazją P.; oczywiście trybuna Salonu broniła twórców widowiska przed ciemnotą części rodziców, którym się społeczne zaangażowanie młodzieży nie podobało (Pamiętacie jeszcze film „Dreszcze”? „Dzieci, musicie rodzicom powiedzieć »nie«. Musicie być odważne. Odwagą cechowali się tacy wielcy Polacy, jak Tadeusz Kościuszko i Paweł Finder”). W ogóle zachęcam do studiowania owych czasów, bo najbardziej znaczące nie jest to, jak potężną, nikczemną energię zdołała wtedy w swych odbiorcach uruchomić wszechpotężna wówczas w mediach michnikowszczyzna (to da się od biedy wyjaśnić jakimiś socjologicznymi prawidłowościami i ogólnym zgłupieniem w czasach transformacji, wielkiego pomieszania, przestawiania znaków wartości i „zapaści semantycznej”) – ale to, jak łatwo potem tę histerię dosłownie z dnia na dzień wygaszono, gdy przestała być potrzebna. To była prawdziwa i budząca zgrozę prezentacja potęgi → Salonu.

Antysemityzm – popularne zwłaszcza w kręgach narodowo-katolickich powiedzenie mówi, że kiedyś antysemitą był ten, kto nie lubił Żydów, a dziś jest nim ten, kogo nie lubią Żydzi. To jednak nieprawda, czy też nie do końca prawda, choć trzeba się zgodzić, że antysemitą jest się dziś z medialnego mianowania i właściwie może nim zostać każdy; wystarczy jakakolwiek wyrwana z kontekstu wypowiedź albo niewinna nawet życiorysowa zaszłość (→ Gombrowicz Witold).

Jednak nie jest demaskowany jako antysemita ten, kto twierdzi, że Izrael jest najbardziej agresywnym państwem świata, największym zagrożeniem dla światowego pokoju, wykwitem amerykańskiego imperializmu lub też przebiegłą siłą, która intrygą, szantażem i przekupstwem sterując waszyngtońskim „beltwayem”, w swoim interesie narzuciła z natury pokojowemu, wręcz izolacjonistycznemu narodowi agresywną politykę międzynarodową, której koszty – w postaci bilionów dolarów, tysięcy zabitych żołnierzy i nienawiści – ponoszą prości Amerykanie i cały świat. Nikt poważny nie będzie chyba twierdził, że Żydzi lubią celebrytów i intelektualistów powtarzających, że „Żydzi robią Palestyńczykom to samo, co kiedyś Hitler robił Żydom”, albo media, które utożsamianie syjonizmu z nazizmem i Gazy z warszawskim gettem uczyniły wręcz modnym stereotypem. Nic jednak nie mogą już przeciwko temu poradzić. Te same ośrodki, zarządzające emocjami na skalę globalną (→ Media elektroniczne), potrafią jednocześnie gnoić domniemanych antysemitów, najchętniej wskazując ich w Kościele katolickim i kręgach konserwatywnych, przechodzić milcząco do porządku dziennego nad autentyczną nienawiścią do Żydów krzewioną przez islam (bo, jak pokazała historia z karykaturą Mahometa w duńskiej gazecie, z tymi to lepiej nie zadzierać) i zupełnie bezwstydnie głosić rasistowską nienawiść do Żydów, przedstawiając ją jako opór wobec machlojek „globalnej finansjery” i agresywności „izraelskiego imperializmu”.

 

Widać wyraźnie, że poręczna pałka do okładania przeciwników i wymuszania rozmaitych haraczy pod pozorem „odszkodowań” za holocaust, jaką było jeszcze kilkanaście lat temu oskarżenie o antysemityzm, nie spoczywa już w rękach międzynarodowych (de facto amerykańskich) organizacji żydowskich ani innych liderów diaspory, ale dysponuje nią dziś szeroko rozumiany lewicowy → Salon i poddane jego wpływom media. Co oznacza, że antysemita to już nie ten, kogo nie lubią Żydzi, ale ten, kogo nie lubi światowe lewactwo.

