Niedobry pasterz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niedobry pasterz
Niedobry pasterz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Niedobry pasterz
Audio
Niedobry pasterz
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

Obudził go ból głowy. Próbował zmienić pozycję, inaczej ułożyć głowę na poduszce, by w ten sposób go zmniejszyć lub całkiem wyeliminować, ale nie na wiele to się zdało. Otworzył oczy. W pokoju było ciemno jak w najczarniejszą noc, zamurowane okna nie pozwalały stwierdzić, czy jest ranek, południe czy wieczór. Zaczął szukać ręką komórki, którą wczoraj zapewne gdzieś tu położył. W końcu ją znalazł – leżała przy łóżku na podłodze. Spojrzał na wyświetlacz. Był ciemny jak cała reszta. Komórka musiała się wyładować, a on był zbyt pijany, by podłączyć ją do prądu.

Powinien wstać. Sprawdzić, która godzina, znaleźć ładowarkę i wziąć coś od bólu głowy. A potem zobaczyć, czy znowu nie wysyłał wczoraj po pijaku SMS-ów do Karoliny. Albo czy nie wchodził na jej profil na Facebooku, by pogapić się na jej zdjęcia.

Usiadł na łóżku. Świat zawirował dookoła, a zawartość jego żołądka próbowała się wydostać na zewnątrz. Przez chwilę siedział w tej pozycji, czując, jak na czoło występuje mu zimny pot. Później opuścił nogi na podłogę i znowu chwilę posiedział bez ruchu. Wreszcie zdecydował się wstać.

Nie było tak źle, choć głowa bolała go jak wszyscy diabli. Zatruty i odwodniony mózg przy każdym kroku obijał się o czaszkę. Otworzył drzwi i wyszedł do sieni. Tu także nie było zbyt jasno, lecz światło przebijające przez matową szybę drzwi do drugiego pokoju świadczyło, że noc już się skończyła. Przeczłapał przez korytarz, nacisnął klamkę i wszedł do swojego living roomu. Za jego oknami było jasno, choć ciągle nie wiedział, która to godzina. Nie mógł znaleźć zegarka ani ładowarki, a radia ani telewizora nie miał.

Przynajmniej wiedział, gdzie są tabletki. Głowa bolała go często, więc miał zawsze kilka opakowań schowanych w różnych miejscach. Odnalazł jedno z nich, wycisnął na rękę dwie pigułki, popił je wodą z butelki i usiadł w fotelu, czekając, aż zadziałają. „Ciekawe, która godzina?”, pomyślał po raz kolejny. To zabawne, że tego nie wiedział, i nie miał póki co jak się tego dowiedzieć. Znowu tkwił w rzeczywistości poza czasem, a kac tylko to wrażenie potęgował. Zamknął oczy. Przypominał sobie po kolei wydarzenia wczorajszego wieczoru. Niektóre z tych wspomnień bolały bardziej niż głowa. Jego ręce wyciągające się w kierunku nagich piersi tancerki, wizyta w burdelu i spotkanie z tą dziwną policjantką, wobec której wygłupił się jeszcze bardziej, niż to wynikało z nie najszczęśliwszych okoliczności. Powoływał się na znajomości z Sądeckim i swój udział w śledztwie… Boże! Co też musiała sobie o nim pomyśleć? Naprawdę dobrze, że był chociaż ubrany. Miał tylko nadzieję, że nie znała Sądeckiego zbyt dobrze i nie opowie mu o tym wszystkim, bo pan komisarz na pewno nie omieszkałby komentować tego przez najbliższy miesiąc.

