Zaraza

Tekst
Z serii: Igor Brudny #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zaraza
Zaraza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Zaraza
Zaraza
Audiobook
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  PRO­LOG

6  ROZ­DZIAŁ 1

7  ROZ­DZIAŁ 2

8  ROZ­DZIAŁ 3

9  ROZ­DZIAŁ 4

10  ROZ­DZIAŁ 5

11  ROZ­DZIAŁ 6

12  ROZ­DZIAŁ 7

13  ROZ­DZIAŁ 8

14  ROZ­DZIAŁ 9

15  ROZ­DZIAŁ 10

16  ROZ­DZIAŁ 11

17  ROZ­DZIAŁ 12

18  ROZ­DZIAŁ 13

19  ROZ­DZIAŁ 14

20  ROZ­DZIAŁ 15

21  ROZ­DZIAŁ 16

22  ROZ­DZIAŁ 17

23  ROZ­DZIAŁ 18

24  ROZ­DZIAŁ 19

25  ROZ­DZIAŁ 20

26  ROZ­DZIAŁ 21

27  ROZ­DZIAŁ 22

28  ROZ­DZIAŁ 23

29  ROZ­DZIAŁ 24

30  ROZ­DZIAŁ 25

31  ROZ­DZIAŁ 26

32  ROZ­DZIAŁ 27

33  ROZ­DZIAŁ 28

34  ROZ­DZIAŁ 29

35  ROZ­DZIAŁ 30

36  ROZ­DZIAŁ 31

37  ROZ­DZIAŁ 32

38  ROZ­DZIAŁ 33

39  ROZ­DZIAŁ 34

40  ROZ­DZIAŁ 35

41  ROZ­DZIAŁ 36

42  ROZ­DZIAŁ 37

43  ROZ­DZIAŁ 38

44  ROZ­DZIAŁ 39

45  ROZ­DZIAŁ 40

46  ROZ­DZIAŁ 41

47  ROZ­DZIAŁ 42

48  ROZ­DZIAŁ 43

49  ROZ­DZIAŁ 44

50  ROZ­DZIAŁ 45

51  ROZ­DZIAŁ 46

52  OD AUTORA

Redak­cja: Jacek Ring

Pro­jekt okładki: Piotr Cie­śliń­ski (Dark Crayon)

Przy­go­to­wa­nie do druku: Kav Stu­dio Pola Rusi­ło­wicz

Korekta: Beata Wój­cik

Redak­tor ini­cju­jący: Bar­tło­miej Nawrocki

Copy­ri­ght © by Prze­my­sław Pio­trow­ski, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 9788382520712


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Roma­nowi Czar­nec­kiemu –

za wspar­cie i nie­oce­nioną pomoc

od pierw­szych chwil pisar­skiej przy­gody

PRO­LOG

Myśl, czło­wieku, myśl!

Droga kra­jowa numer trzy­dzie­ści dwa wiła się pomię­dzy sosno­wymi lasami, które roz­bły­skały niczym fle­sze po kolej­nych wście­kłych ude­rze­niach bły­ska­wic. Świe­tli­ste macki raz za razem roz­ła­ziły się po nie­bie niczym ramiona jakiejś gigan­tycz­nej ośmior­nicy pró­bu­ją­cej prze­do­stać się do tego świata.

Masz prze­je­bane! Masz, kurwa, prze­je­bane! Coś ty naro­bił, czło­wieku?!

Męż­czy­zna spoj­rzał na bosą kobietę sku­loną w fotelu pasa­żera. Była tylko w majt­kach i jego blu­zie. Twarz cho­wała w kap­tu­rze, dło­nie trzy­mała przy bro­dzie, jakby za wszelką cenę chciała zakryć usta. Drżała.

Gło­śny klak­son i ośle­pia­jący blask reflek­tora spra­wił, że męż­czy­zna gwał­tow­nie szarp­nął kie­row­nicę. Tył samo­chodu nieco zarzu­ciło, ale przy­naj­mniej unik­nął czo­łówki z nad­jeż­dża­ją­cym z naprze­ciwka busem. Przy tej pręd­ko­ści nie byłoby czego zbie­rać. Wytarł ręką pot z czoła, ale nie zdjął nogi z gazu.

