Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 154,98  123,98 
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audio
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audiobook
79,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 3

– A więc czym dys­po­nu­jemy w tej chwili? – spy­tał Romu­ald Czar­necki.

Romu­ald Czar­necki w poli­cji pra­co­wał bli­sko trzy­dzie­ści lat. Słu­żył w stop­niu inspek­tora w wydziale docho­dze­niowo-śled­czym Komendy Woje­wódz­kiej w Gorzo­wie i z racji abso­lut­nie wyjąt­ko­wych zdol­no­ści inte­lek­tu­al­nych zaj­mo­wał się naj­trud­niej­szymi i naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nymi spra­wami. Miał na kon­cie wiele suk­ce­sów i kil­ku­dzie­się­ciu ban­dy­tów wsa­dzo­nych za kratki, w tym paru wyjąt­ko­wych zwy­rod­nial­ców. Był też czło­wie­kiem o spo­koj­nym uspo­so­bie­niu, opa­no­wa­nym, zrów­no­wa­żo­nym, nie­cier­pią­cym aro­gan­cji i cham­stwa. Nie paso­wał do kla­sycz­nego wzorca samot­nego, zgorzk­nia­łego gliny, który wie­czo­rami upija się do lustra, a dzień póź­niej biega na kacu po mie­ście z pisto­le­tem i łapie gang­ste­rów. Bar­dziej przy­po­mi­nał relikt prze­szło­ści, czło­wieka o szny­cie dys­tyn­go­wa­nego wik­to­riań­skiego komi­sa­rza z powie­ści Aga­thy Chri­stie, który roz­wią­zuje zagadki dzięki bystremu umy­słowi i umie­jęt­nemu łącze­niu zebra­nych dowo­dów i poszlak w jeden logiczny zwią­zek przy­czy­nowo-skut­kowy. Można go było lubić albo nie, ale z pew­no­ścią trudno byłoby zna­leźć w komen­dzie poli­cjanta, który by go nie sza­no­wał.

– Na razie mamy nie­wiele – rzekł Grze­gorz Zimny, pod­in­spek­tor z Wydziału Kry­mi­nal­nego. – Do tej pory tylko kilka narzą­dów wewnętrz­nych nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej ofiary oraz filmy z kamer miej­skiego moni­to­ringu, na któ­rych widać podej­rza­nego. Tak naprawdę nawet nie wiemy, czy możemy tu mówić o zabój­stwie.

– Da się namie­rzyć jego trasę?

– W cen­trum mia­sta bez pro­blemu, póź­niej trudno powie­dzieć. Już wysła­łem ludzi, aby pozbie­rali mate­riały z kamer skle­po­wych. Ale to z pew­no­ścią tro­chę potrwa.

– To klu­czowy temat. Jeśli będzie trzeba, weź wię­cej ludzi. Musimy odtwo­rzyć trasę, jaką się poru­szał. Anka? – Wzrok Czar­nec­kiego skie­ro­wał się na eks­pertkę kry­mi­na­li­styki Annę Borucką.

Anna Borucka była fili­gra­nową sza­tynką o wło­sach do ramion i ład­nym uśmie­chu. Z racji wyko­ny­wa­nego zawodu zwy­kle wystę­po­wała w far­tu­chu i latek­so­wych ręka­wicz­kach, ale dziś miała na sobie dżinsy i spor­tową bluzę.

– Moi ludzie wciąż pra­cują, lecz potrze­bu­jemy czasu. Z samych bachu­si­ków zdję­li­śmy około sie­dem­dzie­się­ciu róż­nych odci­sków pal­ców. Jeden należy do osoby noto­wa­nej, nie­ja­kiego Arka­diu­sza Ste­fa­no­wi­cza. Odsie­dział krótki wyrok za prze­myt, ale od około dzie­się­ciu lat jest czy­sty.

– Facet mieszka w Słu­bi­cach. Już wysła­łem do niego dwóch ludzi – wtrą­cił się Zimny i na znak prze­pro­sin uniósł dłoń.

– Mamy też kilka innych drob­nych rze­czy, ale labo­ra­to­rium potrze­buje czasu – dodała nieco poiry­to­wana zaist­niałą sytu­acją.

