M jak morderca

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

* * *

List

CZĘŚĆ I. Kraków żąda krwi

Rozdział 1. „Kamera nie tak…”

Rozdział 2. „Mamy go” – konferencja prasowa

Rozdział 3. Ludzie listy piszą

CZĘŚĆ II. Strach

Rozdział 4. Był młody

Rozdział 5. „Siedemnastka”

Rozdział 6. Dziewczynka przy listowniku

Rozdział 7. Kolekcjoner noży

Rozdział 8. Witamina B complex

Rozdział 9. Zaćmienie

Rozdział 10. Sen

Rozdział 11. Ostatni trening

CZĘŚĆ III. M

Rozdział 12. Dzień Dziecka

Rozdział 13. Karolina Kotówna

Rozdział 14. „Nic nie mów o nożu”

Rozdział 15. Wyjaśnijmy to szybko

Rozdział 16. „Spółdzielnia”

Rozdział 17. „Nie wiem, o co wam chodzi”

Rozdział 18. „Szanowny Panie Ministrze”

Rozdział 19. „Do reszty z pani farbę wytoczę”

Rozdział 20. Miasto szuka mordercy

Rozdział 21. Bohater pierwszego planu

Rozdział 22. „Kochany Lolusiu”

CZĘŚĆ IV. „Od razu na szubienicę!!!”

Rozdział 23. Temida i widowisko

Rozdział 24. „Zabiłem, i co z tego”

Rozdział 25. „rozmowy nieDokońCzoNe”

Rozdział 26. Trzy długie dni

Rozdział 27. „Kiedy przyjdą Chińczycy…”

Rozdział 28. „Wstydzę się za psychiatrię”

Rozdział 29. W oczekiwaniu na wyrok

Rozdział 30. Kot potrzebuje witamin

CZĘŚĆ V. Śladami Karola

Zakończenie

Przypisy


Wydawca

Magdalena Hildebrand

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Ryszarda Witkowska-Krzeska

Korekta

Sylwia Ciuła

Mirosława Kostrzyńska

Copyright © by Przemysław Semczuk, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Laguna

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9103-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

* * *

W maju 2018 roku późnym wieczorem siedziałem wraz z grupą pisarzy w ogródku baru „SpeekEasy” na wrocławskim rynku. Irek Grin, dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, zapytał mnie, nad czym pracuję. Kiedy usłyszał, że chcę przypomnieć sprawę Karola Kota, ze zdziwieniem odparł: „A można w tej historii jeszcze coś odkryć?”. Odpowiedziałem uśmiechem.

Faktycznie, Grin jako mieszkaniec krakowskiego Kazimierza pewnie wiele słyszał o Karolu, jednym z najbardziej rozpoznawanych polskich seryjnych morderców. Zresztą jak wszyscy, którzy choć odrobinę interesują się tematyką kryminalną, zarówno powieściami, jak i literaturą faktu. Kot wiele razy był opisywany w tygodnikach, poświęcono mu kilka filmów dokumentalnych, minipowieść i wreszcie film fabularny. Wystarczy wpisać jego nazwisko w wyszukiwarkę internetową i już można przeczytać przynajmniej tuzin artykułów. Jest jednak pewien haczyk.

Dwa lata temu sam zadałem sobie pytanie, czy w tej postaci jest jeszcze coś do odkrycia. W archiwum odnalazłem akta sądowe i zacząłem czytać. Dwadzieścia trzy tomy, blisko dziesięć tysięcy stron dokumentów. Szybko zrozumiałem, że dotąd nic nie wiedziałem o Karolu Kocie. O jego zbrodniach, życiu i śmierci. Odnalezienie ludzi, którzy znali „Krwawego Lolka”, i zapomnianych archiwaliów zajęło mi ponad rok. Wam, drodzy Czytelnicy, zajmie kilka godzin. Uprzedzam, że chwilami nie będzie to łatwa lektura. Przerażająca. I trudno będzie uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę.

List

Długi wąski nóż przypominający sztylet powoli rozcina krótszy bok niebieskiej koperty. Adres wypisany na maszynie. W górnym prawym rogu czerwony znaczek za sześćdziesiąt groszy, z serii „Siedem wieków Warszawy”. Obok stempla z datą nadania jeszcze jeden prostokątny: „Ubezpieczenie Zaopatrzenia Dzieci w PZU” – i uśmiechnięta buzia dziewczynki z warkoczykiem. Nóż i buzia dziecka.

Mężczyzna odkłada kopertę i czyta.

