Pakiet: Piętno/Sfora/CherubTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 154,98  123,98 
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audio
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audiobook
79,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  PIĘTNO Pro­log Roz­dział 1 Roz­dział 2 Roz­dział 3 Roz­dział 4 Roz­dział 5 Roz­dział 6 Roz­dział 7 Roz­dział 8 Roz­dział 9 Roz­dział 10 Roz­dział 11 Roz­dział 12 Roz­dział 13 Roz­dział 14 Roz­dział 15 Roz­dział 16 Roz­dział 17 Roz­dział 18 Roz­dział 19 Roz­dział 20 Roz­dział 21 Roz­dział 22 Roz­dział 23 Roz­dział 24 Roz­dział 25 Roz­dział 26 Roz­dział 27 Roz­dział 28 Roz­dział 29 Roz­dział 30 Roz­dział 31 Roz­dział 32 Roz­dział 33 Roz­dział 34 Roz­dział 35 Roz­dział 36 Roz­dział 37 Roz­dział 38 Roz­dział 39 Roz­dział 40 Roz­dział 41 Roz­dział 42 Roz­dział 43 Roz­dział 44 Roz­dział 45 Roz­dział 46 Roz­dział 47 Roz­dział 48 Roz­dział 49 Roz­dział 50 Roz­dział 51 Roz­dział 52 Roz­dział 53 Roz­dział 54 Roz­dział 55 Roz­dział 56 Roz­dział 57 Roz­dział 58 Roz­dział 59 PODZIĘ­KO­WA­NIA OD AUTORA

5  SFORA PRO­LOG ROZ­DZIAŁ 1 ROZ­DZIAŁ 2 ROZ­DZIAŁ 3 ROZ­DZIAŁ 4 ROZ­DZIAŁ 5 ROZ­DZIAŁ 6 ROZ­DZIAŁ 7 ROZ­DZIAŁ 8 ROZ­DZIAŁ 9 ROZ­DZIAŁ 10 ROZ­DZIAŁ 11 ROZ­DZIAŁ 12 ROZ­DZIAŁ 13 ROZ­DZIAŁ 14 ROZ­DZIAŁ 15 ROZ­DZIAŁ 16 ROZ­DZIAŁ 17 ROZ­DZIAŁ 18 ROZ­DZIAŁ 19 ROZ­DZIAŁ 20 ROZ­DZIAŁ 21 ROZ­DZIAŁ 22 ROZ­DZIAŁ 23 ROZ­DZIAŁ 24 ROZ­DZIAŁ 25 ROZ­DZIAŁ 26 ROZ­DZIAŁ 27 ROZ­DZIAŁ 28 ROZ­DZIAŁ 29 ROZ­DZIAŁ 30 ROZ­DZIAŁ 31 ROZ­DZIAŁ 32 ROZ­DZIAŁ 33 ROZ­DZIAŁ 34 ROZ­DZIAŁ 35 ROZ­DZIAŁ 36 ROZ­DZIAŁ 37 ROZ­DZIAŁ 38 ROZ­DZIAŁ 39 ROZ­DZIAŁ 40 ROZ­DZIAŁ 41 ROZ­DZIAŁ 42 ROZ­DZIAŁ 43 ROZ­DZIAŁ 44 ROZ­DZIAŁ 45 ROZ­DZIAŁ 46 ROZ­DZIAŁ 47 ROZ­DZIAŁ 48 ROZ­DZIAŁ 49 ROZ­DZIAŁ 50 ROZ­DZIAŁ 51 ROZ­DZIAŁ 52 ROZ­DZIAŁ 53 ROZ­DZIAŁ 54 ROZ­DZIAŁ 55 ROZ­DZIAŁ 56 ROZ­DZIAŁ 57 ROZ­DZIAŁ 58 ROZ­DZIAŁ 59 ROZ­DZIAŁ 60 EPI­LOG OD AUTORA PODZIĘ­KO­WA­NIA

 