Popeł­ni­łeś prze­stęp­stwo. Za to, co zro­bi­łeś, na bank odwie­szą ci zawiasy i znów pój­dziesz sie­dzieć. Kolejna recy­dywa. Przy­naj­mniej dzie­sięć lat. Kurwa mać!

Dyszał ciężko, serce łomo­tało mu w piersi. Kolejne pio­runy waliły wście­kle, paję­czyna bły­ska­wic roz­świe­tlała niebo, a korony drzew ugi­nały się pod napo­rem wichury. Z nie­zdrową fascy­na­cją ponow­nie zer­k­nął na pod­kur­czone nagie nogi pasa­żerki i poczuł, że znów zbiera mu się na wymioty.

Skąd pew­ność, co powie na poli­cji? Żadna! Odpo­wiesz za to. Na pewno!

Wska­zówka pręd­ko­ścio­mie­rza poka­zy­wała, że jedzie sto pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę. Zarzy­nany sil­nik sta­rej mazdy wył, narzę­dzia w bagaż­niku tłu­kły się przy każ­dym ostrzej­szym zakrę­cie. Mło­tek, cęgi, piła do metalu, pal­nik ace­ty­le­nowy i masa innych, które można wyko­rzy­stać na wiele spo­so­bów. Ta myśl spo­wo­do­wała, że znów spoj­rzał na nagie uda pasa­żerki. Zaci­snął palce na kie­row­nicy. Jego bagaż­nik był jed­nym wiel­kim dowo­dem winy.

Nie odpusz­czą ci i będziesz sie­dział. Pro­ku­ra­tor tego dopil­nuje. Jesteś zło­dzie­jem i ban­dytą. Nikt ci nie uwie­rzy! Nikt, kurwa!

W oddali zza zakrętu wyło­nił się tir. Miał mocne reflek­tory, które oświe­tliły sie­dzącą obok kobietę. Gdy pojazdy się mijały, jasna wiązka omio­tła jej dło­nie i frag­ment skry­tej pod kap­tu­rem twa­rzy. Zaci­snął zęby i zaklął pod nosem. Źle zro­bił. Nie prze­my­ślał tej decy­zji, a teraz jest już za późno. Cokol­wiek zrobi z nie­chcianą pasa­żerką, prę­dzej czy póź­niej przyj­dzie mu za to zapła­cić. Nie wywi­nie się. Dopadną go i trafi za kratki.

Gdy minął skręt w drogę poża­rową, przez głowę prze­le­ciała mu pewna myśl. Nagle stała się bar­dzo kusząca. Miał w bagaż­niku łopatę. Pora­dziłby sobie w godzinę, może dwie. Miał w tym doświad­cze­nie. Zdą­żył odpo­ku­to­wać. Dwa­na­ście lat w cięż­kim wię­zie­niu w pod­wro­cław­skim Woło­wie to był trudny czas. Ale dał radę. Łza w kąciku lewego oka przy­po­mi­nała mu o tym każ­dego dnia.

 

Niebo znów roz­bły­sło świe­tli­stą paję­czyną, chwilę póź­niej pio­run gruch­nął tuż nad jego głową. Był potężny, ogłu­sza­jący. Kobieta szarp­nęła się gwał­tow­nie, a następ­nie pod­kur­czyła nogi do klatki pier­sio­wej i scho­wała głowę mię­dzy kolana. Nie miała zapię­tych pasów.

Męż­czy­zna przy­gryzł dolną wargę z taką siłą, że poczuł w ustach meta­liczny smak krwi. Musiał pod­jąć decy­zję. Trzeba było coś z nią zro­bić. Od mia­sta dzie­liło go nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia kilo­me­trów. Po dro­dze kilka wsi. I sporo lasu.

Zwol­nił, kiedy wje­chał na teren zabu­do­wany, a gdy minął ostat­nie gospo­dar­stwo, znów doci­snął pedał gazu. Obrzu­cił spoj­rze­niem pasa­żerkę. Jadące z naprze­ciwka samo­chody rzu­ciły świa­tło na jej skrytą pod kap­tu­rem twarz.

– Powiesz coś w końcu? – zagad­nął, nie spusz­cza­jąc wzroku z przed­niej szyby.

Zero reak­cji. Od momentu gdy wsa­dził ją do samo­chodu, nie wydała z sie­bie żad­nego dźwięku. Nie umiał oce­nić, czy w ogóle kon­tak­tuje.

– No mów coś, do jasnej cho­lery! – wark­nął.

