Kroków siedem do końca

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

„Artur” fatalnie się pomylił. Przez ciemność potęgowaną deszczem nie zorientował się, że choć idzie wzdłuż linii elektrycznej, to w przeciwną stronę.

Na cały dzień zaszył się w jakiejś rozpadlinie.

W nocy, która tym razem była jaśniejsza, znowu ruszył w drogę wzdłuż słupów trakcji elektrycznej, tym razem już we właściwym kierunku, w stronę miasteczka Ostritz.

Dotarł tam koło drugiej w nocy. Do rana przeczekał w zaroślach. Potem znowu według instrukcji: w miasteczku przeskoczyć strumyk i polną drogą dojść do sklepu z szyldem „Eduard Bach”. To był jego pierwszy punkt kontaktowy.

Musiał się bać. Kurier zdany jest na obcych ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkał. To oni przerzucają go z miejsca na miejsce, to oni organizują kwatery podczas tajnej operacji. Kurier ufa im tylko dlatego, że ktoś inny za nich ręczy. Jego życie wisi na tej cienkiej nici zaufania. Przyjaciel, gdy nocą schwyta go bezpieka, rano może już być wrogim agentem.

Po dwóch dniach skradania się opłotkami „Artur” wszedł do niemieckiego sklepu w owej niewielkiej miejscowości Ostritz. Zrobił to jednak dopiero wtedy, gdy jakiś klient skończył zakupy. Przyjrzał się stojącemu za ladą szczupłemu, ciemnemu blondynowi o szarych oczach – nad lewym przebiegała blizna. Wszystko zgadzało się z opisem, który przed misją otrzymał od oficera V Komendy. Mężczyzną tym był Gerhard Wagner „Bach”, zwany przez „Artura” Eduardem Bachem, szef punktu kontaktowego.

„Artur” wypowiedział po niemiecku hasło. Usłyszał odzew.

Bach od razu zabrał go do niewielkiego magazynu za sklepem, a potem zaprowadził do swojego mieszkania kilkadziesiąt metrów dalej.

Lecz „Artur” nie odetchnął, nie zeszło z niego napięcie. A przecież po tych wszystkich przeżyciach krew w żyłach powinna zwolnić. Czuł jednak, że Bach jest nieufny. Wypytywał, dlaczego spóźnił się aż całą dobę.

Potem „Artur” zorientował się, że dokładnie skontrolowano drogę, którą przebył, wszystkie kryjówki, którymi się posłużył. Znaleziono nawet butelkę po wypitej dla rozgrzewki wiśniówce. Mówiono mu, że chodzi o zatarcie śladów. „Artur” jednak nabrał przekonania, że po prostu go sprawdzali. Obawiali się pewnie, że mogła go złapać milicja i dotarł do punktu kontaktowego już po przewerbowaniu. Tu nikt nikomu nie ufał.

Dzień później po „Artura” przyjechała ładna, wysoka brunetka. Studentka medycyny w Berlinie Wschodnim, a przy tym łączniczka podziemia.

– Jestem Rita – przedstawiła się i dodała, że rozkazano jej przeszmuglować „Artura” do Berlina Zachodniego, do mężczyzny zwanego „Beno”. Komórka przerzutowa posługiwała się dwiema łączniczkami mieszkającymi w Berlinie Wschodnim: „Uschi” i „Inge”. Obie należały do komunistycznej organizacji Wolna Młodzież Niemiecka – FDJ.

„Artur” wcielił się w nową rolę. Stał się Niemcem. Dostał wschodnioniemiecki dokument na nazwisko Erich Heinrich Bigalke, szewc urodzony w Lipsku.

Ale „Artur” słabo znał niemiecki. Tymczasem komunistyczna milicja często kontrolowała pociągi do Berlina Wschodniego, gdzie mieli dotrzeć najpierw. Szukała zbiegów z Polski, którzy przedarli się przez zieloną granicę i zmierzali dalej na Zachód. Ludzi takich jak on.

