Piętno

Tekst
Z serii: Igor Brudny #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piętno
Piętno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Piętno
Tekst
Piętno
E-book
34,99  25,54 
Szczegóły
Piętno
Audio
Piętno
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99  29,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Beata Wójcik, Katarzyna Rojek

Projekt okładki: Piotr Cieśliński (Dark Crayon)

Redaktor inicjujący: Bartłomiej Nawrocki


Copyright © by Przemysław Piotrowski, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Wydanie I


ISBN 9788381432986



nwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Ukochanej córeczce Lenie



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
This ebook was bought on LitRes

Prolog

– Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone[1].

Ksiądz nie przerywał.

Na jego młodej i nieskalanej trudami życia twarzy wystąpiły krople potu, skronie nabrzmiały pulsującymi żyłami, a głos, mimo że ledwo słyszalny, niósł się po izbie ponurym echem niczym zaklinania egzorcysty.

Za oknem trzaskały błyskawice, a drzewa uginały się pod naporem wichury. Deszcz tłukł o szyby niemiłosiernie, a na ścianach starego, rozpadającego się domu na końcu wsi w blasku świec pełzały pokraczne cienie.

Ksiądz po raz kolejny wykonał nad głową umierającej znak krzyża.

Kobieta leżała pod starymi kocami i ściskała w dłoniach nieco już zardzewiały krzyż z cierpiącym Chrystusem Panem. Jej stare, naznaczone ponurym losem dłonie drżały żałośnie, a ona szeptała pod nosem niezrozumiale dla wyjątkowo skromnego audytorium. Nie była pewna, czy Pan przyjmie ją do swojego królestwa, tak naprawdę szczerze wątpiła, aby wybaczył jej grzechy i wpuścił ją do raju. Dawno temu odwróciła się od Niego. Teraz bardzo tego żałowała.

Spojrzała na przygarbioną postać stojącą w rogu izby. Mężczyzna patrzył na nią chłodno. Jego brązowe, głęboko osadzone oczy migotały złowrogo w blasku świec, a gdy ksiądz po raz kolejny powiedział „amen”, wydłubał spomiędzy trzonowców resztkę kapusty i splunął na podłogę.

Poczuła, jakby ktoś wbił jej nóż prosto w serce. Zamknęła powieki i z bólu zacisnęła szczęki z taką siłą, że wbiła sobie resztki spróchniałej zębowiny w dziąsła. Metaliczny smak krwi wypełnił jej usta. Kaszlnęła, opluwając brodę i pościel, a ministrant o blond włosach wytarł jej usta białą chustką.

Umierała. Poprzedniego wieczoru, gdy w końcu zabrakło wódki, ostatecznie zdała sobie z tego sprawę i poczuła lęk. Niezwykle intensywny. Potrafiła odróżnić go od strachu, który znała doskonale. Strach towarzyszył jej przez blisko sześćdziesiąt lat marnego i podłego życia. Naznaczonego biedą, smutkiem, kolejnymi depresjami i bólem duszy przychodzącym po każdej z nich. Strach był jednak uczuciem namacalnym, można było z nim walczyć, ukryć się przed nim, czasem nawet go oszukać. Ale świadomość, że już wkrótce zamieni się w cuchnące ścierwo, a jacyś obcy jej ludzie włożą je do taniej trumny i zakopią, sprawiała, że zdecydowała się poprosić o widzenie z ojcem Wilczkiem. Zrobiło jej się strasznie wstyd, gdy wezwany ministrant poinformował ją, że kapłan umarł trzy lata temu, a nowym proboszczem został ksiądz Adam Klich. Poprosiła więc o ostatnie namaszczenie ojca Adama, który do tej pory wykazywał się niezwykłym zaangażowaniem w wykonywaniu swojego powołania. Patrzyła mu w oczy, gdy wypowiadał kolejne sentencje, i dziękowała, że przyszedł do niej w chwili ostatniej próby.

– Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.

Kobieta uderzyła się w piersi.

– Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Przeto błagam Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę, wszystkich Aniołów i Świętych, i was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana, Boga naszego.

Spojrzała w róg izby, ale nie dostrzegła w przygarbionej postaci tego, czego tak bardzo pragnęła. Ona milczała. I nie biła się w piersi.

– Niech się zmiłuje nad nami Bóg wszechmogący i odpuściwszy nam grzechy, doprowadzi nas do życia wiecznego…

Ksiądz kontynuował. Kobieta wtórowała tak, jak potrafiła. Było jej wstyd, że nie znała podstawowych modlitw. Kiedyś, dawno temu, pamiętała. Dziś, w godzinę własnej śmierci, nie umiała wyrecytować w całości choć jednej.

