Polska przydrożna

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Piotr Marecki
Polska przydrożna


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu © by Piotr Marecki

Copyright © by Piotr Marecki, 2020

Autor składa podziękowania Arturowi Sobieli i Jakubowi Michalczeni.

Redakcja Marta Syrwid, Ewa Polańska

Korekta Paweł Kusiak, Magdalena Jakubowska, Magdalena Adamek

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-024-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Kraków 16 czerwca 2019

Jaśliska 17 czerwca 2019

Wetlina 18 czerwca 2019

Wielkie Oczy 19 czerwca 2019

Zaświatycze 20 czerwca 2019

Wysokie Mazowieckie 21 czerwca 2019

Kajkowo 22 czerwca 2019

Ostróda 23 czerwca 2019

Ostróda 24 czerwca 2019

Dzierzgoń 25 czerwca 2019

Dwanaście Apostołów, jezioro Ostrowo 26 czerwca 2019

Płoty 27 czerwca 2019

Wapnica 28 czerwca 2019

Śrem 29 czerwca 2019

Fałków 30 czerwca 2019

Kolofon

Oli i naszym kotom Cukrowi i Miszy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Ola zabrania mi kupować nowe rzeczy na road trip. „To nie jest eko, a my żyjemy less waste” – mówi. Pisze na Samopomocy Chłopskiej i Babskiej na Facebooku: „Hejo! Czy ktoś chciałby pożyczyć mojemu narzeczonemu mały namiot na wakacje?”. Odzywa się Paweł z Krowodrzy, że chętnie pożyczy. Ma dwa. Mogę przyjechać i któryś sobie wziąć. Umawiamy się, jadę odebrać namiot. Pakuję go do bagażnika.

Mamy spotkanie władz Fundacji z Kasią i Patrycją. Mówię, że w drugiej połowie czerwca nie będzie mnie w Krakowie i będę się starał w ogóle nie pracować. Nawet nie odpowiadać na e-maile. Nie będę też mógł podpisywać dokumentów. W razie potrzeby proszę o zastępstwo. Zamierzam jeździć po Polsce tylko lokalnymi drogami, bez GPS-u. Z Olą umówiliśmy się, że to taki mój „wieczór kawalerski” – ta rozciągnięta na dwa tygodnie podróż. Po prostu pojeżdżę sobie sam po Polsce. Ola ma deadline na tłumaczenie, więc wyjazd we dwoje i tak nie wchodzi w rachubę.

– Po ślubie nigdy już nie będzie takich road tripów – mówię.

Do Oli, że obudowa lusterka do opla, którą niedawno kupiłem, jednak nie pasuje. Myślę, żeby zwrócić, ale chyba nie mam teraz na to ani czasu, ani energii. Więc lusterko lewe, to od strony kierowcy, będzie bez obudowy.

– Trzyma się, ale wygląda futurystycznie. Gorzej z prawym, niby jest, ale tak zamocowane, że ciągle spada. No ale ma obudowę – mówię.

Ola pyta, jak poza tym. Odpowiadam, że wszystko okej, auto się nie psuje, ale do mechanika nie udało mi się go odstawić. No, jest problem z jedną sondą w silniku… Ale poza tym powinno być okej.

Na Konarskiego. Likwiduję bagażnik. Składam tylne siedzenia i kładę na nie długą cienką dyktę. Wchodzę, zamykam drzwi i układam się jak do snu. Leżę wyprostowany. Nogi mam przy przednich siedzeniach, głowę w tyle auta. Nad głową tylna szyba opla. Układam wszystkie rzeczy, które trzymałem w bagażniku, po jednej stronie tego łóżka, a resztę zostawiam jako przestrzeń do spania. Wracam do domu. Do Oli, że zrobiłem sobie noclegownię z opla.

– Jeśli nie znajdę noclegu, mogę spać w aucie. Nogi mam wyciągnięte, uruchomię aplikację z parkingami całodobowymi. Mogę też sprawdzać parkingi w atlasie samochodowym albo spać w lesie czy nad jeziorem.

Dzwoni Yerzmyey. Mówi, że nie dojedzie na kampus, bo upały. Źle na niego wpływają, więc się nie rusza z domu. Mówię, że mam klimatyzację w oplu i że po niego wyjadę. Prosi, żeby pod Bagatelę. Ja, że aż tam nie można podjeżdżać, a już tym bardziej stawać. Umawiamy się na Jabłonowskich. Dzwoni, że wyszedł z pracy i idzie. Zapalam auto, włączam klimatyzację i jadę po niego. Stoi pod drzewem. Wsiada i nachyla się nad otworami, z których dmucha zimne powietrze. Mówię mu, żeby nie zwracał uwagi na ten tył. Jadę na road trip po Polsce i pewnie będę spał w samochodzie.