Na noc „Artura” zawieziono motocyklem do sąsiedniej miejscowości i zamelinowano u mężczyzny nazywanego Waltherem. Ten o czwartej nad ranem podrzucił kuriera na dworzec kolejowy, na którym oczekiwała łączniczka Rita. Przywiozła ze sobą znakomity dokument – zaświadczenie, że „Artur” choruje na raka gardła. Nie może się więc odzywać. A Rita jest jego kuzynką i wiezie go do szpitala onkologicznego. Owinęła mu szyję opatrunkiem. Kiedy potem w pociągu trzykrotnie kontrolowała ich milicja, Rita pokazywała dokumenty, a „Artur” niezrozumiale charczał.

Gdy już dotarli do Berlina, przedostanie się do amerykańskiej strefy okupacyjnej okazało się łatwe. Po przesiadkach kolejowych znaleźli się w dzielnicy Steglitz już w Berlinie Zachodnim. Łączniczka Rita przekazała „Artura” szefowi kanału przerzutowego. To był właśnie „Beno”.

„Artura” zakwaterowano u starszej pani, wdowy po lekarzu Wehrmachtu, który zginął na froncie wschodnim. Od tej pory „Artur” udawał Francuza, bo trochę znał język francuski. Zakazano mu odzywać się na ulicy po polsku z obawy przed komunistycznymi agentami, którzy mogliby na niego zwrócić uwagę. Bez przerwy towarzyszył mu George Sowa, który kwaterował w tym samym domu niemieckiej wdowy. Potem „Artur” dowiedział się, że ten kanał przerzutowy nosił kryptonim „Étoile”, co po francusku znaczy między innymi „Zbieg”. Niedługo przed „Arturem”, który zmierzał na Zachód w listopadzie 1951 roku, wykorzystał tę trasę również inny kurier V Komendy Tomasz Gołąb „Wacław” – on przedzierał się do Delegatury pod koniec lipca.

Takich szlaków WiN miał zaledwie kilka. Używano ich wiele razy, co było ryzykowne, ale niezbędne. Przerzucanie ludzi przez granicę wymaga ustalenia wielu szczegółów – przede wszystkim u kogo kurierzy będą mieszkać na swojej trasie i w jaki sposób najbezpieczniej przewozić ich z miasta do miasta. Nikt nie zdołałby tej logistyki zmieniać na potrzeby każdego przerzutu, to zbyt wiele pracy. Kanały więc pełniły taką właśnie funkcję, jaka wynikała z ich nazwy: spływali nimi kolejni emisariusze.

Ale wygoda podyktowana koniecznością oznaczała też poważne niebezpieczeństwo – gdy przeciwnik poznał trasę przerzutową, mógł ją niepostrzeżenie obserwować i poznawać krążących nią kurierów.

Były też inne szlaki.

„Frania” – trasa przez Frankfurt nad Odrą. Kryptonim być może pochodził od Frau Anny Seelig, starszej pani mieszkającej w domu przy Luisenstrasse 2, na drugim piętrze, drzwi po prawej stronie. Przy drzwiach znajdował się dzwonek z rączką do podnoszenia. Po uruchomieniu go – tylko raz – na powitanie należało wypowiedzieć hasło: „Ist Irene zu Hause?”. Prawidłowy odzew brzmiał: „Meine Sie, meine Schwester?”. Ale nie powinno było nikogo zdziwić, jeśli właścicielce mieszkania pomylą się odpowiedzi. Ze względu na podeszły wiek należało ją nazywać babcią i szukać dwu przewodniczek. Pierwsza to dwudziestoletnia Uschi, wnuczka Frau Anny, pracowała w S-Bahn, a druga, dwudziestopięcioletnia Iza, była Polką, która kilka lat wcześniej wyszła za Niemca.

Z kolei punkt w Cedyni nazywano „Schultz”. Główną rolę odgrywał tu rybak Herman Korbe, który wypływał na niemieckie wody, a do polskiego brzegu zbliżał się, gdy usłyszał umówiony sygnał: rzucone do wody kolejno trzy kamienie – przynajmniej na siedemdziesiąt metrów od brzegu, aby marynarz wychwycił uchem ich plusk. Kamienie zalecano owinąć szmatą przymocowaną do kija, to pozwalało miotać je jak najdalej. Rybak, gdy dostrzegał kogoś podejrzanego w okolicy, głośno kaszlał. Przerzucane osoby – najwyżej dwie naraz – kładły się na dnie łodzi. Dalej jechały na rowerach razem z robotnikami zmierzającymi do pracy. Dlatego ubrane były tak jak pracownicy rano – dbano o wszelkie szczegóły.