– Wia­domo coś wię­cej o podej­rza­nym? – Kolejne pyta­nie zostało skie­ro­wane do Zim­nego.

– Nic, czego nie usta­li­li­śmy wcze­śniej. Facet zapadł się pod zie­mię. Nie kon­tak­to­wał się z rodziną ani przy­ja­ciółmi. Jego tele­fon mil­czy, ostatni raz zalo­go­wany na tere­nie swo­jej kli­niki. Potem cisza.

– A samo­chód?

– Nie mamy go. Ostat­nią osobą, która miała z nim kon­takt, jest sprzą­taczka w jego fir­mie, nie­jaka Bar­bara Gro­chol­ska. Roz­ma­wiała z nim krótko przed dwu­dzie­stą pierw­szą. Według jej rela­cji Tro­chan zacho­wy­wał się nor­mal­nie, w pla­nach miał powrót do domu, jego samo­chód miał cze­kać na niego w pod­ziem­nym garażu. Zamie­nili kilka zdań… – Zimny wska­zał na teczkę z zezna­niami – …i poże­gnali się. Zanim wyszedł z gabi­netu, popra­wiła mu kra­wat, i to był ich ostatni kon­takt.

– Dro­gówka ma już dane pojazdu?

– Oczy­wi­ście.

– Czy ktoś roz­ma­wiał z żoną podej­rza­nego?

– Od czasu gdy media opu­bli­ko­wały to nagra­nie, jesz­cze nie. Podobno jest w szoku. Nie chce roz­ma­wiać z poli­cją. Odrzu­ciła nawet pomoc psy­cho­loga, choć sama para się tym zawo­dem.

– To zro­zu­miałe. Wini nas za tę sytu­ację. Trzy dni temu zgło­siła zagi­nię­cie męża i liczyła na pomoc, a my w odpo­wie­dzi mamy zamiar oskar­żyć Tro­chana o bru­talne mor­der­stwo. Dajmy jej jesz­cze dwa­dzie­ścia cztery godziny. Potem pojadę poroz­ma­wiać z nią oso­bi­ście.

Czar­necki omiótł spoj­rze­niem twa­rze swo­ich współ­pra­cow­ni­ków. W gabi­ne­cie, oprócz eks­pert kry­mi­na­li­styki Anny Boruc­kiej i pod­in­spek­tora Grze­go­rza Zim­nego, znaj­do­wali się jesz­cze: pro­ku­ra­tor Krzysz­tof Lis, psy­cho­log poli­cyjny Elż­bieta Pałka, pro­to­ko­lant Janusz Kosiń­ski oraz dwóch niż­szych stop­niem poli­cjan­tów – star­szy sier­żant Łukasz War­szaw­ski oraz młod­szy aspi­rant Jakub Wicha. Wzrok pro­wa­dzą­cego padł na pro­ku­ra­tora.

– Jakie macie naj­bliż­sze plany, Krzysz­tof?

Krzysz­tof Lis był wyso­kim męż­czy­zną o krótko przy­strzy­żo­nych blond wło­sach z prze­dział­kiem nad lewą skro­nią. Miał czter­dzie­ści trzy lata, zwy­kle ubie­rał się w gar­ni­tury i pre­zen­to­wał nie gorzej niż nadziany nowo­jor­ski makler. Nie był jed­nak zbyt lubiany, zwłasz­cza Borucka uni­kała z nim kon­taktu, choć uczci­wie musiała przy­znać, że jest bar­dzo dobrym i sku­tecz­nym pro­ku­ra­to­rem. Draż­niły ją nato­miast jego wład­czość i despo­tyzm, któ­rymi kie­ro­wał się przy pro­wa­dze­niu kolej­nych spraw. Tym bar­dziej cie­szyła się, że aku­rat przy tej ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym będzie Czar­necki, który jako jedyny potra­fił powścią­gnąć Lisa i spro­wa­dzić go do par­teru, nawet pomimo faktu, że w zasa­dzie pro­ku­ra­tor był jego prze­ło­żo­nym.

– Na razie nie będę nikomu sta­wiał zarzu­tów. Teo­re­tycz­nie mógł­bym, ale ta sprawa mi wyjąt­kowo śmier­dzi.