6  CHE­RUB PRO­LOG ROZ­DZIAŁ 1 ROZ­DZIAŁ 2 ROZ­DZIAŁ 3 ROZ­DZIAŁ 4 ROZ­DZIAŁ 5 ROZ­DZIAŁ 6 ROZ­DZIAŁ 7 ROZ­DZIAŁ 8 ROZ­DZIAŁ 9 ROZ­DZIAŁ 10 ROZ­DZIAŁ 11 ROZ­DZIAŁ 12 ROZ­DZIAŁ 13 ROZ­DZIAŁ 14 ROZ­DZIAŁ 15 ROZ­DZIAŁ 16 ROZ­DZIAŁ 17 ROZ­DZIAŁ 18 ROZ­DZIAŁ 19 ROZ­DZIAŁ 20 ROZ­DZIAŁ 21 ROZ­DZIAŁ 22 ROZ­DZIAŁ 23 ROZ­DZIAŁ 24 ROZ­DZIAŁ 25 ROZ­DZIAŁ 26 ROZ­DZIAŁ 27 ROZ­DZIAŁ 28 ROZ­DZIAŁ 29 ROZ­DZIAŁ 30 ROZ­DZIAŁ 31 ROZ­DZIAŁ 32 ROZ­DZIAŁ 33 ROZ­DZIAŁ 34 ROZ­DZIAŁ 35 ROZ­DZIAŁ 36 ROZ­DZIAŁ 37 ROZ­DZIAŁ 38 ROZ­DZIAŁ 39 ROZ­DZIAŁ 40 ROZ­DZIAŁ 41 ROZ­DZIAŁ 42 ROZ­DZIAŁ 43 ROZ­DZIAŁ 44 ROZ­DZIAŁ 45 ROZ­DZIAŁ 46 ROZ­DZIAŁ 47 ROZ­DZIAŁ 48 ROZ­DZIAŁ 49 EPI­LOG OD AUTORA PODZIĘ­KO­WA­NIA

Redak­cja : Jacek Ring

Korekta : Beata Wój­cik, Kata­rzyna Rojek, Dorota Ring

Pro­jekt okładki : Piotr Cie­śliń­ski (Dark Crayon)

Redak­tor ini­cju­jący: Bar­tło­miej Nawrocki

Copy­ri­ght © by Prze­my­sław Pio­trow­ski, 2020

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2020

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN 978-83-8143-839-1


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.


PIĘTNO

Uko­cha­nej córeczce Lenie

Pro­log

– Cho­ruje ktoś wśród was? Niech spro­wa­dzi kapła­nów Kościoła, by się modlili nad nim i nama­ścili go ole­jem w imię Pana. A modli­twa pełna wiary będzie dla cho­rego ratun­kiem i Pan go podźwi­gnie, a jeśliby popeł­nił grze­chy, będą mu odpusz­czone1.

Ksiądz nie prze­ry­wał.

Na jego mło­dej i nie­ska­la­nej tru­dami życia twa­rzy wystą­piły kro­ple potu, skro­nie nabrzmiały pul­su­ją­cymi żyłami, a głos, mimo że ledwo sły­szalny, niósł się po izbie ponu­rym echem niczym zakli­na­nia egzor­cy­sty.

Za oknem trza­skały bły­ska­wice, a drzewa ugi­nały się pod napo­rem wichury. Deszcz tłukł o szyby nie­mi­ło­sier­nie, a na ścia­nach sta­rego, roz­pa­da­ją­cego się domu na końcu wsi w bla­sku świec peł­zały pokraczne cie­nie.

Ksiądz po raz kolejny wyko­nał nad głową umie­ra­ją­cej znak krzyża.

Kobieta leżała pod sta­rymi kocami i ści­skała w dło­niach nieco już zardze­wiały krzyż z cier­pią­cym Chry­stu­sem Panem. Jej stare, nazna­czone ponu­rym losem dło­nie drżały żało­śnie, a ona szep­tała pod nosem nie­zro­zu­miale dla wyjąt­kowo skrom­nego audy­to­rium. Nie była pewna, czy Pan przyj­mie ją do swo­jego kró­le­stwa, tak naprawdę szcze­rze wąt­piła, aby wyba­czył jej grze­chy i wpu­ścił ją do raju. Dawno temu odwró­ciła się od Niego. Teraz bar­dzo tego żało­wała.

Spoj­rzała na przy­gar­bioną postać sto­jącą w rogu izby. Męż­czy­zna patrzył na nią chłodno. Jego brą­zowe, głę­boko osa­dzone oczy migo­tały zło­wrogo w bla­sku świec, a gdy ksiądz po raz kolejny powie­dział „amen”, wydłu­bał spo­mię­dzy trzo­now­ców resztkę kapu­sty i splu­nął na pod­łogę.