Głowa powoli przestawała go boleć. Obyło się też również bez wizyty w łazience mimo kilku dość solidnych skurczów żołądka, które udało mu się całe szczęście przeczekać. Zebrał się w końcu w sobie, wstał i odnalazł ładowarkę. Podłączył komórkę do gniazdka przy blacie kuchennym, poczekał, aż poziom naładowania baterii osiągnie jeden procent, po czym włączył aparat. Telefon przez dłuższą chwilę logował się w sieci. Zegar na wyświetlaczu wskazywał dwunastą zero dziewięć. Jeszcze nie tak źle, biorąc pod uwagę, że kiedy wrócił, musiała być czwarta lub piąta nad ranem. Wreszcie jego telefon odnalazł sieć i na wyświetlaczu pojawiły się te wszystkie kreski i symbole, co zwykle. Tuż potem przyszedł SMS. Od Sądeckiego. Otworzył go z niechęcią. Chyba wiedział, co tam będzie. Nie pomylił się.

„No brawo! Widzę, że przemówiłem ci trochę do rozsądku. Chociaż jak drugi raz będziesz chciał zaaplikować sobie takie lekarstwo, spytaj najpierw mnie. Polecę ci jakąś lepszą aptekę”.

— Kurwa! – powiedział na głos. A więc ta policjantka przekazała wszystko Sądeckiemu. Dlaczego był taki głupi!? Gdyby nie podawał jej swojego nazwiska i nie powoływał się nie wiadomo po co na znajomość z nim, nikt by się o niczym nie dowiedział. Najwyżej by go spisali, nie zrobił przecież nic złego. Wizyta w agencji towarzyskiej nie jest póki co karalna. A tak pan komisarz już do końca ich znajomości będzie mógł sobie z tego żartować, dworować, nawiązywać do tego niby przypadkiem w rozmowie, puszczać oko, rechotać rubasznie, stukając go pięścią w ramię albo dźgając łokciem w bok, a znając go, Rozłucki był pewien, że nie ominie żadnej z tych możliwości. „Oby tylko nie pospieszył wygadać tego wszystkiego Karolinie…”, przemknęło mu przez głowę.

Nie miał czasu jednak dłużej o tym rozmyślać, bo na jego komórkę zaczęły spływać kolejne SMS-y. Tym razem informujące go o próbach połączenia się z tym numerem w czasie, gdy telefon był wyłączony. Wszystkie próby podjął komisarz Sądecki.

„Czego on jeszcze ode mnie chce?”, pomyślał ze znużeniem. „Nie może się doczekać, żeby się nade mną poznęcać?”

Rzucił telefon ze złością na blat. Odwrócił się, chcąc znowu opaść na fotel, gdy usłyszał dźwięk informujący o nadejściu kolejnej wiadomości. Sięgnął ponownie po telefon. Znowu od Sądeckiego. „Co jest?”, pomyślał. Miał już naprawdę tego dość.

„Ty sobie śpisz, a my pracujemy” – przeczytał. – „Mamy mordercę! I nie jest to ten chłopak. Jak się obudzisz, przyjedź do mnie na komendę”.

Cholera jasna! Szybko wybrał numer komisarza. Tym razem jednak to on nie odbierał. Spróbował jeszcze raz i jeszcze. Wysłał SMS: „kto!!!?”, ale nie otrzymał na niego odpowiedzi. Czyżby chodziło o księdza? Przypomniał sobie twarz, którą widział wczoraj w klubie go-go. Nie, gdyby chodziło o księdza, ton wiadomości byłby inny, nie tak beztroski. Więc kto? Ktoś całkiem nowy, kogo nie brano do tej pory pod uwagę. Przypomniał sobie to, co usłyszał wczoraj o klubie Chili. O młodych dziewczynach poszukujących sponsora i obleśnych facetach przychodzących ich poudawać. Czyżby chodziło o kogoś takiego? Tylko jak taki ktoś znalazłby się w lesie kilkanaście kilometrów od Olsztyna? Ewa Krupińska wróciła przecież taksówką z kolegą. Świadkiem jest ten kolega oraz taksówkarz. Czyżby jechał za nimi? Wydawało się to mało prawdopodobne.

