Święta w LondynieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rachael Thomas
Święta w Londynie

Tłumaczenie:

Katarzyna Panfil

PROLOG

Dwa miesiące wcześniej

Maximiliano Martinez otworzył oczy, z zaskoczeniem czując obok siebie ciepło drugiego ciała. Lotem błyskawicy przez jego umysł przewinęło się wspomnienie ubiegłego wieczoru, rozmowa z Lisą, wspólne picie wina… Jakby poruszona tymi samymi wspomnieniami, Lisa przysunęła się do niego, a dotyk jej nagiego ciała wystawił go na ciężką próbę. Zacisnął zęby, próbując ignorować napływ pożądania, wzbudzając w sobie złość za to, że ubiegłego wieczoru uległ tej słabości. To była taka sama słabość jak ta, która sprawiała, że ślub z Lisą wydawał mu się kiedyś jedyną opcją.

Mógłby budzić się przy niej każdego ranka, gdyby był zdolny dochować swojej ślubnej przysięgi, gdyby potrafił odrzucić balast przeszłości i kochać swoją żonę. Ale nie potrafił. Jego przeszłość zerwała się z uwięzi jak krnąbrny ogier, drwiąc z niego, obnażając prawdę, przed którą próbował uciec – nie jest zdolny do miłości. Nigdy nie był i nigdy nie będzie. To dlatego zwolnił Lisę z jej przysięgi. Odszedł zaledwie kilka miesięcy po ich ślubie.

Przez ostatnie pół roku utrzymywali profesjonalny dystans, choć razem pracowali. Dobrze wiedział, że Lisa go unika, ale nie mógł jej winić. Zranił ją.

Co zatem robiła w jego łóżku?

Lisa na wpół sennie położyła rękę na jego torsie, wprowadzając rozdźwięk między jego umysłem a ciałem. Jego ciało pragnęło jej, chciało, by znów należała do niego, ale umysł wiedział, że dostatecznie dużym błędem było to, co się stało poprzedniej nocy. Max nie potrafił kochać swojej żony, ale nie chciał jej ranić. To dlatego odszedł z małżeństwa. By ocalić ją przed bólem, który taki mężczyzna jak on by spowodował.

Delikatnie zdjął jej rękę ze swojego torsu, zwalczając swój pierwotny zew. Wyślizgnął się z plątaniny długich nóg Lisy i z kołdry, zanim jego ciało zdążyło ulec pożądaniu.

- Dokąd idziesz? – głos Lisy był zachrypnięty i cholernie seksowny. Maximiliano zastygł na chwilę, niezdolny się poruszyć ani przemówić. To nie była kobieta na jedną noc, której imię ledwie pamiętał, tylko jego żona, z którą był w separacji.

Zanim poznał Lisę, zawsze potrafił oprzeć się przypływowi pożądania, ale ona działała na niego tak, jak żadna inna kobieta. Jakim cudem od rozmowy o interesach przeszli do łóżka? To miało być spotkanie na temat graczy klubu futbolowego, który ostatnio kupił i w którym ona miała być fizjoterapeutką.

Widocznie jednak oszalał, skoro myślał, że zdoła porozmawiać z Lisą przy kolacji i nie ulec potrzebie dotknięcia jej, pocałowania i ponownego uczynienia jej swoją kochanką.

A wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że odda się temu po raz kolejny, jeśli nie pozbędzie się jej ze swojego mieszkania, ze swojego łóżka. Najwyższy czas, by to przerwać. Na dobre.

- Za godzinę mam ważne spotkanie – wydusił, ubierając się. Czekało go jedynie spotkanie z mocną kawą i środkami przeciwbólowymi po tym, ile wczoraj wypili… Kiedy się obrócił, by spojrzeć na żonę, zrozumiał, że ją rani. Znowu. Mimo to wyrzucił z siebie brutalny nakaz: – Musisz iść.

- Ale… – zaczęła, błagając go wzrokiem, by złagodził swój ton, by spojrzał na nią bez złości przebijającej z każdej linii jego ciała.