Poczuła, jakby ktoś wbił jej nóż pro­sto w serce. Zamknęła powieki i z bólu zaci­snęła szczęki z taką siłą, że wbiła sobie resztki spróch­nia­łej zębo­winy w dzią­sła. Meta­liczny smak krwi wypeł­nił jej usta. Kaszl­nęła, oplu­wa­jąc brodę i pościel, a mini­strant o blond wło­sach wytarł jej usta białą chustką.

Umie­rała. Poprzed­niego wie­czoru, gdy w końcu zabra­kło wódki, osta­tecz­nie zdała sobie z tego sprawę i poczuła lęk. Nie­zwy­kle inten­sywny. Potra­fiła odróż­nić go od stra­chu, który znała dosko­nale. Strach towa­rzy­szył jej przez bli­sko sześć­dzie­siąt lat mar­nego i pod­łego życia. Nazna­czo­nego biedą, smut­kiem, kolej­nymi depre­sjami i bólem duszy przy­cho­dzą­cym po każ­dej z nich. Strach był jed­nak uczu­ciem nama­cal­nym, można było z nim wal­czyć, ukryć się przed nim, cza­sem nawet go oszu­kać. Ale świa­do­mość, że już wkrótce zamieni się w cuch­nące ścierwo, a jacyś obcy jej ludzie włożą je do taniej trumny i zako­pią, spra­wiała, że zde­cy­do­wała się popro­sić o widze­nie z ojcem Wilcz­kiem. Zro­biło jej się strasz­nie wstyd, gdy wezwany mini­strant poin­for­mo­wał ją, że kapłan umarł trzy lata temu, a nowym pro­bosz­czem został ksiądz Adam Klich. Popro­siła więc o ostat­nie namasz­cze­nie ojca Adama, który do tej pory wyka­zy­wał się nie­zwy­kłym zaan­ga­żo­wa­niem w wyko­ny­wa­niu swo­jego powo­ła­nia. Patrzyła mu w oczy, gdy wypo­wia­dał kolejne sen­ten­cje, i dzię­ko­wała, że przy­szedł do niej w chwili ostat­niej próby.

– Spo­wia­dam się Bogu wszech­mo­gą­cemu i wam, bra­cia i sio­stry, że bar­dzo zgrze­szy­łem myślą, mową, uczyn­kiem i zanie­dba­niem.

Kobieta ude­rzyła się w piersi.

– Moja wina, moja wina, moja bar­dzo wielka wina. Przeto bła­gam Naj­święt­szą Maryję, zawsze Dzie­wicę, wszyst­kich Anio­łów i Świę­tych, i was, bra­cia i sio­stry, o modli­twę za mnie do Pana, Boga naszego.

Spoj­rzała w róg izby, ale nie dostrze­gła w przy­gar­bio­nej postaci tego, czego tak bar­dzo pra­gnęła. Ona mil­czała. I nie biła się w piersi.

– Niech się zmi­łuje nad nami Bóg wszech­mo­gący i odpu­ściw­szy nam grze­chy, dopro­wa­dzi nas do życia wiecz­nego…

Ksiądz kon­ty­nu­ował. Kobieta wtó­ro­wała tak, jak potra­fiła. Było jej wstyd, że nie znała pod­sta­wo­wych modlitw. Kie­dyś, dawno temu, pamię­tała. Dziś, w godzinę wła­snej śmierci, nie umiała wyre­cy­to­wać w cało­ści choć jed­nej.

– Pro­simy Cię, abyś zła­go­dził jej cier­pie­nia.

– Wysłu­chaj nas, Panie.

– Pro­simy Cię, abyś ją uwol­nił od grze­chów i pokus.

– Wysłu­chaj nas, Panie…

Kobieta poczuła, jak do cho­rych oczu napły­wają łzy. Przez lata wyzbyła się wstydu, ale dziś to uczu­cie nie pozwa­lało jej choćby na chwilę zapo­mnieć o tym, jak żyła i co robiła. Pokusa, grzech, pokuta. Tak wyglą­dało całe jej plu­gawe życie.

Ukrad­kiem spoj­rzała na bro­da­tego męż­czy­znę w rogu izby. Stał przy­gar­biony i obser­wo­wał księ­dza udzie­la­ją­cego ostat­niego sakra­mentu umie­ra­ją­cej kobie­cie. Obo­jętny, nie­wzru­szony, zimny. Nie poma­gał. Nie uczest­ni­czył w cere­mo­nii. Cze­kał.