Apteki – to jeden z wielu przykładów, lecz bardzo charakterystyczny. W początkach lat dziewięćdziesiątych byliśmy jako UPR proszeni o wsparcie przez grupę farmaceutów, którzy walczyli wtedy o prawo otwierania prywatnych aptek – czego socjalistyczne państwo zabraniało w trosce o poziom i jakość świadczonych usług. Nasze poparcie pewnie nie było tu zbyt ważne, ale w każdym razie farmaceutom się udało, w szybkim czasie w polskich miastach powstały setki nowych aptek, dosłownie na każdym rogu. I kilka lat później dostałem, już jako dziennikarz, apel grupy farmaceutów lobbujących za kolejną nowelizacją prawa – tym razem taką, żeby zablokować możliwość zakładania nowych aptek, ograniczając ich liczbę urzędowo do jednej na iluś tam mieszkańców, w trosce o poziom i jakość świadczonych usług. Sięgnąłem do starych papierów, żeby sprawdzić, czy pod obydwoma apelami znajdę te same nazwiska. W większości tak.

Armia Krajowa – profesor Witold Kieżun, wybitny specjalista od administracji publicznej i żołnierz Powstania Warszawskiego, opowiadał, jak w latach siedemdziesiątych stracił prestiżową posadę na renomowanym brytyjskim uniwersytecie. Był zaproszony do objęcia katedry, wszystko zostało już uzgodnione, dopięte na ostatni guzik i dosłownie w ostatniej chwili, gdy brał walizkę w rękę, powiadomiono go, że zaproszenie jest anulowane, podając jakiś mocno naciągany, w oczywisty sposób wymyślony naprędce pretekst.

Jaka była rzeczywista przyczyna, dowiedział się dopiero po latach. Gdy rozniosła się wiadomość o jego nominacji, na posiedzeniu rady zarządzającej uczelnią wystąpił z gwałtownym oporem jeden z profesorów. „Owszem, to wybitny specjalista, ale w żadnym wypadku nie możemy kogoś takiego zatrudnić. On przecież nawet nie ukrywa, że w czasie wojny należał do polskiej Home Army (czyli właśnie Armii Krajowej)”. Na tę informację cała rada wydała okrzyk zgrozy, tylko jeden z jej członków przyznał się, że nie wie, co to była Home Army. Wytłumaczono mu więc, że była to polska nazistowska organizacja militarna, która wspólnie z hitlerowcami dokonywała mordów na Żydach. Po czym rada jednogłośnie uznała, że w takiej sytuacji zaproszenie dla Polaka trzeba wycofać.

Autorytety – u zarania III RP miały być podstawą sprawowania w niej władzy. Śmiech na sali, ale będąca wtedy u szczytu wpływów grupa byłych → „komandosów” i jej → Salon tak to sobie wyobrażały, że jak zgromadzą pod swoją komendą wszystkie możliwe Autorytety (dodawano jeszcze wtedy: „moralne”), pisarzy, naukowców, w ogóle wszelkiej maści artystów i profesorów, a niepokornych zgnoją, zdezawuują i wyrugują z medialnego dyskursu w całkowity niebyt, i jak te wszystkie jedynie pozostałe na placu Autorytety będą zgodnym chórem mówić narodowi, co ma myśleć, czego słuchać, z czego rechotać, a przed kim się korzyć, to lud naprawdę ich posłucha, no bo jakże mógłby nie słuchać, kiedy mówią mu to Autorytety?


Nic z tego oczywiście nie wyszło poza poważnymi szkodami w debacie publicznej, utrzymującymi się do dziś, no i poza zdezawuowaniem w oczach Polaka wszelkich autorytetów jako takich, w czambuł.

Autostrady – we wzorcowej gospodarce wolnorynkowej, jaką zbudowały USA, nikomu nigdy do głowy nie przyszło, że mógłby je budować ktokolwiek inny niż państwo. W Polsce państwo angażuje się w dziesiątki rzeczy, które normalny kraj pozostawia obywatelom, wiedząc, że prywatny przedsiębiorca zrobi je lepiej niż urzędnik. Ale wymyślono, że akurat autostrady zbudują firmy prywatne; z wiadomym skutkiem (→ Jadąc przez Polskę, → Niemożność).