– Dla­czego? Prze­cież mamy nagra­nie, jak facet robi bachu­si­kowi sza­lik z jelita ofiary…

– Wiem, Romek, że pod­ju­dzasz. Po pierw­sze na razie nie mamy ofiary, a po dru­gie nie wydaje wam się tro­chę dziwne zacho­wa­nie faceta z nagra­nia? Niby przez cały czas krył twarz w kap­tu­rze, aby nagle, zaraz po skoń­czo­nej robo­cie, pod­nieść głowę i spoj­rzeć w kamerę? Dla mnie to bez sensu i cuch­nie na kilo­metr.

Zebrani poki­wali gło­wami na znak, że zga­dzają się z pro­ku­ra­to­rem. Wszy­scy z nie­jed­nego pieca chleb jedli i dosko­nale wie­dzieli, że cza­sem naj­bar­dziej oczy­wi­ste sprawy mają dru­gie, trze­cie dno, a cza­sem i czwarte. Nie tak dawno w podob­nym gro­nie zaj­mo­wali się sprawą zagi­nię­cia męż­czy­zny w jed­nej z podzie­lo­no­gór­skich wsi. Prze­jęli ją w momen­cie, gdy zaczęto podej­rze­wać, że za znik­nię­ciem faceta może stać jego żona. Ślady i zezna­nia świad­ków nie pozo­sta­wiły złu­dzeń, że mąż od lat pił i strasz­nie ją kato­wał. Kobieta miała więc motyw, ale bra­ko­wało ciała. Nale­żała jed­nak do pro­stych i mało bystrych, a do tego chyba drę­czyło ją sumie­nie, w związku z czym długo nie lawi­ro­wała i szybko przy­znała się do winy. Zdra­dziła miej­sce ukry­cia zwłok, które szczel­nie zamu­ro­wała pod pod­łogą, a pod­czas wizji lokal­nej poka­zała, jak zamor­do­wała męża, wbi­ja­jąc mu nóż kuchenny w klatkę pier­siową. Sprawa wyda­wała się oczy­wi­sta, ale Czar­nec­kiemu nie zga­dzał się pewien drobny szcze­gół. Kobieta upie­rała się, że dźgnęła męża kil­ka­dzie­siąt razy i rze­czy­wi­ście tak było. Pod­czas prze­słu­cha­nia dzi­wiła się tylko, że z ran wypły­wało tak mało krwi, bo wię­cej „to z kura­ków try­skało niż tego zim­nego sukin­syna”. Czar­necki zawsze ufał swo­jej intu­icji i jak się oka­zało, znów miał nosa. Zle­cił pato­mor­fo­lo­gowi wyko­na­nie bar­dzo dokład­nej sek­cji, która wyka­zała, że ofiara umarła nie od cio­sów nożem, ale od zachły­śnię­cia się wła­snymi wymio­ci­nami. Oka­zało się, że żona, nie­świa­doma tego, że mąż już nie żyje od dobrych kilku godzin, zde­cy­do­wała się go zakłuć, myśląc, że w sta­nie tak sil­nego upo­je­nia alko­ho­lo­wego, nie będzie w sta­nie się bro­nić. I rze­czy­wi­ście, nie bro­nił się. Dźgała tak długo, bo według niej wciąż było za mało krwi, która od kilku godzin nie krą­żyła już w żyłach, gdyż spły­nęła w par­tie ciała, na któ­rych mąż leżał, w tym wypadku ple­ców. Kobie­cina miała szczę­ście, bo zamiast dłu­giej odsiadki została ska­zana na pięć lat w zawie­sze­niu.