Poszedł szybko do łazienki, nie zważając na przypominający o sobie co jakiś czas ostrym ukłuciem ból głowy, umył zęby, przemył twarz, przeczesał włosy, wrócił do sypialni, zmienił skarpetki, odszukał walające się pod łóżkiem buty, założył je i wyszedł na zewnątrz. Tak, przydałby mu się teraz samochód. Spróbował jeszcze raz dodzwonić się do komisarza. Bez skutku. Zamknął drzwi na klucz. Jego wzrok padł na przykrytego plandeką starego dużego fiata. Może dałoby się go jakoś uruchomić? Nie teraz oczywiście. Teraz będzie musiał iść do wsi, poczekać na autobus i pojechać nim do Olsztyna. Bo po wczorajszych ekscesach raczej nie będzie go przez najbliższy czas stać na to, by jeździć taksówkami.

— O, już jesteś… – Komisarz Sądecki wszedł do swojego pokoju, w którym czekał na niego Rozłucki. Dotarcie tu zajęło mu prawie godzinę. Z początku próbował jeszcze dzwonić do komisarza, potem zrezygnował. Doszedł do wniosku, że nie ma to sensu, skoro i tak zaraz się spotkają.

— Przepraszam, że nie odbierałem, ale przesłuchiwałem podejrzanego. – Komisarz obszedł biurko i usiadł na swoim krześle. Za jego plecami było okno, a za nim tory kolejowe.

— No i kto to jest? – spytał Rozłucki. Był już spokojny. Całe jego podekscytowanie wywietrzało podczas przydługiej podróży środkami komunikacji miejskiej.

— Nikt specjalny – odpowiedział komisarz, kręcąc się z lekka na obrotowym krześle. – Wszystko wskazuje na to, że to kolejne banalne morderstwo, jakich tysiące w tym kraju. Takich jak większość morderstw, z którymi miałem do czynienia w czasie swojej kariery – sprawa Romanowskiego była tu chyba jedynym wyjątkiem. Pijany mąż zabija żonę, żona dźga męża nożem w czasie kłótni, dwóch kolegów w czasie picia wódki zaczyna się sprzeczać i jeden zarąbuje siekierą drugiego. Myślałem przez chwilę, że tym razem będzie choć odrobinę inaczej…

— Powiesz mi wreszcie, kto to jest, czy będziesz dalej mówił zagadkami?

— Powiem, powiem. – W głosie komisarza słychać było zmęczenie. – To miejscowy pijak, pijaczek w zasadzie, menel, jeśli wolisz. Z rodzaju tych, co wystają pod wiejskim sklepem, pijąc kolejne tanie piwa. Co przychodzą pod ten sklep o szóstej rano i czekają na otwarcie o siódmej, bo tak ich suszy, że budzą się o piątej. No więc ktoś taki.

Po torach za plecami komisarza przejechał pociąg. Monotonny stukot kół o szyny rozbrzmiewał przez dłuższą chwilę. Przez jakiś czas przysłuchiwali się temu dźwiękowi w milczeniu. Rozłucki przypomniał sobie dwóch mężczyzn siedzących pod murem zamkniętej piekarni przy przystanku. Może to któryś z nich?

— Jak dowiedzieliście się, że to on? – spytał w końcu Rozłucki.

— Pamiętasz, jak ci mówiłem, że dziewczyna nie miała majtek? – Komisarz przysunął jakąś rzecz na swoim biurku. – No więc on je miał. Chwalił się nimi kolegom spod sklepu. Jeden z nich powiedział o tym swojej babie, a ta była na tyle przytomna, że zawiadomiła policję.

— Macie te majtki? To na pewno jej?

— Tak, jej. Matka je rozpoznała. Przed chwilą tu była. – Zamilkł na chwilę. – Nigdy się nie przyzwyczaję do takich scen. Nasz radiowóz odwozi ją właśnie do domu. Wykonamy oczywiście odpowiednie badania, pobierzemy próbki DNA i tak dalej, ale nie sądzę, żeby ich wyniki były specjalnie zaskakujące.