– Prosimy Cię, abyś złagodził jej cierpienia.

– Wysłuchaj nas, Panie.

– Prosimy Cię, abyś ją uwolnił od grzechów i pokus.

– Wysłuchaj nas, Panie…

Kobieta poczuła, jak do chorych oczu napływają łzy. Przez lata wyzbyła się wstydu, ale dziś to uczucie nie pozwalało jej choćby na chwilę zapomnieć o tym, jak żyła i co robiła. Pokusa, grzech, pokuta. Tak wyglądało całe jej plugawe życie.

Ukradkiem spojrzała na brodatego mężczyznę w rogu izby. Stał przygarbiony i obserwował księdza udzielającego ostatniego sakramentu umierającej kobiecie. Obojętny, niewzruszony, zimny. Nie pomagał. Nie uczestniczył w ceremonii. Czekał.

Ministrant o blond włosach podał młodemu kapłanowi naczynie z olejem świętym. Ojciec Klich namaścił czoło i zasklepione dłonie kobiety, a następnie, wypowiadając modlitwę za chorą w agonii, w imieniu Pana odpuścił grzechy. Gdy skończył, wytarł dłonie w watę, którą odłożył na biały obrus, tuż obok miseczki z wodą święconą.

Kobieta zakrztusiła się krwią, która tym razem dosięgła jej nadgarstka i gorliwie ściskanej figury Jezusa Chrystusa umierającego na krzyżu. Ksiądz delikatnie wytarł jej usta i dotknął dłoni. Uśmiechnął się przy tym do niej tak naturalnie, jak nikt od wielu długich lat. Poczuła ulgę.

– Już blisko. Jeszcze tylko „Ojcze Nasz”.

Cierpiąca zacisnęła wargi, walcząc z przejmującym bólem. Rak, który od blisko trzech lat pożerał ją od środka, w ostatnich dniach rozpoczął sutą ucztę. Nie miała pieniędzy na morfinę, leki przeciwbólowe już nie działały, wódki zabrakło. Teraz, na łożu śmierci, cieszyła się z tego faktu. Choć raz chciała być trzeźwa i do Boga wejść z podniesioną głową.

Złożyła ręce i odmówiła z księdzem „Ojcze Nasz”. Kilkakrotnie zakaszlała krwią, poczuła, że koniec jest już bardzo bliski. Błagalnie spojrzała na kapłana. Miał przystojną twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, prosty nos i duże niebieskie oczy. Nie była już w stanie wypowiedzieć słowa, zwłaszcza że na zewnątrz rozpętało się piekło, a odgłosy burzy zagłuszały nawet modlitwy księdza. Ojciec Klich uchwycił spojrzenie umierającej, jej tęczówki były szare jak u chorego na jaskrę, a białka przybrały kolor zgniłego jaja. Zrozumiał, co chciała mu powiedzieć, a ona mu za to milcząco podziękowała.

Patrzyła, jak sięga po bursę z Komunią Świętą. Z namaszczeniem wyciągnął opłatek i delikatnie wsunął go w uchylone usta umierającej.

Kobieta gestem poprosiła, aby nachylił się nad nią. Zrobił to, a ona wyszeptała, że przed śmiercią chce wyjawić ostatnią tajemnicę.

– Mów, córko. Pan Jezus cię słucha.

Pokiwała głową i wskazała na postać w rogu. Ksiądz Klich podszedł do niej i przekazał ostatnie życzenie umierającej, po czym opuścił izbę. Mężczyzna przeciągnął językiem po dziąsłach i splunął szpetnie na podłogę. Zrobił kilka kroków, a pod jego potężnymi stopami podłoga zaskrzypiała.

Nachylił się nad kobietą, a ona spojrzała mu w oczy. Pałały czystą, nieukrywaną nienawiścią. Przeraziła się, że nie pójdzie do nieba. Gdy w jego źrenicach odbiły się płomienie świeczek, pomyślała, że tak właśnie wygląda diabeł. I teraz, w godzinę jej śmierci, objawił się pod jego postacią.

Zanim umarła, powiedziała mu całą prawdę.

Rozdział 1

Filip Trochan był mężczyzną przed czterdziestką, choć ludzie zwykle dawali mu kilka lat mniej. Nosił dobre garnitury i idealnie wyprasowane przez żonę koszule, oczywiście, gdy tylko opuścił swoją klinikę, w której był lubiany i szanowany nie tylko przez pacjentów, ale także pracowników, od pani sprzątającej po zatrudnionych lekarzy specjalistów. Często podróżował po Europie, jeździł na sympozja i pomimo wybitnych osiągnięć w podologii stawiał sobie coraz to nowe wyzwania i wciąż poprawiał własne umiejętności, w związku z czym ściana jego gabinetu wyglądała niczym mundur zasłużonego generała – z tą różnicą, że zamiast medali i odznaczeń zdobiły ją certyfikaty, dyplomy i atesty.