Sprawa „Filipa Roz­pru­wa­cza” na pierw­szy rzut oka też wyglą­dała na oczy­wi­stą. Tak podej­rza­nego okrzyk­nęły media już kilka godzin po odna­le­zie­niu wycię­tych narzą­dów. Czar­necki nie lubił tych wszyst­kich porów­nań, ale przez lata pracy przy­zwy­czaił się i zwykł je tole­ro­wać. W tym wypadku musiał jed­nak przy­znać, że ana­lo­gia ze słyn­nym „Kubą Roz­pru­wa­czem” była wyraźna, bądź co bądź naj­słyn­niej­szy mor­derca świata też wyci­nał ofia­rom poszcze­gólne narządy, choć w prze­ci­wień­stwie do zabójcy z Zie­lo­nej Góry, zacho­wy­wał je dla sie­bie, a na widok publiczny wysta­wiał oka­le­czone ciała. Poja­wiały się też inne porów­na­nia. „Wam­pir z Zie­lo­nej”, „Bachu­si­kowy Rzeź­nik” czy „Krwawy Dok­tor”. Kwe­stią czasu było, która z wer­sji przyj­mie się w złak­nio­nym krwa­wych wia­do­mo­ści spo­łe­czeń­stwie, ponie­waż temat od pierw­szego dnia stał się naj­go­ręt­szym lokal­nym new­sem, z każdą kolejną godziną pącz­ku­ją­cym następ­nymi donie­sie­niami, głów­nie domy­słami domo­ro­słych dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy w CV uwiel­biali dopi­sy­wać sobie „śled­czy”.

– To rze­czy­wi­ście nie pasuje do pro­filu podej­rza­nego, który wygląda na zor­ga­ni­zo­wa­nego i skru­pu­lat­nego czło­wieka – sko­men­to­wał Czar­necki. – Ale wróćmy do poten­cjal­nej ofiary. Jak bada­nia DNA?

– Kom­plet wyni­ków powi­nien być znany za jakieś… – Anna zer­k­nęła na zega­rek – …czter­dzie­ści godzin.

– Do tego czasu musimy prze­szu­kać wszyst­kie archiwa doty­czące osób zagi­nio­nych z ostat­nich trzech mie­sięcy w pro­mie­niu stu kilo­me­trów. Potem możemy roz­sze­rzyć poszu­ki­wa­nia na kolejne woje­wódz­twa. Skon­tak­tuj­cie się też z nie­miec­kimi kole­gami z Guben i Frank­furtu.

 

Dwóch niż­szych stop­niem poli­cjan­tów coś zapi­sało w notat­ni­kach. To na nich spo­czy­wało wyko­ny­wa­nie sze­regu czyn­no­ści o cha­rak­te­rze ope­ra­cyj­nym, od roz­pusz­cze­nia wici wśród swo­ich źró­deł infor­ma­cji po prze­słu­cha­nia dzie­sią­tek albo i setek świad­ków bądź ludzi mogą­cych mieć choćby cokol­wiek wspól­nego ze sprawą.

– Przejdźmy do pro­filu prze­stępcy i tych bachu­si­ków. Ela, czy twoim zda­niem wybór aku­rat tych dwóch może mieć klu­czowe zna­cze­nie?

Elż­bieta Pałka miała renomę wybit­nej pro­fe­sjo­na­listki, która jako jedna z kilku osób w Pol­sce z czy­stym sumie­niem mogła mówić o sobie jako o pro­fi­lerce z praw­dzi­wego zda­rze­nia, a jej sta­no­wi­sko spe­cja­li­sty do spraw iden­ty­fi­ka­cji psy­cho­lo­gicz­nej nale­żało do naj­bar­dziej eli­tar­nych wśród psy­cho­lo­gów poli­cyj­nych. Na wyraźne pole­ce­nie Czar­nec­kiego została ścią­gnięta z Gdań­ska w try­bie natych­mia­sto­wym, bo w przy­padku tak nie­jed­no­znacz­nych zabójstw jej obec­ność była na wagę złota.

– Poten­cjalny zabójca… – Czar­necki uniósł rękę i chciał coś powie­dzieć, ale Pałka od razu skon­tro­wała: – Tak, wiem, ale od razu chcę zazna­czyć, że będę ope­ro­wać takim ter­mi­nem także w przy­padku ofiary, bo póki nie znaj­dziemy ciała, nie możemy stwier­dzić, czy mamy do czy­nie­nia z zabójcą, czy też ofiarą. Nie chcę jed­nak mie­szać i bawić się tu w ter­mi­no­lo­giczne gierki.

Grupa przy­jęła jej tłu­ma­cze­nie z pełną wyro­zu­mia­ło­ścią, zwłasz­cza że nikt z zebra­nych nie wąt­pił, że mają do czy­nie­nia z wyra­fi­no­wa­nym mor­dem.