– Chcę pod obwodem kaliningradzkim pojeździć – dodaję.

Yerzmyey, pochylony nad tą klimatyzacją, macha rękami do tych otworów z zimnym powietrzem, jakby się wachlował.

– O, to ciekawe. Ale tam na pewno w ryj można dostać. Uważaj. Ja bym się bał.

Żeby przypadkiem niczego nie zapomnieć, znoszę do samochodu najważniejsze rzeczy: aparat z dwiema kartami 32 GB i czapkę z daszkiem z napisem „Black Mountain North Carolina”, kupioną w Black Mountain. Do kieszeni w drzwiach od strony kierowcy wkładam nóż przywieziony ze Stanów oraz dwie tradycyjne chusteczki… Nóż przejechał ze mną całą Amerykę, a chusteczki kupiła Ola, żeby nie używać higienicznych, bo te są nieekologiczne. Na siedzeniu obok kierowcy kładę aparat cyfrowy i cztery aparaty Lomo. Przykrywam je poduszką, żeby przez noc nie zainteresowały potencjalnych złodziei. Na tył rzucam drugą poduszkę, dwa śpiwory i cienki dmuchany materac.



W mieszkaniu pakuję do walizki resztę rzeczy: ubrania na dwa tygodnie, kurtkę przeciwdeszczową, kosmetyki. Sprawdzam, czy na swoim miejscu leżą okulary przeciwsłoneczne – hipsterskie, kupione w Portland w Oregonie.

O dwudziestej idziemy na kolację z niemieckimi wydawcami. Jest dobrze ponad trzydzieści stopni. Z wszystkich się leje. Siedzimy w restauracji, na zewnątrz, w miejscu, w którym pachnie substancją do trucia komarów. Jemy. Ze wszystkich wciąż się leje. Ola, która wzięła opcję wegetariańską, hejtuje innych gości:

– Nie ma to jak plasterki wędliny w trzydziestoczterostopniowym upale.

Gadamy o tym, że planeta ginie, o less waste i żeby nie używać plastiku. Rafał K. wyjmuje z torby plastikową reklamówkę i pokazuje, że używa jej jako torby wielokrotnego użytku. Hejtuje postawę eko, ale za chwilę przestaje, bo wszyscy hejtują jego, że tą reklamówką zabija planetę. Opowiadam, że jutro zbieram się na przedłużony wieczór kawalerski, mam zamiar spać w samochodzie, w namiocie, nad jeziorami, na parkingach. Będę wrzucał zdjęcia na Instagrama. Wszyscy mówią, że są już za starzy na takie tripy à la Ziemowit Szczerek. Odpowiadam, że Szczerek to jaśniepanicz z Radomia i na tę Polskę to z góry patrzy. Poza tym on się na tych sieciówkach non stop zatrzymuje i kupuje napoje kolorowe w plastiku. Więc planetę niszczy.

Kolacja się kończy. Z niemieckimi wydawcami, Olą i MLB, który do nas dołączył, idziemy do Bazy, ale jest zamknięta, więc zabieramy ich do Feniksa. Spływająca potem pani chce od nas po dwadzieścia złotych za wstęp, ale mówię, że mamy niemieckich wydawców, więc ona że chętnie weźmie więcej, bo oni przecież mają pieniądze. Ostatecznie udaje mi się stargować na dziesięć złotych od osoby. W Feniksie nie ma klimatyzacji. Pomimo upału duża grupa ludzi tańczy, inni siedzą przy stolikach i patrzą na tańczących. Jest za głośno, żeby rozmawiać. Mówię do Floriana:

– Tutaj jest ze czterdzieści stopni, ale nie przeszkadza to ludziom jeść roztopionej galaretki z wieprzowiny, wędlin i sałatki z dużą ilością rzadkiego majonezu.

 

– Polacy byli tacy zawsze. Jak byłem w Polsce w latach osiemdziesiątych, to też tańczyli, nie zważali na sytuację polityczną. Pili wódkę i tańczyli – odpowiada.

Ola kupuje wszystkim piwo, ja nie chcę, bo rano jadę.

Staję z boku i patrzę, jak ludzie tańczą. Zaczyna się część wieczoru z muzyką na żywo. Na scenę wychodzi wielki mężczyzna. Jest spocony, gruby, ubrany w koszulkę z napisem „Forever Feniks”. Resztki długich włosów niedbale zaczesał do tyłu. Śpiewa Ukradła Cyganka kurę. Intonuje bardzo powoli. Przy refrenach zachęca spoconych ludzi, żeby śpiewali z nim. Wyciąga do nich ręce, naśladuje padający deszcz. Cała sala, bardzo wolno sylabizując, śpiewa o płaczącym deszczu. Niemieckim wydawcom tłumaczę, że chodzi o to, że są takie upały i Polacy na pewno chcieliby, żeby spadł deszcz. Stąd wybrali tę piosenkę. Żeby nas obmył. Żebyśmy się nie topili w pocie. Dodaję też, że oryginalnie ta piosenka jest szybsza, ale być może te upały sprawiły, że gość śpiewa to tak powoli, „po lynchowsku, surrealnie, jak w Blue Velvet”.