Kraków 31.V.68

Szanowny Panie Naczelniku

Przede wszystkim chcieliśmy podziękować W Panu za humanitarne i uczciwe potraktowanie naszego Syna w okresie Jego pobytu u Was.

Jak z Jego listów wynikało najlepiej był traktowany i miał najlepsze warunki bytowe u Was, tak pod względem wyżywienia jak i możliwości korzystania z przesyłek od nas rodziców – za co jesteśmy wdzięczni i serdecznie dziękujemy.

Podjęcie decyzji co do rzeczy po Synie zostawiam W Panu, nam prosimy nie zwracać. Prosimy jedynie o zwrot naszych listów do niego kierowanych oraz fotografii, książeczki do nabożeństwa, czy innych, które syn czytał.

Kosztami przesyłki proszę nas obciążyć.

z poważaniem

Kot Leopold

Kraków ul. Meiselsa 2/7* [1]

Naczelnik Więzienia Śledczego, komisarz Tadeusz Dąbrowski, dopisuje na marginesie odręczną notatkę.

Zlecam zwrot następujących przedmiotów

Kalendarz Przyrody

Młody Technik 2 sztuki

Legitymacja na rok 62/6

Legitymacja członka nr 505

Legitymacja szkolna 965/ II / 6

[nieczytelne] 2

Długopis 1 [2]

Kilka dni później tekturowa teczka, zawierająca kilkadziesiąt stron dokumentów, trafia do archiwum. Przez kolejne pięćdziesiąt lat będzie leżeć w szafie wśród innych podobnych akt, opisujących ostatnie dni skazańców powieszonych w garażu Aresztu Śledczego w Katowicach przy Mikołowskiej.

* W cytowanych dokumentach pochodzących z akt sprawy Karola Kota została zachowana oryginalna pisownia i interpunkcja.

CZĘŚĆ I Kraków żąda krwi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1
„Kamera nie tak…”

Lato roku 1966 nie należy do najpiękniejszych. Mimo to Kraków opustoszał. Kto mógł, wyruszył w góry albo na wieś. Byle odpocząć od zgiełku miasta.

 

Wtorek 7 lipca wydaje się senny. Po ulicach jeździ niewiele samochodów. Autobusy i tramwaje kursują zgodnie z rozkładem. Po Rynku Głównym kręcą się turyści. Miejscowa młodzież woli spędzać czas na basenie przy Cichym Kąciku albo na plaży nad Wisłą, vis-à-vis Wawelu.

Nagle milicyjne samochody blokują kilka ulic, zamykając fragment ulicy Garncarskiej. Przechodnie przystają, obserwując zza milicyjnego kordonu, co się dzieje. Mundurowi stoją przed kościołem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Ludzie jeden przez drugiego pytają, co się stało.

W mieście natychmiast wybucha plotka, że milicja zamyka siostry sercanki z klasztoru przylegającego do kościoła. Tłum zaczyna gęstnieć. Ludzie napływają ze wszystkich stron. Wreszcie ktoś dostrzega młodego chłopaka, który demonstruje, jak wychodzi z kościoła i ucieka w stronę ulicy Manifestu Lipcowego [3]. Milicjanci filmują kamerą. Jeden trzyma na wyciągniętej tyczce mikrofon. Do zgromadzonych dobiegają pojedyncze słowa. To wystarcza.

Tłum szybko kojarzy fakty. We wrześniu 1964 roku, w przedsionku kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, ktoś dźgnął w plecy modlącą się kobietę. To musi być on.

Godzinę później milicyjny kordon przesuwa się na róg ulicy Manifestu Lipcowego. Milicjanci blokują wjazd od strony Plant. Wstrzymują ruch tramwajowy w stronę Cichego Kącika. Teraz młody człowiek i kilku ludzi w garniturach stoją przed barem „Przy Błoniach”. Tłum gęstnieje. Do uszu zgromadzonych docierają strzępki rozmowy. Chłopak dyryguje operatorem kamery, nakazując mu stanąć z drugiej strony. Drugiego mężczyznę, trzymającego mikrofon, ustawia po przeciwnej stronie. Z uśmiechem opowiada, żywo gestykulując. Po kilkunastu minutach znika w barze.

Milicjanci blokujący ulicę i bramy kamienic stoją w milczeniu. Nie odpowiadają na padające z tłumu pytania. Napięcie rośnie z minuty na minutę. Ludzie szemrają, powtarzając: „To on”. Nagle od strony Plant dobiegają krzyki. Taksówka, granatowa warszawa, wymija blokujący ulicę radiowóz i na pełnym gazie pędzi w stronę milicyjnego kordonu. Auto hamuje tuż przed zgromadzonymi ludźmi. Zza kierownicy wyskakuje mężczyzna w marynarce.