Lubił czasem usiąść w fotelu i wodzić wzrokiem po dowodach swoich niewątpliwych osiągnięć. Co prawda nie należał do osób z przesadnie wybujałym ego, tym bardziej nie wywyższał się w towarzystwie, mimo to czuł się człowiekiem sukcesu i przynajmniej przed samym sobą tego nie ukrywał. Miał cudowną rodzinę, wspierającą go żonę Annę oraz przepiękną pięcioletnią córeczkę o dźwięcznym imieniu Lena. Choć na co dzień tego nie okazywał, był dumny, że każdego dnia może wracać do domu z podniesioną głową, będąc pewnym, że niczego im nie zabraknie, nawet jeśli wymagało to od niego tylu wyrzeczeń.

 

Tego wieczoru też był zmęczony. Gdy odwiesił fartuch i sprawdził stan ostatnich pacjentów, postanowił, że przed wyjściem zajrzy jeszcze do skrzynki mailowej. Chwilę trwało, zanim przebił się przez rozrośnięty do gargantuicznych rozmiarów spam, którego w żaden sposób nie mógł się pozbyć, w końcu jednak wyłuskał interesujące go wiadomości. Dwa zaproszenia na sympozja do Sankt Petersburga i Dubaju, prywatna wiadomość od doktora Szymanowskiego z Centrum Medycznego ALDEMED dotycząca zmiany terminu spotkania oraz spersonalizowana, niecierpliwie wyczekiwana oferta z firmy Medicors, mająca na celu przedstawienie najnowocześniejszego sprzętu do chirurgii stopy, zwłaszcza zaś leczenia wrastających paznokci, co było wizytówką doktora nie tylko w kraju, ale i w Europie.

Przed opuszczeniem kliniki musiał odpisać przynajmniej doktorowi Szymanowskiemu. Był jednak tak zmęczony, że nie miał sił wchodzić z nadawcą w jakąkolwiek dyskusję, dlatego – dziękując w duchu, że od jakiegoś czasu są już na stopie prywatnej i nie musi udawać – wiadomość ograniczył do krótkiego „Tak, dzięki za informację, pozdrawiam, FT”. Chwilę potem zamknął laptopa i rozsiadł się w skórzanym fotelu. Postanowił, że zasługuje chociaż na dziesięć minut całkowitego spokoju, zwłaszcza że sekretarka już dawno opuściła biuro, a nikt inny – prócz sprzątaczki i żony oczywiście – nie miał prawa wejść do jego gabinetu bez uprzedniego umówienia się na konkretną godzinę. Dziesięć minut zamieniło się w blisko godzinę i gdyby nie pani Grocholska, która w każdy poniedziałek, środę i piątek przychodziła posprzątać biura, Filip Trochan zapewne spałby przynajmniej kolejne dwie.

Obudził go dźwięk otwieranych drzwi. Doktor zerwał się na widok starszej kobiety w ogromnych okularach, która bezceremonialnie wpakowała się do gabinetu z pokaźnych rozmiarów wózkiem.

– Dobry wieczór, pani Basiu – przywitał się, przecierając oczy.

– Dobry wieczór, panie doktorze – powiedziała i wymownie podparła się pod boki.

– Znów mnie pani przyłapała. – Trochan wstał i chwycił wiszącą na wieszaku marynarkę.

– To już trzeci raz w tym miesiącu, a mamy dopiero dziesiąty października, panie doktorze. Jak tak dalej pójdzie, to pana licho weźmie i taki będzie koniec.

– Ej tam, od razu licho. Pani zawsze taka czarnowidzka?

– Żadna tam czarnowidzka, tylko kobieta twardo stąpająca po ziemi. Jak mój świętej pamięci Gieniu tak się zaharowywał w tej pieruńskiej kopalni, to też niby mówił, że go licho nie weźmie. I co? Wzięło go szybciej, niż myślał i…

– Dobrze już, dobrze, pani Basiu. Obiecuję, że się poprawię.

– Od trzech lat doktor mi to gada. – Grocholska wymownie machnęła ręką. – A ja pana i tak przydybię. I tak w koło Macieju.

Trochan poprawił poluzowany krawat i już miał wyjść, gdy postawna kobieta w okularach przypominających oczy owada zatarasowała mu drogę.