W lusterku wstecz­nym ujrzał reflek­tory jakie­goś spor­to­wego samo­chodu. Lekko spu­ścił nogę z gazu i pozwo­lił się wyprze­dzić. Kątem oka dostrzegł, że kobieta obró­ciła się do niego ple­cami. Sku­liła się jesz­cze bar­dziej, teraz wyglą­dała jak prze­ro­śnięty embrion.

– Kurwa mać! – syk­nął i trza­snął dłońmi w kie­row­nicę, a potem jesz­cze raz i jesz­cze.

Zre­du­ko­wał bieg i wci­snął gaz do dechy, żeby wyprze­dzić SUV-a. Sil­nik zawył żało­śnie. Niebo znów roz­bły­sło, huk­nął grom. Pozbyć się jej czy nie? Skrę­cić w las czy nie? To nie zaj­mie mu wiele czasu. Powinno być jakoś po pół­nocy. Wyrobi się do dru­giej. Się­gnął po tele­fon, aby się upew­nić.

Zaczął macać oko­lice wnęki, gdzie odło­żył urzą­dze­nie, ale nie wyczuł pod pal­cami zna­jo­mego kształtu. Zer­k­nął w to miej­sce. Prze­je­chał dło­nią po skó­rza­nym wgłę­bie­niu przy dźwi­gni skrzyni bie­gów, ale tele­fonu nie było. Wtedy kątem oka dostrzegł prze­bi­ja­jący spod kap­tura blask wyświe­tla­cza.

– Ty suko! – wark­nął, chwy­ta­jąc kobietę za rękę.

Wyrwała mu się. Mówiła coś. Musiała już nawią­zać połą­cze­nie. Chwy­cił ją raz jesz­cze, klnąc szpet­nie. Kazał jej natych­miast oddać tele­fon, ale ona obró­ciła się i ugry­zła go w rękę. Wrza­snął z bólu i puścił ją, lecz chwilę póź­niej pono­wił próbę odzy­ska­nia urzą­dze­nia. Musiał ją powstrzy­mać za wszelką cenę. Nie chciał tra­fić do wię­zie­nia. Ni­gdy wię­cej!

Gdy po raz trzeci spró­bo­wał jej wytrą­cić z ręki tele­fon, sku­pił wzrok na kobie­cie o uła­mek sekundy za długo. Nie dostrzegł, że wła­śnie wjeż­dża w ostry łuk, a gdy się zorien­to­wał, było już za późno. Gwał­towne odbi­cie kie­row­nicy nie pomo­gło, koła zła­pały pobo­cze, a on stra­cił pano­wa­nie nad pojaz­dem. Samo­chód ściął słu­pek, wypadł z drogi i z potęż­nym impe­tem ude­rzył w pierw­sze napo­tkane drzewo.

Ostat­nie, co zare­je­stro­wał jego umysł, to ciało kobiety, które wyla­tuje przez przed­nią szybę. Potem jego głowa roz­trza­skała się na kawałki i nie reje­stro­wał już nic.

ROZ­DZIAŁ 1

Trzy mie­siące póź­niej

Lało jak z cebra.

Skoń­czyła palić i otwo­rzyła okno, aby wyrzu­cić nie­do­pa­łek, po czym od razu je zamknęła. Wystar­czyło kilka sekund, aby do wnę­trza napa­dało wody. Ulewa była gwał­towna i zła­pała ją zaraz po wyjeź­dzie z mia­sta. Nagle z zachodu nad­cią­gnęły ciemne, nie­mal czarne chmury i niebo po pro­stu się otwo­rzyło, wyrzy­gu­jąc ze swo­ich trzewi całą zawar­tość. Ludzie kryli się gdzie popad­nie, ulice zamie­niały się w rwące potoki. Co gor­sza, lało nie­ustan­nie i zasta­na­wiała się, czy po takim arma­ge­do­nie będzie jesz­cze czego szu­kać na miej­scu zbrodni.

Wycie­raczki ledwo zbie­rały wodę z przed­niej szyby, a z gło­śni­ków walił gita­rowy riff Sla­sha z Guns N’ Roses, jej ulu­bio­nej kapeli, któ­rej była wierna już pra­wie trzy­dzie­ści lat. Się­gnęła po paluszka i schru­pała go, nucąc pod nosem znane na pamięć tony, a potem klep­nęła się w udo i zama­chała głową niczym nasto­latka na kon­cer­cie grupy roc­ko­wej.