Bajki antylustracyjne – wymieńmy kilka najczęściej powtarzanych:

1) „Konfidenci to byli ludzie złamani szantażem” – nieprawda, 99 proc. tajnej armii esbeckich kapusiów donosiło zupełnie dobrowolnie, dla ułatwień w karierze, pomocy w wyjeździe zagranicznym, awansu, dobrych recenzji, pieniędzy i prezentów. Bezpieka dobrze wiedziała, że „z niewolnika nie ma pracownika”, i jeśli stosowała takie metody, to raczej po to, by kogoś złamać, skompromitować w środowisku i posiać nieufność, niż żeby naprawdę korzystać z jego donosów.

2) „Walczyli z komunizmem i nawet jeśli ich złamano, to nie mają prawa ich krytykować ci, co nic nie robili” – nieprawda, najbardziej zinfiltrowana była wcale nie opozycja, ale środowiska artystyczne, naukowe i palestra. Generalnie bezpieka chciała być tym lepiej poinformowana, co się dzieje w danym środowisku, im bardziej było ono opiniotwórcze i im miało większe możliwości kontaktowania się ze światem.

3) „Archiwa zostały tak przetrzebione, że nie da się na ich podstawie orzec prawdy” – też nieprawda, jak to powiedział rosyjski historyk Jurij Lewada (parafrazując oczywiście Bułhakowa): „Archiwa tajnych policji nie płoną”. Obieg esbeckich archiwaliów był tak szeroki, tylokrotnie je rozmnażano i kopiowano, że któraś z kopii zawsze gdzieś się znajdzie. Przykładem najlepszym donosy „Bolka”, które pozostały mimo prowadzonej z wielkim rozmachem akcji poszukiwania i niszczenia wszelkich dokumentów związanych z przeszłością byłego prezydenta.

4) „SB masowo fałszowała dokumenty” – owszem, bywało, że robiła jakąś fałszywkę w rodzaju „lojalki” Kaczyńskiego (to zresztą działo się już po roku 1989), ale nigdy nie wkładała fałszywek do swoich archiwów, robiła je przecież po to, by dezinformować innych, a nie siebie samą.

Z tym wiąże się bajka kolejna: „Esbecy wymyślali fikcyjnych agentów i przypisywali im to, co wiedzieli z innych źródeł, żeby kasować premie i brać dla siebie pieniądze za rzekome wynagrodzenia konfidentów” – akurat, spróbowałby który. Po pierwsze, bezpieka stanowiła swego rodzaju zakon, połączony nie tylko poczuciem wyjątkowości, więzami rodzinnymi i uprzywilejowaniem materialnym, ale także silnym poczuciem wewnętrznej lojalności. Po drugie, miała, jak każda służba specjalna, sprawny system wewnętrznych kontroli, wzajemnego sprawdzania się i ubezpieczania operacji i coś opisanego powyżej, jeśli nawet incydentalnie by się gdzieś zdarzyło, byłoby bardzo szybko wykryte i surowo ukarane. W peerelu w coraz większej liczbie dziedzin życia publicznego panował narastający bardak, ale akurat bezpieka cywilna i wojskowa były do ostatniej chwili najsprawniejszym narzędziem, jakimi dysponowała władza (i wiele wskazuje, że pozostały takimi jeszcze długo po jej upadku i nawet po formalnym rozwiązaniu).

Bajek antylustracyjnych naprodukowano znacznie więcej, ale pozostałe są już tak bzdurne, że szkoda o nich wspominać.

Balcerowicz musi odejść – hasło kojarzone dziś z Lepperem, w mojej pamięci pozostaje, obok „Bolek do Moskwy”, jednym z symboli centroprawicowej kontestacji początku lat dziewięćdziesiątych. O Wałęsie i sprawie „Bolka” obszernie w innych hasłach, co zaś do Balcerowicza, weterani wspomnianej kontestacji do dziś nie rozumieją i nie chcą przyjąć do wiadomości, że grając pod publiczkę z głupią zajadłością przeciwko patronowi reformy finansów państwa i – w tym wypadku nie miało znaczenia, że bardziej postulowanego i otrąbianego niż faktycznie wprowadzanego – kapitalizmu, uwiarygodniali postkomunistów i mościli im drogę do władzy w stopniu nie mniejszym, niż robił to Michnik swoimi toastami i dialektyką „jeśli nie Kiszczak z Jaruzelskim, to faszystowska dyktatura”. Tylko w innych środowiskach; Michnik przyprowadził Kwaśniewskiemu i Millerowi inteligentów, a Macierewicz, Janowski i Wrzodak prostych robotników i chłopów. Z punktu widzenia prostego człowieka rzecz była oczywista – jeśli ci z „Solidarności” sami przyznają, że to ten ich Balcerowicz zniszczył Polskę, rozkradł i wyprzedał za bezcen nasz wspólny majątek i oddał nas jakimś zagranicznym bankierom, no to trzeba głosować na komucha. Bo za komucha Polska kwitła, były wczasy, dotacje i stołówki pracownicze, a „Solidarność” popsuła.