– Ooo, tak, was młodych to zawsze trzeba pilnować na każdym kroku – rzekła, gdy naprostowała węzeł przy kołnierzyku. – Krawat to nie męski zwis, jak próbują go nazywać w tej pieruńskiej telewizji. I trzeba umieć go nosić.

– Co ja bym bez pani zrobił, pani Basiu? – Trochan uśmiechnął się i opuścił gabinet.

Ruszył do windy, która o tej porze zwykle była rzadko używana. Wcisnął guzik, w opuszczonym korytarzu rozległo się głośne „ping”, a z szybu dał się słyszeć stłumiony szept nowoczesnego mechanizmu. Chwilę później srebrne drzwi rozsunęły się i doktor wszedł do środka. Spojrzał odruchowo na zegarek Tag Heuer – prezent od żony na dziesięciolecie ślubu – za, bagatela, szesnaście tysięcy złotych i pomyślał, że jest szczęśliwym człowiekiem. Nawet jeśli zapieprza od rana do wieczora, to lubi to, co robi, i na nic mu nie brakuje. Nacisnął przycisk z symbolem „-1”, oznaczającym garaż, gdzie czekał na niego nowiutki srebrny SUV – Hyundai Santa Fe, którym pojedzie do rezydencji w podzielonogórskim Jędrzychowie. O tej porze ukochana żona pewnie układała do snu Lenkę, ponieważ dochodziła dziewiąta, która dla młodej była graniczną godziną. Po niej, nawet jeśli próbowała walczyć ze snem, szczypiąc się po rękach, zawsze przegrywała z kretesem.

Pomyślał, że miło by było spędzić romantyczny wieczór. Ostatnio rzadko bywał w domu, z żoną kochał się rzadziej niż kiedyś i choć ona, psycholog prowadząca własny gabinet, nigdy nie zdecydowała się poruszyć tego tematu, wyczuwał, że coś między nimi szwankuje. To była ta jedna, ledwo dostrzegalna rysa. Niby wszystko wyglądało w jak najlepszym porządku, ale gdzieś tam pod płaszczem miłości, wzajemnego szacunku i wieloletniego przyzwyczajenia krył się problem, do którego oboje nie chcieli się przyznać. Lekceważył go, tłumacząc się przed samym sobą przepracowaniem i brakiem czasu, ale z każdym kolejnym miesiącem dręczył go coraz bardziej. Czuł, że ktoś lub coś zasiało ziarenko, które w ich wzorowy i uporządkowany związek wprowadziło nutkę niepokoju, co gorsza, wykiełkowało i wypuściło pędy.

Dziś zabawię się w ogrodnika i wytnę niepożądane pędy, pomyślał, maszerując w kierunku samochodu. Zajadę po drodze po sushi, w Świecie Win (dawno tam nie byłem i mam nadzieję, że mają otwarte do dziesiątej) kupię drogie chilijskie wino (ona uwielbia chilijskie wina). Spędzimy romantyczny wieczór, a potem będziemy się dziko i namiętnie kochać przy rozpalonym kominku, wsłuchując się w trzask płonących polan. Gdy już ochłoniemy, znów napijemy się wina, a potem to powtórzymy. Jeszcze mocniej i intensywniej.

Te myśli wprowadziły go w jeszcze lepszy nastrój. Miał plan na dzisiejszy wieczór, dlatego przyspieszył kroku. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął kluczyki i wcisnął przycisk. Reflektory błysnęły, rozjaśniając na chwilę półmrok niewielkiego podziemnego garażu i oświetlając pobliską ścianę.

Trochan przystanął.

To był ułamek sekundy, ale dałby sobie uciąć palec, że ktoś stał w zacienionym rogu. W miejscu, gdzie nikt nigdy nie stanąłby ot tak. Poczuł się nieswojo, tym bardziej że zarys postaci był mu znajomy. Nie należał do cykorów, od lat trenował karate i choć nauczony pokory, zwykle schodził z drogi ewentualnym agresorom, na pewno nikomu tanio by skóry nie sprzedał.

Przez moment zawahał się, ale raz jeszcze wcisnął przycisk otwierający zamek w aucie. Światła znów zamigotały pomarańczowym blaskiem, ale tym razem postać już się nie pojawiła. Pomyślał, że to pewnie efekt zmęczenia, ale gwałtowny i bardzo nieprzyjemny dreszcz przypomniał mu, że nie może się dalej okłamywać. Znał tę postać. Prześladowała go od dzieciństwa, od najmłodszych lat. W snach, w ciemnych zakamarkach, nawet w lustrach, których nie lubił do dziś. Rosła, tężała i rozwijała się razem z nim, zawsze pojawiała się jednak jako cień, istota bez twarzy. Z czasem jej oblicze nabrało kształtów, ale do samego końca pozostało zamazane, przez co było jeszcze bardziej przerażające. Zwłaszcza gdy otwierało swoje przepastne czarne usta i wydawało ten ohydny, niemy krzyk, niczym bezimienny bohater słynnego obrazu Edvarda Muncha. Gdy inne dzieci bały się duchów i potworów, on zawsze bał się tego szkaradnego cienia.