Mini­strant o blond wło­sach podał mło­demu kapła­nowi naczy­nie z ole­jem świę­tym. Ojciec Klich nama­ścił czoło i zaskle­pione dło­nie kobiety, a następ­nie, wypo­wia­da­jąc modli­twę za chorą w ago­nii, w imie­niu Pana odpu­ścił grze­chy. Gdy skoń­czył, wytarł dło­nie w watę, którą odło­żył na biały obrus, tuż obok miseczki z wodą świę­coną.

Kobieta zakrztu­siła się krwią, która tym razem dosię­gła jej nad­garstka i gor­li­wie ści­ska­nej figury Jezusa Chry­stusa umie­ra­ją­cego na krzyżu. Ksiądz deli­kat­nie wytarł jej usta i dotknął dłoni. Uśmiech­nął się przy tym do niej tak natu­ral­nie, jak nikt od wielu dłu­gich lat. Poczuła ulgę.

– Już bli­sko. Jesz­cze tylko „Ojcze Nasz”.

Cier­piąca zaci­snęła wargi, wal­cząc z przej­mu­ją­cym bólem. Rak, który od bli­sko trzech lat poże­rał ją od środka, w ostat­nich dniach roz­po­czął sutą ucztę. Nie miała pie­nię­dzy na mor­finę, leki prze­ciw­bó­lowe już nie dzia­łały, wódki zabra­kło. Teraz, na łożu śmierci, cie­szyła się z tego faktu. Choć raz chciała być trzeźwa i do Boga wejść z pod­nie­sioną głową.

Zło­żyła ręce i odmó­wiła z księ­dzem „Ojcze Nasz”. Kil­ka­krot­nie zakasz­lała krwią, poczuła, że koniec jest już bar­dzo bli­ski. Bła­gal­nie spoj­rzała na kapłana. Miał przy­stojną twarz z mocno zary­so­wa­nymi kośćmi policz­ko­wymi, pro­sty nos i duże nie­bie­skie oczy. Nie była już w sta­nie wypo­wie­dzieć słowa, zwłasz­cza że na zewnątrz roz­pę­tało się pie­kło, a odgłosy burzy zagłu­szały nawet modli­twy księ­dza. Ojciec Klich uchwy­cił spoj­rze­nie umie­ra­ją­cej, jej tęczówki były szare jak u cho­rego na jaskrę, a białka przy­brały kolor zgni­łego jaja. Zro­zu­miał, co chciała mu powie­dzieć, a ona mu za to mil­cząco podzię­ko­wała.

 

Patrzyła, jak sięga po bursę z Komu­nią Świętą. Z namasz­cze­niem wycią­gnął opła­tek i deli­kat­nie wsu­nął go w uchy­lone usta umie­ra­ją­cej.

Kobieta gestem popro­siła, aby nachy­lił się nad nią. Zro­bił to, a ona wyszep­tała, że przed śmier­cią chce wyja­wić ostat­nią tajem­nicę.

– Mów, córko. Pan Jezus cię słu­cha.

Poki­wała głową i wska­zała na postać w rogu. Ksiądz Klich pod­szedł do niej i prze­ka­zał ostat­nie życze­nie umie­ra­ją­cej, po czym opu­ścił izbę. Męż­czy­zna prze­cią­gnął języ­kiem po dzią­słach i splu­nął szpet­nie na pod­łogę. Zro­bił kilka kro­ków, a pod jego potęż­nymi sto­pami pod­łoga zaskrzy­piała.

Nachy­lił się nad kobietą, a ona spoj­rzała mu w oczy. Pałały czy­stą, nie­ukry­waną nie­na­wi­ścią. Prze­ra­ziła się, że nie pój­dzie do nieba. Gdy w jego źre­ni­cach odbiły się pło­mie­nie świe­czek, pomy­ślała, że tak wła­śnie wygląda dia­beł. I teraz, w godzinę jej śmierci, obja­wił się pod jego posta­cią.

Zanim umarła, powie­działa mu całą prawdę.