- Żadnych „ale”, Liso. Po prostu idź.

- Ale wczorajsza noc… – spróbowała znów, siadając i przysłaniając ciało białą pościelą.

- Ostatnia noc nie powinna się była zdarzyć. Do licha, Liso, już to uzgodniliśmy. Nasz ślub był błędem. – Gwałtownie przeciągnął palcami po włosach i odwrócił się od niej, nie chcąc widzieć bólu w jej oczach.

Lisa odrzuciła pościel i wyszła z łóżka. Jej ruchy były płynne i pełne wdzięku, ale biła z nich także wściekłość i zranienie. Na chwilę przycisnęła palce do czoła, stanąwszy, kusząco naga. Nie tylko jego przyprawiały o katusze wielkie ilości doskonałego wina wypite ostatniego wieczoru.

- Zgodziliśmy się, że będziemy utrzymywać nasze relacje wyłącznie na stopie zawodowej. – Spojrzał na nią, żałując, że sprawy nie układają się inaczej, że jego przeszłość udaremnia jakiekolwiek emocjonalne zaangażowanie. Kiedy Lisa zaczęła się ubierać, zakrywając swoje seksowne ciało, powoli odzyskiwał opanowanie. – Zgodziliśmy się, że wciąż możemy razem pracować. Tak jak wtedy, zanim zostaliśmy małżeństwem.

- My wciąż jesteśmy małżeństwem. – Chłód jej spojrzenia nieudolnie skrywał ból bijący z jej oczu, gdy pospiesznie zapinała guziczki koszuli. – Przyznałeś, że to był błąd, ale nic z tym nie zrobiłeś…

Czy Lisa miała rację? Czy był zbyt słaby, by uznać swój błąd? A może to dlatego, że wciąż jej pragnie?

Ale nie mogę dać jej tego, czego chce.

Zmarszczyła swoje kształtne brwi.

- Więc czym była wczorajsza noc? Przygodnym romansem? Wielkim błędem?

- , błędem. Który nie powinien się był wydarzyć. – Pozostawał twardy. Nie był mężczyzną dla niej. Lisa pragnęła być kochana i kochać w zamian, i nigdy nie robiła z tego tajemnicy. To był jego problem. Nie mógł przyjąć jej miłości, wiedząc ponad wszelką wątpliwość, że nigdy nie będzie w stanie kochać. Nie można powiedzieć, że nie próbował. Nawet ożenił się z nią, starając się uwolnić od więzów, które krępowały jego uczucia i przytrzymywały go w przeszłości. Ale bez skutku.

Wiedział, że ją krzywdzi. Ale musiał to zrobić, by ocalić ją od jeszcze większego zranienia. Lisa powinna dostrzec, że nie pasują do siebie. Mimo namiętności, która natychmiast rozpaliła ich zeszłego wieczoru, jakby nie spędzili osobno sześciu miesięcy…

- Nienawidzę cię – rzuciła, a on wiedział, że to nieprawda. Kiedyś Lisa go kochała, ale chciał, by go nienawidziła, by wzgardziła nim i znalazła kogoś, kto mógłby jej dać to, czego potrzebowała, na co zasługiwała.

Chwyciła z fotela torebkę i kurtkę i ruszyła do drzwi.

- Żądam rozwodu!

Trzasnęła drzwiami, a on stał, wpatrując się w nie w przytłaczającej ciszy. Tak było najlepiej, ale nie czuł się z tym dobrze.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lisa Martinez wzięła głęboki wdech, próbując uspokoić mdłości, które zaczęły się stawać stałym elementem jej poranka. Nie mogła już tego dłużej odkładać. Musiała mu powiedzieć, że jest w ciąży.

Spodziewała się dziecka mężczyzny, który odrzucił ją i jakąkolwiek formę zaangażowania. Zimne dreszcze przebiegły jej wzdłuż kręgosłupa.