– Zatem poten­cjalny zabójca wybrał dwie figurki tak zwa­nych bachu­si­ków. To Bru­kus i MZKus. Oba znaj­dują się w ści­słym cen­trum mia­sta. Pierw­szy obok kamie­nicy przy ulicy Ste­fana Żerom­skiego przed­sta­wia bożka z młot­kiem w dłoni, ukła­da­ją­cego kostkę bru­kową, drugi przy ratu­szu – że posłużę się potocz­nym ter­mi­nem – ujeż­dża auto­bus. Nie są zbyt­nio od sie­bie odda­lone, ale myślę, że zabójca wybrał je z kon­kret­nego powodu. Na pewno wśród zagi­nio­nych możemy szu­kać kie­row­ców i słabo wykwa­li­fi­ko­wa­nych pra­cow­ni­ków zwią­za­nych z branżą budow­laną. Oczy­wi­ście to bar­dzo pobieżny wnio­sek, ale taki, który mogę sfor­mu­ło­wać już teraz. Co do reszty, to wybacz­cie, ale nie zdą­ży­łam zapo­znać się z całym mate­ria­łem, bo przy­je­cha­łam do mia­sta dopiero dziś w nocy. Na żywo nie widzia­łam nawet tych figu­rek. Myślę, że wię­cej będę mogła powie­dzieć wie­czo­rem.

– To już coś. Szu­kamy zagi­nio­nych kie­row­ców i budow­lań­ców oraz ludzi z tych branż w oto­cze­niu podej­rza­nego. Coś o pro­filu poten­cjal­nego zabójcy?

– Na razie nic kon­kret­nego. Muszę poroz­ma­wiać z kil­koma oso­bami z towa­rzy­stwa podej­rza­nego: żoną, rodzi­cami, współ­pra­cow­ni­kami, przy­ja­ciółmi. Fakt, że organy były wycięte przez pro­fe­sjo­na­li­stę, mógłby wska­zy­wać na winę Tro­chana, ale to byłby zbyt pochopny wnio­sek. I zbyt banalny. Zresztą z tego, co zdą­ży­łam wyczy­tać na jego temat, to takie dzia­ła­nia kom­plet­nie nie pasują do jego pobież­nie spo­rzą­dzo­nego pro­filu. Mogę się mylić, ale moim zda­niem to nie ten facet i nawet jeśli powy­kła­dał te narządy przy tych figur­kach, to prę­dzej ktoś go do tego zmu­sił. Ale, powta­rzam, to tylko wer­sja na mój wła­sny uży­tek, spo­rzą­dzona z bar­dzo ską­pych infor­ma­cji.

– Co zatem suge­ru­jesz?

– Na razie nic. Pro­szę dać mi czas do jutrzej­szej narady. Na pewno zdo­łam powie­dzieć wię­cej.

– Kwe­stia wybra­nia kon­kret­nych narzą­dów i roz­ło­że­nia ich przy figur­kach?

– MZKus był owi­nięty jeli­tami, cien­kim i gru­bym, obok leżały nerka, śle­dziona i żołą­dek. Bru­kus „dostał” język, prze­łyk, wątrobę i serce. Na razie nie widzę sen­sow­nego wytłu­ma­cze­nia aku­rat takiego umiej­sco­wie­nia tych narzą­dów.

Czar­necki poki­wał głową w peł­nym zro­zu­mie­niu. Znów spoj­rzał na Borucką, ale nie zdą­żył zadać kolej­nego pyta­nia, gdy roz­le­gło się puka­nie. Chwilę póź­niej drzwi otwarły się, a do gabi­netu wszedł drugi zastępca Komen­danta Miej­skiego Poli­cji w Zie­lo­nej Górze, nad­ko­mi­sarz Mar­cin Cza­pu­to­wicz. Był nie­wy­so­kim, przy­sa­dzi­stym męż­czy­zną w oku­la­rach i spra­wiał wra­że­nie czło­wieka o raczej nie­zbyt wyso­kim ilo­ra­zie inte­li­gen­cji.