— A co on na to? Przyznał się?

— Na razie nie. Na początku mówił, że znalazł je w lesie, potem, że nic nie pamięta, a teraz w ogóle przestał cokolwiek mówić. Ale spokojnie, przyzna się. Tacy jak on prędzej czy później się przyznają. To nie jest żaden zatwardziały bandzior ani zdegenerowany pedofil, tylko zwykły pijak, który zrobił coś, czego być może nawet nie pamięta, w stanie kompletnego zamroczenia. Potrzymamy go dzień lub dwa w areszcie bez alkoholu, wytrzeźwieje, dotrze do niego, co się stało, sumienie go ruszy i przyzna się. Jeszcze będzie płakał na przesłuchaniu.

 

— Domyślasz się już, jak to się mogło stać?

— No cóż… – Komisarz odchylił się na krześle. – Pewnie wracała przez ten las, a on tam był. Dopijał jakąś flaszkę albo spał po pijaku. Natknęła się na niego, a on w tym swoim pijanym widzie uznał, że przyszła do niego. Że los mu ją podesłał albo coś w tym stylu. Pewnie podobała mu się już wcześniej, w końcu mieszkali w tej samej wsi, wodził za nią wzrokiem, komentował z kolegami, jak wyrosła. A tu nagle bóg pijaków zsyła mu taki prezent… Zaczął coś od niej chcieć, ona zareagowała obrzydzeniem, on ją złapał, ona zaczęła się wyrywać, to on ją złapał jeszcze mocniej, ona zaczęła krzyczeć, chciał ją uciszyć… Jakoś tak.

— Powinieneś się cieszyć, to odsuwa podejrzenia od księdza.

— Niby powinienem. – Komisarz pokiwał głową. – Oszczędzi mi to naprawdę sporo nerwów i kłopotów. Tylko to takie bez sensu… Śmierć w takim wieku, w taki sposób i z takiego powodu… Przygnębiająco bez sensu.

Znowu przesunął coś na biurku.

— Ty z kolei – dodał po chwili – nie powinieneś być specjalnie zadowolony – uśmiechnął się smutno – bo to oznacza, że Karolina na pewno nie przyjedzie.

Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby i jemu było z tego powodu przykro.

— Macie jakieś inne dowody? – zmienił temat Rozłucki. Był zbyt zmęczony, zbyt skołowany i zbyt skacowany, by chciało mu się teraz o tym myśleć. – Nie wiem, nie znam się na prawie, ale to, że miał te majtki, to chyba nie do końca wystarczy. Mógł je przecież rzeczywiście znaleźć.

— Zaraz wyślę ekipę, żeby przeszukała jego dom. Nie ma co się spieszyć, bo mieszka sam, więc raczej nikt nie zatrze ewentualnych śladów. Poza tym on się przyzna. Zaufaj mojemu policyjnemu doświadczeniu.

— Jeśli był tak pijany, że nic nie pamięta z tamtej nocy, i jeśli go odpowiednio przyciśniecie, odcinając od alkoholu i maglując ciągłymi przesłuchaniami, to przyzna się nawet do tego, czego nie zrobił.

Komisarz spojrzał na niego ze znużeniem.

— A ty zawsze musisz szukać dziury w całym? – spytał.

— Jakoś tak mam.

— To on, uwierz mi. Jestem tego pewien. Poza tym nie musisz się obawiać – dołożymy wszelkich starań. Sprawdzimy ślady biologiczne znalezione na ciele i ubraniu tej dziewczyny, porównamy z jego profilem DNA, jeszcze raz wszystkich przesłuchamy. W końcu coś znajdziemy. Zresztą, może sam chcesz z nim porozmawiać? Mógłbym ci załatwić status biegłego.

— Ja? – zdziwił się Rozłucki. – A to nie trzeba być na jakiejś oficjalnej liście?