– Dajcie mi tego skurwysyna! Zabiję go! Moje dziecko!

Milicjanci dopadają mężczyznę, zanim udaje mu się wejść w tłum. Chwytają go za ręce i odciągają do tyłu. Ludzie jednak zrozumieli. To Tadeusz Całek, ojciec chłopca zamordowanego w lutym nieopodal Kopca Kościuszki. Zgromadzeni pokrzykują. Najpierw nieśmiało, bojąc się reakcji. Ale milicjanci są zajęci taksówkarzem. Padają coraz odważniejsze okrzyki.

– Puśćcie go! Zostawcie!

Z baru „Przy Błoniach” wychodzi grupa mężczyzn w garniturach. Operator i dźwiękowiec szybko wsiadają do zaparkowanej z boku nyski. Pozostali, w tym chłopak, który wcześniej komenderował ekipą filmową, pakują się do białej warszawy. Samochody w obstawie kilku milicyjnych gazików ruszają ulicą Garncarską.

Tadeusz Całek wyrywa się milicjantom. Wskakuje do samochodu, silnik wchodzi ostro na obroty. Auto rusza na wstecznym biegu i na pełnym gazie wycofuje się w stronę Plant. Potem z piskiem opon znika w ulicy Podwale, jadąc w tym samym kierunku, co milicyjne samochody. Tłum stoi. Kilku mężczyzn wbiega do baru.

Po chwili ktoś woła, że milicyjna ekipa pojechała w stronę Rynku. Ktoś inny krzyczy, że pewnie do kościoła prezentek (św. Jana), bo i tam we wrześniu 1964 roku ugodzono nożem kobietę. Ludzie ruszają biegiem w tamtą stronę.

ROZDZIAŁ 2
„Mamy go” – konferencja prasowa

Tego samego dnia, 7 lipca 1966 roku, w Komendzie Miejskiej przy Siemiradzkiego milicja naprędce organizuje konferencję prasową. Obecnych jest zaledwie kilku reporterów, wyłącznie z krakowskich dzienników. „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego” i popołudniówki „Echo Krakowa”. Sprawę referuje szef specjalnej grupy operacyjnej „Siedemnastka”, pułkownik Stanisław Radziejewski.

Dziennikarze od pierwszej chwili doskonale wiedzą, o co chodzi. W lutym, gdy pod Kopcem Kościuszki zamordowano jedenastoletniego chłopca, Janusz Jakubowski, reporter „Dziennika Polskiego”, spędził w komendzie kilka dni. Przyglądał się pracy oficerów szukających jakiegokolwiek tropu. Dzięki temu sporo wiedział o sprawie pościgu za mordercą. Mimo to jest zaskoczony tym, co mówi Radziejewski. Jako doświadczony reporter rozumie, że ta sensacja będzie prawdziwą bombą dla czytelników gazety.

Pułkownik Radziejewski z całą stanowczością stwierdza, że schwytano niebezpiecznego mordercę. To on miał atakować kobiety we wrześniu 1964 roku w przedsionkach kościołów. Dwie zostały ranne, jedna z nich jest teraz kaleką. Trzecia ofiara nożownika zmarła. Tamto śledztwo umorzono. Społeczeństwo uznało, że milicja przegrała walkę z mordercą. Po ponad roku względnego spokoju ginie dziecko. Kilkanaście pchnięć nożem, każde z nich mogło być śmiertelne. Jedenastoletni chłopiec zmarł na miejscu. I choć dobór ofiary był inny, to uwagę śledczych od razu zwrócił sposób działania. Byli pewni, że to ten sam sprawca.

Dwa miesiące później kolejny atak. Jeszcze bardziej zuchwały. Morderca zdawał się drwić z milicji. Uderzył zaledwie dwieście metrów od Komendy Miejskiej. Dwieście metrów od miejsca, gdzie trwała narada grupy operacyjnej „Siedemnastka”. Tym razem ofiara miała szczęście. Dziecko przeżyło. Ale mieszkańcy Krakowa żyli w strachu i nie kryli swego powszechnego oburzenia. Ludzie psioczyli, że milicja sobie nie radzi.

Teraz pułkownik Radziejewski mówi tryumfalnie: „Mamy go!”. Szczegółów jednak nie podaje, zasłaniając się dobrem śledztwa. Obiecuje jednak dziennikarzom, że niebawem będzie mógł powiedzieć więcej. Na razie prosi, by ogłosić w gazetach wiadomość, że Kraków może odetchnąć. Ludzie mogą czuć się bezpiecznie. Matki nie muszą już drżeć w obawie o dzieci. A starsze kobiety mogą spokojnie modlić się w kościelnych przedsionkach. Prasa może napisać, że milicja jest skuteczna.