Lisa walczyła z naporem nerwów. Po wizycie u lekarza nie mogła już temu zaprzeczać, nie było też sposobu, by uniknąć powiedzenia tego Maxowi. Takie zachowanie przeczyłoby wszystkiemu, w co wierzyła. Musiała mu powiedzieć, że ich wspólna noc sprzed dwóch miesięcy ma trwałe konsekwencje – i to zanim ktokolwiek, z kim pracowali, zdoła to odgadnąć. Był, co prawda, szefem w klubie futbolowym, w którym ona pracowała jako fizjoterapeutka, ale wciąż był jej mężem, mimo papierów rozwodowych, które, jak wiedziała, wysłał mu sąd. Max musiał to usłyszeć od niej.

Wzięła głęboki wdech, a potem wypuściła powietrze, próbując się pozbierać. Zamknięte drzwi biura Maxa wydawały się nagle czymś w rodzaju najwyższej góry na ziemi. Zapukała i otworzyła drzwi, ostrożnie wchodząc w tę męską przestrzeń. Pokój był pusty. Gdy stała na progu, wciąż przytrzymując otwarte drzwi, na korytarzu rozległy się kroki. Odwróciła się, wiedząc, że to nie Max. Ogarnęły ją jednocześnie ulga i niepokój. Chciała, by było już po wszystkim. Dopiero wtedy będzie mogła zamknąć ten rozdział swojego życia.

- Nie ma go – poinformowała ją sekretarka Maxa, przechodząc koło niej i kładąc na biurku kilka teczek. – Prawdopodobnie poszedł na kawę. Choć nie był w dobrym humorze.

- Nie? – Opanowanie Lisy zaczęło się kruszyć jak klif pod naporem wzburzonego morza.

- Zdecydowanie nie. Był bardzo rozkojarzony.

- Dzięki.

Zanim rozmowa zdążyła się rozwinąć, Lisa obróciła się i wyszła z nowoczesnego budynku, który służył za główną siedzibę rozmaitych biznesowych przedsięwzięć Maksa. Zimne grudniowe powietrze odebrało jej oddech, gdy szła w stronę miejsca, w którym ona i Max dwa miesiące temu wypili zdecydowanie zbyt wiele wina podczas wieczoru, który miał być poświęcony rozmowom o interesach, a którego konsekwencje wiązały ich teraz trwalej, niż zdołałby to zrobić jakikolwiek akt małżeństwa.

Jak ma powiedzieć mężczyźnie, który żałował, że ją poślubił, że zostanie ojcem? Może powinna poczekać i zrobić to po świętach? Ta myśl była kusząca, ale Lisa nie chciała, by dowiedział się o tym z plotek.

Jaka może być jego najgorsza reakcja? Powie jej, że nie chce mieć nic wspólnego ze swoim dzieckiem? Dokładnie takiej odpowiedzi się po nim spodziewała, a to z pewnością nie może być gorsze niż jego oświadczenie, że jej nie kocha. Ten ból nie może być trudniejszy do zniesienia niż ból po stracie mężczyzny, w którym się zakochała.

Dwa miesiące temu – chociaż dotąd robiła, co w jej mocy, by w pracy trzymać się z daleka od niego, dopóki nie znajdzie nowej posady – pozwoliła sercu przejąć kontrolę nad rozsądkiem i poddała się zabójczemu urokowi Maxa. To była najbardziej wariacka rzecz, jaką zrobiła, i teraz, gdy spodziewała się dziecka, nie mogła sobie pozwolić, by znów popełnić ten błąd i oszukiwać samą siebie, że mu zależy. Nie czas na sentymentalne marzenia o miłości i szczęśliwych zakończeniach. Z Maximilianem Martinezem takie rzeczy nie są możliwe. Teraz to wiedziała.

Otworzyła drzwi baru, w którym Max był stałym bywalcem, i weszła do środka. Spojrzała w głąb pomieszczenia i od razu go zobaczyła. Siedział do niej tyłem i patrzył przed siebie, wyraźnie obojętny na wszystko, co działo się wokół.

 

Jego sekretarka miała rację. Nie był w najlepszym humorze.