Bezkarność – 1) Jedna z fundamentalnych zasad ustrojowych III RP.

2) Jak dowiódł w klasycznym już dziś eseju Stanisław Koźmian, jeden z twórców krakowskiej szkoły historycznej (rzadkiego w polskich dziejach pomnika zdrowego rozsądku), najgorsza z trucizn, powodująca rozkład życia społecznego, moralności publicznej, ostatecznie prowadząca do upadku państwa. Z licznych podanych przez autora przykładów, czym skutkuje rozpanoszenie się w życiu publicznym bezkarności, najbardziej wymowny jest los przedrozbiorowej Rzeczpospolitej.

Bezpieczeństwo – według psychologów najsilniejsza psychiczna potrzeba przeciętnego człowieka. Niestety, gdy ludzie masowo jej ulegają i zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa staje się główną wytyczną ich działania, skutki dla społeczeństwa są zgubne. I to na wszystkich polach. W gospodarce – bo tak zwane bezpieczeństwo socjalne wymaga rozrostu biurokracji, która szybko usamodzielnia się i jako kasta mandaryńska, wchodząc w symbiozę z kastami wielkich właścicieli i polityków, zaczyna dławić przedsiębiorczość i wszelką wolność oraz gnębić obywateli coraz bardziej rujnującymi i nieusprawiedliwionymi wspólnym dobrem podatkami. A także duchowe, bo człowiek opętany manią bezpieczeństwa zaczyna się bronić przed jego zaburzeniem nieprzyjmowaniem do wiadomości złych informacji, ucieka w niedojrzałość i niczym dziecko wypiera ze świadomości zagrożenia, przełączając kanały telewizyjne w poszukiwaniu tego, który da mu najbardziej ucukrowaną i beztroską wizję rzeczywistości. Oznaki takiego masowego zdziecinnienia nietrudno zauważyć dziś w zachodnich „państwach dobrobytu”, tych zwłaszcza, gdzie w dorosłe życie wchodzi niekiedy już trzecie pokolenie wychowane na zasiłkach (→ Wilhelm z Tyru).

Bezstronność – wrodzona i niezbywalna cecha sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Na mocy orzeczenia Trybunału sędzia taki pozostaje bezstronny nawet wtedy, gdy orzeka w sprawie swojej własnej bądź swoich najbliższych.


Bolek – chyba najgłośniejszy Tajny Współpracownik SB. Fakt, że pod tym kryptonimem zarejestrowany był Lech Wałęsa, dla świata nie jest tajemnicą co najmniej od czasu wydania tak zwanego archiwum Mitrochina, to jest od roku 1998 – jest to zbiór tajnych dokumentów KGB wykradzionych przez pracującego na dwie strony sowieckiego archiwistę. Wystarczy zerknąć do indeksu, żeby przeczytać: „Bolek – see: Walesa, Lech, numer strony”. Oczywiście w wydaniu oryginalnym, polskie zostało w tym punkcie ocenzurowane. Teza, jakoby „Bolka” wymyśliła SB na użytek komitetu noblowskiego, w świetle ujawnionych przez Cenckiewicza i Gontarczyka dokumentów z początku lat siedemdziesiątych jest nie do obrony; ale teza, że SB dezinformowała także swoją macierzystą organizację w Moskwie, jest już kompletnym absurdem.