Wieczorem krakowska rozgłośnia Polskiego Radia jako pierwsza nadaje komunikat.

13-go lutego bieżącego roku wstrząsnął opinią publiczną Krakowa niecodzienny wypadek: zabito nożem małoletniego chłopca Leszka Całka pod Kopcem Kościuszki. Mimo największych wysiłków organów bezpieczeństwa dość długo nie udało się wykryć sprawcy.

Aż to znowu 14-go kwietnia przy ulicy Sobieskiego w bramie nieuchwytny sprawca poranił ciężko 7-mio letnią dziewczynkę Małgosię P[…], której życie udało się na szczęście uratować w klinice. Zaniepokoiło to ogromnie Kraków, szerzące się plotki rozniecały paniczne nastroje. Niektórzy rodzice bali się wypuszczać dzieci na ulicę. Przypomniano sobie, że dwa lata temu jesienią 1964 roku w niewyjaśnionych okolicznościach padły ofiarą tajemniczego napastnika także trzy starsze kobiety.

Wykrycie sprawcy było niezwykle trudne, gdyż nie był to żaden ze znanych dotąd milicji przestępców i wykolejeńców. Cała milicja była zmobilizowana do działania w tym kierunku. Działała zwłaszcza specjalna, większa grupa milicji pod kierownictwem podpułkownika Stanisława Radziejewskiego. Zrobiono wszystko, co było możliwe, dla unieszkodliwienia skrytobójcy. Wykorzystano wszelką pomoc społeczeństwa, które zaufało pracownikom milicji i nie szczędziło rad i wskazówek. Otoczono szczególniejszą opieką zwłaszcza szkoły i młodzież.

I wreszcie ogromny trud pracowników milicji przyniósł rezultaty. Sprawcę tych niespodziewanych napaści na dzieci i starsze osoby wreszcie unieszkodliwiono. Jest to dwudziestoletni uczeń Krakowskiego Technikum, który egzamin maturalny zdał niedługo po tych dwóch skrytobójstwach. Po przedstawieniu dowodów i świadków przyznał się do wszystkich dokonanych przestępstw. Przyznanie się nie budzi wątpliwości. Niezwykła sprawa niebawem znajdzie przed sądem epilog. Ze względu na dobro śledztwa i przygotowania do rozprawy nie podajemy jeszcze nazwiska. Uczynimy to w odpowiednim momencie.

Działał nie z chęci rabunku, lecz niewątpliwie z pobudek patologicznych, w okolicznościach bardzo trudnych do wykrycia i udowodnienia.

Milicja nasza zdała nie po raz pierwszy wielki egzamin sprawności i właściwego działania. Gdyż oprócz tej sprawy potrafiła wykryć także sprawców innych napadów i gwałtów, które zaprzątały ostatnio opinię publiczną, a których sprawców udało się również unieszkodliwić. Wiele uznania należy się również tym wielu mieszkańcom Krakowa, którzy pomagali milicji do osiągnięcia tak poważnych rezultatów w zwalczaniu przestępczości i zapewnieniu bezpieczeństwa [4].

W „Dzienniku Polskim” następnego dnia ukazuje się artykuł Dwudziestoletni „kolekcjoner noży” aresztowany pod zarzutem makabrycznych morderstw i napaści. W tekście zastrzega się, że na razie milicja nie może podać nazwiska i szczegółów ze względu na dobro śledztwa. To i tak nie ma znaczenia. Całe miasto wie, że owym „kolekcjonerem” jest Karol Kot, tegoroczny absolwent Technikum Energetycznego. W tłumie obserwującym wizję lokalną był jeden z jego kolegów z sekcji strzeleckiej SKS „Cracovia”. Jeden wystarczył, by skojarzyć Karola z nagłówkiem. Informacji było aż nadto.

Karol był znany z zamiłowania do noży. Miał ich sporo, nikt właściwie nie mógł policzyć ile. Przynosił je na treningi i rzucał nimi namiętnie do drzew, drzwi i desek. Początkowo nieporadnie, z czasem jednak zyskał wprawę. Tak dużą, że nie miał sobie równych. Ale nie wzbudzał tym uznania. Wprost przeciwnie. Nie był lubiany, a nawet się go bano. Zachowywał się dziwnie, był agresywny i nieprzewidywalny. A co gorsza, źle odnosił się do koleżanek. Szczypał, wykręcał ręce, próbował pocałować albo pytał, czy mogą się z nim pokochać.