Lisa poczuła szarpnięcie w sercu i napływ emocji, które desperacko próbowała kontrolować. Tyle z bycia silną i z blokowania swoich uczuć. Wylewały się z niej jak strumień deszczu, zmieszane i skrajnie odmienne. Nie mogła zdecydować, czy jest wściekła, czy zdenerwowana. Nie wiedziała nawet, czy dobrze postępuje.

Nie chciała, by jej dziecko dorastało tak jak ona, czując się niekochane, niechciane. Lękała się dni, gdy jej ojciec zjawiał się, żeby zobaczyć „swoją małą dziewczynkę” – nie z żadnego poczucia miłości czy choćby z obowiązku, ale na złość. Była bronią, której używał, by szkodzić jej matce, i zdecydowała, że nikt nie będzie tak traktował jej dziecka.

Niezależnie od tego, czy było planowane, czy nie, pragnęła go, chciała zapewnić mu szczęśliwy i kochający dom, wolny od wszelkich trosk, a z doświadczeń swojego dzieciństwa wiedziała, że może to osiągnąć, jedynie działając zupełnie na własną rękę albo z absolutnym wsparciem kochającego mężczyzny. Max nie był zdolny zaangażować się w małżeństwo, więc jak mógłby się włączyć w opiekę nad dzieckiem? A to pozostawiało tylko jedną opcję: podpisać dokumenty rozwodowe i zamknąć ten rozdział życia, by móc samotnie wychować dziecko. Ale choćby nigdy nie chciał zobaczyć swojego potomka, miał prawo wiedzieć.

Napięcie Maxa przebijało z całej jego sylwetki, gdy siedział z łokciami na stole i z rękoma ciasno splecionymi i przyciśniętymi do podbródka. Powoli podeszła w jego stronę, obchodząc z boku jego stolik, ale wciąż jej nie widział, nie słyszał. Był zagubiony w swoich myślach.

- Max – szepnęła.

Drgnął i spojrzał na nią, a wyraz jego przystojnej twarzy napełnił ją lękiem. Czy już słyszał? Czy to możliwe, że ktoś zdążył zdradzić jej sekret?

- Co ty tu robisz, Liso? Przyszłaś się upewnić, że podpiszę dokumenty rozwodowe? A może znalazłaś sobie kogoś nowego? – Złość lśniła w jego oczach. Coś było nie w porządku. Musiał wiedzieć. Czy teraz sobie z nią pogrywał? Sprawdzał, jak długo zdoła to przed nim ukrywać?

Cóż, nie da mu tej satysfakcji. Powie mu, zanim on doprowadzi do konfrontacji.

- Mam ci coś do powiedzenia.

- Nic, czego bym już nie wiedział. Teraz to musztarda po obiedzie, Liso. – Jad w jego słowach sprawił, że zabolało ją serce. Jak mógł być tak nieczuły, mówiąc o dziecku? Swoim dziecku. Nawet jeśli dowiedział się o nim ze złośliwych podszeptów klubowych plotkarzy…

Uniosła podbródek i spojrzała na niego gniewnie. Będzie silna, powie to, co chce, a potem wyjdzie – zostawi go jego podłemu nastrojowi.

- Nie sądziłam, że będziesz chciał z tej okazji organizować obiad.

Wstał, swoim wzrostem i charyzmą zdominował otoczenie. Jak zawsze miał na sobie ciemny, szyty na miarę i bardzo drogi garnitur, w którym wyglądał doskonale. Zanim Lisa zdołała się powstrzymać, jej spojrzenie powędrowało wzdłuż jego długich nóg. Ta jej część, która kochała tego mężczyznę, walczyła o zwierzchność, nie chcąc wykasować go z jej życia.

Podszedł do niej bliżej. Zbyt blisko.

- Kiedy się dowiedziałaś? – Drapieżny ton jego głosu ostrzegł ją, że z trudem pohamowuje złość. Tego dnia, gdy zrezygnował z ich małżeństwa, wyraźnie stwierdził, że nigdy nie chciał się żenić i że z pewnością nigdy nie chciał być ojcem. Teraz patrzył na nią tak, jakby zamierzał potwierdzić wszystko, co powiedział tamtego dnia.