— Nie trzeba. Wystarczy, że sąd uzna, że twoja wiedza może pomóc w postępowaniu. To się nazywa „biegły ad hoc”. Każdy może nim być. A ty jesteś psychologiem, więc nie powinno być z tym specjalnego problemu.

Rozłucki nie zdążył odpowiedzieć, bo za jego plecami rozległ się dźwięk otwieranych drzwi, a potem stukot damskich obcasów. Odwrócił się. I zamarł. Do pokoju komisarza Sądeckiego weszła policjantka, którą poznał dziś w nocy.

— Przyznał się – oznajmiła, rzucając jakąś kartkę na biurko Sądeckiego. – I podpisał protokół.

— Szybko ci poszło – powiedział z uznaniem komisarz. – Opisał przebieg zdarzenia?

— Nie. Powiedział, że niewiele pamięta. I żeby dać mu spokój. Myślę, że faktycznie na dziś ma już dosyć. Jutro się nim znowu zajmę.

Przez cały ten czas policjantka ani razu nie spojrzała na Rozłuckiego. Jakby w ogóle nie istniał.

— Powiedział, że nie pamięta, czy że niewiele pamięta? – spytał. – To dość istotna różnica.

Policjantka dopiero teraz zaszczyciła go spojrzeniem.

— Raz mówił tak, a raz tak – odpowiedziała. – Wszystko jest w protokole.

Sądecki spojrzał najpierw na nią, potem na Rozłuckiego i uśmiechnął się pod nosem.

— Poczekajcie! Gdzie moje maniery? – powiedział. – Poznajcie się: Weronika Stankiewicz, moja najzdolniejsza podwładna. Zygmunt Rozłucki, psycholog.

— Pan Rozłucki już mi się dzisiaj przedstawił – odpowiedziała policjantka.

Sądecki puknął się teatralnie otwartą dłonią w czoło.

— A tak! Zapominałbym! No przecież! Zupełnie wyleciało mi to z głowy.

Komisarz odzyskał najwyraźniej swój dobry humor. Rozłucki za to poczuł, jak czerwienieją mu uszy. Zresztą nie tylko one. Poczuł jak cały, łącznie z szyją oblewa się rumieńcem. Czasami żałował, że nie jest psychopatą, jak ten facet, z którym rozmawiał pierwszego dnia w przychodni. Psychopaci nie czują strachu ani wstydu. Przyłapani na kłamstwie albo niestosownym zachowaniu, uśmiechają się i po prostu zmieniają temat. Jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Chciałby mieć taką umiejętność. Teraz, zwłaszcza teraz.

Policjantka dzięki Bogu oszczędziła mu dalszych upokorzeń. Najwyraźniej nie był dla niej kimś, na kogo warto byłoby zwracać uwagę dłużej niż na chwilę.

— Masz dla mnie jeszcze coś? – spytała Sądeckiego.

— Nie – odpowiedział komisarz. – Na dzisiaj to chyba wszystko. Możesz iść do domu. Do zobaczenia jutro.

Policjantka odwróciła się w kierunku drzwi.

— Zaraz, zaraz! Poczekaj! – zawołał naraz Sądecki. Ton jego głosu nie wróżył nic dobrego. – Pan Rozłucki też już wychodzi, prawda? Możecie iść razem. Mogłabyś go podrzucić do centrum? Biedaczek nie ma samochodu…

Policjantka spojrzała na Rozłuckiego w sposób, który aż nadto dobrze mówił, co sądzi o takim pomyśle. Rozłucki obdarował podobnym spojrzeniem komisarza.

— No co jest, robaczki? – Komisarz Sądecki był bardzo z siebie zadowolony. – Idźcie już!

Nie zdążyli jednak wyjść, bo drzwi do pokoju komisarza otworzyły się i pojawiła się w nich głowa młodego policjanta w mundurze.