Nagłówki w gazetach są czytelne także dla uczniów Technikum Energetycznego przy Loretańskiej. I to nie tylko tych z klasy. Karola znają wszyscy, szczególnie dziewczęta, które zaczepiał. Klepał po pupach albo łapał za piersi. Czasem proponował dwadzieścia złotych za odbycie stosunku.

Najwięcej wiedzą uczniowie V b. Oni najlepiej znają pasje Karola. Często przynosił noże do szkoły, chwalił się nimi. Popisywał. Bawił się nimi pod ławką w czasie lekcji. Rysował w zeszytach. Tylko o nich potrafił rozmawiać. Wszyscy mieli tego dość. A na domiar złego te głupie zagrania, jak zwykli nazywać dziwne zachowanie. Karol czaił się za drzwiami i znienacka napadał na wchodzących do klasy. Czasem dusił, a czasem udawał, że uderza nożem w brzuch albo podrzyna gardło. Demonstrował też, jak popełnia harakiri. Wydawał przy tym realistyczne dźwięki. Charczał jak konający. Po wszystkim śmiał się w dziwaczny sposób. To wystarczyło, by koledzy zaczęli nazywać go wampirem albo krwawym Lolkiem. Był z tego dumny.

Koledzy najczęściej wołali na Karola idiota. Gdzie indziej, nikt by się za to słowo nie obraził. Ot wyzwisko jak inne, dureń, debil, głąb, wariat. Ale w Krakowie nazwanie kogoś idiotą, tak samo jak bucem, to wyjątkowa zniewaga. Denerwował się wtedy. Za idiotę potrafił uderzyć. Mówili też donosiciel lub kapuś, bo wciąż biegał na skargi do nauczycieli, informując o wszystkich psotach i wykroczeniach. To sprawiało, że po maturze wszyscy odetchnęli z ulgą, tracąc go z oczu. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że znajomość z Kotem przysporzy wszystkim jeszcze wielu kłopotów.

ROZDZIAŁ 3
Ludzie listy piszą

Dwa tygodnie później w Komendzie Wojewódzkiej przy placu Szczepańskim milicja organizuje drugą konferencję prasową. Tym razem frekwencja jest ogromna. Z „Dziennika Polskiego” przychodzi aż trójka reporterów, Rena Nalepa, Adam Teneta i Janusz Jakubowski. Jest redaktor Janusz Żuk z „Gazety Krakowskiej” i Wojciech Kaidera z „Echa Krakowa”. Nie brakuje też znanego w całej Polsce krakowskiego tygodnika „Przekrój”, który reprezentuje znana z sal sądowych reporterka Wanda Falkowska. Z Warszawy przyjechali reporterzy sądowi Lucjan Wolanowski z „Expressu Wieczornego”, Krzysztof Kąkolewski z „Kuriera Polskiego” oraz Andrzej Ungier z „Życia Warszawy”. Na sali są obecne: Wiesława Grochola z „Kulis”, Maria Osiadacz z „Prawa i Życia”, Krystyna Golańska z „Kultury”. Są też dziennikarze z prasy katolickiej. „Tygodnik Powszechny” reprezentuje redaktor Marek Skwarnicki i felietonista ksiądz Adam Boniecki. I reporterzy z Polskiej Agencji Prasowej, Radia Kraków i telewizji. W sumie kilkadziesiąt osób.

Konferencję otwiera komendant wojewódzki pułkownik Mieczysław Nowak. Teraz może już oficjalnie przyznać, że w pierwszych dniach października 1964 roku, po trzech napadach na kobiety, w Komendzie Miejskiej powołano specjalną grupę operacyjną o kryptonimie „64”. Niestety śledztwo musiało zostać umorzone już po trzech miesiącach. W styczniu 1965 roku akta trafiły do archiwum. Przypomniano sobie o nich po morderstwie chłopca pod Kopcem. Już następnego dnia powołano grupę operacyjno-dochodzeniową „Siedemnastka”. Jej kierownictwo objął szef służby kryminalnej KM MO, pułkownik Stanisław Radziejewski. Na jego zastępcę wyznaczono kierownika ogniwa śledczego do spraw kryminalnych, kapitana Mieczysława Florka z KW MO. W skład grupy weszło siedemnastu oficerów służby kryminalnej i dochodzeniowej. Wśród nich znalazły się dwie funkcjonariuszki, co w owym czasie było rzadkością. Kobiet w milicji służy bardzo mało. A te, które są, najczęściej kierują ruchem.