- Jakieś dwa tygodnie temu. – Gdy tylko to powiedziała, wiedziała, że popełniła błąd. Jego oczy ściemniały, a jego rysy wykrzywiła furia.

- Dwa tygodnie? – Słowa wygrzmiały w pustym pomieszczeniu. Max spojrzał jej prosto w oczy. Nigdy nie widziała go tak wściekłego. – A jak się tego, do cholery, dowiedziałaś?

- Dowiedziałam? – Zawahała się, nie rozumiejąc pytania. – Chciałam być pewna…

- Pewna czego? – Usiadł z powrotem i spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy, a w jej umyśle zapaliła się iskierka wątpliwości. Czyżby rozmawiali o dwóch zupełnie różnych rzeczach? Jeśli tak, to co takiego do tego stopnia go rozzłościło?

Już teraz nie było ucieczki, prostego sposobu, by to rozstrzygnąć. Musiała mu powiedzieć – natychmiast. Ponaglało ją do tego podejrzenie czające się w jego oczach.

- Pewna czego, Liso? – zapytał, a napięcie wiszące w powietrzu niemal ją dławiło.

- Ja… – Starała się ubrać to w słowa, ale widok jego zaciśniętej w gniewie szczęki rozproszył jej uwagę i słowa uleciały.

- Co, Liso? – Jego głos zagrzmiał, a ona wewnętrznie podskoczyła, gdy wstał. Wysoki, potężny i ponaglający.

Uniosła na niego wzrok i z sercem mocno walącym w piersi spróbowała jeszcze raz.

- Jestem w ciąży.

Świat Maxa zadrżał w posadach. Myślał, że przyszła się upewnić, że podpisze dokumenty rozwodowe, powiedzieć mu, że ma nowego kochanka, ale jej słowa wciąż kołatały w jego głowie. Lisa jest w ciąży? Żona, z którą jest w separacji, kobieta, od której się odwrócił, spodziewa się jego dziecka? Dziecka, którego nie chciał i na które nie był gotowy, zwłaszcza teraz, gdy jego przeszłość wdzierała się do teraźniejszości z siłą rwącej rzeki.

Próbował skupić uwagę na kobiecie, którą poślubił i której nigdy nie był zdolny pokochać, bo w młodym wieku nauczył się, że takie uczucia ranią. Jego matka kochała jego ojca i to uczucie zadało jej poważną ranę. On sam kochał swojego ojca i gdy ten odchodził, jego serce niemal pękło na pół. Wciąż słyszał okrutne słowa, rzucone mu na pożegnanie: „Nigdy nie zapominaj, że w twoich żyłach płynie krew Valdezów”.

Od tamtej pory próbował zapomnieć. Był zdecydowany nie mieć nic wspólnego z potęgą bankierskiej rodziny Valdezów. Udawało mu się to w pełni, dopóki nie skontaktował się z nim prawnik, informując go o śmierci jego ojca. A potem odezwał się do niego jego przyrodni brat i teraz cały ten nieszczęsny bałagan opisywano w każdej gazecie.

Odsunął na bok wspomnienia dzieciństwa, ale nie spuszczał oczu z Lisy, walczącej ze zdenerwowaniem. Nie była dla niego tylko niezłą partią. Była jedyną znaną mu kobietą, która nie spijała słów z jego ust i nie uśmiechała się sztucznie, by mu się przypodobać. Lisa była prawdziwa i szczera. Nie potakiwała mu, ale to dzięki niej uwierzył, że jest wart coś więcej niż jednonocne przygody. A potem powiedziała mu, że dostała ofertę pracy w Ameryce, a on zrozumiał, że nie może pozwolić jej odejść, że musi spróbować się przed nią otworzyć i ją pokochać.

To dlatego ją poślubił, ale bardzo szybko zrozumiał, że to był błąd. Wielki błąd. Nie byli dla siebie stworzeni i nigdy nie powinni byli brać ślubu.