Innego kanału używano do ekspediowania tajnych przesyłek przy pomocy kolejarzy. Jednym z nich był maszynista pociągu towarowego, który z Frankfurtu nad Odrą jeździł aż do Brześcia przez Poznań i Warszawę. Obsługę rewidowano na trasie, ale w Kutnie pociąg zatrzymywał się i przez kilka godzin uzupełniał węgiel i wodę. Maszynista wówczas wychodził do miasta po jedzenie i mógł zabrać niewielką paczkę ze szpiegowską zawartością. Potem ukrywał ją w węglu.

Delegatura próbowała też wykorzystać konduktorów wagonów sypialnych, bo ci i tak z reguły szmuglowali przez granice nielegalne towary i pieniądze.

„Artur” to już trzecia ważna szkatułka V Komendy.

Pierwszy raz milicja aresztowała go w 1947 roku. Zarzucono mu, zgodnie z ówczesną linią propagandy, „bandycką działalność”.

14 października 1947 roku major Trzepiński, komendant Milicji Obywatelskiej (MO) w Krakowie, zanotował, że „Artur” był jednym z członków „zlikwidowanej ubiegłego roku bandy rabunkowo-terrorystycznej N.S.Z. »Targonia«, którzy na podstawie amnestii zostali zwolnieni, przystępując ponownie do organizowania bandy, z którą dokonali już powyższych napadów planując szeregu innych”. Wspomniane napaści to między innymi napad na kasjerkę firmy futrzarskiej. W sądzie jednak „Arturowi” niczego nie udowodniono. Odzyskał wolność.

Przyczaił się. Poszukał legalnej pracy. Etat gwarantował dokumenty, które odsuwały podejrzenia, że jest „wrogim elementem”. Zatrudnił się na sztandarowej budowie Polski Ludowej – w Nowej Hucie. Ale nie jako robotnik, lecz instruktor. Opisywano go nawet w gazetach.

21 września 1951 roku tygodnik „Budujemy Socjalizm” przedstawiał zakończenie kursu szkolenia zawodowego, fetowane uroczyście w dużej świetlicy na placu budowy Nowej Huty. Podczas akademii absolwentom wręczono świadectwa i nagrody. Gazeta zacytowała „Artura”, który był kierownikiem oddziału szkolenia zawodowego: „Tworząc w ciężkim trudzie gigantyczne zakłady przemysłowe, nie wystarczy nam entuzjazm, ale musimy połączyć go z entuzjazmem opanowania budownictwa, które powstaje w ramach planów budownictwa podstaw socjalizmu w Polsce. Dlatego na plan pierwszy wysunęło się u nas zagadnienie kadr, zdolnych do wykonania poważnych zadań produkcyjnych. Zagadnienie to stało się tym bardziej ważne, że ogromna większość robotników Nowej Huty składała się z okolicznych chłopów oraz młodzieży wiejskiej, która niejednokrotnie po raz pierwszy zetknęła się z podobna robotą”.

„Artur” ciągnął: „Spójrzmy na sylwetki tych ludzi […], którym dziś szkolenie zawodowe dało w rękę twórczy zawód, a którzy przyszli do nas ze wsi, wszelkiej nędzy czy też z gospodarstwa karłowatego. Do takich należy m.in. Anna Nawracaj, córka małorolnego chłopa, która przybywszy do Nowej Huty, pracowała jako sprzątaczka w dziale produkcji. Dziś, po ukończeniu kursu, pracuje jako pełnokwalifikowany pomocnik maszynisty. Kol. Bolesław Płaszczak – po skończeniu kursu pracuje na parowozie. Jest również członkiem młodzieżowej drużyny, która podjęła zobowiązanie przejechania 80 tysięcy km parowozem bez remontu”.