Wychy­liła się i zer­k­nęła na zasnute czar­nymi chmu­rami niebo. Jakby wie­dzieli, pomy­ślała. Cie­kawe, czy dyżurny spraw­dził pro­gnozę pogody, zanim nadał jej temat. Co prawda w pierw­szej kolej­no­ści wysłał na miej­sce naj­bliż­szy patrol, ale zaraz póź­niej zadzwo­nił do niej.

– Młoda kobieta – powie­dział. – Odko­pały ją dziki. Leśni­czy twier­dzi, że widok jest maka­bryczny, bo dobrała się do niej zwie­rzyna.

Do tej pory zna­le­ziono tylko jedne ciało. Wyło­wiono je na początku marca z Odry, mniej wię­cej na wyso­ko­ści wsi Połęcko leżą­cej tuż przy gra­nicy z Niem­cami. Ofiary jak na razie nie udało się ziden­ty­fi­ko­wać, bo nie miała przy sobie żad­nych doku­men­tów, a zwłoki znaj­do­wały się w sta­nie daleko posu­nię­tego roz­kładu. Sprawę z początku prze­jęli kry­mi­nalni z przy­gra­nicz­nego Gubina, ale szybko usta­lili, że mogła być jedną z pro­sty­tu­tek pra­cu­ją­cych dla zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy sute­ne­rów, któ­rzy łowili poten­cjalne pra­cow­nice w więk­szych mia­stach, w tym w Zie­lo­nej Górze. Według kole­gów i kole­ża­nek po fachu nazy­wała się Iwanka i pocho­dziła z Bia­ło­rusi, nie­stety nic wię­cej nie udało się usta­lić, może prócz tego, że według pato­mor­fo­loga przed śmier­cią była tor­tu­ro­wana i wie­lo­krot­nie gwał­cona. Z początku sprawą zajął się kolega z wydziału, nie­jaki Artur Kłos. Facet słu­żył w stop­niu komi­sa­rza. Duży chłop o nie­wyj­ścio­wej mor­dzie, podobno sku­teczny w tere­nie, choć według nie­któ­rych nad­gor­liwy i mający skłon­ność do agre­sji wobec podej­rza­nych, a nawet świad­ków. Wypły­nął krótko po tym, jak ze służby odszedł nie­za­stą­piony inspek­tor Romu­ald Czar­necki, który mię­dzy innymi z powodu tych wła­śnie cech przez całą swoją karierę nie dopusz­czał komi­sa­rza do swo­jego zespołu. Ona też go nie polu­biła. Miał w sobie coś odpy­cha­ją­cego i nawet nie cho­dziło o jego gbu­ro­wa­tość, bo aku­rat do tego rodzaju part­ne­rów była przy­zwy­cza­jona. On po pro­stu nie sza­no­wał ludzi.

Po trzech jało­wych z punktu widze­nia śledz­twa mie­sią­cach Kłos został skie­ro­wany do innej sprawy, a ona je po nim prze­jęła, bo nikt inny nie chciał. Nie miała więk­szego wyboru, bo wciąż była w wydziale sto­sun­kowo świeża i musiała jakoś wkraść się w łaski prze­ło­żo­nych. Miała też nadzieję, że dzięki roz­wi­kła­niu śledz­twa, które wyglą­dało wybit­nie nie­roz­wo­jowo, zdo­bę­dzie akcep­ta­cję kole­ża­nek i kole­gów z komendy. W końcu z czy­stej nie­na­wi­ści do prze­stęp­ców para­ją­cych się han­dlem ludźmi, w tym pedo­fi­lów, któ­rzy czę­sto się do nich zali­czali, chciała za wszelką cenę dopaść gnoja, który zamor­do­wał tę młodą dziew­czynę.

Druga ofiara poja­wiła się po sze­ściu mie­sią­cach i też była nią młoda kobieta. Brzmiało co naj­mniej obie­cu­jąco, jeśli w ogóle można uznać, że śmierć kogo­kol­wiek może być czymś obie­cu­ją­cym. Seryj­niak? Nie­wy­klu­czone. W każ­dym razie ofiara zna­le­ziona przez leśni­czego z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa mogła mieć coś wspól­nego z pro­wa­dzo­nym przez nią śledz­twem, wobec czego krótko po tele­fo­nie od dyżur­nego chwy­ciła nie­do­je­dzoną kanapkę i ruszyła to spraw­dzić.