Wreszcie odzyskał głos.

- W ciąży? A co z pigułką?

Nie mógł być ojcem. Nie chciał być ojcem, nie chciał ryzykować, że będzie taki jak jego ojciec, że spuścizna Valdezów podniesie swój paskudny łeb. A teraz właśnie podniosła. Na więcej sposobów, niż wydawałoby się możliwe.

Lisa była w ciąży. Po jednej nocy zapomnienia. Jak mogła stać tu spokojnie i oznajmiać mu, to tak, jakby po prostu była to jedna z tych rzeczy, które się zdarzają?

- Myślę, że należą mi się wyjaśnienia – syknął, zdenerwowany jej milczeniem.

Wysunęła krzesło i usiadła ostrożnie przy stole, a Max wyraźnie dostrzegł, jak blada jest pod makijażem. Momentalnie opadły go zakłopotanie i troska, ale dziko odepchnął je od siebie, wraz z obawą przed przeszłością. Usiadł naprzeciwko niej i wpatrzył się w jej splecione dłonie spoczywające na stole. Na jej długich smukłych palcach błyszczał diamentowy pierścionek zaręczynowy i złota obrączka, którą ofiarował jej ponad rok temu. Wciąż je nosiła, choć wniosła o rozwód? Czy założyła je z powrotem, gdy się zorientowała, że jest z nim w ciąży?

- Tamtej nocy wypiliśmy dużo wina, Max. Sądzę, że to miało wpływ. – Przerwała i spojrzała na niego. – Nawet się nad tym nie zastanawiałam, dopóki nie zorientowałam się, że mogę być w ciąży.

Naprawdę myślała, że on to kupi? Za dużo wina?

- Te parę lampek wina?

- To było więcej niż parę lampek i sam dobrze o tym wiesz. Odchorowałam to po wyjściu od ciebie.

Zmrużył oczy, odtwarzając w swoim umyśle tamten wieczór, a potem następny poranek. Wspomniał, jak pękała mu głowa, jak każdy hałas przyprawiał go o ból, zwłaszcza trzaśnięcie drzwi, gdy Lisa wyszła. Miała rację. Wypili zdecydowanie za dużo wina… A może to była przykrywka dla nagłych cieplejszych uczuć, którymi zapałała do niego żona w trakcie ich separacji? W końcu nie potrzebowała wiele namów, żeby znów znaleźć się w jego łóżku.

Max położył łokcie na stole i potarł dłońmi oczy. Trudno było sobie wyobrazić gorszy scenariusz. Po śmierci ojca dowiedział się o istnieniu rodziny, o której ani nie miał pojęcia, ani nawet nie pragnął go mieć. Teraz ten fakt rozgłaszały nagłówki gazet, a on, co gorsza, dokładał do rodziny Valdezów nowe pokolenie. Wbrew swojej woli.

Spojrzał w dół na rozmaite gazety leżące przed nim na stole. Każdy nagłówek był inny, ale obwieszczał to samo. Ścisnęło mu się w gardle. Wytłuszczone czarne słowa biły go po oczach, wtłaczając go w przeszłość, o której wolałby zapomnieć, stanowiąc komentarz do przyszłości, której nie pragnął: „Nieprawy dziedzic miliardera odnaleziony!”.

- Max? – Pytanie Lisy rozległo się jakby z oddali i musiał walczyć ze sobą, by się pozbierać. Nie mógł mówić, nie mógł jej nic powiedzieć, nie po tym, w jaki sposób go zdradziła, wmanewrowując w bycie ojcem… – Max, co to jest? – Sięgnęła po gazetą i przyciągnęła ją do siebie, żeby móc ją przeczytać.

Spojrzała na niego z widocznym oszołomieniem.

- To o tobie. Ty masz brata?

Zacisnął mocno usta.

- Przyrodniego.

Tego samego dnia, w którym odkrył, że o jego powiązaniach z Raulem Valdezem, bankowym potentatem, trąbi się na każdym rogu, powiedziano mu, że będzie ojcem. To brzmiało jak najgorszy koszmar.