1 List św. Jakuba, Biblia Tysiąc­le­cia, Wydaw­nic­two Pal­lot­ti­num. [wróć]

Roz­dział 1

Filip Tro­chan był męż­czy­zną przed czter­dziestką, choć ludzie zwy­kle dawali mu kilka lat mniej. Nosił dobre gar­ni­tury i ide­al­nie wypra­so­wane przez żonę koszule, oczy­wi­ście, gdy tylko opu­ścił swoją kli­nikę, w któ­rej był lubiany i sza­no­wany nie tylko przez pacjen­tów, ale także pra­cow­ni­ków, od pani sprzą­ta­ją­cej po zatrud­nio­nych leka­rzy spe­cja­li­stów. Czę­sto podró­żo­wał po Euro­pie, jeź­dził na sym­po­zja i pomimo wybit­nych osią­gnięć w podo­lo­gii sta­wiał sobie coraz to nowe wyzwa­nia i wciąż popra­wiał wła­sne umie­jęt­no­ści, w związku z czym ściana jego gabi­netu wyglą­dała niczym mun­dur zasłu­żo­nego gene­rała – z tą róż­nicą, że zamiast medali i odzna­czeń zdo­biły ją cer­ty­fi­katy, dyplomy i ate­sty.

Lubił cza­sem usiąść w fotelu i wodzić wzro­kiem po dowo­dach swo­ich nie­wąt­pli­wych osią­gnięć. Co prawda nie nale­żał do osób z prze­sad­nie wybu­ja­łym ego, tym bar­dziej nie wywyż­szał się w towa­rzy­stwie, mimo to czuł się czło­wie­kiem suk­cesu i przy­naj­mniej przed samym sobą tego nie ukry­wał. Miał cudowną rodzinę, wspie­ra­jącą go żonę Annę oraz prze­piękną pię­cio­let­nią córeczkę o dźwięcz­nym imie­niu Lena. Choć na co dzień tego nie oka­zy­wał, był dumny, że każ­dego dnia może wra­cać do domu z pod­nie­sioną głową, będąc pew­nym, że niczego im nie zabrak­nie, nawet jeśli wyma­gało to od niego tylu wyrze­czeń.

Tego wie­czoru też był zmę­czony. Gdy odwie­sił far­tuch i spraw­dził stan ostat­nich pacjen­tów, posta­no­wił, że przed wyj­ściem zaj­rzy jesz­cze do skrzynki mailo­wej. Chwilę trwało, zanim prze­bił się przez roz­ro­śnięty do gar­gan­tu­icz­nych roz­mia­rów spam, któ­rego w żaden spo­sób nie mógł się pozbyć, w końcu jed­nak wyłu­skał inte­re­su­jące go wia­do­mo­ści. Dwa zapro­sze­nia na sym­po­zja do Sankt Peters­burga i Dubaju, pry­watna wia­do­mość od dok­tora Szy­ma­now­skiego z Cen­trum Medycz­nego ALDE­MED doty­cząca zmiany ter­minu spo­tka­nia oraz sper­so­na­li­zo­wana, nie­cier­pli­wie wycze­ki­wana oferta z firmy Medi­cors, mająca na celu przed­sta­wie­nie naj­no­wo­cze­śniej­szego sprzętu do chi­rur­gii stopy, zwłasz­cza zaś lecze­nia wra­sta­ją­cych paznokci, co było wizy­tówką dok­tora nie tylko w kraju, ale i w Euro­pie.

Przed opusz­cze­niem kli­niki musiał odpi­sać przy­naj­mniej dok­to­rowi Szy­ma­now­skiemu. Był jed­nak tak zmę­czony, że nie miał sił wcho­dzić z nadawcą w jaką­kol­wiek dys­ku­sję, dla­tego – dzię­ku­jąc w duchu, że od jakie­goś czasu są już na sto­pie pry­wat­nej i nie musi uda­wać – wia­do­mość ogra­ni­czył do krót­kiego „Tak, dzięki za infor­ma­cję, pozdra­wiam, FT”. Chwilę potem zamknął lap­topa i roz­siadł się w skó­rza­nym fotelu. Posta­no­wił, że zasłu­guje cho­ciaż na dzie­sięć minut cał­ko­wi­tego spo­koju, zwłasz­cza że sekre­tarka już dawno opu­ściła biuro, a nikt inny – prócz sprzą­taczki i żony oczy­wi­ście – nie miał prawa wejść do jego gabi­netu bez uprzed­niego umó­wie­nia się na kon­kretną godzinę. Dzie­sięć minut zamie­niło się w bli­sko godzinę i gdyby nie pani Gro­chol­ska, która w każdy ponie­dzia­łek, środę i pią­tek przy­cho­dziła posprzą­tać biura, Filip Tro­chan zapewne spałby przy­naj­mniej kolejne dwie.