Ostatni raz widział go wiele lat temu, chyba na jednej ze studenckich imprez. Kolega zaproponował mu skręta z „białą wdową”, wówczas podobno najlepszą na rynku marihuaną. To był pierwszy i ostatni raz, gdy zaaplikował sobie jakikolwiek narkotyk.

Dlaczego zobaczył go ponownie właśnie teraz? Nerwowo wcisnął przycisk po raz trzeci. I po raz trzeci światła rozjaśniły półmrok pomarańczowym blaskiem. Nikt nie stał w rogu, nikt się na niego nie czaił. Cień zniknął.

– Jesteś przemęczony, doktorze Trochan – mruknął pod nosem i ruszył w kierunku auta.

Gdy chwycił za klamkę, usłyszał z głębi parkingu jakiś dźwięk. Jakby niewielki stalowy element potoczył się po betonie i zatrzymał gdzieś w oddali. W niemal absolutnej ciszy metaliczny odgłos poniósł się upiornym echem.

Trochan puścił klamkę i poszedł na tył samochodu. Otworzył bagażnik i wyciągnął saperkę. Pomyślał, że właściwie mógłby po prostu wsiąść za kierownicę, włączyć silnik i pojechać po sushi i wino, a z samochodu zadzwonić na policję i zgłosić, że ktoś podejrzany kręci się po podziemnym parkingu kliniki. Pierwszy lepszy patrol zajechałby sprawdzić, co się dzieje, i ewentualnie zgarnąłby tego bezdomnego, złodzieja czy kimkolwiek był ten osobnik. Mimo to z saperką w ręku ruszył przed siebie. W głębi duszy doskonale wiedział, że to nie był ani bezdomny, ani złodziej. Przez krótki moment poczuł się silny i twardy, ale gdy metaliczny odgłos rozległ się w najciemniejszym zakamarku parkingu, zrozumiał, że był w błędzie. Na skroniach wystąpiły mu krople potu, a serce zamieniło się w młot pneumatyczny. Suchość w ustach, drżenie rąk, gardło ściśnięte jak w imadle.

Ostatni atak paniki miał dobrych kilkanaście lat temu, ale nie zapomniał tego obezwładniającego uczucia. Paraliżowało go w ułamku sekundy. Tak właśnie reagował, gdy wyczuwał jego obecność.

Cień wrócił.

– Kto tam? Proszę odpowiedzieć, bo mam się czym bronić…

Ton głosu zaskoczył nawet jego samego. Piszczał jak pięcioletnia dziewczynka, która właśnie straciła z oczu mamę w lunaparku. Jeśli chciał kogoś przestraszyć, to jego starania z pewnością odniosły odwrotny skutek.

Uznał, że wystarczy. Nie będzie dalej pajacować. Wycofał się i ruszył w kierunku pojazdu. Otworzył drzwi i usiadł za kierownicą, a saperkę położył na siedzeniu pasażera. Rozejrzał się po parkingu po raz ostatni, po czym włączył silnik. Reflektory rozbłysły silnym, jasnym światłem, ale choć podświadomie to sobie wyobraził, nie uchwyciły w swoim blasku zarysu żadnej złowrogiej postaci. Zamiast tego wnętrze pojazdu wypełniły rytmy jakiegoś nowego hitu w języku hiszpańskim, który wpadł mu w ucho kilka dni temu. Muzyka sprawiła, że poczuł się bezpieczniej. Przesunął gałkę zmiany biegów na „drive” i powoli ruszył do przodu. Gdy brama garażu uniosła się, a on opuszczał podziemny parking, pomyślał, że chyba przesadził. Przecież cień był tylko ucieleśnieniem jego obaw i lęków z dzieciństwa. Przynajmniej tak kiedyś tłumaczył to psychiatra.

Wtedy na kręgosłupie poczuł lodowate palce strachu. Odruchowo zamknął oczy i pomodlił się, aby w lusterku wstecznym znów nie ujrzeć tego, co mignęło mu przed chwilą w odbitym świetle ulicznych latarni.

Za plecami usłyszał dyszenie i poczuł ciepły oddech na karku.

Cień siedział tuż za nim.

Chwilę później doktor runął w otchłań ciemności.