W Polsce ujawnienie wstydliwego (i szczerze mówiąc, nie sposób stwierdzić, czy na pewno definitywnie zakończonego wyrejestrowaniem w roku 1974) epizodu z biografii „bohatera narodowego” zaowocowało histerią i dziwnym frontem „obrony czci” Wałęsy, w którym kluczowe pozycje zajęli byli komuniści na czele z Kwaśniewskim, środowisko niegdyś eksponujących mocno indyferentny stosunek wobec tradycji solidarnościowej eks-liberalnych „pragmatyków” → Tuska oraz michnikowszczyzna, u zarania III RP histerycznie nienawistna wobec Wałęsy i atakująca go wtedy za skłonność do łamania praworządności i nadużywania służb specjalnych (które właśnie książka Cenckiewicza i Gontarczyka w kontekście zacierania śladów po „Bolku” dokumentuje) tudzież uporczywie wyszydzająca „solidarnościowe kombatanctwo” – wszyscy razem zwarci w bogoojczyźnianym froncie, skierowanym między innymi przeciwko autentycznym, ale odrzuconym przy → Okrągłym Stole bohaterom „Solidarności”.

 

Ta przedziwna wolta i histeria odbierają nam, w imię jakichś guzik wartych doraźnych interesików politycznych, prawdę o naszej historii – prawdę, która jest istotnie ciekawa, w przeciwieństwie do kombatanckich bajek z rocznicowych obchodów Wałęsowego Nobla. Wystarczy sobie tylko zadać pytanie: czy komuniści zdecydowaliby się na eksperyment porozumień sierpniowych i, przede wszystkim, czy dostaliby na to zgodę Moskwy, gdyby nie mogli wykazać się przed nią, że we wszystkich trzech głównych ośrodkach – w Gdańsku, Szczecinie i na Śląsku – na czele strajków, a potem „Solidarności” stają jej konfidenci? Czy gdyby Wałęsa nie prowadził swej do dziś nieprzedstawionej uczciwie gry z komunistami (→ Renesans), nie podzieliłby losu Tadeusza Szczepańskiego bądź Stanisława Pyjasa i nie został zastąpiony jakimś innym TW, który by w przeciwieństwie do niego nie „bryknął” w decydującym momencie? Mnie te pytania wydają się retorycznymi. Pan Bóg, jak wiadomo, potrafi pisać prosto po krzywych liniach.

Bomba atomowa – w czasach mojej młodości, i to nie tylko po tej stronie „żelaznej kurtyny”, jej istnienie przedstawiane było jako największe nieszczęście, jakie mogło spaść na świat, a wynalazcy tej broni jako niemalże zbrodniarze, wskutek szaleńczych zabaw których świat stanął na krawędzi zagłady. Prawda jest taka, że twórcom „projektu Manhattan” należą się pomniki i nieustająca wdzięczność świata, który gdyby nie oni, prawdopodobnie wkrótce po ostatecznym rozwiązaniu problemu Hitlera padłby ofiarą podboju „wyzwoleńczych” hord Stalina. Choć prawda ta jest bardzo niechętnie przyjmowana do wiadomości, liczne dokumenty dowodzą, iż szydercze słowa Chruszczowa o Stalinie dowodzącym „na globusie” mają inne zupełnie znaczenie, niż sądzono. Tak, generalissimus rzeczywiście nie zajmował się drobiazgami, jakimś Rżewem, Stalingradem czy Berlinem, on planował operacje na skalę całej Europy i Ameryki. I zapewne zrealizowałby te plany, gdyby wolny świat nie posiadł broni niwelującej miażdżącą przewagę Sowietów w czołgach, działach i piechocie. Jakby szykującemu się do skoku niedźwiedziowi włożono w pysk oścień. Rozpędzona machina wojenna musiała się zatrzymać w chwili, gdy władza nad światem była już w zasięgu ręki, czekać, aż sowieccy naukowcy z pomocą szpiegów zdołają skonstruować własną broń jądrową – a to był początek jej końca. Nic dziwnego, że amerykańska bomba atomowa była przez Sowietów i legiony ich „pożytecznych idiotów” darzona aż taką nienawiścią.

Bourbon – najbardziej amerykański trunek, obok oczywiście bardzo trudno dostępnej poza USA rye whiskey; oba uważam za alkohole najbardziej godne mężczyzny. Lubiłem też swego czasu szkocką whisky, ale po pierwsze, skutecznie obrzydził mi ją fakt, iż stała się ona w Polsce napitkiem żłopanym przez rozmaitych Kwaśniewskich, Rywinów i Wachowskich, po drugie, ustępuje bourbonowi walorami smakowymi, po trzecie wreszcie, występuje w tylu gatunkach i odmianach, że uzyskanie w nich przyzwoitej orientacji wymaga studiów bardzo kosztownych dla portfela i wątroby.