— Panie komisarzu, ma pan gościa – powiedział. – Ksiądz proboszcz przyjechał. Ten od tej sprawy. Chce się z panem widzieć. Mam go przyprowadzić?

— Ksiądz? – zdziwił się Sądecki. – Czego chce?

— Mówi, że to on.

Oczy wszystkich wbiły się w młodego policjanta.

— Co on?

— Że to on jest mordercą.

Rozdział 9

— Cześć! – usłyszał głos w słuchawce. – To ja, Karolina.

— Cześć. Miło cię znowu słyszeć.

Wiedział, że zadzwoni, spodziewał się tego. Odkąd w drzwiach pokoju komisarza Sądeckiego pojawił się młody policjant i przekazał wszystkim nowinę, że ksiądz przyznał się do zamordowania piętnastoletniej Ewy Krupińskiej, wiedział, że Karolina prędzej czy później musi się do niego odezwać. Czekał na ten telefon od czterech godzin. Coraz bardziej się denerwując. Układając sobie w głowie wciąż od nowa wszystko to, co mógłby jej powiedzieć. Z żołądkiem ściśniętym z nerwów aż do mdłości. Ale gdy w końcu zadzwoniła, wszystko to minęło. Ten głos… Matko jedyna! Jak dawno go nie słyszał…

— Co tam u ciebie słychać, wszystko dobrze? – spytała.

— Tak, w porządku. – Gardło też miał ściśnięte. Aż musiał odchrząknąć.

— Naprawdę mieszkasz w tym strasznym domu?

— Tak, właśnie w nim jestem.

Byli ostrożni. Oboje. Badali siebie niepewni, co mogą znaleźć po drugiej stronie. W głosie Karoliny słychać było rezerwę, w jego zresztą też. Coś kiedyś między nimi było, to nie ulega wątpliwości. To coś było czym innym dla niego, a czym innym dla niej, i teraz, po tych trzech miesiącach, oboje się zastanawiali, na jakim etapie jest relacja między nimi.

— Słyszałam, że ksiądz proboszcz się przyznał – powiedziała.

— Sądecki do ciebie dzwonił? – spytał.

— Wysłał mi SMS-a.

— Tak, przyznał się. Dość niespodziewanie.

— Coś jeszcze mówił? Jak to zrobił i dlaczego?

— Sądecki ci nie pisał?

— Nie. Tylko to, że się przyznał. I żebym o całą resztę pytała ciebie.

Komisarz Rafał Sądecki? Bardzo miły gest z jego strony. Nie spodziewał się po nim czegoś takiego.

— Nie, nic więcej nie powiedział. Tylko to, że to on. Potem odmówił zeznań. Został aresztowany, a poprzedni podejrzany wypuszczony.

— Ten pijaczek?

— Ten pijaczek.

W słuchawce oprócz głosu Karoliny słychać było charakterystyczny szum. Pewnie jak zwykle rozmawiała przez telefon, prowadząc samochód.

— Jedziesz swoim new beatlem? – spytał. – Drogą krajową numer siedem? Przekraczając wszystkie możliwe ograniczenia prędkości?

Kilka razy jechał z nią tą drogą w taki właśnie sposób. O mało nie umarł wtedy ze strachu. Choć teraz wspominał to z rozrzewnieniem.

Zaśmiała się.

— Nie mam już tego samochodu – odpowiedziała. – Zaraz po powrocie do Warszawy całkiem mi się rozkraczył. Mechanik powiedział, żebym go naprawiła i sprzedała, bo będą z nim już tylko same kłopoty. Teraz jeżdżę czarnym bmw. Ale takim niedużym i kilkuletnim. Reszta się zgadza.

— To może poczekaj, aż się spotkamy? Opowiem ci wszystko na miejscu. Nie chciałbym mieć cię na sumieniu.

— Spokojnie, jadę dwupasmówką. Droga jest prosta jak strzelił. Poza tym włączyłam tempomat. Mogłabym puścić kierownicę i nic by się nie stało.