Rozdział 2

Na zewnątrz wciąż panował mrok. Krople deszczu dudniły o parapet starej kamienicy na warszawskiej Saskiej Kępie, a sypialnię o skąpym wystroju wypełniały jęki szczytującej pary kochanków. Kobieta o długich blond włosach wpijała paznokcie w klatkę piersiową partnera i gwałtownie, z każdą sekundą coraz szybciej i bardziej zachłannie, ujeżdżała go. W kulminacyjnym momencie zaklęła siarczyście i wygięła ciało w łuk niczym gimnastyczka. Mężczyzna uniósł biodra, jakby w ostatniej chwili chciał wejść w kochankę jeszcze głębiej, po czym obojgiem targnęła fala ekstatycznych spazmów. Chwilę później kobieta opadła na partnera, jakby straciła wszystkie siły.

Leżeli tak przez kilkadziesiąt kolejnych sekund, dysząc ciężko. Wnętrze wypełniał zapach dymu papierosowego, kadzideł i seksu.

– Kocham cię, Igor – szepnęła mężczyźnie do ucha i pocałowała go w szyję. Raz, drugi, trzeci, czekała, aż w końcu usłyszy z jego ust to samo, ale kochanek milczał.

Jak zawsze.

Oksana Szczypenko pochodziła z Ukrainy i blisko rok temu zakochała się w Igorze bez opamiętania. Poznali się przypadkiem, gdy prowadził śledztwo dotyczące zabójstwa szefa jednego z magazynów dużej firmy odzieżowej pod Warszawą. Przesłuchiwał ją jako jednego z kilkudziesięciu potencjalnych świadków i choć nie miała zielonego pojęcia o sprawie, zatrzymała wręczoną wizytówkę. Po kilkunastu dniach walki z samą sobą zadzwoniła. Wtedy wszystko się zaczęło.

Z początku ją zlekceważył, ale miała swoje sposoby, aby zmienił zdanie. W końcu uległ i spotkali się w gruzińskiej restauracyjce na Starym Mieście. Przyszła ubrana w podkreślającą jej kształty czerwoną sukienkę i od razu zrobiła na nim wrażenie. Szczupłe nogi do samego nieba wieńczyły zgrabne pośladki, a szerokie biodra kontrastowały z talią tak wąską, że postawny mężczyzna był w stanie objąć ją dłońmi. Jej bezsprzecznym atrybutem były też ogromne jasnoniebieskie oczy oraz zdrowe, lśniące włosy koloru letniego słońca. Znała swoją wartość i wykorzystała ją w pełni, aby usidlić faceta, który w tylko sobie znany sposób skradł jej serce.

Oksana uniosła delikatnie głowę i odgarnęła dłonią posklejane w strąki włosy. Jej mężczyzna miał zamknięte powieki, oddychał coraz spokojniej. Powiodła wzrokiem po jego idealnie wyprofilowanej twarzy, twardych, męskich rysach, bliźnie przecinającej łuk brwiowy i pokrytych kilkudniowym zarostem policzkach. Nie mogąc się oprzeć, pocałowała go w usta, po czym zsunęła się z niego i położyła obok.

 

Przez chwilę obserwowała, jak jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Położyła smukłą dłoń w okolicach mostka. Jej palce powoli przesuwały się, zakreślając niewielkie koła, kluczyły pomiędzy zroszonymi potem włosami, w końcu zatrzymały się kilka centymetrów powyżej prawego sutka. W tym miejscu skóra była pozbawiona owłosienia, a przy tym najdelikatniejsza, przypominała jej najdoskonalszy jedwab. Przez kilka sekund zataczała na niej palcami drobne okręgi, następnie przysunęła twarz i pocałowała to miejsce. Nie dostrzegając żadnej reakcji ze strony mężczyzny, położyła głowę i objęła go.

Westchnęła zawiedziona. Nie miała pojęcia, jak przebić się przez ten emocjonalny mur, jakim Igor odgrodził się od reszty świata. Jeszcze nigdy nie spotkała tak zamkniętego w sobie człowieka. Nie naciskała go, wiedziała, jaki jest, i przyzwyczaiła się do tego, że nie okazuje albo po prostu nie potrafi okazywać uczuć. Na początku znajomości nawet jej się to podobało. Igor był taki surowy, męski, trochę szorstki w obyciu, a do tego pieprzył się jak sam bóg. Z czasem jednak odnalazła w sobie potrzebę większej akceptacji, pragnienie głębszego związku, motywowanego nie tylko dzikim i namiętnym seksem. Czuła, że nie była Igorowi obojętna, ale nigdy też nie usłyszała od niego czegoś więcej niż „jesteś cudowna i szaleję za tobą”, zwykle tuż przed albo w czasie, gdy się kochali. Słowo „kocham” zdawało się nie istnieć w jego słowniku, jakby było co najmniej zakazane, a jego użycie podlegało karze.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk komórki Igora. Tej firmowej, która dzwoniła, kiedy chciała. I nieraz zepsuła im upojną noc.