Jechała powoli w akom­pa­nia­men­cie grzmią­cych we wnę­trzu auta ostrych gita­ro­wych dźwię­ków. Leśna droga była wybo­ista i dla nor­mal­nego samo­chodu prak­tycz­nie nie­prze­jezdna, nie zdzi­wiła się więc, gdy natknęła się na ugrzę­zły w bło­cie radio­wóz. Dwoje niż­szych stop­niem poli­cjan­tów sie­działo w fote­lach, paląc papie­rosy i gapiąc się w wyświe­tla­cze tele­fo­nów. Gdy prze­jeż­dżała po krza­kach obok ich pojazdu, pozdro­wili ją, ale nie pró­bo­wali jej zatrzy­mać, ona zaś nie kwa­piła się, żeby im pomóc. Była pewna, że wcale tego nie ocze­kują i wolą jesz­cze tro­chę się poobi­jać.

Sama nie miała wymówki. Wer­tepy, wypeł­nione bło­tem dziury, głę­bo­kie rowy nie były jej straszne. Jej nis­san patrol dopiero w takich warun­kach roz­wi­jał skrzy­dła. Wbrew pozo­rom polu­biła go bar­dzo szybko, bo choć bywał krnąbrny na uli­cach mia­sta, na dziu­ra­wych jak ser szwaj­car­ski pod­miej­skich dro­gach czuł się jak ryba w wodzie. Poko­naw­szy naj­bar­dziej nie­równy frag­ment, nieco przy­spie­szyła, roz­bry­zgu­jąc zale­ga­jące na leśnej ścieżce kałuże. Zatrzy­mała się przy słu­pie oddzia­ło­wym. Odczy­tała numer osiem­dzie­siąt osiem. Według wska­zó­wek musiała prze­je­chać do kolej­nego, a następ­nie odbić w lewo i jechać jesz­cze jakieś dwa kilo­me­try, aż zoba­czy zapar­ko­wa­nego jeepa wran­glera. To tam, w pobliżu młod­nika, miały znaj­do­wać się zwłoki.

Na miej­sce dotarła po pię­ciu minu­tach. Zapar­ko­wała za tere­nówką leśni­czego i wyłą­czyła sil­nik. Slash zamilkł, zastą­piony przez dud­nie­nie kro­pel o karo­se­rię. Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy wyjść z samo­chodu, ale straż­nik leśny uprze­dził ją i kil­koma susami dopadł do patrola. Aby unik­nąć głu­pich pytań, wycią­gnęła na wierzch bla­chę. Chwilę póź­niej facet otwo­rzył drzwi i ciężko dysząc, roz­go­ścił się na miej­scu pasa­żera.

– Pani z poli­cji? – zapy­tał, a w jego tonie dało się wyczuć zde­ner­wo­wa­nie. Pomy­ślała, że jej plan jed­nak się nie powiódł.

– Komi­sarz Julia Zawadzka – odparła, wycią­ga­jąc papie­rosa. – Pali pan, panie…

– Młod­szy straż­nik leśny Kac­per Roszyk. Ja prze­pra­szam, ale nie spo­dzie­wa­łem się…

– Kobiety? – Zawadzka suge­styw­nie wysu­nęła paczkę w stronę męż­czy­zny.

– Nie, dzię­kuję. Nie palę.

– Nie będzie panu prze­szka­dzać, jeśli ja zapalę?

– Nie, nie…

Zawadzka przy­su­nęła pło­mień zapal­niczki do koń­cówki papie­rosa. Kątem oka obser­wo­wała reak­cję męż­czy­zny, któ­rego wzrok bez­wied­nie wylą­do­wał na jej pra­wym policzku. Przy­zwy­cza­iła się. Wszy­scy nowi roz­mówcy naj­pierw gapili się na jej bli­znę.

Zacią­gnęła się i wypu­ściła dym. Teraz to ona mu się przyj­rzała. Męż­czy­zna miał nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat. Chudy jak szkapa, pie­go­waty, z gar­ba­tym nosem i dużymi brą­zo­wymi oczami przy­po­mi­nał jej postać z jakie­goś filmu o głup­ko­wa­tych nasto­lat­kach szu­ka­ją­cych skarbu. Jego wzrok błą­dził po wnę­trzu samo­chodu, prawa noga tań­czyła w sobie tylko zna­nym ryt­mie. Widać było, że ta sytu­acja mocno go zestre­so­wała, może nawet prze­ro­sła.