 

Sprawę morderstwa dziecka potraktowano bardzo poważnie. Ponieważ nie znaleziono motywu, podejrzewano, że sprawcą może być osoba chora psychicznie. Ze szpitali psychiatrycznych otrzymano wykaz osób przekazanych do leczenia ambulatoryjnego. Dokładnie tysiąc sto trzy nazwiska. Sprawdzono trzydziestu młodych ludzi zwolnionych z poprawczaków i trzystu sześćdziesięciu, którzy opuścili zakłady karne. Wśród podejrzanych było także sześćdziesiąt osób, które w przeszłości dokonały przestępstw z użyciem noża. Pięćdziesięciu podejrzanych wytypowano na podstawie podobieństwa do portretów pamięciowych. I w końcu ponad pięćset osób, na które zwrócono uwagę po doniesieniach mieszkańców Krakowa. Krakowianie niezwykle ochoczo odpowiedzieli na apel z prośbą o pomoc, który ukazał się w prasie. Ta grupa podejrzanych sprawiła jednak najwięcej trudności. Wielu obywateli skorzystało z okazji i załatwiało porachunki rodzinne. Żony denuncjowały niewiernych mężów. Porzucone kochanki mściły się na byłych partnerach. Donoszono na zakłócających porządek sąsiadów i skłóconych znajomych. Jednym słowem, typowy polski magiel.

Komendant nie wspomina, że ponad setkę podejrzanych osadzono w areszcie. Część wyszła po sprawdzeniu alibi, ale duża grupa została za kratkami na dłużej za inne przestępstwa, które przy okazji wyszły na jaw. Chwali się za to, że milicja przez trzy i pół miesiąca przesłuchała tysiąc czterysta osób. Drugie tyle wymagało sprawdzenia alibi i wykonania wywiadu środowiskowego. Wszystko po to, by znaleźć tego jednego człowieka.

Wyliczanka ma przekonać reporterów, jak wielkie zadanie postawiono przed milicją. Komendant chce pokazać, ile pracy włożyli jego ludzie w schwytanie mordercy. I to w czasie, gdy całe miasto uznało, że milicja nic nie robi. Ale nie to wywarło na reporterach największe wrażenie.

O mordercy opowiada pułkownik Radziejewski. Nie zdradza, w jaki sposób trafiono na jego ślad. To na razie musi pozostać tajemnicą. Teraz ujawnia tylko, że do sukcesu przyczyniały się rutynowe działania i żmudna penetracja środowisk szkolnych. Mówi też o współpracy z naukowcami, psychologami i psychiatrami. Tu jednak nie podaje szczegółów.

Reporterzy nie mogą uwierzyć, że poszukiwanym nożownikiem jest dwudziestolatek, absolwent krakowskiego Technikum Energetycznego przy Loretańskiej, Karol Kot. Zdyscyplinowany chłopak z dobrego domu, z rodziny inteligenckiej. Sportowiec, dobrze zapowiadający się zawodnik sekcji strzeleckiej SKS „Cracovia”. Ma dobrą opinię u nauczycieli i trenera.

Słowa pułkownika Radziejewskiego nie mogą jednak oddać prawdziwego wizerunku młodocianego mordercy. Karol Kot ma drugą, pilnie skrywaną osobowość. To, co mówi szef grupy „Siedemnastka”, wydaje się niewiarygodne. Reporterzy z niedowierzaniem słuchają opowieści o nastolatku napadającym z nożem. Dlatego milicjanci oddają głos samemu podejrzanemu. Z taśmy magnetofonowej odtwarzają fragmenty wizji lokalnych. „Gazeta Krakowska” następnego dnia przytacza urywki z tej makabrycznej relacji.

Wizja lokalna przy ul. Garncarskiej. Kot odpowiada swobodnie:

– To moja pierwsza mokra robota…

Pytany, czy miał zamiar kogoś konkretnego napaść – zaprzecza.

– Szukałem odpowiedniego obiektu… – odpowiada.

Wizja pod Kopcem Kościuszki. Zapytany, czy chciał zamordować dziecko – mówi:

– Z początku nie. Po prostu – to, co mi przypadnie do gustu…

Ta sama wizja. Prowadzący ustala miejsce napadu. W pewnym momencie podejrzany Karol Kot stwierdza z pewnego rodzaju uznaniem:

– Tak, to dobrze wskazane…

Za chwilę poprawia osobę pełniącą w czasie wizji rolę ofiary, gdy ta, zgodnie z jego wskazaniami, odwraca się.