Obu­dził go dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Dok­tor zerwał się na widok star­szej kobiety w ogrom­nych oku­la­rach, która bez­ce­re­mo­nial­nie wpa­ko­wała się do gabi­netu z pokaź­nych roz­mia­rów wóz­kiem.

– Dobry wie­czór, pani Basiu – przy­wi­tał się, prze­cie­ra­jąc oczy.

– Dobry wie­czór, panie dok­to­rze – powie­działa i wymow­nie pod­parła się pod boki.

– Znów mnie pani przy­ła­pała. – Tro­chan wstał i chwy­cił wiszącą na wie­szaku mary­narkę.

– To już trzeci raz w tym mie­siącu, a mamy dopiero dzie­siąty paź­dzier­nika, panie dok­to­rze. Jak tak dalej pój­dzie, to pana licho weź­mie i taki będzie koniec.

– Ej tam, od razu licho. Pani zawsze taka czar­no­widzka?

– Żadna tam czar­no­widzka, tylko kobieta twardo stą­pa­jąca po ziemi. Jak mój świę­tej pamięci Gie­niu tak się zaha­ro­wy­wał w tej pie­ruń­skiej kopalni, to też niby mówił, że go licho nie weź­mie. I co? Wzięło go szyb­ciej, niż myślał i…

– Dobrze już, dobrze, pani Basiu. Obie­cuję, że się popra­wię.

– Od trzech lat dok­tor mi to gada. – Gro­chol­ska wymow­nie mach­nęła ręką. – A ja pana i tak przy­dy­bię. I tak w koło Macieju.

Tro­chan popra­wił polu­zo­wany kra­wat i już miał wyjść, gdy postawna kobieta w oku­la­rach przy­po­mi­na­ją­cych oczy owada zata­ra­so­wała mu drogę.

– Ooo, tak, was mło­dych to zawsze trzeba pil­no­wać na każ­dym kroku – rze­kła, gdy napro­sto­wała węzeł przy koł­nie­rzyku. – Kra­wat to nie męski zwis, jak pró­bują go nazy­wać w tej pie­ruń­skiej tele­wi­zji. I trzeba umieć go nosić.

– Co ja bym bez pani zro­bił, pani Basiu? – Tro­chan uśmiech­nął się i opu­ścił gabi­net.

Ruszył do windy, która o tej porze zwy­kle była rzadko uży­wana. Wci­snął guzik, w opusz­czo­nym kory­ta­rzu roz­le­gło się gło­śne „ping”, a z szybu dał się sły­szeć stłu­miony szept nowo­cze­snego mecha­ni­zmu. Chwilę póź­niej srebrne drzwi roz­su­nęły się i dok­tor wszedł do środka. Spoj­rzał odru­chowo na zega­rek Tag Heuer – pre­zent od żony na dzie­się­cio­le­cie ślubu – za, baga­tela, szes­na­ście tysięcy zło­tych i pomy­ślał, że jest szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Nawet jeśli zapie­prza od rana do wie­czora, to lubi to, co robi, i na nic mu nie bra­kuje. Naci­snął przy­cisk z sym­bo­lem „-1”, ozna­cza­ją­cym garaż, gdzie cze­kał na niego nowiutki srebrny SUV – Hyun­dai Santa Fe, któ­rym poje­dzie do rezy­den­cji w podzie­lo­no­gór­skim Jędrzy­cho­wie. O tej porze uko­chana żona pew­nie ukła­dała do snu Lenkę, ponie­waż docho­dziła dzie­wiąta, która dla mło­dej była gra­niczną godziną. Po niej, nawet jeśli pró­bo­wała wal­czyć ze snem, szczy­piąc się po rękach, zawsze prze­gry­wała z kre­te­sem.

Pomy­ślał, że miło by było spę­dzić roman­tyczny wie­czór. Ostat­nio rzadko bywał w domu, z żoną kochał się rza­dziej niż kie­dyś i choć ona, psy­cho­log pro­wa­dząca wła­sny gabi­net, ni­gdy nie zde­cy­do­wała się poru­szyć tego tematu, wyczu­wał, że coś mię­dzy nimi szwan­kuje. To była ta jedna, ledwo dostrze­galna rysa. Niby wszystko wyglą­dało w jak naj­lep­szym porządku, ale gdzieś tam pod płasz­czem miło­ści, wza­jem­nego sza­cunku i wie­lo­let­niego przy­zwy­cza­je­nia krył się pro­blem, do któ­rego oboje nie chcieli się przy­znać. Lek­ce­wa­żył go, tłu­ma­cząc się przed samym sobą prze­pra­co­wa­niem i bra­kiem czasu, ale z każ­dym kolej­nym mie­sią­cem drę­czył go coraz bar­dziej. Czuł, że ktoś lub coś zasiało zia­renko, które w ich wzo­rowy i upo­rząd­ko­wany zwią­zek wpro­wa­dziło nutkę nie­po­koju, co gor­sza, wykieł­ko­wało i wypu­ściło pędy.