– Chce pan paluszka? – zapy­tała, się­ga­jąc do wci­śnię­tej w otwarty scho­wek torebki. Sama wzięła kilka i dwa z nich wło­żyła do ust. – Pro­szę się nie krę­po­wać. Mamy sporo czasu, bo wąt­pię, żeby przy tej aurze pro­ku­ra­tor i tech­nicy dotarli tu szyb­ciej niż za godzinę.

Chło­pak spoj­rzał na nią nie­pew­nie, a potem gło­śno prze­łknął ślinę. Nie­na­tu­ral­nie wysta­jąca grdyka pod­sko­czyła, po chwili wychy­lił się i zer­k­nął na wiszącą jej na piersi odznakę. Do tego też się przy­zwy­cza­iła. Od jakie­goś czasu jej apa­ry­cja nie koja­rzyła się ludziom z kimś, kto na co dzień repre­zen­tuje wła­dzę.

– Pro­szę. W schowku mam jesz­cze jedną paczkę – dodała, dostrze­ga­jąc wyraźne zakło­po­ta­nie roz­mówcy.

– Szcze­rze mówiąc, to nie jestem głodny – wydu­kał Roszyk. – Nie po tym, co tam zoba­czy­łem. To naprawdę okropny widok.

Zawadzka wło­żyła do ust kolejne dwa paluszki. Schru­pała je w mil­cze­niu, a następ­nie zacią­gnęła się papie­ro­sem.

– Gdzie jest ciało? – zapy­tała, łapiąc spło­szone spoj­rze­nie pasa­żera.

– Tam.

Męż­czy­zna wska­zał pal­cem na zrytą przez dziki zie­mię, jakieś dzie­sięć metrów od swo­jego samo­chodu. W tej chwili wszystko tonęło w bło­cie.

– Doty­kał pan cze­goś?

– Abso­lut­nie.

– Abso­lut­nie tak czy abso­lut­nie nie?

– Nie…

– Jak zna­lazł pan ciało?

– Aku­rat byłem na ruty­no­wym patrolu.

– Co pan robił na tym patrolu?

– No… – Roszyk znów gło­śno prze­łknął ślinę. – Wie pani… te ostat­nie tygo­dnie były bar­dzo suche. Mie­li­śmy dwa pożary, ale ludzie w ogóle nie sto­sują się do zaka­zów wcho­dze­nia do lasu. W sumie trzy, licząc ten sprzed trzech mie­sięcy, gdy po tam­tym wypadku spło­nęło pra­wie trzy­sta hek­ta­rów. Pamięta pani? Pod­czas tej ano­ma­lii pogo­do­wej.

– Suchej burzy – przy­tak­nęła. – Tak, pamię­tam.

Jak­żeby miała tego nie pamię­tać? Pożar poża­rem, ale to, co wyda­rzyło się chwilę wcze­śniej, nawet jej zmro­ziło krew w żyłach. Zupeł­nie przy­pad­kiem została wysłana jako zastęp­stwo wła­śnie z Kło­sem. Na miej­sce wypadku przy­je­chali razem, ale szybko oka­zało się, że nie będą mieli zbyt wiele roboty, bo auto już pło­nęło, a pożar lasu gwał­tow­nie się roz­prze­strze­niał. Przy­je­chała straż pożarna, naka­zała ewa­ku­ację. I ogól­nie w całej tej sytu­acji nie byłoby nic dziw­nego, gdyby nie jeden szcze­gół. Stara mazda szóstka owi­nęła się wokół drzewa jak har­mo­nijka. Trup na miej­scu. Pato­mor­fo­log stwier­dził póź­niej, że kie­rowca zgi­nął, zanim samo­chód doszczęt­nie spło­nął. Haczyk tkwił gdzie indziej. Dopiero gdy ujrzała pako­waną do karetki pasa­żerkę, omal nie zwy­mio­to­wała. Sprawa bły­ska­wicz­nie została utaj­niona i wszy­scy świad­ko­wie musieli pod­pi­sać papier obli­gu­jący ich do mil­cze­nia. Od przy­pad­ko­wego kie­rowcy, który zadzwo­nił pod numer alar­mowy, przez ratow­ni­ków, stra­ża­ków, na leka­rzach koń­cząc, każdy, kogo wzrok spo­czął na ciężko ran­nej pasa­żerce mazdy. Na razie wyglą­dało na to, że sprawa nie wypły­nęła i jakimś cudem wszy­scy trzy­mali język za zębami. Wypar­cie? Nie zdzi­wi­łaby się. Strach? Jak naj­bar­dziej. Ostat­nio jed­nak doszły ją słu­chy, że po mie­ście od jakie­goś czasu krążą dziwne plotki, a dzien­ni­ka­rze węszą sen­sa­cję. Do tej pory na samą myśl o tym wypadku prze­szy­wały ją dresz­cze.