- A ty o tym nie wiedziałeś? – Lisa spojrzała na niego z niekłamanym zdumieniem. W jej oczach dostrzegł mnóstwo pytań, ale on mógł myśleć jedynie o tym, że zrobił dokładnie to, co zrobił jego rodzony ojciec. Spłodził dziecko, którego nie chciał.

- Nie, ale to teraz nieważne. Musimy obgadać to… dziecko. – Wypowiedzenie tego słowa uczyniło je tak realnym, że nie zdołał powstrzymać szorstkiej nuty w głosie. Zobaczył, jak Lisa odchyliła się na krześle jak najdalej od niego, jakby był diabłem wcielonym.

- Nie ma tu nic do omawiania. – Odsunęła krzesło i wstała. – Urodzę twoje dziecko, ale nie martw się, niczego od ciebie nie oczekuję. Kiedy postawiłeś kreskę na naszym małżeństwie, bardzo jasno dałeś do zrozumienia, że nie zamierzasz się angażować.

- Usiądź, Liso.

- Nie. – Zapięła płaszcz i zrozumiał, że jeśli nie powie tego, co powinien, Lisa odejdzie od niego razem z dzieckiem. A ono będzie dorastać, zastanawiając się, dlaczego jego ojcu nie zależało na tym, by mieć ich w swoim życiu. Zbyt dobrze wiedział, jak to jest, i nie chciał, by jego dziecko doświadczyło tego bólu, tego odrzucenia.

- Musimy o tym porozmawiać. Chyba nie myślisz, że możesz tu przyjść, akurat dzisiaj, i powiedzieć mi, że jestem ojcem, a potem tak po prostu odejść?

- Przyznaję, że to nie najlepsza pora. – Lekko złagodziła ton. – Ale zamierzam urodzić to dziecko, Max.

- A ja zamierzam być przy nim, niezależnie od wszystkiego. Nie będzie dorastać, myśląc, że nie zależało mi tak bardzo, że odszedłem. – Tylko tego był w tej chwili pewien. Nie liczyło się, że jego brat może nie chcieć mieć z nim nic wspólnego, a Lisa go nienawidzi. Liczyło się tylko to, by być częścią życia swojego dziecka. Ale by to zrobić, musiałby być częścią życia Lisy. Przysunął do niej gazetę, wskazując sztywno zdjęcie ojca, którego ledwie pamiętał. – Nie będę takim mężczyzną.

- Nie, Max, to niemożliwe. Dałeś mi wyraźnie do zrozumienia, że nie chcesz mnie w swoim życiu. – Lisa odsunęła się od Maxa, od pokusy wyciągnięcia dłoni, dotknięcia go i ukojenia jego bólu. W ciągu jednego poranka musiał się zmierzyć z dwoma potężnymi życiowymi zmianami.

- Wtedy nie było w tym wszystkim dziecka. Mojego dziecka.

- A to coś zmienia?

- Żebyś wiedziała, że tak.

Spojrzał na nią, a pod wpływem jego wzroku Lisa straciła poczucie, że może pokierować tą sytuacją tak, jak by tego chciała. Dzieliła ich teraz niewielka odległość, ale odczuwała ją jak ocean. Głęboki i nieprzebyty.

- Nie, wcale nie. – Włączył jej się odruch obronny. – Sama się nim zajmę.

- Nie. – To jedno słowo rozbrzmiało w pomieszczeniu, a ona zastygła w szoku. Nigdy nie widziała Maxa tak wściekłego. Ale nawet gdyby wiedziała, że aż tak źle zareaguje, i tak poinformowałaby go o dziecku. Nie chciała, żeby się pojawił, gdy będzie starsze, tak jak to zrobił jej ojciec, stwarzając piekło w już i tak dysfunkcyjnej rodzinie i dając jej fałszywą nadzieję, że mu na niej zależy i że uratuje ją przed ostatnim ojczymem, złośliwym przyrodnim bratem i zaniedbującą ją matką.