Dziś zaba­wię się w ogrod­nika i wytnę nie­po­żą­dane pędy, pomy­ślał, masze­ru­jąc w kie­runku samo­chodu. Zajadę po dro­dze po sushi, w Świe­cie Win (dawno tam nie byłem i mam nadzieję, że mają otwarte do dzie­sią­tej) kupię dro­gie chi­lij­skie wino (ona uwiel­bia chi­lij­skie wina). Spę­dzimy roman­tyczny wie­czór, a potem będziemy się dziko i namięt­nie kochać przy roz­pa­lo­nym kominku, wsłu­chu­jąc się w trzask pło­ną­cych polan. Gdy już ochło­niemy, znów napi­jemy się wina, a potem to powtó­rzymy. Jesz­cze moc­niej i inten­syw­niej.

Te myśli wpro­wa­dziły go w jesz­cze lep­szy nastrój. Miał plan na dzi­siej­szy wie­czór, dla­tego przy­spie­szył kroku. Z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki wycią­gnął klu­czyki i wci­snął przy­cisk. Reflek­tory bły­snęły, roz­ja­śnia­jąc na chwilę pół­mrok nie­wiel­kiego pod­ziem­nego garażu i oświe­tla­jąc pobli­ską ścianę.

Tro­chan przy­sta­nął.

To był uła­mek sekundy, ale dałby sobie uciąć palec, że ktoś stał w zacie­nio­nym rogu. W miej­scu, gdzie nikt ni­gdy nie sta­nąłby ot tak. Poczuł się nie­swojo, tym bar­dziej że zarys postaci był mu zna­jomy. Nie nale­żał do cyko­rów, od lat tre­no­wał karate i choć nauczony pokory, zwy­kle scho­dził z drogi ewen­tu­al­nym agre­so­rom, na pewno nikomu tanio by skóry nie sprze­dał.

Przez moment zawa­hał się, ale raz jesz­cze wci­snął przy­cisk otwie­ra­jący zamek w aucie. Świa­tła znów zami­go­tały poma­rań­czo­wym bla­skiem, ale tym razem postać już się nie poja­wiła. Pomy­ślał, że to pew­nie efekt zmę­cze­nia, ale gwał­towny i bar­dzo nie­przy­jemny dreszcz przy­po­mniał mu, że nie może się dalej okła­my­wać. Znał tę postać. Prze­śla­do­wała go od dzie­ciń­stwa, od naj­młod­szych lat. W snach, w ciem­nych zaka­mar­kach, nawet w lustrach, któ­rych nie lubił do dziś. Rosła, tężała i roz­wi­jała się razem z nim, zawsze poja­wiała się jed­nak jako cień, istota bez twa­rzy. Z cza­sem jej obli­cze nabrało kształ­tów, ale do samego końca pozo­stało zama­zane, przez co było jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jące. Zwłasz­cza gdy otwie­rało swoje prze­pastne czarne usta i wyda­wało ten ohydny, niemy krzyk, niczym bez­i­mienny boha­ter słyn­nego obrazu Edvarda Mun­cha. Gdy inne dzieci bały się duchów i potwo­rów, on zawsze bał się tego szka­rad­nego cie­nia.

Ostatni raz widział go wiele lat temu, chyba na jed­nej ze stu­denc­kich imprez. Kolega zapro­po­no­wał mu skręta z „białą wdową”, wów­czas podobno naj­lep­szą na rynku mari­hu­aną. To był pierw­szy i ostatni raz, gdy zaapli­ko­wał sobie jaki­kol­wiek nar­ko­tyk.

Dla­czego zoba­czył go ponow­nie wła­śnie teraz? Ner­wowo wci­snął przy­cisk po raz trzeci. I po raz trzeci świa­tła roz­ja­śniły pół­mrok poma­rań­czo­wym bla­skiem. Nikt nie stał w rogu, nikt się na niego nie czaił. Cień znik­nął.

