Karp ludojadTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przemysław Borkowski

Karp ludojad

Saga

Karp ludojadZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2012, 2020 Przemysław Borkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726630190

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wydarzenia, które tu opiszę, rozegrały się w niewielkiej miejscowości Ł. położonej na dalekich, północno-wschodnich krańcach naszego kraju. Młodszy aspirant Stanisław Kot powracał właśnie z rutynowego wieczornego patrolu po okolicznych wioskach, gdy nagle jakieś trudne do wytłumaczenia przeczucie kazało mu skręcić w wąską, boczną drogę prowadzącą w las. Był dwudziesty grudnia. Od paru już dni aspirant Kot nie miał zbyt dobrego nastroju. Zbliżające się święta prowokowały do przemyśleń i retrospekcji. Co tu ukrywać, wymarzona ongiś praca w policji rozczarowała go. Mimo iż w czynnej służbie pozostawał dopiero od paru miesięcy, odnosił dojmujące wrażenie zaprzepaszczenia swojego życia. Winny był tu zapewne przydział służbowy, który otrzymał po ukończeniu akademii. Miejscowość Ł. była w stanie zniweczyć nawet najbardziej płomienne policyjne powołanie. Odkąd tu przebywał, nie odnotowano żadnego morderstwa, żadnego napadu z bronią w ręku, nie zgłoszono nawet gwałtu (chociaż gwałty bez wątpienia odbywały się). Jedynymi przestępstwami, z jakimi miał do czynienia, były pobicia rodzinne, wandalizm spowodowany spożyciem alkoholu, drobne kradzieże z przeznaczeniem na wódkę. Miał już tego serdecznie dosyć. Wieczorami czuł, jak rośnie mu brzuch. Oczyma duszy widział siebie jako jednego z armii owych zażywnych, niemrawych policjantów, których widywał codziennie w okolicznych komisariatach, noszących bujny wąs w komplecie z białą, policyjną czapką, spędzających godziny służby na grze w karty i oglądaniu czasopism z rozebranymi panienkami.

Pragnąc odegnać od siebie czarne myśli, aspirant Kot oddał się marzeniom. Był to wypróbowany sposób odkryty jeszcze w szkole policyjnej. W owych czasach bardzo doskwierało mu jego nazwisko będące przedmiotem nieustających kpin kolegów. „Kot to, Kot tamto”, „wlazł Kotek na płotek”, „pogonić Kota” - tak było ciągle! Jakże wtedy żałował, że nie nazywa się inaczej, choćby Pies. Tak, Pies to byłoby niezłe policyjne nazwisko. Inspektor Pies - jak to brzmiało! Zupełnie inaczej niż młodszy aspirant Kot, przyznacie sami.

Inspektor Pies z kamienną twarzą trzymał na muszce czterech groźnych bandytów. Sytuacja, stwierdził to niechętnie, nie przedstawiała się różowo. Każdy z przestępców miał w łapie spluwę wielkości małego działka przeciwlotniczego, podczas gdy on mógł im przeciwstawić tylko stary, jednostrzałowy sztucer.

- Rzuć to, Pies! - odezwał się najgorszy z bandytów. - Uda ci się zabić najwyżej jednego z nas, reszta rozwali cię, zanim zdążysz przeładować!

- Może i zabiję tylko jednego, ale będziesz to ty, frajerze! - rzucił przez zęby inspektor i wystrzelił prosto w brzuch bandyty. Trup przestępcy przeleciał jeszcze parę metrów, po czym zostawiając za sobą krwawą smugę, osunął się po ścianie na ziemię. Zaskoczenie było zupełne. Ledwie którykolwiek z pozostałych przy życiu bandziorów zdążył zrozumieć, co się stało, inspektor Pies błyskawicznie przeładował broń.

- Który następny? - syknął jak kobra.

Z zamyślenia wyrwał go odgłos żwiru uderzającego o podwozie samochodu. Droga, którą jechał, zwężała się nieprzyjemnie. „Po jaką cholerę tu skręciłem?” - przemknęło mu przez głowę. Teraz w każdym razie nie było już odwrotu. Musiał jechać naprzód przynajmniej do miejsca, gdzie dałoby się zawrócić. „Co za kanał!” – pomyślał. Że też zawsze musiał wpakować się w coś takiego. Jednokierunkowa, wiejska droga na jakimś zadupiu - był to prawie idealny symbol jego obecnej sytuacji życiowej. Myśl ta przygnębiła go jeszcze bardziej.

Naraz koła samochodu złapały twardszy grunt. Droga, biegnąca dotychczas w czymś w rodzaju płytkiego piaszczystego jaru, stopniowo wychodziła na otwartą przestrzeń. Nigdy tu nie był. Z przodu w smugach samochodowych reflektorów rysowały się niewielkie, podłużne pagórki - strome i regularne, jakby usypane ręką człowieka. Za nimi błyszczała woda.

Aspirant Kot kierowany swym niezawodnym policyjnym instynktem błyskawicznie ocenił sytuację. „Stawy rybne“ – pomyślał. Miejscowość Ł. słynęła z nich w całym kraju. W okolicy było ich co najmniej kilkadziesiąt. Ukryte w pobliskich lasach dostarczały rocznie ileś tam procent ryb na stoły rodaków. Stanowiły też główne (oprócz zasiłków dla bezrobotnych) źródło utrzymania miejscowej ludności. Zadowolony z trafnego rozpoznania (w końcu było już ciemno, a z pól jakby podnosiła się mgła - nie każdy byłby więc w stanie zorientować się tak szybko) właśnie miał zamiar rozpocząć zawracanie, gdy nagle coś zdziwiło go w wyglądzie tafli wody.

Zaintrygowany wysiadł z samochodu. Podszedł bliżej, starając się nie zasłaniać światła reflektorów. Woda przed nim mieniła się i bulgotała poruszana jakby tysiącem wielkich bąbli. Nie były to jednak bąble. Na powierzchni stawu kotłowały się setki hodowlanych karpi. Ściśnięte na zbyt małej już dla nich powierzchni rozpaczliwie walczyły o każdy łyk wody. Ich pokryte łuską grzbiety drgały i migotały w blasku reflektorów. „A więc tu jesteście, nasze przyszłe wigilijne potrawy” - zaśmiał się w duchu nie bez satysfakcji Kot.

- Do zobaczenia wkrótce - powiedział i już miał odejść, gdy nagle dostrzegł coś jeszcze. Niedaleko brzegu, lekko kołysząc się na wodzie, unosił się całkiem inny, podłużny i ciemny kształt. Nieruchomy w porównaniu z wrzącym morzem ryb wyraźnie odcinał się od otoczenia. Tuż przy jego końcu coś jednak bielało. Wytężając wzrok, aspirant podszedł nieco bliżej. Po chwili nie miał już wątpliwości - były to zęby. Białe, wyszczerzone w niebo zęby.

Trup! - zapiszczała radośnie dusza młodszego aspiranta Kota.

Kostnica szpitala rejonowego w Ł., jak zapewne wszystkie tego typu miejsca na świecie, nie przedstawiała sobą zbyt zachęcającego widoku. Na środku białej, wyłożonej kafelkami sali znajdował się prostokątny, obity błyszczącą blachą stół zaopatrzony w małe rynienki służące do spływania... lepiej zresztą nie wiedzieć czego. Młodszy aspirant Stanisław Kot przekraczając jej progi, odczuwał jednak dziwne, radosne podniecenie. Jego bezpośrednim powodem było ono - leżące na tymże właśnie stole najprawdziwsze corpus delicti. Co prawda, jego przełożeni w osobie komendanta posterunku w Ł. podejrzewali raczej nieszczęśliwy wypadek - utonięcie, zamarznięcie lub tym podobne (zapewne dlatego przydzielono tę sprawę jemu), lecz on wiedział lepiej - to było morderstwo! To MUSIAŁO być morderstwo, jeśli na świecie istniały dobro, prawda i sprawiedliwość.

- Śmierć nastąpiła wskutek wielokrotnego uderzania taboretem w głowę - stwierdził na widok wchodzącego Kota stojący w białym kitlu za stołem patolog sądowy. - Świadczą o tym rozległe rany głowy oraz okrwawiony taboret znaleziony przez pana niedaleko miejsca zbrodni. W płucach nie stwierdzono obecności wody, co przeczy teoriom o utonięciu i ostatecznie potwierdza hipotezę o morderstwie. W sumie absolutnie typowy materiał. Jest tu jednak coś, co hm... odróżnia tego trupa od innych. Zechce pan łaskawie podejść… Znaczna część substancji jamy brzusznej, oczy, wargi, a także pewne fragmenty pośladków i ramion… o, proszę popatrzeć, tu, tu i tu… zostały, najogólniej mówiąc, wyżarte, prawdopodobnie przez ryby. Utrudni to pewnie identyfikację zwłok, choć dla przebiegu śledztwa nie ma praktycznego znaczenia.

- Można przecież dokonać identyfikacji na podstawie uzębienia - ze źle skrywanym podnieceniem wyrzucił z siebie Kot. - Uzębienie zachowało się w świetnym stanie, prawda?

- Mój drogi chłopcze, naoglądał się pan amerykańskich filmów. W miejscowościach takich jak Ł. nikt nie prowadzi podobnych zapisów. Przychodzi pacjent z bolącym zębem, to mu się go wyrywa i tyle. Ten zresztą nie wygląda na zbyt częstego gościa gabinetów dentystycznych – stwierdził patolog, z zainteresowaniem oglądając szczękę nieboszczyka.

- Ach, zapomniałem powiedzieć! - Aspirant Kot zaczerwienił się po uszy. - Denat nazywa się Konstanty Opiłko. Żona rozpoznała go po kurtce.

-To pana pierwsza sprawa, co? - spytał patolog kierując się ku wyjściu.

Inspektor Pies beznamiętnie wpatrywał się w przestępcę swymi przenikliwymi oczami.

- To ty zabiłeś starego Harmona, Scalia! Ślady krwi na twojej marmurowej figurce etruskiego tancerza mówią same za siebie.

- Przecież wytarłem tę krew, do jasnej cholery!

- Zapomniałeś o tych małych szczelinach za uszami! Zresztą mój proces dedukcyjny już dawno jednoznacznie wskazał na ciebie.

- Załatwiłeś mnie, Pies! Niech cię diabli!

- Załatwiłeś się sam, Scalia! W momencie, gdy złamałeś prawo.

- A, i jeszcze jedno! - Mężczyzna w białym kitlu odwrócił się, będąc już w drzwiach. - Tego trupa znaleziono w stawie rybnym, prawda? Zawiadomię o tym Sanepid. Te ryby trzeba będzie zniszczyć. Nie można przecież pozwolić, by nasi obywatele jedli w czasie świąt karpie tuczone ludzkim mięsem - zaśmiał się nieprzyjemnie.

- Dupa! Dupa! Dupa! - Bynajmniej nie bezgłośna wściekłość młodszego aspiranta Kota pokryła przednią szybę radiowozu drobniutkimi kropelkami śliny. - Dupa! - powtórzył jeszcze raz, znacznie już jednak spokojniej. Doprawdy, miał dziś powody do zdenerwowania. Jego przełożeni, gdy tylko poznali wyniki sekcji zwłok, natychmiast odsunęli go od sprawy. Morderstwo - zbrodnia dawno nie widziana w Ł. - o, to było coś w sam raz dla komendanta! Nie liczyło się, że to Kot, Kot, a nie nikt inny, odkrył trupa, znalazł narzędzie zbrodni, ściągnął z komendy wojewódzkiej patologa sądowego. Liczyły się gwiazdki na policyjnej czapce. Jemu przydzielono odpowiedzialne (jak stwierdził komendant, klepiąc go po ramieniu) zadanie dopilnowania, by jak należy zniszczono trefne ryby. A to morderstwo było przecież jego! Jego!! On je odkrył, wypieścił, stworzył! Gdyby nie on, mieliby do czynienia najwyżej z nieszczęśliwym wypadkiem.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?