 

I zakończył: „Dzień dzisiejszy […], w którym ponad 100 pełnokwalifikowanych absolwentów kursów otrzymuje świadectwa ukończenia nauki, jest za tym dniem dla nas szczególnie ważnym i uroczystym. Wierzymy, że osiągnięte przez was przodujące wyniki w nauce poprzecie obecnie przodującymi wynikami w pracy”.

Ale już niedługo „Artura” uznano za szkodnika.

Wtedy właśnie konspiracyjny szef – jego prawdziwe nazwisko i wojenne dzieje w Armii Krajowej „Artur” poznał dopiero kilka lat później, już po całej operacji – powierzył mu trudne zadanie: wyjazd kurierski na Zachód. Poinformowanie Delegatury Zagranicznej WiN i Amerykanów o sytuacji w kraju oraz nastrojach w podziemiu. I tu zaczęła się historia misji w Niemczech.

„Artur” zniknął. Jakiś pracownik działu kadr wystukiwał na maszynie do pisania kolejne monity. W Krakowie i Nowej Hucie podejrzewano, że uciekł z obawy przed aresztowaniem. Wreszcie 18 grudnia 1951 roku wysłano mu wypowiedzenie z pracy.

„Artur” nie pojawiał się też w domu, na którego adres kierowano wszystkie upomnienia. Żonie – zakochali się w sobie, pracując w Nowej Hucie – ludzie pewnie współczuli. Kiedy ktoś pytał, co się stało z mężem, odpowiadała, że chyba uciekł do innej kobiety. Tak jej polecono przed misją – gdyby ktokolwiek go szukał: zakład pracy, znajomi, milicja, niech mówi, że ją porzucił.

Z mieszkania wdowy Seelig „Artura” zawieziono na lotnisko Tempelhof. Tam czekał na niego mężczyzna posługujący się tylko językiem angielskim: Bill Piter. Pracował w amerykańskim wywiadzie, imię i nazwisko było więc pewnie zmyślone. Spotkali się przed głównym gmachem, tuż przy pomniku amerykańskich lotników, którzy zginęli podczas blokady Berlina. Piter zaprowadził „Artura” do amerykańskiego samolotu wojskowego z samymi Amerykanami na pokładzie. Polecieli do Frankfurtu nad Menem.

Po wylądowaniu nikt ich nie kontrolował. „Artura” zapakowano do cadillaca, który pojechał autostradą do Monachium. Amerykański kierowca próbował z nim rozmawiać, ale nie znał ani polskiego, ani francuskiego, więc jego wysiłki spełzły na niczym.

W Monachium krążyli bez celu po mieście pół godziny. Kierowca najwyraźniej oczekiwał na ustaloną przez kogoś porę. Wreszcie zajechali pod Café Stadt Wien.

Tu wreszcie pierwszy Polak! W kawiarni na „Artura” czekał Edward Kuligowski, zastępca Józefa Maciołka w Delegaturze. Niestety kurier nie poczuł polskiej wylewności. Przeciwnie. Cały czas zdawało mu się, że pracownicy Delegatury na razie badają go, nie ufają mu w pełni. Przez kolejne dni „Artur” spotykał się z Kuligowskim tylko w kawiarniach albo w niewielkiej willi, w której mieszkała rodzina folksdojcza zbiegłego z Polski.

Na razie nie było nawet mowy o spotkaniu z Józefem Maciołkiem.

A przecież na tym polegało jego najważniejsze zadanie. Miał opowiedzieć mu o sile WiN w Polsce i przyjąć od niego wskazówki Delegatury.

Wreszcie Kuligowski polecił „Arturowi” przyjść późnym popołudniem do kawiarni Mack w centrum Monachium. Gdy się ściemniło, pojechali taksówką na przedmieścia. Zatrzymali się obok dworca kolejowego. Kuligowski ukrywał przed kierowcą właściwy cel. Kiedy auto odjechało, przeszli spory kawałek pod dom przy Heilmanstrasse 23. Kuligowski wspomniał, że to tajna siedziba Delegatury.

Pałacyk otoczony był wysokim murem i chroniony potężną bramą. Z zewnątrz niczego nie było widać. Dla pełnej konspiracji minęli budynek i po kilku minutach spaceru doszli do rzeki Izary. Odnaleźli zarośniętą dzikim winem furtkę i weszli do ogrodu. Ruszyli krętą ścieżką między skałami na spadzistym, zakrzewionym stoku. Dotarli do tylnego wejścia budynku.