 

Teraz też się wzdry­gnęła. Nagle zdała sobie sprawę, że straż­nik wciąż do niej mówi.

– Chwila, panie… – zawa­hała się.

– Roszyk. Nazy­wam się Kac­per Roszyk.

– Wróćmy do momentu, gdy pan tędy prze­jeż­dżał. Jak pan dostrzegł zwłoki?

– No, nor­mal­nie. Jecha­łem i zoba­czy­łem lisa, który sku­bał coś wysta­ją­cego z roz­ry­tej ziemi. Jesz­cze nie padało, więc zatrzy­ma­łem samo­chód i wysia­dłem. Lis uciekł i wtedy… – Męż­czy­zna prze­tarł chu­s­teczką czoło.

– I co wtedy?

– No zoba­czy­łem to, to zna­czy…

– Miał pan jakieś podej­rze­nia, co to może być?

– No od razu było widać. Bałem się jak cho­lera, ale pod­sze­dłem bli­żej i… – Skrzy­wił się, jakby wła­śnie połknął coś obrzy­dli­wego. – No… Chry­ste… – Ukrył twarz w dło­niach.

– Zoba­czył pan ciało kobiety, tak?

Straż­nik leśny poki­wał głową, a po chwili wycią­gnął kolejną chu­s­teczkę i wysmar­kał nos. Drżącą dło­nią scho­wał ją z powro­tem do kie­szeni mun­duru.

– To naprawdę maka­bryczny widok, pro­szę pani.

Zawadzka już nic wię­cej nie powie­działa. Zja­dła ostat­niego paluszka i zer­k­nęła przez przed­nią szybę na niebo, które powoli zaczy­nało się prze­ja­śniać. Chmury prze­su­wały się na wschód, a na hory­zon­cie widać było nie­mrawe prze­bły­ski pro­mieni sło­necz­nych. Odcze­kała jesz­cze chwilę i gdy ulewa zelżała, a na nie­bie poja­wiła się zja­wi­skowa tęcza, otwo­rzyła drzwi i wysia­dła z auta.

Jej buty od razu zato­piły się w bło­cie pra­wie po kostki. Nie prze­jęła się tym zbyt­nio. Wycią­gnęła z kie­szeni men­tosa, wło­żyła go do ust i ruszyła w stronę miej­sca, które kilka minut temu wska­zał leśnik. Nie­spe­cjal­nie zmar­twiła się fak­tem, że może zadep­tać ślady, bo jeśli jesz­cze pół godziny temu takowe tu były, to ten ulewny deszcz z pew­no­ścią dokład­nie je zmył. Ostat­nie metry poko­ny­wała, bro­dząc w roz­mięk­czo­nej ziemi i zło­rze­cząc na buszu­jące tu wcze­śniej dziki. Prze­stało padać aku­rat w momen­cie, gdy przy­sta­nęła nad wypeł­nioną brudną wodą dziurą. W noz­drza ude­rzył ją wyjąt­kowo paskudny odór, coś jak mie­sza­nina gni­ją­cego mięsa i odcho­dów. Nie spo­dzie­wała się, że woń może być tak inten­sywna. Żołą­dek zbun­to­wał się i tar­gnęły nią tor­sje. Odwró­ciła się i zwy­mio­to­wała, bo choć do tej pory widziała już wiele tru­pów w naj­róż­niej­szym sta­nie roz­kładu, ten smród prze­bi­jał abso­lut­nie wszystko, czego do tej pory doświad­czyła na służ­bie.

– To dziki, pro­szę pani. – Usły­szała za ple­cami głos leśni­czego. – Ich odchody mają bar­dzo inten­sywną woń.