Podchodzi do mnie jeden z wydawców. Patrzę na kelnera – właśnie niesie krokiety i gorący barszcz dla gości przy stoliku, koło którego stoję. Kelner, rozstawiając dania, pomija kobietę siedzącą w rogu, więc reszta jej znajomych ma ubaw, że ona nie dostała tego barszczu i krokieta. Niemcowi mówię, że bardzo współczuję im picia gorącego barszczu w takiej temperaturze. I że nawet kibicowałem tej pani, żeby nie dostała. Wygrałaby na tym. Spocony Niemiec stoi ze mną chwilę, zachwyca się polską swojskością, a potem gdzieś idzie.

Wracam do naszego stolika, a tam przepraszanie zachodnioniemieckiego wydawcy:

– Po tylu latach muszę cię przeprosić… Bo kiedy obalono mur, podsłuchałem taką rozmowę, agenci ubezpieczeniowi mówili: „Chodźmy kolonizować tych idiotów ze wschodu, oni nie wiedzą, jak działa system, więc wszystko da się im wcisnąć”. No i chciałem cię za to przeprosić.

– Nie przepraszaj – mówi Florian. – Ja wtedy po raz pierwszy poczułem się wolny.

Ola za to dodaje:

– A my to cieszymy się, że kapitalizm dotarł do Polski tak późno, bo na przykład mniej lasów mamy wyciętych, mniej zniszczona jest przyroda. Maro będzie mógł się prawdziwie nią cieszyć podczas tripu.

Żegnamy się z nimi, jest już koło trzeciej nad ranem. MLB jeszcze pisze po plakacie z Tischnerem – odgraża się za szkalowanie homoseksualistów.

W domu robię pranie na wyjazd. Do pralki wrzucam spodnie i koszulę z dzisiaj. Zasypiam, ale budzę się nad ranem. Rozwieszam pranie i kładę się spać ponownie.

Kraków, 16 czerwca 2019, na liczniku 0 km

Wstaję o dziewiątej, robię sobie kawę i idę do łazienki. Nalewam wody do wanny, przeczuwając, że przez najbliższe dni mogę nie zobaczyć żadnej wanny. Wchodzę na Onet, a tam informacje, że dzisiaj w całej Polsce burze, zagrożenie trzeciego stopnia. Pobyt w wannie przeznaczam na instalację na telefonie apki Storm Radar. Uruchamiam ją. Sprawdzam: w Krakowie burza będzie dopiero koło czternastej. Temperatura powyżej trzydziestu stopni. Golę się, myję zęby, wkładam trymer i bambusową szczoteczkę do kosmetyczki. Ubrania z nocnego prania jeszcze nie wyschły, więc chowam je do osobnej torby. Nalewam wody do kontenera, który kupiłem na Uniwersytecie w Rochester. Do hipsterskiego termosu z napisem „Thirsty”, który przywiozła dla mnie z Nowego Jorku macocha Oli, wrzucam dwie łyżeczki kawy. Zalewam wrzątkiem i dolewam mleka. Zakręcam.

Do samochodu znoszę walizkę z ubraniami i torbę z tymi mokrymi. Wracam na górę pożegnać się z kotami i Olą, która jeszcze śpi. Przytulam się do niej. Mówię jej nad uchem, że ją kocham i że wkrótce wracam. Głaszczę obydwa koty, które śpią w swojej wieży.

Już w aucie zakładam okulary, termos kładę w zasięgu prawej ręki. Odkręcam go, żeby kawa stygła.

Jadę na kampus uniwersytetu, do paczkomatów. W drodze puszczam z YouTube’a piosenkę z wczoraj, tę o deszczach i Cygance, co ukradła kurę. Śpiewam sobie na głos.

Migdałowe oczy miała

Migdałowe

Już na chmurze płyną oczy w niebo

Granatowe

Kto za nimi płacze – tylko, tylko deszcze

Tylko wrona kracze – jeszcze, jeszcze, jeszcze

Jeszcze, jeszcze

Deszcze, deszcze

Deszczu płacz

Dojeżdżam pod paczkomaty i odbieram przeterminowane filmy do aparatów Lomo. Sprawdzam termin ważności. Doskonale, minął w 2012 roku.