Ktoś spyta może, czy propagując ten trunek, nie naruszam aby ustawy o wychowaniu w trzeźwości i nie wciągam czytelników w matnię → alkoholizmu. Owoż z mojego doświadczenia wynika, że nie ma lepszego zabezpieczenia przed alkoholizmem niż kolekcjonerski stosunek do alkoholu. Skoro już zbierasz markowe alkohole, to byle czego pić nie będziesz, żeby sobie nie psuć tanim paskudztwem smaku. Z kolei picie tego, co dobre, to jednak wydatek. A nawet gdy możesz sobie na ten wydatek pozwolić – po prostu, cholera, psujesz sobie kolekcję. W ten sposób tak jakoś wychodzi, że im gust bardziej wyrobiony, tym degustacja rzadsza i bardziej naparstkowa.

Bufet – nie uogólniałbym własnych obserwacji, gdyby nie potwierdzał ich szereg innych osób z zupełnie różnych stron i punktów widzenia. Otóż na wszelkich eleganckich bankietach przy bufecie panuje u nas „żłopanina, parskanina, mlaskanina”, eleganckie towarzystwo tłoczy się i przepycha, a kto się już dopcha, ten nakłada porcje większe niż talerz i potem w cisnącym się do darmowego żarcia tłumie smaruje innych ściekającymi sosami. Przy czym im bardziej towarzystwo jest eleganckie i szmalowne, tym bardziej bezwzględnie się dopycha i głośniej siorbie. Obserwacja bufetu na jakimkolwiek oficjalnym raucie czy artystycznym „iwencie” powie obserwatorowi więcej o naszych elitach niż jakikolwiek obszerny esej; a w każdym razie powie wszystko, co trzeba o nich wiedzieć.

Chałtura – po rusińsku znaczyło dawniej tyle co „kartka”, od czego w Kościele unickim nazwano specjalne nabożeństwo za zmarłego (coś jak u nas wypominki), zapewne będące dla parocha dodatkowym źródłem dochodu. Pracę wykonaną byle jak, bez staranności, wyłącznie dla zarobku zaczęto w ten sposób określać w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy to chałturami nazwano w środowisku teatralnym zarobkowe objazdy po prowincji. Warto zauważyć, że chałtura istnieje wyłącznie w socjalizmie. Artysta (by do tej sfery się ograniczyć) amerykański wie, że nawet gdy gra w reklamie sałatkę z pomidorów albo uświetnia otwarcie szkoły w pipidówie, musi dać z siebie wszystko; a nuż to ten właśnie moment, gdy zobaczy go ktoś ważny, od kogo zależy kariera, i raz na zawsze wyrobi sobie o nim zdanie. Artysta polski natomiast odwala robotę na aby-aby, bo czuje się stworzony do wyższych celów, i narzeka przez całe życie, że mu nie dano szansy pokazania, co naprawdę mógłby zrobić, gdyby tylko mu się chciało (→ Młode kabarety).

Chauvin, rekrut – postać z pewnej francuskiej komedii z drugiej połowy XIX wieku, uosabiająca przekonanie o wyższości własnego narodu i pogardę dla wszystkich innych. Komedię i jej autora dawno już zapomniano, a ukuty od nazwiska zmyślonego przez niego bohatera wyraz chauvinism, szowinizm, wszedł do wszystkich niemal języków. To największy sukces pisarza, jaki umiem sobie wyobrazić i o jakim można w tym zawodzie marzyć.

Chłopcy – „chłopcy malowani”, „hej, chłopcy, bagnet na broń”, „za mną, chłopcy” i tak dalej, wszystkie te wbite nam w pamięć skojarzenia i frazy nie są przypadkowe. W istocie historia Polski, wykolejonej z normalnych dziejów, była w wielkim stopniu historią chłopców, dla których powstania, insurekcje i inne katastrofy to wspaniała przygoda i sposób popisania się przed rówieśniczkami. A jeśli przy okazji spłonie ze szczętem i dorobkiem pokoleń cała stolica, diabli wezmą odzyskiwaną mozolnie państwowość, zaborca dostanie pretekst, „by uniwersytety znieść” i tak dalej, to katastrofa tym piękniejsza i tym piękniej się nią będzie można potem wzruszać.