Woń, kurwa, pomy­ślała i raz jesz­cze opróż­niła żołą­dek z resz­tek śnia­da­nia. Wycią­gnęła z kie­szeni nasą­czoną lawendą chu­s­teczkę i przy­tknęła do nosa, po czym z powro­tem sku­piła wzrok na zanu­rzo­nych w męt­nej wodzie zwło­kach. Przez chwilę przy­glą­dała się wysta­ją­cemu ponad taflę frag­men­towi kolana i przed­ra­mie­niu, a w zasa­dzie temu, co z niego zostało, bo nie trzeba było być spe­cja­li­stą, aby oce­nić, że spora jego część została pożarta. Dłoni bra­ko­wało dwóch pal­ców, resztki tkanki były poszar­pane, jakby ktoś wło­żył ofie­rze rękę do maszynki do mięsa.

Zawadzka się­gnęła do kie­szeni po parę jed­no­ra­zo­wych ręka­wi­czek i wal­cząc z odru­chem wymiot­nym, przy­kuc­nęła przy zwło­kach. Zła­pała za jeden z obgry­zio­nych pal­ców i unio­sła przed­ra­mię, wzru­sza­jąc taflę męt­nej wody. Na uła­mek sekundy poja­wiła się twarz ofiary, żeby zaraz znik­nąć pod brudną powierzch­nią wody. Komi­sarz deli­kat­nie opu­ściła dłoń i rozej­rzała się za czymś, czym mogłaby roz­gar­nąć taflę wody. Wychy­liła się i się­gnęła po kawa­łek gałęzi, któ­rym zamie­szała w kałuży. Widok poszar­pa­nych zwłok spra­wił, że znów tar­gnęły nią tor­sje. Tym razem się opa­no­wała, jedy­nie kilka razy odchrząk­nęła. W końcu wyco­fała się na ścieżkę i zapa­liła papie­rosa. Zacią­gnęła się głę­boko i wypu­ściła dym. Przez chwilę stała, bez­myśl­nie wpa­tru­jąc się w gęsty młod­nik.

– Dobrze się pani czuje? – zagad­nął straż­nik leśny, który wciąż trzy­mał się kilka metrów dalej.

– Tak – odparła, odwra­ca­jąc się w jego stronę. Męż­czy­zna stał obok swo­jej tere­nówki, na jego twa­rzy malo­wała się szczera tro­ska. Pomy­ślała, że bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, młody trzyma się naprawdę nie­źle. Wolno ruszyła w jego stronę.

– Pani zda­niem to mor­der­stwo? – zapy­tał, gdy przed nim sta­nęła.

– Na to wygląda – mruk­nęła, ale nic wię­cej nie dodała, tylko się­gnęła po wibru­jący w kie­szeni smart­fon. Dzwo­niła stara zna­joma, sze­fowa zespołu tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych Anna Borucka. Zawadzka ode­brała.

– Cześć, Julka. Jesteś już na miej­scu?

– Cześć. Tak, jestem. Wła­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić. Macie jak doje­chać?

– No wła­śnie toniemy w bło­cie. – W tle dało się sły­szeć odgłos zarzy­na­nego sil­nika. – Fur­go­netka ze sprzę­tem nie prze­je­dzie, ale już nad­cią­gają dwie tere­nówki. Prze­ło­żymy, co się da, i powin­ni­śmy się zja­wić w ciągu pół godziny.

– To pamię­taj, żeby wziąć pompę. Zwłoki leżą w płyt­kim dole, ale trzeba go będzie osu­szyć.

– Tak myśla­łam. Jak to wygląda?

– Nie pytaj.

– Aż tak źle?

– Przy­go­tuj się na naj­gor­sze. Bez kla­merki nie pod­chodź.

– Jezuuu… – Borucka wes­tchnęła. – Ile jesz­cze?

– Do eme­ry­tury, moja droga.

– Dzięki, Julka. Ty zawsze potra­fisz popra­wić mi humor.

– Nie ma za co.

– Dobra, muszę koń­czyć, bo chyba jadą. Narka.

Borucka się roz­łą­czyła. Zawadzka oparła się o nad­kole patrola i wycią­gnęła kolej­nego men­tosa. Wsa­dziła go do ust i zaczęła roz­gry­zać. Pomy­ślała, że musi poin­for­mo­wać swo­jego faceta, aby dziś na nią nie liczył.