– Pro­si­łem, aby nie prze­szka­dzać w cza­sie spo­tkań grupy docho­dze­niowo-śled­czej – rzekł ze sto­ic­kim spo­ko­jem Czar­necki. – Takie wtar­gnię­cia nie tylko…

– Prze­pra­szam inspek­to­rze, ale mam infor­ma­cję, która na pewno inspek­tora zain­te­re­suje.

– Zwią­zaną ze sprawą?

– Oczy­wi­ście.

– W takim razie pro­szę mówić.

– Ktoś chciałby się z inspek­to­rem spo­tkać.

– Może­cie mówić jaśniej, nad­ko­mi­sa­rzu?

– Ta osoba stoi na kory­ta­rzu. Może lepiej by było, gdyby sama…

– Dobrze, pro­szę ją wpro­wa­dzić.

Nad­ko­mi­sarz Cza­pu­to­wicz obró­cił się na pię­cie i opu­ścił pomiesz­cze­nie. Nie zamknął za sobą drzwi, w któ­rych kilka sekund póź­niej poja­wił się postawny męż­czy­zna w wymię­tym płasz­czu.

– Dzień dobry pań­stwu – przy­wi­tał się, ale w odpo­wie­dzi ujrzał, jak poło­wie z obec­nych oczy wyszły z orbit, a dru­giej szczęki opa­dły do pod­łogi. – Komi­sarz Igor Brudny. Miło pań­stwa poznać.

* * *

Brudny nie nale­żał do ludzi, któ­rzy robią różne rze­czy na pokaz, ale wyraz twa­rzy człon­ków grupy ope­ra­cyj­nej był bez­cenny. Przez kilka naj­bliż­szych sekund, które zda­wały się trwać całe wieki, wszy­scy wpa­try­wali się w niego jak w ducha. Dopiero pro­wa­dzący wycią­gnął do niego rękę i przed­sta­wił się jako inspek­tor Romu­ald Czar­necki.

– Nam rów­nież miło pana poznać, komi­sa­rzu Brudny – przy­wi­tał się. – Mam nadzieję, że jest pan tak samo sku­teczny w dzia­ła­niu, jak w robie­niu show.

Czar­necki sta­rał się zacho­wać sto­icki spo­kój, choć w środku sza­lała burza sprzecz­nych emo­cji. Był wście­kły, że nikt go wcze­śniej nie poin­for­mo­wał o tak drob­nym szcze­góle jak fakt, że główny podej­rzany ma brata bliź­niaka, który dodat­kowo jest komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji. Z dru­giej strony w postaci Brud­nego miał szansę zna­leźć sil­nego sojusz­nika. Jeśli oczy­wi­ście komi­sarz będzie chciał współ­pra­co­wać.

– Na dziś to koniec. Pomimo tego nie­spo­dzie­wa­nego naj­ścia nie zmie­niamy pla­nów – powie­dział bar­dziej sta­now­czym tonem. – Wszy­scy wie­dzą, co mają robić. Panie i pano­wie, bierz­cie się do roboty.

Człon­ko­wie zespołu poza­bie­rali swoje rze­czy i opu­ścili gabi­net przy­dzie­lony Czar­nec­kiemu. Inspek­tor zlu­zo­wał także zastępcę komen­danta.

– Pro­szę usiąść – zapro­po­no­wał Brud­nemu, gdy w końcu zostali sami.

– Nie chcia­łem prze­szka­dzać wam w robo­cie.

– Cóż… powiedzmy, że ją pan dodat­kowo skom­pli­ko­wał.

– Cóż… powiedzmy, że ta sprawa skom­pli­ko­wała mi życie.

Brudny usiadł naprze­ciwko Czar­nec­kiego. Zmie­rzyli się spoj­rze­niami niczym bok­se­rzy tuż przed pierw­szym gon­giem.

– No dobrze, komi­sa­rzu Brudny. Albo obieca mi pan szczerą roz­mowę, albo może pan odejść i nie wra­cać do momentu, aż po pana poślę swo­ich ludzi.

– Dla­czego pan suge­ruje, że mogę być nie­szczery?

– Pan żar­tuje, komi­sa­rzu?

– Nie, panie inspek­to­rze.