 

- Co niby znaczy twoje „nie”? – zapytała gorąco. W tym stanie emocjonalnym, w którym się znajdowała, bolesne wspomnienia z dzieciństwa były niemal ponad jej siły.

- Znaczy, że pozostaniemy małżeństwem. – Zamilkł, a jego rysy nabrały zaciętego wyrazu. – I będziemy żyć jak małżeństwo.

- Nie. Nie chcę. Chcę rozwodu.

- Rozwód to dla mnie żadna opcja, Liso. – Jego słowa były spokojne, tchnące lodem, a jego oczy ciemne i uważne.

Uniosła podbródek.

- Dla mnie to jedyna opcja.

- Mowy nie ma. Nie zamierzam być jak mój ojciec. – Złagodził ton i podszedł do niej, a spod nieustępliwej twarzy przebijał cień mężczyzny, w którym się kiedyś zakochała. – Nie porzucę mojego dziecka, bo nie pasuje do mojego życia.

Cały jej ból wywołany wspomnieniami z dzieciństwa wyparował, a jej serce wyrywało się do niego; w jego głosie tak wyraźnie pobrzmiewało cierpienie. Cokolwiek się zdarzyło, kochała tego mężczyznę, nawet jeśli dwa miesiące temu zniszczył to swoim chłodem. Raz już pokochała go dostatecznie, by za niego wyjść i by mu obiecać, że będzie przy nim na dobre i na złe. Czy to nie miało żadnego znaczenia?

Małżeństwo było tym, o czym marzyła jako młoda dziewczyna, czego pragnęła jako młoda kobieta… a potem spotkała Maxa. Sprawił, że czuła się wyjątkowa, chciana i bardzo pożądana. Nigdy jej nie powiedział, że ją kocha, niezależnie od tego, jak wiele razy ona mu to mówiła, ale to się nie liczyło, gdy ją poprosił, by została jego żoną. Myślała, że ma dość miłości za nich oboje.

- Rozumiem, dlaczego to mówisz – powiedziała spokojniej, przysuwając się bliżej, by chociaż fizycznie, jeśli nie emocjonalnie zmniejszyć tę przepaść między nimi. – Ale nie powinniśmy teraz podejmować żadnych decyzji. Powinieneś najpierw poznać się z bratem. Tyle rzeczy wydarzyło się w twoim życiu w ciągu jednego dnia…

- To prawda, ale spotkanie z bratem mam już zaplanowane.

- Naprawdę? Na kiedy?

- Na dzisiaj. – Uprzejmy ton jego odpowiedzi zaskoczył ją równie mocno, jak to, co powiedział. - Przyjechał do Londynu, żeby się ze mną spotkać.

- I pomyślał, że to doskonała pora, by to rozgłosić we wszystkich brytyjskich gazetach? – Nagle wezbrała w niej zaciekła lojalność. Co za człowiek robi coś podobnego?

- Przeczytałem to kilkakrotnie i nie sądzę, by to była jego sprawka. Jego nazwisko także na tym ucierpi. A oskarża się go, że szantażem zmusił kobietę do zaręczyn. Może spotykając się z nim, odkryję, kto jest za to odpowiedzialny.

- Więc idziesz na to spotkanie? – Zmarszczyła brwi. Niepewność co do tego, kto zyskałby na wypuszczeniu takiej historii, oderwała jej myśli od własnych problemów.

- Tak, ale najpierw musimy coś ustalić.

- Co ustalić? – Zacisnęła dłonie; pierścionek zaręczynowy, który przyjęła z takim entuzjazmem i z taką nadzieją na przyszłość, okrutnie zaciął ją w rękę, obracając się na palcu. Czy to był znak, że są skazani na porażkę?

- Musimy ustalić, co zrobić, żeby nasze małżeństwo funkcjonowało.

- Nasze małżeństwo jest skończone, Max.

- Nie, dopóki nie zgodzę się na rozwód i nie odeślę podpisanych papierów, a teraz nie mam zamiaru tego robić.