Wsiadam do auta i znowu puszczam Deszcze, deszcze z YouTube’a – we wszystkich wykonaniach, jakie są dostępne. Upał, trzydzieści dwa stopnie. Jadę na Wieliczkę, z której zjeżdżam w małą drogę na Szczygłów i Zabłocie. Pokazuje się komunikat w telefonie: bateria jest za gorąca i nie można jej ładować.

Z niewielkiej drogi zjeżdżam w jeszcze mniejszą, na Zborówek. Po chwili widzę, że w wiosce jest odpust, stoją cztery kramy. Zatrzymuję się. Wychodzę porobić zdjęcia i posłuchać, co ludzie mówią. Pierwszy kramarz woła do mnie z daleka:

– Coś dla duszy, coś dla ciała!

Podchodzę bliżej. Pani kupuje dziesięć paczek cukierków. Wybiera. Sprzedający:

– W pierwszym rzędzie są żelowe, w dalszych nadziewane.

– A to wezmę nadziewane i jeszcze dwa żelowe dla wujka.

– Trzydzieści złotych.

Ktoś za mną:

– My tylko po cukierki przyjechaliśmy. Do tego pana, jak co roku.

Podchodzi kolejna osoba:


– Dwie paczki poproszę. Po więcej przyjdę po mszy. Pszczółka Maja też jest?

I następne:

– Masz pożyczyć na misia? Oddam ci pięć złotych w domu.

Chłopczyk pyta taty:

– A gdybyśmy tylko przyjechali na sam odpust bez mszy?

– Nie można tak.

– A co by się stało?

– Nie sprzedadzą.

Siadam z powrotem w aucie, wrzucam zdjęcia z odpustu na Instagram i parę instastorek. Dodaję hasztag #on_the_road.

Postanawiam pojeździć po miejscowości. Interesuje mnie drewniany, podupadający dom stojący dość daleko od drogi, w zbożu. Próbuję znaleźć do niego dojazd. Podchodzę do tego kilka razy. Jadę spory kawałek kilkoma polnymi drogami, ale zawsze się urywają. Nie umiem znaleźć właściwej. Dojeżdżam w takie miejsce, gdzie droga zrobiona w zbożu przez traktor jest za szeroka, próbuję jechać, ale samochód osobowy nie ma szans. Wysiadam, żeby zrobić zdjęcie. Kiedy wsiadam z powrotem, zauważam, że nie mogę zamknąć drzwi, tak żeby nie przytrzasnąć nimi zboża. Cofam. Jadę kawałek dalej, widzę sad i stary płot. Znowu wychodzę, żeby zrobić zdjęcia i instastorki. Otwieram drzwi, a na drogę wypadają kłosy.


Łazany, Sławkowice, Bilczyce, Liplas, Marszowice. Zatrzymuję się przy sklepie Miś „Owoce Pieczywo Alkohole Chemia Prasa” z misiem w ogrodniczkach na szyldzie. Skończyła mi się woda w kontenerze, więc kupuję dwie szklane butelki. Jedną wlewam do kontenera, drugą piję na miejscu. Z bagażnika wyjmuję samochodowy atlas Polski, jeszcze w paczce z Allegro. Rozcinam go amerykańskim nożem. Długopisem zaznaczam trasę, którą przejechałem, i patrzę na miejscowości, do których chciałbym dotrzeć.


Jadę dalej. Klęczana, Kobylec, Żerosławice, Kawec. Dojeżdżam do miejscowości Sawa, ale orientuję się, że lekko zbaczam z trasy. Skoro jednak mam dojechać do Beskidu Niskiego, lepiej zawrócić. Wracam tymi samymi miejscowościami, w kierunku Łapanowa. Widzę parking nad rzeką Rabą, więc wychodzę z samochodu, żeby porobić zdjęcia. Przechodzę przez rzekę i wchodzę na kąpielisko. Jest upał, setki osób wylegują się na ręcznikach i kocach. Wracam do samochodu.

Boczów, Tarnawa, Zbydniów, Ujazd, Rdzawa, Zastawie, Bełdno, Bytomsko, Wojakowa, Porąbka Iwkowska, Iwkowa. Widzę kobiety w ludowych chustach jedzące lody przy budce z napisem „Lody Łąckie”. Zatrzymuję się. Zamawiam małą kawę mrożoną, ale do termosu. Mówię Pani Sprzedającej, że nie używam plastiku, że żyję less waste. Siadam przy stoliku. Kobiety rozmawiają o modlitwie, jak ważna jest w ich życiu. Jedzą lody. I znowu o modlitwie. Nagle jedna mówi, że w Arizonie jest jeszcze cieplej niż u nas. I że jakaś członkini jej rodziny też się modli i przyjeżdża do Polski odwiedzić Matkę Boską, na pielgrzymkę chce iść. Rozmowa schodzi na bilety samolotowe, że trudno kupić w sezonie. Jedna komentuje:


– Ale zawsze ktoś może zrezygnować.