Igor po omacku wyciągnął rękę w kierunku nocnej szafki. Nie mogąc namierzyć bzyczącego telefonu, otworzył oczy i delikatnie wysunął się spod ciała kochanki.

– Musisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedział, tylko spuścił nogi na podłogę i chwycił urządzenie. Dzwoniła jego była partnerka Julia Zawadzka, z którą przestał pracować, gdy po jednej z akcji stres odreagowali w łóżku. Od tamtej pory wolał działać sam, choć oboje pozostali w przyjacielskich relacjach.

– Cześć, Igor.

– Cześć, Julka.

– Jesteś w Warszawie?

– Tak, ale wiesz, która…

– Tak, wiem, która jest godzina, więc…

– Dlaczego nie dzwonisz na prywatny?

– Bo mógłbyś nie odebrać.

– Pod ten numer dzwonią zwykle po to, aby mi zepsuć humor. Też masz taki zamiar?

– Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale raczej ci go nie poprawię. Musimy się natychmiast zobaczyć.

– To nie może poczekać do rana?

– Owszem, ale wtedy zapewne będziesz już gwiazdą wszystkich mediów, a komendant nakaże ci natychmiastowe stawienie się w jego biurze, aby osobiście urwać ci jaja.

– Ty się dobrze czujesz, Julka?

– Nie wkurwiaj mnie, Igor. Nie dzwoniłabym do ciebie, gdyby to nie było ważne. Przyjedź do mnie jak najszybciej. Albo ja mogę dojechać do ciebie.

– Nie, do mnie nie. Niedługo będę, ale możesz mi choć z grubsza powiedzieć, o co chodzi?

– Już za chwilę możesz być podejrzany o morderstwo. Wystarczy?

– Żartujesz sobie?

– A brzmię, kurwa, jakbym żartowała? Pospiesz się, Igor.

Połączenie zostało przerwane. Komisarz siedział na skraju łóżka i próbował jakoś przyswoić słowa byłej partnerki.

– Musisz uciekać… – mruknęła Oksana. W jej tonie wybrzmiał nieskrywany żal.

– Na to wygląda – rzucił w przestrzeń, po czym obrócił się i spojrzał jej w oczy. – Jak chcesz zostać, to klucze wiszą w skrzynce przy drzwiach. Ale nie czekaj. Nie wiem, kiedy wrócę.

– Przyzwyczaiłam się.

Igor włożył spodnie i wyjął z szafy koszulę. Najpierw jedną, potem drugą, trzecią, czwartą cisnął w kąt. Zaklął pod nosem, wszystkie wyglądały jak wyjęte psu z gardła.

– Ja panu wyprasuję, panie komisarzu. – Oksana rzuciła mu zalotne spojrzenie i zamachała łydkami jak lolitka z kucykami i wielkim lizakiem w ustach.

– Nie teraz, Oka. Poza tym czasem mogłabyś zaprotestować…

– Czyż nie jesteś moim panem i władcą?

Igor miał mętlik w głowie, a podobne zagrywki ze strony Oksany zdecydowanie nie pomagały w koncentracji. Uwielbiał ją za to jednowymiarowe postrzeganie życia, ale teraz najchętniej wyrzuciłby ją za drzwi. Miała dwadzieścia osiem lat i choć przeżyła już wiele, wciąż, była niewinna i naiwna, zwłaszcza gdy zaciągała z tym swoim wschodnim akcentem.

– Wezmę koszulkę.

– Czyli nie idziesz na inne dziewczyny? – zapytała zaczepnie i usiadła na skraju łóżka.

– Oka, proszę cię. Idź już spać.

Komisarz przełożył przez głowę wysłużoną koszulkę reeboka, na nią narzucił równie szaroburą rozpinaną bluzę. Sięgnął do szuflady w szafce nocnej, wypiął walthera z kabury i wcisnął za pasek spodni. Często tak nosił broń, lubił czuć ją przy ciele.

– Mam się martwić? – spytała Oksana, jakby wyczuwając, że tym razem nie chodzi o zwykły telefon z komendy.

– Nie musisz.

– Na pewno?

– Czy kiedykolwiek cię okłamałem?

Oksana uśmiechnęła się anemicznie, bo rzeczywiście nigdy tego nie zrobił. Ale jeżeli zwykle milczy się na większość tematów, to i skłamać trudno.