– Nie, nie tak. Tylko głowę odwrócił… [5]

Relacja „Dziennika Polskiego” jest jeszcze bardziej makabryczna. Adam Teneta podsumowuje morderczy pochód „dwudziestoletniego kolekcjonera noży” oraz śledztwo. Tekst zawiera zaczerpnięte z akt wypowiedzi podejrzanego.

Wyjaśnił bardzo dokładnie wszystko, a nagranie radiowe co do zabójstwa Całka zawiera takie stwierdzenia: „To była moja pierwsza mokra robota. Szedłem w płaszczyku, miałem bagnecik przy boku. Zamiar zrodził się dużo wcześniej, parę dni wstecz. Nie dotyczyło to od razu dziecka, później się skonkretyzowało. Zapytałem Całka: czy tam są zawody czy spartakiada? On odwrócił do mnie głowę, odpowiedział, w jednym ręku trzymał sanki. Przyciągnąłem go do siebie, wyjąłem nóż i zadałem mu ciosy z tyłu. Jakieś siedem. Po 4–5 leciał mi już przez ręce”.

W czasie wizji lokalnej zażądano, by pokazał, jak zadawał te ciosy. Wykonano specjalny nóż z grubej gumy o wymiarach i wyglądzie autentycznego narzędzia mordu. Ustawiono funkcjonariuszkę MO na miejscu Całka, a Kot zadał jej ciosy tak silne, że aż zgięła się wpół, co wywołało uśmiech Kota, skrzętnie zanotowany na taśmie [6].

Publikacje prasowe wywołują szok. W mieście wrze. Ludzie plotkują, a niektórzy piszą listy do redakcji, wyrażając oburzenie i zadając pytania, jak do tego mogło dojść. Redaktor Teneta postanawia wykorzystać gorący temat. Tydzień po konferencji prasowej na łamach „Dziennika Polskiego” ukazuje się kolejny tekst informujący o szczegółach sprawy.

Teneta przeprowadza własne śledztwo i udaje mu się odnaleźć osoby, o których mówiono podczas konferencji. Prawdę mówiąc, nie jest to trudne. Milicjanci wspomnieli, że Karol po zakończeniu treningu strzelił do koleżanki, o czym Teneta napisał już w pierwszej relacji.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Tamta publikacja wywołała oburzenie wśród działaczy SKS „Cracovia”. Mieli pretensje do dziennikarza, że podał nazwę klubu i to w przededniu obchodów jubileuszu sześćdziesięciolecia, co podważa dobrą opinię tak zasłużonego klubu.

Teneta wyjaśnia działaczom, najpierw w rozmowie telefonicznej, a potem na łamach gazety, że przynależność do klubu nie ma tu znaczenia. Wszak sprawca mógł należeć do KS „Wisła” albo WKS „Wawel”. Wystąpienie działaczy ułatwiło mu odnalezienie dziewczyny, do której strzelał krakowski nożownik. Ta prostuje informacje z pierwszych doniesień prasowych. Do zdarzenia miało dojść po treningu w piwnicy, w magazynie broni, a nie, jak podał reporter, na strzelnicy po zawodach. Jest pewna, że gdyby Kot chciał ją zabić, to strzelając z biodra z tej odległości, nie mógł spudłować. Za dobrze strzelał. Uważa, że to był żart. Makabryczny żart, zdaniem redaktora Tenety.

Dziennikarz rozmawia także z bratem jednej z ofiar. Relacjonuje, że podczas okazania podejrzany miał się odgrażać jego siostrze, „że jak wyjdzie, to całą krew z niej wypuści”. Nie to jednak wywołuje prawdziwe oburzenie. W tekście autor wyjaśnia, jak dalej potoczy się sprawa. Podejrzanym mają zająć się biegli psychiatrzy. Jeśli orzekną częściowe ograniczenie zdolności rozpoznawania i kierowania czynami, to zastosowany zostanie artykuł 18 kk, co spowoduje obniżenie kary. Jeśli zaś stwierdzą chorobę psychiczną, to w myśl artykułu 17 kk do procesu nie dojdzie. Kot trafi do zakładu zamkniętego, aby nie zagrażał społeczeństwu.

Po tej publikacji w redakcji rozdzwaniają się telefony. Listonosz przynosi kilkadziesiąt listów. Redaktor Teneta decyduje się opublikować list magister J. Modrakowskiej, jako przyczynek do dalszej dyskusji.