– Przy­naj­mniej jest pan kon­kretny, a tę cechę sobie cenię. Nie suge­ruję, że ma pan zamiar kła­mać, ale w związku z zaist­niałą sytu­acją wolę się upew­nić, czy za godzinę albo dwie nie spo­tka mnie kolejna nie­spo­dzianka. Chyba pan dostrzega, w jakiej sytu­acji posta­wił mnie pan przed moimi ludźmi…?

– Nie mam zamiaru kła­mać.

– To dobrze.

– Ale z nie­spo­dzian­kami niczego nie gwa­ran­tuję…

– Coś kon­kret­nego ma pan na myśli?

– Mogę zapa­lić?

– Zwy­kle nie pozwa­lam palić moim ludziom we wła­snym gabi­ne­cie, ale ta sytu­acja jest wyjąt­kowa. Nie mam tylko popiel­niczki, ale… – Czar­necki się­gnął po kubek z resztką kawy i pod­su­nął go roz­mówcy – …pro­ku­ra­tor Lis zawsze zapo­mina zabrać swoje śmieci. Przy­zwy­cza­iłem się do tego.

– Dzię­kuję. – Brudny przy­pa­lił papie­rosa. – Pro­szę pytać, choć może się pan roz­cza­ro­wać.

– Zoba­czymy.

– Jestem do pana dys­po­zy­cji.

Czar­necki rzu­cił Brud­nemu wyzy­wa­jące spoj­rze­nie. Tro­chę surowe, nieco ojcow­skie, sygna­li­zu­jące, kto tu rzą­dzi. Igor znał wszyst­kie sztuczki doświad­czo­nych gli­nia­rzy, ale inspek­tor zro­bił na nim spore wra­że­nie. Z pew­no­ścią prze­słu­chał tysiące osób i znał się na robo­cie.

– Nie odpo­wie­dział pan na poprzed­nie pyta­nie. Dla­czego mi pan nie gwa­ran­tuje, że nie spo­tkają mnie kolejne nie­spo­dzianki?

– Myślę, że pan wie, inspek­to­rze.

– Wolę to usły­szeć od pana, komi­sa­rzu. Poza tym pro­sił­bym odpo­wia­dać na pyta­nia. Kon­kret­nie.

– Dobrze zatem. Wyar­ty­ku­łuję to tak jasno, jak potra­fię. – Brudny zacią­gnął się papie­ro­sem. – Facet na fil­mie wygląda iden­tycz­nie jak ja i jest to dla mnie rów­nie wiel­kie zasko­cze­nie jak dla pana i wszyst­kich pana ludzi. Ni­gdy wcze­śniej go nie widzia­łem i ni­gdy wcze­śniej o nim nie sły­sza­łem. A teraz ten dok­to­rek wlazł ze swo­imi brud­nymi bucio­rami w moje życie i spra­wił, że wła­śnie z panem roz­ma­wiam, choć mógł­bym dalej posu­wać moją piękną dziew­czynę i pić zimne piwo w moim tanim miesz­ka­niu na Saskiej Kępie. W tej chwili nie wiem nic wię­cej, ale mam zamiar się dowie­dzieć. I nie wyjadę stąd, póki nie zro­zu­miem, o co tu, kurwa jego mać, cho­dzi.

Czar­necki wysłu­chał roz­mówcy, ale pomimo pew­nej dozy eks­pre­sji, która poja­wiła się w jego wypo­wie­dzi, zacho­wał sto­icki spo­kój. Nie drgnął mu nawet jeden mię­sień na nieco już pokre­ślo­nej zmarszcz­kami twa­rzy, wciąż nie odry­wał spoj­rze­nia od oczu Brud­nego.

– Rozu­miem, to sporo wyja­śnia – odparł po dłuż­szej chwili. – Ale oczy­wi­ście zdaje pan sobie sprawę, że nie mogę pana włą­czyć do mojego zespołu…

– Co nie zna­czy, że nie może mnie pan infor­mo­wać.

– To zależy od pana, komi­sa­rzu.

– Nie będę wcho­dził panu w drogę, inspek­to­rze, ale ten facet naj­pew­niej jest moim bra­tem bliź­nia­kiem. Rozu­mie pan, że będę krą­żył obok tej sprawy…

– Jeśli zachowa pan dystans, to może się doga­damy.