Powoli lody między nimi topniały. Zaczynali rozmawiać swobodnie, jak kiedyś.

— To jak z tym księdzem, powiesz mi coś więcej?

— Co ci mam powiedzieć? Przyznał się i tyle.

— Ale co ty o tym sądzisz?

— Ja? No nie wiem. Mam pewne wątpliwości…

— Ty zawsze masz wątpliwości.

— Zbytnia pewność to najpewniejsza oznaka głupoty.

— Tak, tak, wiem! – powiedziała z udawanym zniecierpliwieniem. – Słyszałam to już od ciebie parę razy. Jakie to wątpliwości?

— Słuchaj, może naprawdę pogadamy o tym, jak przyjedziesz?

— Daj spokój, nudzę się na tej dwupasmówce. Mów.

— Poczekaj, wyjdę na zewnątrz. Mam tu wystawione dwa krzesła przed domem. Bardzo przyjemnie siedzi się na nich i patrzy na jezioro. Jak przyjedziesz, może ci pozwolę na jednym z nich usiąść.

— Muszę przyznać, że nikt mnie jeszcze nigdy nie podrywał na krzesła. Oryginał z ciebie. No dobra, poczekam. Wyłaź!

Flirt. Znów się pojawił, tak jak kiedyś. Flirt, który do niczego nie prowadzi. Może Sądecki miał rację mówiąc, że ona zawsze na końcu ucieka?

Wyszedł przed dom i usiadł na jednym z krzeseł.

— Jestem już.

— To mów.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Myślał o tym przez ostatnie cztery godziny, na zmianę z wyczekiwaniem telefonu od Karoliny. Nie były to jakieś sprecyzowane wątpliwości, raczej niejasne przeczucia.

— No czekam – usłyszał głos Karoliny. – Jakbym wiedziała, że będziesz taki milczący, to bym raczej włączyła radio zamiast do ciebie dzwonić.

Uśmiechnął się pod nosem. Takie złośliwe uwagi to była jej specjalność. Brakowało mu tego.

— No więc po pierwsze: dlaczego się w ogóle przyznał? Nie miał specjalnego powodu. Było dwóch lepszych podejrzanych od niego. Jednego z nich właśnie aresztowała policja pod zarzutem morderstwa. Jego nikt oficjalnie o nic nie podejrzewał. Przestępcy przyznają się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy policja przedstawi im dowody świadczące o ich winie. W innym przypadku działa instynkt samozachowawczy. To bardzo silny, bardzo pierwotny mechanizm. Włącza się u każdego.

— Nie wiem, może sumienie go ruszyło, gdy zobaczył, że aresztowano niewinnego człowieka? Jest w końcu księdzem, siłą rzeczy powinien być więc bardziej wyczulony na takie sprawy.

— Bardzo romantyczna wizja. Tylko dlaczego ktoś tak moralny zabija wcześniej piętnastolatkę?

— Może zrobił to w jakiś sposób przypadkiem? W pierwszym odruchu uciekł, ale przemyślał sprawę. Zobaczył, że za jego zbrodnię może ponieść odpowiedzialność ktoś inny, i to przeważyło szalę.

— I przypadkiem ściągnął tej dziewczynie majtki, a potem przypadkiem zadarł jej sukienkę na głowę?

— No tak. Poczekaj, a może chodzi o coś innego? Może wie, że istnieje mocny dowód świadczący o jego winie i że ten dowód prędzej czy później zostanie odkryty. Przyznaje się więc, żeby uprzedzić to wydarzenie i zyskać okoliczność łagodzącą w przyszłym procesie?

Rozłucki zastanowił się.

— To już brzmi bardziej prawdopodobnie – powiedział. – Ale jest jeszcze inna kwestia.

— Jaka?