[…] Materiał dowodowy, przedstawiony na konferencji prasowej przez płk M. Nowaka, jest zarówno obfity, jak i wystarczająco przekonujący. Bo czyż trzeba lepszych dowodów winy, jak zeznania trzech ocalałych przy życiu ofiar, które Kota rozpoznały oraz przyznanie się jego samego do popełnienia tych strasznych czynów? W tym stanie rzeczy przewód sądowy wydaje się już tylko formalnością. Pomimo tego z wielkim zdziwieniem przeczytaliśmy końcowy ustęp artykułu, w którym wyraża się powątpiewanie, czy Karol Kot jest zdrowym psychicznie człowiekiem.

Panowie Redaktorzy, dlaczego i po co zawczasu wysuwać niby to obiektywne przypuszczenia i wątpliwości, a nawet sugestie, przemawiające na korzyść tego młodego zbrodniarza, po co dajecie się sami ponosić emocji siejąc wśród czytelników pewnego rodzaju zamęt pojęć i ocen? W ten sposób i już apriorycznie narzuca się pewne nastawienie myślowe, pewne postawy przyszłym biegłym psychiatrom, którzy w znanym krakowskim procesie studenta Pietrykowskiego (zabił młotkiem swoją ciotkę-opiekunkę Wernerową) dali gorszący przykład diametralnie sprzecznych orzeczeń, stanowiących znakomity żer dla adwokatów, a stawiając sąd w nie lada kłopocie.

W ogóle w dociekaniach na temat poczytalności czynu jest chyba tylko jeden najpewniejszy sprawdzian. Mianowicie skoro morderca działa z wyrafinowanym zachowaniem wszystkich środków ostrożności i ukrywa się po popełnieniu zbrodni, to znaczy, że zdaje sobie sprawę z tego, iż źle czyni i że spotka go za to kara. A skoro zdaje sobie sprawę z tego, to jest winny i w pełni odpowiedzialny za swój czyn.

Zbrodnie Karola Kota nie są na pewno czynami umysłowo chorego człowieka. Trudno bowiem posądzić o to kończącego średnie studia maturzystę, obracającego się w kręgu kolegów szkolnych, sportowców, no i przebywającego w gronie rodzinnym bez wzbudzania jakichkolwiek podejrzeń choroby psychicznej. […] [7]

Teneta w artykule podkreślił, że list magister J. Modrakowskiej reprezentuje pogląd szerokiego kręgu czytelników. Redaktor prosi o komentarz trzech specjalistów: sędziego, adwokata i psychiatrę. Anonimowo, co zrozumiałe w tych okolicznościach. Sędzia wyraża pogląd, że przytoczony list pokazuje jasno, iż jego autorka nie ma nic wspólnego z prawem. Uległa naciskowi społecznemu i wypowiada się w tonie mocno emocjonalnym. Przestępstwa, jakich dopuścił się Kot, są najczęściej popełniane przez osoby chore psychicznie, które zazwyczaj zachowują pozory normalności. Zbadanie tego, czy Karol Kot jest chory, czy nie, należy pozostawić specjalistom. Prawnik bez wysłuchania głosu specjalistów nie zajmuje stanowiska i nie formułuje wyroków.

Tego rodzaju sprawy wymykają się z rąk Sądu: dla popełnienia przestępstwa musi istnieć jego strona przedmiotowa – zamierzony czyn człowieka, społecznie niebezpieczny czyn, bezprawny, karalny i następny element już podmiotowy: zawinienie. Ludzie psychicznie chorzy, choć wypełniają wszystkie warunki przedmiotowe, nie zawiniają czynu, są jak dziecko, którego nie możemy ukarać za spowodowanie nawet czyjejś śmierci. A brak choćby jednego z tych wszystkich, przytoczonych elementów definicji przestępstwa, powoduje, że sprawcy nie można ukarać [8].

Sędzia wyjaśnia, że w przypadku osoby chorej sąd w celu ochrony społeczeństwa ma prawo powołać się na artykuł 79 kk, który pozwala na bezterminową izolację osoby stwarzającej zagrożenie. Chory może zostać zwolniony decyzją sędziego, jeżeli jego stan zdrowia się poprawi. To jednak nie daje gwarancji, że w pewnych okolicznościach ponownie nie dojdzie do tragedii. Dlatego sądy podchodzą do takich sytuacji bardzo ostrożnie. Autorka błędnie interpretuje także rolę prasy. Żaden bowiem artykuł nie jest zdolny wpływać na pracę sędziów czy biegłych. Biegli opierają się na wynikach badań, a sąd na opinii biegłych. Gdyby było inaczej do skazania wystarczyłby tylko akt oskarżenia.