– Pro­szę dać mi jedy­nie pod­sta­wowy dostęp. Chciał­bym zoba­czyć te bachu­siki, poroz­ma­wiać z rodziną…

– Wolał­bym, aby pan się nie krę­cił po mie­ście. Wie pan, co się sta­nie, gdy media się o panu dowie­dzą?

– I tak się dowie­dzą. To tylko kwe­stia czasu.

– Aku­rat tu ma pan rację, komi­sa­rzu. Posta­ram się, aby ta infor­ma­cja wyszła od nas, żeby była kon­tro­lo­wana. Ale jeśli chce pan, aby nasza współ­praca nie wysy­pała się na pierw­szym wirażu, to suge­ruję na bie­żąco mnie infor­mo­wać. I w żad­nym wypadku nie może pan roz­ma­wiać z mediami.

– Media to nie moja bajka, może pan spać spo­koj­nie. Jak z tym dostę­pem, inspek­to­rze?

Czar­necki wziął głę­boki oddech, złą­czył palce obu dłoni i trwał tak przez chwilę.

– Wiem, że i tak pana nie powstrzy­mam, a zamknąć na dłu­żej niż czter­dzie­ści osiem godzin nie mogę. Ma pan zbyt silną moty­wa­cję, a do tego nie­zby­walne prawo do tego, aby odkryć prawdę o swo­jej rodzi­nie. Dla­tego przy­chylę się do pana prośby i dam panu pod­sta­wowy dostęp, ale pro­szę nie nękać moich ludzi za moimi ple­cami i infor­mo­wać mnie, jeśli znaj­dzie pan cokol­wiek, co mogłoby się przy­dać w śledz­twie. Co drugi dzień może pan przyjść po spo­tka­niu mojego zespołu, aby dowie­dzieć się wię­cej. Na ten temat roz­ma­wia pan tylko ze mną. Oczy­wi­ście może pan liczyć tylko na tyle, ile uznam, że jestem w sta­nie panu zdra­dzić. Zaufa­nie wymaga czasu. Zga­dza się pan na te warunki?

– Jest pan roz­sąd­nym czło­wie­kiem, inspek­to­rze. Zga­dzam się.

Obaj męż­czyźni uści­snęli sobie dło­nie. Brudny pomy­ślał, że tra­fił na odpo­wied­niego czło­wieka na odpo­wied­nim miej­scu. Lubił takich ludzi i bar­dzo cenił, nawet jeśli w więk­szo­ści kwe­stii pry­wat­nych róż­nili się dia­me­tral­nie. Brudny cenił pro­fe­sjo­na­li­stów i z tego, co mógł wywnio­sko­wać po tej krót­kiej roz­mo­wie, Czar­necki rów­nież. Ta koope­ra­cja wcale nie musiała być taka zła.

– Jeśli mamy współ­pra­co­wać, jako star­szy stop­niem i wie­kiem suge­ruję, aby­śmy zre­zy­gno­wali z komi­sa­rzo­wa­nia i inspek­to­ro­wa­nia. Nazy­wam się Romu­ald Czar­necki.

 

– A ja Igor Brudny. Komi­sarz Igor Brudny.

Ta odpo­wiedź naj­wy­raź­niej po raz pierw­szy zbiła z tropu dotąd pew­nego sie­bie inspek­tora. Dla Brud­nego ta pro­po­zy­cja wykra­czała poza usta­lone ramy, burzyła posta­wiony mur i spra­wiała, że czuł się osa­czany już na star­cie. Czar­necki tego nie wie­dział, ale odmowę przy­jął ze zro­zu­mie­niem.

– Dobrze komi­sa­rzu Brudny. Zanim pan wyj­dzie…

– Tak?

– Nie będzie miał pan nic prze­ciwko, aby tech­nicy pobrali od pana odci­ski pal­ców i próbki DNA?

– Teraz?

– Tak. Teraz.

– Dobrze. Tylko pro­szę dać znać, jak przyjdą wyniki.

– Może pan spać spo­koj­nie… komi­sa­rzu Brudny.