Obok faceci rozmawiają o paletach, jak z nich zrobić ławki do siedzenia. Też jedzą lody.

Wsiadam do auta z resztkami kawy w termosie. Ruszam i włączam telefon na głośnomówiący. W szczegółach opowiadam Oli dzień, dochodzę do lodów i mówię o rozmowie o modlitwie. Ola:

– O, to tak samo, jak Pati nam mówi o hipnozie.

Jadę dalej. Będzieszyna. Pokonuję drogę szybkiego ruchu koło Czchowa i – według atlasu – wjeżdżam w polne drogi, które da się przejechać. Trawa jest jednak za wysoka. Nikt tędy nie jeździ. Wracam. Kieruję się na Filipowice, Stróże, Faściszową, Lusławice, Wróblowice, Janowice, Szczepanowice. Tereny, które dobrze znam z trasy Kraków–dom.

Potem na Ryglice i dalej trasą już na pamięć. Zalasowa, Joniny, Swoszowa, skręcam na Radoszyce. Na środku drogi stoi kogut. Potem Szerzyny, Czermna. Przejeżdżam obok mojego ulubionego drzewa, za oknem mam ulubiony widok: Jabłonica, Bączal Dolny, Opacie. Wjeżdżam do Trzcinicy na obiad do mamy.

Najpierw rozwieszam mokre ubrania na sznurku. Mama pokazuje mi, że słupek rtęci sięga czterdziestu siedmiu stopni w słońcu.

– Jeszcze trzy stopnie i bedzie po termometrze.

Mówię, że zaraz przyjdą burze, więc spadnie. A skąd wiem? Bo mam aplikację i z powodu tych burz też będę wyjeżdżał dość prędko. Dostaję obiad: rosół, schabowego, młode ziemniaki. Na talerzu pełno młodej kapusty i jeszcze trzy surówki. Mama stawia talerz na stole i mówi:

– Jak ci mało kapusty, to jest wiyncyj, dołóż se.

Po obiedzie płacę jej jeszcze rachunki za prąd i gaz przez bankowość online. Na deser dostaję placek z truskawkami. Mówię, że przyda mi się koc w drodze, czy ma taki, który mogę zabrać do samochodu, do spania. Taki, o który nie muszę się martwić. Dostaję koc. Biorę też termos z PRL-u, na herbatę. Zalewam wrzątkiem i wkładam torebkę herbaty. Robię sobie słabą kawę do termosu Thirsty. Pakuję do tyłu suche już ubrania i odjeżdżam.

Jadę na pamięć na Osobnicę, Łazy Dębowieckie, Wolę Dębowiecką, Osiek Jasielski, aż do Nowego Żmigrodu. Tankuję za sto pięćdziesiąt złotych na stacji. Zauważam, że stacja robi tu też za bar. Ludzie podjeżdżają po piwo, kilkoro siedzi przy stoliku i pije.


Następnie naokoło przez Kąty. W Myscowej przejeżdżam samochodem przez rzekę, w której jakaś para myje auto. Postawili je na środku rzeki, mają ze sobą wiadro i z niego polewają samochód.

Zaczyna grzmieć i padać. Polany, Chyrowa, Mszana. Potem dwa kilometry drogą szybkiego ruchu i skręcam na Daliową. Jest już regularna burza, ciemno, pioruny. Na drogę lecą wielkie gałęzie.

Bez większych problemów dojeżdżam do Jaślisk. Pada. Dzwonię do Zaścianka, gdzie mam nocleg. Sprawdzam na liczniku – przejechałem 293 kilometry. Wychodzi młody człowiek. Pytam go o bar Czeremcha. Mówi, że ci, którzy go prowadzą, nie są poważni. A poza tym dzisiaj jest zamknięty.


– Nie jesteśmy jeszcze Bieszczadami, mało ludzi tutaj – dodaje. – Jest jeszcze taki lokalny bar U Stacha. Tam miejscowi siedzą.

Piszę do Shuty’ego, że jestem, ale bar Czeremcha zamknięty. Idę do baru U Stacha. Jest dwudziesta druga. Według Google’a ma być otwarty. Dochodzę, ale nikogo nie ma. Wracam więc do Zaścianka. Przy drodze w Jaśliskach przez płot rozmawiają dziewczyna i chłopak.