– Jesteś prze­mę­czony, dok­to­rze Tro­chan – mruk­nął pod nosem i ruszył w kie­runku auta.

Gdy chwy­cił za klamkę, usły­szał z głębi par­kingu jakiś dźwięk. Jakby nie­wielki sta­lowy ele­ment poto­czył się po beto­nie i zatrzy­mał gdzieś w oddali. W nie­mal abso­lut­nej ciszy meta­liczny odgłos poniósł się upior­nym echem.

Tro­chan puścił klamkę i poszedł na tył samo­chodu. Otwo­rzył bagaż­nik i wycią­gnął saperkę. Pomy­ślał, że wła­ści­wie mógłby po pro­stu wsiąść za kie­row­nicę, włą­czyć sil­nik i poje­chać po sushi i wino, a z samo­chodu zadzwo­nić na poli­cję i zgło­sić, że ktoś podej­rzany kręci się po pod­ziem­nym par­kingu kli­niki. Pierw­szy lep­szy patrol zaje­chałby spraw­dzić, co się dzieje, i ewen­tu­al­nie zgar­nąłby tego bez­dom­nego, zło­dzieja czy kim­kol­wiek był ten osob­nik. Mimo to z saperką w ręku ruszył przed sie­bie. W głębi duszy dosko­nale wie­dział, że to nie był ani bez­domny, ani zło­dziej. Przez krótki moment poczuł się silny i twardy, ale gdy meta­liczny odgłos roz­legł się w naj­ciem­niej­szym zaka­marku par­kingu, zro­zu­miał, że był w błę­dzie. Na skro­niach wystą­piły mu kro­ple potu, a serce zamie­niło się w młot pneu­ma­tyczny. Suchość w ustach, drże­nie rąk, gar­dło ści­śnięte jak w ima­dle.

Ostatni atak paniki miał dobrych kil­ka­na­ście lat temu, ale nie zapo­mniał tego obez­wład­nia­ją­cego uczu­cia. Para­li­żo­wało go w ułamku sekundy. Tak wła­śnie reago­wał, gdy wyczu­wał jego obec­ność.

Cień wró­cił.

– Kto tam? Pro­szę odpo­wie­dzieć, bo mam się czym bro­nić…

Ton głosu zasko­czył nawet jego samego. Pisz­czał jak pię­cio­let­nia dziew­czynka, która wła­śnie stra­ciła z oczu mamę w luna­parku. Jeśli chciał kogoś prze­stra­szyć, to jego sta­ra­nia z pew­no­ścią odnio­sły odwrotny sku­tek.

Uznał, że wystar­czy. Nie będzie dalej paja­co­wać. Wyco­fał się i ruszył w kie­runku pojazdu. Otwo­rzył drzwi i usiadł za kie­row­nicą, a saperkę poło­żył na sie­dze­niu pasa­żera. Rozej­rzał się po par­kingu po raz ostatni, po czym włą­czył sil­nik. Reflek­tory roz­bły­sły sil­nym, jasnym świa­tłem, ale choć pod­świa­do­mie to sobie wyobra­ził, nie uchwy­ciły w swoim bla­sku zarysu żad­nej zło­wro­giej postaci. Zamiast tego wnę­trze pojazdu wypeł­niły rytmy jakie­goś nowego hitu w języku hisz­pań­skim, który wpadł mu w ucho kilka dni temu. Muzyka spra­wiła, że poczuł się bez­piecz­niej. Prze­su­nął gałkę zmiany bie­gów na „drive” i powoli ruszył do przodu. Gdy brama garażu unio­sła się, a on opusz­czał pod­ziemny par­king, pomy­ślał, że chyba prze­sa­dził. Prze­cież cień był tylko ucie­le­śnie­niem jego obaw i lęków z dzie­ciń­stwa. Przy­naj­mniej tak kie­dyś tłu­ma­czył to psy­chia­tra.

Wtedy na krę­go­słu­pie poczuł lodo­wate palce stra­chu. Odru­chowo zamknął oczy i pomo­dlił się, aby w lusterku wstecz­nym znów nie ujrzeć tego, co mignęło mu przed chwilą w odbi­tym świe­tle ulicz­nych latarni.

Za ple­cami usły­szał dysze­nie i poczuł cie­pły oddech na karku.

Cień sie­dział tuż za nim.

Chwilę póź­niej dok­tor runął w otchłań ciem­no­ści.