— Co on tam w ogóle robił? W tym lesie o tej porze? Jest dwóch świadków, że dziewczyna wracała w nocy z Olsztyna. Potem szła przez ten las. Między drugą a trzecią w nocy. To teraz mi wytłumacz, co tam robił ten ksiądz? O ile można w logiczny sposób wytłumaczyć obecność pierwszego podejrzanego, czyli jej kolegi – w końcu wracali razem – a także drugiego podejrzanego, czyli miejscowego pijaka, to jak wytłumaczyć tam obecność księdza? Co tam robił? Szukał grzybów, zbierał rosę? Modlił się?

 

— Czekał na nią.

— Ale jak? Skąd w ogóle wiedział, że ona tam będzie?

— Może miał obsesję na jej punkcie? Zobaczył, że jedzie do miasta na imprezę. Mógł ją zobaczyć choćby na przystanku. Wiedział więc, że prędzej czy później będzie wracała. Wiedział, że będzie szła przez ten las. Mógł na nią czekać całą noc.

No tak. Mogło tak być. Karolina miała rację. O tym nie pomyślał.

— W każdym razie musimy dobrze podrążyć ten temat. Ja i ty – powiedziała. – Co ty na to? Nieźle nam się współpracowało poprzednim razem. Powtórzymy to?

Pewnie, że tak! Nawet nie wiedziała, jak bardzo czekał na tę propozycję.

— Czemu nie? – odpowiedział. – Nie mam teraz nic ciekawszego do roboty. Od czego chcesz zacząć?

— Pochodzimy po wsi i popytamy. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

— Ja bym zaczął od czegoś innego – powiedział. – Od wizyty w poprzedniej parafii księdza i od sprawdzenia, czy plotki o jego epizodzie pedofilskim są prawdziwe. Jeśli się okaże, że tak i jeśli do tego tamten przypadek będzie w jakiś sposób podobny do tego, byłaby to poważna poszlaka świadcząca o jego winie. Przestępcy seksualni często powtarzają pewien wzór. Jeśli go odnajdziemy, będziemy w domu.

— Wzoru nie ma, bo przecież tam zdaje się nikogo nie zabił.

— Nie o to chodzi. Musimy sprawdzić, czy tamta dziewczyna była podobna do tej, czy była w podobnym wieku, pochodziła z podobnej rodziny. Morderstwo mogło być wynikiem eskalacji, rozwinięcia się pewnych tendencji. Albo mogło zostać popełnione przypadkiem, jako swoisty wypadek przy pracy. Próbowałem zasugerować coś takiego Sądeckiemu, ale nie wykazał specjalnego zainteresowania.

— OK. Masz rację. To dobry pomysł. Wiesz, gdzie była ta parafia?

— Sądecki na pewno wie. Albo jest w stanie się dowiedzieć. Teraz będzie musiał tam przecież pojechać. Zadzwoń do niego.

— Nie. Na razie nic mu o tym nie powiemy. Lepiej, żebyśmy dotarli tam pierwsi, przed policją, nie sądzisz? Nie będziemy mu więc o tym specjalnie przypominać. Niech zajmie się na razie swoimi sprawami. Podzwonię raczej po znajomych z olsztyńskich redakcji. Może ktoś z nich już dotarł do tej informacji. A ty się szykuj. Za dwadzieścia minut będę u ciebie. I ruszamy.

Uśmiechnął się. Karolina nie miała zwyczaju czekać ani odkładać niczego na później. Pomysł od razu wchodził w fazę realizacji.

— A właśnie – powiedziała – a co z moim kochanym Rafałem? Bardzo jest przestraszony tym, że musiał aresztować księdza? Zdaje się, że ze wszystkich sił starał się tego uniknąć.

— Nie. Wręcz przeciwnie. Odetchnął z ulgą. W końcu ksiądz sam się przyznał. To dla Sądeckiego najbardziej komfortowa sytuacja. Nikt nie może mu niczego zarzucić. Wszyscy obrońcy wiary i Kościoła nabiorą teraz wody w usta.