 

Justyna wysyła mi namiar na Lutka, prowadzącego Bazę Ludzi z Mgły w Wetlinie, gdzie jutro pojadę. Piszę do niego na Messengerze: „Hej, Lutek, nie wiem, czy mnie pamiętasz. Dawniej bywałem często w Bazie, ale ostatnio mnie tam nie było. Wpadaliśmy kiedyś do Was z Dżustą i Sromanem. W każdym razie: wybieram się tam jutro. Czy będzie może opcja na nocleg? I czy Ty będziesz jutro w Bazie? Pozdrawiam”. Piję herbatę z termosu, kładę się spać.

Jaśliska, 17 czerwca 2019, na liczniku 293 km

Rano pisze Shuty: „Czemu nie dzwoniłeś? Był otwarty, ale Iwona go zamknęła, bo nie miała z kim gadać, jakbyś zadzwonił, toby otworzyła”. Jest chłodno, wkładam dżinsy i hoodie, szykuję sobie do termosu herbatę na drogę. Przy wyjściu spotykam właścicielkę, która narzeka, że trzeba zrobić remont budynku, w kuchni podłoga się zapadła. Po chwili dodaje:

– A po drodze jeszcze nam się dwa wesela zdarzyły.

Mówi, że nie jest w stanie poruszać się autem w te upały, jeśli nie ma klimatyzacji.

– Pożyczam w takich dniach specjalnie od rodziny.

Poleca mi naleśnika giganta w Chacie Wędrowca w Wetlinie.

– Córki tam pracują w wakacje, my stąd jeździmy czasem, żeby zjeść.

Bar Czeremcha zamknięty, bar U Stacha zamknięty. Jadę do Shuty’ego, ale go nie ma. Jest jego ojciec, który buduje poddasze.

– Pojechał do Krosna załatwiać sprawy – informuje mnie.

Zostawiam Shuty’emu książkę na stole w kuchni. Mówię ojcu, że szykujemy wielką imprezę, wesele na wrzesień. Odpowiada mi:

– Nie ma rąk do roboty. Sławek kolegów ma dużo, na imprezy chętni, ale pomóc to nikt.

Jadę w kierunku Bieszczadów. Po drodze zatrzymuję się, robię zdjęcia bocianom, kozom, drodze.


Wola Niżna, Moszczaniec, Wisłok Wielki, Czystogarb, Komańcza, Radoszyce, Osławica, Nowy Łupków, Wola Michowa, Maniów, Żubracze. Wjeżdżam do Cisnej i kieruję się do Siekierezady. Parkuję samochód i widzę starszego chudego pana. Ma włosy do ramion i czerwony T-shirt z godłem Polski. Sprzedaje pamiątki, głównie bieszczadzkie anioły, ale też figurki z gry Fortnite. Wszędzie kłębią się turyści, przywożeni tutaj autokarami. Jedna grupa odchodzi. „Mówią, że będziemy czekać nawet godzinę na zamówienie, bez sensu – idziemy do innej”. Piszę do Dżusty: „Straszna jest ta Siekierezada, straszna, nie ma już nic z tych czasów, kiedy tutaj bywaliśmy”.

Idę na powolny obchód po Cisnej, w sklepie abc cały szereg piw rzemieślniczych z Bieszczadów. Wracam na parking. Pod Siekierezadę przyjeżdża karetka. Facet od bieszczadzkich aniołów i figurek z Fortnite rzuca do mnie wyjaśniające:

– Na obiad przyjechali.


Podchodzi do niego jedna z turystek zafascynowana plakatem wiszącym koło pamiątek. To zdjęcie mężczyzny z brodą, pod nim podpis: „Dobre Słowo Ryszarda Szocińskiego” i fragment wiersza: „poezja moja daleko nie sięga / to tylko skiba ugorom wydarta”. Kobieta mówi, że to ponadczasowe i piękne. I zaraz zwraca się do brzuchatego mężczyzny, który wyszedł właśnie z Siekierezady i zbliża się do niej:

– No chodź już, Bercik, bo autobus na nas czeka.

Wsiadają i autokar odjeżdża.

Facet od Fortnite i bieszczadzkich aniołów podchodzi do innej kobiety, która stoi w drzwiach koło tego plakatu. Mówi, że dobre słowo się ludziom podoba, i narzeka, że on pod gołym niebem i że wczoraj go grad przegonił, nie miał co zbierać, wszystko mokre. Że niech ona się cieszy, że tę galerię swoją z tym, co ugorom wydarte, ma pod dachem i nie musi się zwijać, jak deszcz pada.

Jadę dalej w kierunku Wetliny. Dołżyca, Krzywe, Strzebowiska, Kalnica, Smerek. Na wjeździe do Wetliny robię instastorkę. Dodaję komentarz, że nie było mnie tutaj z piętnaście lat. Skręcam do Bazy Ludzi z Mgły. Wchodzę, zamawiam kawę, rozglądam się po obrazach, te same co w latach dziewięćdziesiątych, i pytam, czy można zarezerwować noclegi.


– Już pytam mamy – mówi chłopak za barem.

Wychodzi Agnieszka i poznaje mnie. Mówi, że da mi nocleg, i czy pamiętam jej syna – Tomka, był jeszcze mały, kiedy tutaj ostatnio nocowałem.

– Uczyliście go jeździć na rowerze – wspomina.

On mnie nie poznaje. Agnieszka staje w drzwiach i opowiada, jakie zmiany. Że przez dwanaście lat nie prowadzili Bazy, tylko kwatery, ale teraz wziął to wszystko na siebie Tomek, a ona z Lutkiem mu tylko pomagają. Że to świeża sprawa, dopiero w tym roku w maju zrobili kuchnię i mają teraz obiady, śniadania. Ale to już nie to, co dawniej.

– Wesoło kiedyś było. Teraz to wchodzą, popatrzą na obrazy, jak w galerii. Proszą, żeby muzykę cicho grać. Jak najciszej. A kiedyś, jak wyście przyjeżdżali, to przecież byliście jak diabły… To wieszanie się nago na suficie. Pamiętam, jak spaliście na ławach. I jak sprzątaliście, a my wam kawałek kiełbasy z mikrofali. Dobrze to pamiętam. Teraz czasem wpadnie jeden z drugim, rozpoznaję twarze, ale się nie odzywają, to i ja się odzywać nie będę.

Przypominam jej, jak kiedyś przyjechaliśmy z Cisnej wieczorem, z Siekierezady. Podwiózł nas jakiś napity drwal, bieszczadnik. Całą drogę jechał pod prąd.

– Ale prawie nikt wtedy tutaj nie jeździł. U was jeszcze postawiliśmy mu ze dwa wina lane i pojechał z powrotem – mówię.

Tomka pytam, jak sobie radzi z ogarnięciem knajpy.

– Ja sam to ciągnę. Na trzy zmiany. Jestem do ostatniego klienta i od ósmej rano już podaję śniadania. Lubię to. Na sezon weźmiemy więcej osób do pomocy, ale teraz tak działamy. Ostatnio zasiedzieli się klienci do rana i spałem trzy godziny.

Opowiadają mi, jak się zmieniła Wetlina:

– Nie ma już nadleśnictwa, nie ma szkoły podstawowej, nie ma poczty, wszystko to najbliżej jest dopiero w Cisnej. W sklepach wszystko drogo, najlepiej jechać do Leska albo Baligrodu na zakupy. Starsi ludzie zrzucają się na busy i jeżdżą tam popłacić rachunki i na zakupy.

Wpada dziewczyna i gada z Tomkiem, że dzisiaj ma trasę po Bieszczadach. Chce mu wcisnąć jakieś środki czystości.

– Wstałam rano o szóstej i cały czas w drodze. Będę w Rzeszowie na dwudziestą drugą. Jak się po takim tygodniu pracy siada na zimnym piwku, to od razu człowiek zasypia.

– Ja też dzisiaj trzy godziny spałem – mówi Tomek.

Dziewczyna wychodzi, na zewnątrz pali jeszcze papierosa i jedzie dalej.

W knajpie narzekają, że muszą wszystko odkręcać po poprzednich właścicielach.

– Bo oni zakazali wchodzić do Bazy miejscowym! Normalnie taką kartkę wywiesili, no i teraz nikt nie przychodzi! I jeszcze dali wszędzie w internecie informację, że czynne od szesnastej, a my przecież od ósmej zaczynamy. A ludzie do nas po szesnastej dopiero przychodzą.

Biorę klucz i zmierzam do pokoju. Krótka drzemka. Z samochodu wyjmuję aparat i idę pod sklep U Zdzicha. Robię zdjęcie, a potem kieruję się do zaplecza. Stoi Bieszczadnik. Rzuca do mnie:

– Czego tutoj szukosz?

– A w latach dziewięćdziesiątych często tutaj przyjeżdżaliśmy i tutaj właśnie piliśmy. Sprawdzam, czy to jeszcze stoi i czy wygląda tak samo. I muszę powiedzieć, że prawie tak samo jak wtedy.

– Jo tu jestem od lot siedemdziesiontych, przyjechołem spod Zakopanego. Postawisz mi piwo?

Mówię, że nie ma sprawy.

– Tatra – rzuca za mną, kiedy wchodzę do Zdzicha.

Zamawiam dla siebie jakieś lokalne bieszczadzkie i tę tatrę dla Bieszczadnika – w puszce i z lodówki. Niosę do stolika, a Bieszczadnik:

– Od razu oddej, jo takiego pił nie bede.

– Ale co nie pasuje, że z puszki?

– Nie bede pił zimnego takiego, z lodówki, i z puszki też nie, idź oddej! Niech ci do w butelce i ciepłe.

Wracam i domawiam jeszcze jedną ciepłą tatrę. Tamtą puszkę zachowuję dla siebie.

Pyta mnie, jak mam na imię.

– A tych Pietrków i Pawłów to już tyle znom! W twoje imieniny ide zbierać grzyby. Za pare dni już powinny być. Grzybów nie lubie, ale oddom za alkohol. – Potem zaczyna opowiadać o telefonie, że jest on „chujem”. – Jak nie były rejestrowane, to ciskałem chujami. Jak sie wkurwiłem, to zawsze lecioł jeden. Ciskałem o ziemie chuja, za siebie i kupowałem chuja kolejnego. Teraz inaczej, bo karta. Mom pare numerów, to trzymom. Ale czasem, po pijaku, zostawie gdzieś chuja na dwa dni na ławce pod sklepem. Wrocom i jest.


Stawia przede mną szklankę, z której przed chwilą wypił ostatni łyk wina Bieszczady.

– Kolege miałem, z PTTK, młodszy ode mnie, wielki, zbudowany, pił po dwie flaszki wódki dziennie, zabrała go ziemia, człowiek taki, wszystko by ci oddoł. Za wcześnie… Dzwonił do Zdzicha i ten mu te butelki woził. Złodziej. Mówie na niego „złodziej”, bo wszystko mo drożej. No i on mu woził te butelki. Restauracje jeszcze mioł, woził tyż do niego pod restauracje całe transportery wódki, a tyn dobieroł – wskazuje na szklankę – po dwie takie naroz pił. Teraz wziyła go ziymia, pochowaliśmy go na siole. Płakołem jak dziecko, taki dobry boł. Ale nie wyhamowoł.

Pytam go o innych bieszczadników.

– Mało kto zostoł. Samolot zostoł i ciongle pije. Przychodzi do Zdzicha. Przyjechali roz z telewizji, z Saletom. O, takie ramie! – I pokazuje na ramię, wykonując nim gest, jakby podnosił młot. – I Samolot podniósł młot, a Saleta nie. Tak go złapoł i podniósł. Wszyscy sie zdziwili.

Z Salety przechodzi na swojego syna. Pokazuje na rower, że będzie jechał pojazdem mechanicznym do syna, bo gdzieś pije w Smereku.

– Nie udoł mi sie, zamkneli go na półtorej roku, jak wyszedł, to już inny człowiek. Nie robi, pije. Bede jechoł go ściongnonć, bo stoi pod sklepem i rozrobio. Dzwonili już do mnie. Downiej to u niego społem. Przychodziłem na noc i mówie: „Włonczże mi komputer – tak, żeby szedł film, jeden za drugim, bo jo som nie umie. Włonczoł. Jo żem szedł spać na dwie godziny, potem wstawołem, film szedł, jo wyciongałem wino Bieszczady z plecaka i popijołem, a film szedł. Na papierosa potem do łazienki, kiepa do kibla. I tak byłem w stanie przetrwać cało noc.

Mówię, że pamiętam bieszczadników, że dawniej, jak schodzili z lasu, przychodzili do Rancza z piłami. Widziałem, jak jeden pociął stół piłą. A inny zamówił dwa piwa, jedno wylał sobie na głowę, drugie wypił.

Pijemy, on swoją ciepłą tatrę, ja hipsterskie bieszczadzkie zimne.

– W telefon umie stukać, ale w laptota nie. Za stary jestem. Kiedyś śpie u syna, a przychodzi wnuk. I „Dziadek, włoncz mi Myszke Miki”. Godom mu, że nie umie. Wścieko sie na mnie. To jak przyłożył raz w te klawisze, to aż włonczyła sie i Miki, i inne filmy. I olgondoł. Zadowolony.

Bieszczadnik parę razy prosi, żebym włączył Przystanek Bieszczady, ale mówię, że zostawiłem telefon na kwaterze. Proponuję, żebyśmy poszli do Bazy, to kupię mu coś do jedzenia. Tylko że iść musimy już teraz, bo zaraz zamykają tam kuchnię. Kończy więc tatrę i każe mi prowadzić rower. Idziemy.

W Bazie zamawiam po piwie i pierogi. Kuchnia już zamknięta, bo jest po dwudziestej pierwszej. Za barem Lutek, pytam go, jak życie. Narzeka, że ma rozrusznik wstawiony i nie może biegać. Przez wiele lat nigdzie się nie ruszył z Wetliny. Obiecuje zrobić pierogi, a ja wracam do Bieszczadnika. Puszczam mu na telefonie Przystanek Bieszczady. Mówi, że się tam pojawia – jak jest na wypale.