– Nigdy – szepnęła i osunęła się z powrotem na pościel.

Chwilę później Igor maszerował przez ponure podwórze, nie zważając na siekący deszcz. Miał złe przeczucie, a intuicja zawodziła go rzadko. Gdy w końcu dotarł do samochodu i uruchomił starego nissana patrola, pomyślał, że wdepnął w niezłe bagno.

* * *

Komisarz Igor Brudny był mężczyzną w kwiecie wieku. Nie przykładał wagi do tego, co nosi, dlatego zwykle wyglądał tak samo. Golił się raz na tydzień, a jak miał dużo pracy w terenie, to czasem raz na dwa. Większość współpracowników widziała w nim gbura, ale nie rozdzierał szat z tego powodu, w zasadzie nawet mu to odpowiadało. Przynajmniej nie musiał udawać i każdemu z osobna mówić rano „dzień dobry”, gdyż wychodził z założenia, że nie ma sensu chwalić dnia przed zachodem słońca. Dobre dni przytrafiały mu się rzadko, ale potrafił je docenić, zwykle wieczorami w towarzystwie ulubionych jamesona i Brudnego Harry’ego, od jakiegoś czasu jamesona, Brudnego Harry’ego i pewnej niezwykle uroczej Ukrainki, która dawała mu to, czego jameson i Brudny Harry nie byli w stanie.

Komisarz Brudny był też człowiekiem o dość zagmatwanej przeszłości. Nikomu o tym nie mówił, ale tak naprawdę nie nazywał się Brudny. Nazwisko to przyjął tuż po wkroczeniu w dorosłość, gdy postanowił zniknąć z miejsca, gdzie się wychował, i raz na zawsze zerwać ze światem, który los mu wybrał. Jedynym transferem z życia numer jeden do życia numer dwa był właśnie Brudny. Brudny Harry. To na cześć tego ascetycznego gliniarza, którego grał nie mniej surowy w życiu prywatnym Clint Eastwood (a przynajmniej Igor tak go sobie wyobrażał), przyjął w Urzędzie Stanu Cywilnego nowe nazwisko. Pomijając grymas wyjątkowo nieprzyjemnej biurwy, która słysząc wybór petenta, nie omieszkała poprzewracać oczami i dodatkowo go skomentować, Igor nigdy więcej nie miał problemów w związku z nowym nazwiskiem. Zwłaszcza że w stolicy, do której się przeprowadził, popracował nad wizerunkiem, aby już od pierwszego kontaktu sprawiać wrażenie ponurego skurwysyna.

Przeszłość Igora kryła wiele smutnych historii, ale nigdy nikomu o nich nie opowiadał. W ogóle mówił niewiele i gdyby nie praca, która w dużej mierze polegała na zadawaniu pytań, pewnie nie mówiłby wcale. Według Igora od słów wszystko się zaczynało i na nich wszystko kończyło. Nie tylko w pracy, ale także poza nią. A poza pracą czuł się jak słoń w składzie porcelany. Dlatego przez blisko dwadzieścia lat był sam, a jego kontakt z kobietami ograniczał się do przygodnych spotkań, zwykle rzadkich, bo z konieczności opłacanych z lichej policyjnej pensji. Miało to swoje plusy, bo nie musiał mówić, minusem była arytmetyka, której nie dało się oszukać, i bywało, że Igor pod koniec miesiąca musiał ograniczać się do chleba, sera i jamesona. Dopiero przed rokiem coś w tym temacie drgnęło, a nieoczekiwane pojawienie się w uporządkowanym schemacie gadatliwej kobiety (z mocnym wschodnim akcentem) wprowadziło w życie Igora nieco więcej słów, których połączenie nie kończyło się znakiem zapytania. Godził się jednak na to, bo był gburem, ale nie ignorantem i rozumiał, że może otrzymać coś tylko wtedy, gdy z czegoś innego zrezygnuje. Decydując się na jakiś ruch, należało się liczyć z konsekwencjami. Akcja rodziła reakcję. To był bardzo prosty mechanizm (lub jak kto woli, prawda życiowa), lecz poznał w życiu wielu ludzi, którzy jednak tego nie rozumieli. Takich zazwyczaj łapał albo do nich strzelał.

Lubił proste środki i czytelne metody. Przejrzyste rozwiązania i jasne odpowiedzi. Czerń i biel. Dlatego tym bardziej nie mógł pojąć, co miał znaczyć ten enigmatyczny i popierdolony telefon od Julki w sobotę o drugiej trzydzieści nad ranem.

1List św. Jakuba, Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum.