Polska przydrożnaTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mom kamping na siole, a jak nie, to pod namiotem. Jestem tutaj raczej, tu se daje rade. W zimie na kampingu tak pale, że aż drzwi musze otwierać, tak ciepło. Jak napale, to nie wysiedze. Mom swoje lokum, napale, napale, to mi goronco. Wienc drzwi otwierom, a tam dwadzieścia stopni zimna. Do kampingu mało kiedy zachodze, śpie u kolegi. Ide sie do niego wykompać, bo nie mom tego w przyczepie. Mom takiego kolege. Mogłem iść dzisioj do niego, mogłem nie iść z tobo. No ale dzisioj chciołem iść do syna. Pójde do syna. Jo nie lubie, jak mój syn jest wypity. Nie lubie, jak jest wypity. Jo moge być, bo jo jestem grzeczny. Ale jak on wypity, to koniec. Rower zostowie, ale jakby mi kto ukrod, tobym zabił. Jak komu potrzebny, niech se wezmie. Ale niech odda. A chuj mu w dupe tam. Wiesz, jo teraz jestem taki wendro… wendrowniczek. Takie moje życie. Ja już pokochałem to życie. Niestety. A czemu jo na wypale teraz nie jestem? No po prostu nie chce sie brudzić. – I wskazuje na mój telefon. – Widziołeś na filmie, jacy łoni wszyscy brudni. To ja se wole iść na budowe, tam se zarobie stóweczke. Albo wiyncyj, bo czasem wincyj złapie. Jak ide na dziesieńć godzin, to i sto pieńdziesiont zarobie.

Zaczyna bełkotać:

– I jak bede ubrudzony, to se pójde delikatnie, skończe, sie wykompie, wymyje. Bo to na budowie to nie ma tak, że sie wykompiesz. Inoczej, żebym jo chodził brudny. Na wypole musisz pilnowoć pieca, dopalić, chodzić wokół tego, jo to pierdole, wole se, kurwa… zrobie se dniówke i nikt nie będzie mnie pilnowoł po wykonaniu pracy. Zrobie tyle i tyle, i dobro, i do widzenia. A na wypole musze chodzić i w nocy, i wstawać. A na budowie, jak mur postowie, to mi sie nie przewróci, nie bede go musioł trzymać w nocy, żeby stoł. Dlatego na budowie lepiej jest. A pieca na noc nie wygaszosz, musisz go regulowoć, przymykoć. Musisz go pilnowoć, jak dziecka. Działa cały czas, dopóki go nie wygosisz. A później go trza pokleić. Precyzyjna robota. Jak zdun. A idź z chuuuujem w tako robote, do dupy. Dzieńkuje. Nie chce już wiencej.

Dostajemy pierogi. Zaczynamy jeść. Pytam, czy ludzie na takim wypale są non stop. Czy muszą tam być. Bieszczadnik opowiada dalej:

– Jesteś tam cały czos. O północy trza wstoć. Jak sie położysz o ósmy, to o jedenastyj musisz wstoć.

Pytam, co się dzieje, jak się upiją, bo zakładam, że piją tam dużo.

– Jak sie najebio, to później mogo być skutki. Że spolisz piec i poszło dwanoście tysiency sie pierdolić. Do jednego pieca to włożysz ze dwanoście tysiency. Jak nie udusisz, ni mosz. Niektórzy tak robio. Wyrzuco ich za to z roboty. Ale to i tak straty ni ma, bo oni na nas tyleeee zarabiajo! Im to tam chuj takie dwanoście tysiency. A ni ma ludzi do roboty. Dzwonio za mno cały czos. Bo oni wiedzo, kto jak poli. Oni wiedzo, kto jak co robi. Ludzi ni ma, bo i szkół ni ma. A tego i tak nie uczo w szkołach. Som sie musisz nauczyć. Nie ma dużo ludzi, co to umiejo robić.

I znowu mi każe oglądać Przystanek Bieszczady.

– O, tam i kobita jest jakoś! Kurwa! Tam to so jaja.

Jemy pierogi. Ja szybciej, a on jednego na parę minut. Ale i dużo gada. Pytam, ile pracował na piecu.

– Osiym lot. Tyle lot przejebane. Teroz mało kto zostoł. Teroz ich zostało chyba trzech.

Śmieje się co jakiś czas.

– Mosz czternoście piecy. Możesz zrobić cztery piece i góra. Trzy osoby non stop muszom być. Musisz wstać w nocy. Bo jeden ci… musiołbym ci ze trzy dni tłumaczyć. Nie do rady. Jak jo se tu siedze, to se siedze. Ale jak jo sie drzemne na dwie, trzy godziny, a mi sie komin pali… A byli lenie. Popili. No najebali sie. I poszli spać. Tam non stop pijaństwo. Sie lało. Jo wstawałem, kurwa, w nocy o pierwszej, o drugiej, o trzeciej. Musiołem całe kominy zwalać. Takie szły dymy, komin sie palił jak krucyfiks. A z tamtych żoden nie wstanie, najebany. Ja tam byłem po dwadzieścia cztery godziny.

Pytam, czy wszystko okej, bo tych pierogów już nie je. Mówi, że okej.

– Ja byłem taki uczciwy, że sie codziennie myłem. Kompałem. Wybrołem jeden piec i od razu łazienka. Mieliśmy takie przyczepy. Jak je likwidowali, to dwie wykupiłem.

– Musze se oddychnońć – mówi na koniec, wskazując ruchem głowy na pierogi. Dzwoni mu telefon. – A chuj z tymi telefonami jebanymi. Już sie robi chłodno, jo stary dziod. Jo jestem pijok i bede pijok, jak mom za co.

Zjadłem swoje pierogi i wypiłem piwo, a Bieszczadnik nadal je swoje. Mówię mu, że muszę się wysikać, to było któreś już piwo. Idę, wracam po chwili. A Bieszczadnik wymiotuje tymi pierogami. I powtarza, jak mu źle, że je zjadł, że on to najwyżej zupkę, a takie pierogi to mu tylko zaszkodzą. Piwo więc popija i czasem wymiotuje. Nie zjadł wszystkich i już nie dokończy. Boli go i musi teraz zaczekać, aż przejdzie.

– A przejdzie – zapewnia.

I jeszcze raz mówi, że mu zimno. Więc ja, że dam mu koc. Idę do auta, wyjmuję z bagażnika niebieski koc od mamy i daję mu. Otula się, mówi, że jak przejdzie mu, to dalej pójdziemy.

– Do Cienia PRL-u. Tam na pewno bedo siedzieć jeszcze i pić, na tarasie to do rana siedzo. Ale z godzine trzeba posiedzieć jeszcze tutoj. Tam mi dadzo nocleg w komórce.

W końcu przechodzi mu ból brzucha i idziemy do Cienia PRL-u. Bieszczadnik wlecze się za mną owinięty w koc.

W Cieniu PRL-u przy stole na tarasie siedzą sportowcy, wszyscy w obcisłych ubraniach sportowych. Na stole stoi wódka. Piją raz na jakiś czas, po kieliszku. Są chyba z Łodzi. Jeden w kółko powtarza, że jest jakimś dyrektorem i ile kilometrów, ile pętli dzisiaj przejechał na rowerze. A ile pętli bieszczadzkich zrobi jutro. I kiedy jest maraton. I ile on kroków na tym maratonie. Czasem częstują Bieszczadnika wódką. Ja odmawiam. Pytają dlaczego. Mówię, że rano mam jechać.

W końcu wracamy z Bieszczadnikiem pod Bazę. Zgasły już światła przy drodze w Wetlinie. Bieszczadnik pyta, ile wypiłem i czy zawiózłbym go na sioło. Mówię, że odpada. Wypiłem parę piw, no – nie ma takiej opcji, żebym go zabrał. Proponuje mi, żeby rozpić to wino Bieszczady, które ma w plecaku, ale mówię, że po południu będę jechał dalej, więc ja już nie piję. Zostawiam mu koc na ogrzanie. Pytam, czy da radę dotrzeć do siebie, czy go odprowadzić. Mówi, że go jeszcze nikt nigdy nie odprowadzał i żebym się nim nie przejmował.

Wracam na kwatery i, już w pokoju, nalewam sobie herbaty z termosu. Sam też zmarzłem.

Wetlina, 18 czerwca 2019, na liczniku 366 km

Rano idę do Bazy na śniadanie. Zamawiam też kawę do termosu, na drogę. Żegnam się z Lutkiem, Tomkiem i Agnieszką. Wyjeżdżam z Bazy Ludzi z Mgły. Wstępuję jeszcze do Chaty Wędrowca zobaczyć tego słynnego naleśnika giganta. Pachnie kadzidełkiem, siedzą jacyś dobrze ubrani seniorzy. W menu sprawdzam, że naleśnik kosztuje czterdzieści osiem złotych. Wychodzę. Jadę na Dwernik i Dwerniczek. Słucham chiptune’ów Yerzmyeya z ZX Spectrum na zmianę z C. C. Catch i czasem włączam piosenkę o deszczu. Wjeżdżam do Chmiela, chcę się dostać do Polany, przez Zatwarnicę, leśnymi drogami, ale wszędzie zakazy wjazdu dla samochodów. Więc wracam i jadę przez Smolnik, Lutowiska, Czarną Górną, Rabe, Zadwórze. Dopiero w Hoszowie skręcam w lokalną drogę na Jałowe. Według mapy lokalnymi drogami dostanę się przez Bandrów Narodowy do Krościenka. Nie ma tu zasięgu.

W Bandrowie Narodowym dzieci bawią się na drodze, chłopczyk jeździ na czymś w rodzaju deski, która ma tylko dwa koła. Siedzi na tym i jakimś cudem to jedzie, i to szybko. Wszędzie bociany, studnie przy drodze, stare kapliczki i krowy. Krowy są wszędzie. Jadę w kierunku polnych dróg i widzę, że z naprzeciwka idzie całe stado. Wysiadam zrobić zdjęcie. Robię, wsiadam i jadę dalej. Krowy zbliżają się do mnie, ja do nich. Na przodzie stada idzie jedna, za nią około czterdziestu. Wjeżdżam między nie. Ustępują miejsca, biją ogonami w samochód. Kilka sra obok auta, ciągle idąc. Przechodzi stado, za nim mężczyzna, który się zatrzymuje.


– Czy tą drogą dojadę do Krościenka?

– Nieprzejezdno, za pięć kilometrów koniec, tu tylko ciężarówki z drzewem jeżdżą.

– A dokąd dojadę tą drogą?

– A jakbyś chcioł na śmietnik w Brzegach, to przejezdno, jedź. Jeden młost, drugi młost i potym w lewo, i cały czos lasym.

Jadę i rzeczywiście ledwie mieszczę się na moście. Skręcam i jadę kilkanaście kilometrów drogą leśną, nagrywam sobie instastorki. Nie ma zasięgu.

Zjeżdżam do Brzegów Dolnych, skręcam na Łodynę, Dźwiniacz Dolny, Wolę Romanową. Zatrzymuję się przed wjazdem i robię zdjęcie tabliczce, na której w nazwie zamiast małego L jest wielkie. Jadę dalej na Serednicę, Wańkową, Ropienkę.

Przez kilka wiosek nie mija mnie żaden samochód. Zatrzymuję się w Ropience, aby kupić owoce w sklepie. Robię też zdjęcie skrzyżowaniu: wielki krzyż całkowicie zajął chodnik. Obok krzyża napis „Kiosk”. Wrzucam fotkę na Instagrama i idę sobie kupić jabłka, banany i wodę w szklanej butelce. Pytam, czy jest opcja na zrobienie kawy do termosu. Pan za ladą bardzo ochoczo pomaga. Nikogo poza mną w sklepie nie ma. Pan grzeje wodę i zalewa mi kawę. Opowiada przy tym o kopalni ropy naftowej, która jeszcze działa. Poleca, żeby pojechać zobaczyć. Na Instagramie pojawia się komentarz do zdjęcia z krzyżem: „Co z niepełnosprawnymi? Jak oni mają się poruszać?”.



Jadę na Wojtkówkę, ale są roboty drogowe, więc muszę naokoło przez Zawadkę i Rozpucie. W sprawie drogi instruuje mnie pani z zaciągiem wschodnim, która bardzo się interesuje, czemu robię zdjęcia budynkom.

 

– Interesują mnie, takie wielkie są, nietypowe. No i często stoją puste – mówię i odjeżdżam.

W Roztoce skręcam w lokalną drogę na Trójcę i ponad dziesięć kilometrów jadę drogą leśną. Sama Trójca to trzy budynki i można je minąć w piętnaście sekund. Z Trójcy skręcam na Posadę Rybotycką. Jadę powoli. Widzę, że na drodze przede mną ląduje bocian. Podjeżdżam blisko, pozwala sobie robić zdjęcia. Bocian przechodzi centralnie przed autem, po czym zrywa się i odlatuje. Wtedy dopiero ruszam dalej. Rybotycze, Gruszowa, Koniusza, Aksmanice, Kłokowice, Kupiatycze, Darowice, Kniażyce, Pikulice. Obrzeżami Przemyśla dostaję się na Torki, Leszno, Nakło, Stubno. Skręcam na Kalników. Zatrzymuję się przy sklepie, żeby zrobić zdjęcie reklamie „Nasze propozycje” z napisem: „Czekolada Wedel 280 g, filet śledziowy 500 g”.


Korczowa, Budzyń, Kobylnica Wołoska i wreszcie Wielkie Oczy. Wchodzę do sklepu Sam i mówię sprzedawczyni, że mam tu odebrać klucz do pokoju numer cztery. Prosi, żebym chwilę poczekał, że zaraz ktoś mi przywiezie klucze. Rozglądam się po rynku, zakaz handlu, z daleka widzę Pizzerię Euforia.

Klucze podrzuca mi syn właściciela. Prowadzi mnie do domu weselnego, mówi, gdzie mogę zaparkować. Pokazuje mi oczko w ogrodzie, które wcześniej widziałem na reklamie domu weselnego. Obok oczka siedzą ukraińscy robotnicy, jedzą kiełbasę, piją wódkę. Pokazuje mi kuchnię i stół bilardowy. Prosi, żeby rano opuścić kwaterę wcześniej, bo będą mieć stypę.

– Stypę? W domu weselnym?

– No, to tak często jest…



Pytam, co zobaczyć w Wielkich Oczach. Mówi, że z daleka granicę ukraińską. Wskazuje.


– Dojedziesz do końca, będzie koniec drogi i stamtąd można już widzieć granicę, często ją orzą.

Parkuję auto, wnoszę rzeczy do środka i idę do pizzerii. Po drodze robię zdjęcia sklepowi Ramzes.

Wchodzę do pizzerii. Pani za barem pyta, czy pierwszy raz w Wielkich Oczach. Mówię, że tak. Pytam, czy zjawią się tutaj jacyś tutejsi.

– A gdzie mają iść? Jutro zakończenie szkoły, to i powinni przyjść zaraz.

Pytam jeszcze, co było w tym sklepie Ramzes.

– Aaa, zwykła żulernia, wszyscy tam alkohol kupowali i siedzieli pod.

A skąd te symbole egipskie? Pani nie wie.

Zamawiam piwo Perła za cztery złote i pytam, co jest specjalnością pizzerii.

– Kotlet szefa z jajkiem na górze.

Zamawiam jednak pizzę wegetariańską i siadam na zewnątrz. Wrzucam na Instagrama instastorki z drogi i zdjęcia. Każdy, kto wchodzi do pizzerii, wita się ze mną jak z tutejszym.

Obok siadają dwie dziewczyny, obydwie otyłe. Zakładają się o coś. Ta, która przegra, ma postawić wódkę. Narzekają, że nie ma opcji znaleźć poważnego chłopaka w Wielkich Oczach. Każdy chce tylko na jedną randkę.

– Od razu po pierwszym zdaniu na Messengerze wiem, o co takiemu chodzi. W ogóle im wtedy nie odpowiadam.

Przysiadają się syn właściciela domu weselnego z kolegą. Kolega przeniósł się ze Śląska do Żmijowisk, pracuje w urzędzie gminy. Nigdy już nie chciałby wrócić do miasta. Siedzimy, pijemy. Przeganiamy komary. Śmiejemy się, że są z Wielkich Oczu. Przysiada się do nas Mirek, już pijany. Ma pięć pełnych kieliszków z wódką. Zwraca się do mnie „Pietrek”.

Mówi, że wstał o piątej i kosił koło domu. Odpowiadam mu z troską:

– Ale wiesz, że niszczysz planetę, kiedy kosisz, zabijasz równostan w przyrodzie.

Pije wódkę i powoli do niego dociera, co powiedziałem.

– Pietrek, a jo to pierdole! To jak jo mom łazić? Ściyżkami? Mój mo się bawić w ściyżkach?

Gadamy i pijemy. Mirek stawia wódkę.

W barze z osiemnaście osób. Komplementuję, że to niezły sukces jak na wtorek i niewielką miejscowość z tysiącem mieszkańców. Są tu sami lokalsi, każdy się ze mną przywitał.

Po dwudziestej drugiej barmanka informuje, że zamyka, i prosi, żeby – kiedy skończymy – zostawić kufle na oknie oraz zgasić światło. Syn właściciela i jego kolega wychodzą, a my z Mirkiem zamawiamy jeszcze po jednym piwie. Kiedy kupuję ostatnie, właścicielka opowiada mi, że knajpa ma ponad rok, wcześniej była tu mleczarnia, ale przerobili.

– A tu, gdzie parasole, pod którymi siedzicie, była droga. Auta przywoziły tędy mleko.

Mirek zaprasza, żebym przyjechał na początku sierpnia, jak będzie jego siostra z Londynu.

– Pietrek, takiego grilla zrobiymy! Siostra mo drugi dom, stoi na podwórzu, pusty. No bo w Polsce nie miyszko.

Mówi, że wyznaje filozofię, żeby zawsze zaczynać bić jako pierwszy. Nie czekać, aż ktoś inny zacznie. Jak był dzieckiem, to mu ktoś przestawił nos i wtedy właśnie się nauczył, że to błąd – czekać. Jakby zaczął, toby wygrał, to on by temu komuś przestawił nos.

Pytam się go, co robi w życiu. Ma trzydzieści trzy lata, syna.

– Cały tata, wdoł się wy mnie, rozwiodłem sie. Suka sie puściła, źle ji ze mno było, ale teroz musi mnie pytać, jak chce syna do lekarza, za granicę. Rolnikiem jestem, KRUS płace, ale nie robie w polu, wydzierżawiłem wszystko. Mama mo kaczki i kury, a jo gołembie. Za granicom roz byłem, w Niemczech, żeby gołymbie puścić. Po piynciu godzinach wróciły. Mama dzwoni, pyto, czy otworzyć im klape. Gołymbie drogie, ale nie dałbym ich tknąć. Pasze dwadzieścia pieńć kilo po pieńćdziesiont złotych roz na tydzień kupuje.

Sączę piwo, a on o tych gołębiach. Gdziekolwiek był w Polsce, to tylko po to, żeby gołębie puścić.

– Mondry god, wroco zawsze – mówi.

Oferuję, że wziąłbym mu te gołębie do auta. Jadę w końcu na północ… Chociaż już raz wiozłem koty i strasznie wrzeszczały, więc jednak nie bardzo mi się chce.

– Pietrek, ale gołomb się tak nie drze jak kłot. Gołomb się wcale nie drze. Cichutko siedzi, tylko mu trza wody dać.

Pytam o Ukrainę, czy był kiedykolwiek przemycać.

– Pietrek, wcale mnie nie ciongnie, wcale. Tam ludzie jeżdżo, alkohol, piwo, papierosy, keczup, nawet lubię tyn keczup ukraiński we włoreczkach. Ale mnie nie ciongnie. Jo to już bardziej biołe, czasem coś wezme, sprzedom i z tego żyje.

Zaprasza jeszcze raz na grilla, dopijamy – ja szóste – piwo i wracamy. Pokazuje mi jeszcze po drodze, gdzie mieszkają ukraińskie prostytutki.

– Chyba z tirów je tutaj przywożom, Pietrek. No, jo siadom na rower i za chwilę już jestym u moich gołymbi.

Wracam do domu weselnego, nalewam sobie herbaty do kubka termosu i stawiam obok łóżka. Na pewno zachce mi się pić po tylu piwach.

Wielkie Oczy, 19 czerwca 2019, na liczniku 620 km

Rano idę zrobić herbatę do kuchni. Nieporządek, brudna podłoga, wszędzie opakowania po keczupie i majonezie ukraińskim. Otwieram lodówkę, na wszystkich półkach i we wszystkich szufladach produkty z Ukrainy: majonez, keczup i zupki do zalewania. Robię sobie herbatę do termosu, na drogę. W kościele dzwonią dzwony, pewnie zaczyna się pogrzeb. Pakuję się więc i znoszę rzeczy do samochodu. Idę oddać klucz do sklepu Sam. Kupuję tam bułkę, ser, dwa pomidory i colę zero. Siadam na ławce i wysyłam zdjęcie coli do Oli, z podpisem: „Jak zawsze na kaca”. Amerykańskim nożem kroję bułkę, wkładam ser, siadam przy stoliku i jem. Dzwonię do Oli i opowiadam o Mirku.

– No i widzisz, gdyby na takiej wsi poliamoria była bardziej powszechna, to może ten twój kolega byłby teraz szczęśliwy. Jego żona by się z kimś przespała, a później normalnie do niego wróciła. On by to akceptował. Dziecko by miało obydwoje rodziców. – I jeszcze dodaje o gołębiach: – Ucz się, Maro, jak poczta jeszcze trochę podrożeje, to zaczniemy książki i listy polecone wysyłać właśnie w ten sposób.

Wielkie Oczy schodzą się w czarnych ubraniach i z kwiatami. Wsiadam w samochód i jadę Krakowiecką do końca, jak polecił właściciel domu weselnego. Ale nie widzę żadnego orania ziemi. Wracam do Wielkich Oczu i jadę pod dom Mirka, pod numer, który mi podał. Jest na podwórku, między dwoma domami. Ma już gotową paczkę dla mnie. Wielki karton, a w nim cztery gołębie.


– Pietrek, ale ty żeś nigdy wcześnij tego nie robiuł, to może jeszcze czos, żeby się wycofać.

– Dawaj, przecież ich nie skrzywdzę, będę miał towarzyszy podróży.

Mirek zapewnia:

– Łone nie śmierdzom tak jak kłoty. Nie bedom sie tukły, ale musisz im, Pietrek, dać wody. Paszy dołem. Jak już dojedziesz wieczorem, to wypuść, a jo ci wyśle esemesa, czy doleciały.

Pakuję je na tylne siedzenie.

– Będę pamiętał o wodzie, nie martw się – mówię na pożegnanie.


Jadę na Żmijowiska i potem na Wólkę Żmijowską. Mirek mówił, że mogę jechać lasami, więc – pomimo zakazu – przejeżdżam. Wewnątrz, w aucie, od kiedy tylko wyjechałem z Krakowa, dręczy mnie zawsze po kilka komarów. Usiłują na mnie usiąść. Prowadzę i próbuję je zabijać. Jadę leśną drogą i widzę, że komarów przybywa. W końcu dojeżdżam do wielkiego bajora, wysiadam zrobić zdjęcie. Wtedy siadają na mnie komary giganty. Wlatują też do auta. Próbuję odjechać, ale kilka tych olbrzymów już jest w środku, więc otwieram wszystkie okna i próbuję je przegonić. Wracam na drogę asfaltową, ale leśną. Jadę na Krowicę Samą, Krowicę Hołodowską, Budomierz, Podlesie. Znowu łamię zakaz i jadę leśną drogą – na Wólkę Horyniecką. Potem, obrzeżami Horyńca-Zdroju do Dziewięcierza, aż odbijam na Niwki. W Niwkach na ławce przed domem siedzą cztery osoby, dwóch mężczyzn, kobieta i młoda dziewczyna. Wszyscy są pijani. Pytam ich, czy mogę jechać dalej – do Woli Wielkiej. Mężczyzna odpowiada, żeby lepiej nie ryzykować. Niedaleko jest jednostka wojskowa i dają mandaty.


– Nie opłoco sie, lepij wrócić i nadłożyć te dziesieńć kilometrów. To droga lo nos, lo miejscowych. Na twoich blachach cię złapiom.

Mimo to jadę. Przejeżdżam obok jednostki i monstrualnych traktorów. Podjeżdżam trochę do góry, następnie zjeżdżam leśną drogą i jestem w Woli Wielkiej.

Dziś jest zakończenie roku szkolnego, więc w lokalnym radiu cały czas puszczają, jak Morawiecki w Chełmie przemawia do uczniów. Tłumaczy im, żeby zawsze dobrze mówili o Polsce.

Zaczyna się burza, więc próbuję jechać tam, gdzie jest jaśniej i nie pada. Łukawica, Chlewiska, zjeżdżam na Bełżec, gdzie woda stoi na ulicach. Trwa ulewa. Szalenik, Zatyle-Osada, Ruda Żurawiecka, Machnów Stary. Gołębie z tyłu siedzą cicho, czasem zagruchają.


Pioruny, grzmi. Leje tak, że wycieraczki nie nadążają. W radiu słychać tylko szumy. Prawie nic nie widzę. Jest na tyle strasznie, że zatrzymuję się w Machnowie Nowym, przy sklepie Groszek. Chcę przeczekać. Wchodzę, pytam, czy jest tu może jakieś miejsce, gdzie można usiąść, może coś zjeść. Pani odpowiada, że niczego takiego nie ma. Ale może robotnicy, którzy robią remont w sklepie, będą wiedzieć. Pytam więc ich, mówią, że najbliżej jest do takiej wiaty, gdzie dają zjeść. Dwadzieścia siedem kilometrów stąd. W taką burzę nie dojadę. Idę na sklep i kupuję sobie garść czereśni i szklaną butelkę z wodą mineralną „na miejscu”. Wchodzę pod daszek i jem czereśnie. Nie ma nigdzie kosza, więc pestki wypluwam do drugiej ręki. Po chwili ze sklepu wychodzi mężczyzna w ogrodniczkach, biegnie do samochodu, bo pada, ale zauważa mnie, zatrzymuje się i wraca. Chce się przywitać. Ja trzymam w jednej ręce butelkę i czereśnie, w drugiej te pestki. On widzi, że nie mam jak tych czereśni przerzucić, ale stoi z wyciągniętą ręką. Wkładam więc pestki do kieszeni bluzy, obcieram rękę i mu podaję.

 

– A to ty, chuju, kurwa, czereśnie wpierdalasz. A to wpierdalaj dalej – mówi.

I odchodzi w deszcz.

Przestaje padać i grzmieć. Biegnę do auta. W Radiu Lublin mówią, gdzie kogo podtopiło i ile razy strażacy wyjeżdżali oraz do jakich wsi w ogóle nie można dojechać. Dyniska Nowe, Dyniska, Dębina-Osada, Żerniki, Ratyczów, Zimno. Zjeżdżam na Podhajce. Woda między krawężnikami płynie jak rzeka. Próbuję zrobić instastorkę, ale zza rogu wyjeżdża straż pożarna. Trzymam komórkę na kierownicy, ale straż jedzie tak szybko, że nie zdążam zamknąć okna. Wóz przejeżdża obok, rozpryskując wodę, która wlewa się do auta, na mnie. Wrzeszczę: „Kurwa mać!”, spada mi też komórka. Filmik wrzucam do śmieci.

Żulice, Telatyn, Nowosiółki, Poturzyn, Witków, Wereszyn, Ameryka, Mircze. Robię przerwę w Dworku na pierogi. Auto zatrzymuję na parkingu, zamykam, ale zostawiam odsuniętą szybę, bo te gołębie. Pani, która mnie obsługuje, mówi, że chyba dzisiaj będzie tutaj spać, bo pada tak, że raczej nie dojdzie do domu. Jestem sam w dużym budynku. Proszę też o kawę do termosu Thirsty. Dostaję. Schodzę do auta i dolewam gołębiom wody do pojemnika.

Modryń, Masłomęcz, Mieniany, Kozodawy, Czumów, Teptiuków, Strzyżów, Hrebenne.

Przestaje padać. Zatrzymuję się w Horodle przed sklepem. To początek drogi numer 816. Zamawiam lody w kostce. Siadam na krześle przed sklepem i jem. Przychodzi mężczyzna, wita się. Mówi, że go oszukują i chcą mu wcisnąć internet. A jemu to na nic. Oszukuje go też córka, bo zarabia dużo w Londynie, ale nadal chce od niego kasę.

Jadę osiemsetszesnastką. Horodło, Bereżnica, Matcze, Zagórnik, Skryhiczyn, Dubienka, Poduchańka, Ladeniska, Mościska, Leśniczówka, Dorohusk, Dorohusk-Osada, Okopy, Świerże, Marysin, Rudka, Siedliszcze, Uhrusk, Wola Uhruska, Bytyń, Małoziemce, Stulno, Stare Stulno, Zbereże, Wołczyny, Sobibór, Dubnik, Orchówek. Zatrzymuję się we Włodawie, ale odrzucają mnie bary stylizowane na Route 66, tylko, że z numerem 816. Szukam noclegu w okolicy. Wydzwaniam. Najpierw Hanna, potem Stawki, ale nikt nie odpowiada. W końcu dodzwaniam się do agroturystyki w Zaświatyczach. Mówię, że jak tylko przeczytałem tę nazwę, wiedziałem, że muszę zanocować w tej miejscowości. Mężczyzna, który ze mną rozmawia, odpowiada, że to również był jego powód przeprowadzki z Warszawy. Kieruje mnie: Suszno, Szuminka, Różanka, Stawki i później polną drogą dwa kilometry. W połowie tej drogi zatrzymuję się, otwieram drzwi z tyłu, wyjmuję paczkę z gołębiami i je wypuszczam. Wszystkie wylatują prawie natychmiast.

Przyjeżdżam. Właścicielowi mówię, że rzeczywiście jest tu jak w zaświatach. Cisza. Gospodarz odpowiada:

– Teraz to jeszcze są owady, więc coś się dzieje, ale w zimie to jest nawet straszniej, zwłaszcza w nocy. Ta cisza jest przerażająca. Bardzo ją słychać, nie da się od niej uciec. Wie pan, w zimie czasem jesteśmy tutaj uwięzieni przez kilka tygodni. Bo zwykle nikt tutaj nie odśnieża.

Znoszę rzeczy do domku. Gospodarz daje znać, że około piątej rano będzie prowadził konie ze stajni na wybieg, obok mojego domku, więc będzie głośno. Mówię, że nie ma sprawy. Siadam na tarasie, nalewam sobie herbaty do kubka z termosu i popijam. Słucham owadów. Dzwoni Mirek. Że przyleciały wszystkie cztery.


– Wpuściłem je już!

Cały dzień chodził, bał się, bo przecież dał gołębie facetowi, którego poznał w barze na piwie. No ale jestem klawy, że je wypuściłem. Mam przyjechać na tego grilla, pokaże mi wtedy, jak się hoduje gołębie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?