Ciągłość historyczna III Rzeczpospolitej – dobitnie określił ją Aleksander Kwaśniewski, wręczając Orły Białe Jackowi Kuroniowi i Karolowi Modzelewskiemu, kiedy to powiedział znamienne słowa: „Wy pierwsi sprzeciwiliście się komunistycznemu totalitaryzmowi!”. Oczywiście, powinien był dodać: „Wy pierwsi spośród nas, komunistów”, ale i tak sens jego słów był jasny. Setki tysięcy osób na różny sposób represjonowanych za czasów stalinowskich, dziesiątki tysięcy „żołnierzy wyklętych”, z których ostatniego zastrzeliła SB w obławie dopiero w roku 1963, męczeństwo Armii Krajowej, WiN, pomordowani działacze PSL, to wszystko się nie liczy, to należało do zakończonej już historii innego państwa i, być może, innego narodu, równie niewiele mających z nami wspólnego, co państwo i naród Etrusków. Trzecia Rzeczpospolita zaczęła się w momencie, gdy dwóch młodych marksistów zarzuciło partii odejście od leninowskich pryncypiów, krytykując ją między innymi za tolerowanie prywatnej własności ziemi i zbyt łagodny stosunek do religii. I gdy poszli za to do więzienia, odprowadzani – jak to wspomina sam Kuroń – przez przyjaciół śpiewających im na pożegnanie „Międzynarodówkę”.


Ciekawość – jedna z normalnych, niezwykle silnych ludzkich potrzeb, której III RP zdołała skutecznie oduczyć jeśli nie wszystkich obywateli, to w każdym razie tak zwane opiniotwórcze elity. Polska stała się krajem historyków nieciekawych przeszłości, dziennikarzy nieciekawych afer, socjologów nieciekawych procesów społecznych, politologów nieciekawych kulis kluczowych politycznych negocjacji... aż po prokuratorów i policjantów nieciekawych, kto popełnił przestępstwo.

Na przykład Adam Michnik przez pół roku chodził po Warszawie i opowiadał, gdzie mógł, o nagraniu Rywina, ale żadne medium przez te pół roku nie zainteresowało się aferą, w której szło o handlowanie prawem za miliony dolarów; a gdy jedno się zainteresowało, wystarczył telefon, żeby się interesować przestało. Gdyby Michnik nie uznał w końcu, że ci, którzy powinni zrozumieć ostrzeżenie, najwyraźniej go nie zrozumieli i trzeba sprawę odpalić, zapewne znalazłaby się ona w tym samym obszarze niby-istnienia i nieciekawości, co na przykład sprawa → „Bolka”. O „Bolku” też wszyscy wiedzieli na wiele lat przed książką Cenckiewicza i Gontarczyka, ale przed nimi nie było ciekawych. Nikogo nie zaciekawiło dotąd, jak osiągnęła swój wielki sukces „Wyborcza” (poza Stanisławem Remuszką, ale to oszołom i jego książka się nie liczy), nikt nie dostrzegł ciekawego tematu w biografii Bronisława Geremka czy Aleksandra Kwaśniewskiego, nie mówiąc o monografiach pokazujących, jak najbogatsi Polacy doszli do swych bogactw.

No i nic dziwnego. Kiedy ktoś zaciekawi się, na przykład, jak upływało dzieciństwo Wałęsy, i pojedzie do jego rodzinnej wsi popytać krajanów albo zaciekawi się jak wyglądały przesłuchania przez SB Jacka Kuronia, i sięgnie po ogólnie dostępne dokumenty – wybucha i przetacza się przez Polskę niewiarygodne oburzenie, media prześcigają się w „obronie czci”, na ciekawskiego wylewane są całe kubliki pomyj, ogłaszany jest chorym z nienawiści frustratem, gówniarzem, pętakiem, faszystą, kłamcą etc., intelektualiści piszą listy, autorytety moralne wychylają się ze swych lamusów i dają głos... Po czym cichutko wszyscy przechodzą do porządku dziennego nad faktem, iż tak zasadniczo to wszystko była prawda (→ Wolność słowa).