„Artur” zapewne z ciekawością słuchał opowieści Kuligowskiego o kompletowaniu personelu Delegatury. To zastępca Maciołka wynajdywał chętnych, ale Amerykanie byli tak podejrzliwi, że każdego kandydata sprawdzali wykrywaczem kłamstw.

Na drugim piętrze pałacyku urządzono laboratorium, w którym fałszowano dokumenty. Kilka dni później kierujący tym działem Michał Sulima przepytał „Artura” w kwestii przeróżnych polskich papierów, na przykład o to, jak wpisuje się do książeczek wojskowych nowe adresy meldunkowe czy jak często należy podstemplowywać legitymację Zarządu Energetyki – co miesiąc, co kwartał czy co rok. Każdy spreparowany dokument opatrywano legendą. Spisywano nazwiska kierowników w instytucjach, których dokumenty podrabiano. Notowano, ile zarabia osoba, na którą wystawiano sfałszowany dokument, a nawet, czy pobory otrzymuje z góry czy z dołu. Ustalano, czy osoba z takim dokumentem może jeździć na krajowe delegacje służbowe, czy korzysta z darmowych biletów kolejowych albo czy instytucja, w której jest zatrudniona, dysponuje swoimi ośrodkami wczasowymi. „Artura” pytano o ceny w restauracjach w Nowej Hucie i adresy stołówek pracowniczych.

To wszystko jednak później, gdy dopuszczono go do szerszego składu Delegatury.

Teraz celem „Artura” było pierwsze piętro. Tutaj pracowało kierownictwo Delegatury. Kurier miał wreszcie zobaczyć Józefa Maciołka, który właśnie wrócił z podróży do Londynu.

Główne polecenie przekazane „Arturowi” przed wyjazdem brzmiało: ruszasz tam jako emisariusz polskiego kierownictwa WiN, musisz zatem dokładnie powiedzieć, jak sytuację w kraju widzi podziemie, najważniejsze, to przedstawić Delegaturze i amerykańskiemu wywiadowi krajowy punkt widzenia.

„Artur”, który wkuł przed wyjazdem wszystkie szczegóły, tłumaczył więc, że WiN to spadkobierca Armii Krajowej. Ale powstał oddolnie, a nie w rezultacie odgórnego rozkazu – i to już jest ważna różnica, którą nie każdy od razu dostrzega. To właśnie powinien zaakcentować: WiN zjednoczył tych AK-owców, którzy nie chcieli zaprzestać działalności po wejściu Sowietów. WiN dla Polaków stał się synonimem walki z ustrojem, jedyną dużą organizacją cieszącą się zaufaniem. Dorównał pod tym względem Armii Krajowej. Z WiN wiązali się ludzie o różnych przekonaniach – od skrajnej prawicy po byłych komunistów. Łączyła ich nienawiść do nowych, wschodnich okupantów.

To wszystko było oczywiste dla pułkownika Maciołka. Pamiętał przecież, jak i dlaczego powstała organizacja. Ale należało to jasno powtórzyć, aby wyeliminować ewentualne wątpliwości Delegatury, że WiN w kraju zmienił swoje oblicze. Po tym wstępie pojawiały się coraz ważniejsze informacje, związane z aktualną sytuacją.

Wielu wyższych rangą WiN-owców rozpracował Urząd Bezpieczeństwa. Ich miejsce zajmowali nowi ludzie, z których niektórzy byli nawet zbyt młodzi, aby służyć w AK.

„Artur” przypomniał największy cios, jaki WiN otrzymał niedługo po wyjeździe Józefa Maciołka, na przełomie 1947 i 1948 roku. Wówczas aresztowano komendanta Łukasza Cieplińskiego wraz z dowództwem i celnie uderzono w oddziały w terenie. Bez strat wyszły z tego tylko dwa na czternaście okręgów. W więzieniach znalazło się ponad dwa tysiące ludzi. Piątą część skazano na kary śmierci, resztę na dożywocia i długoletnie więzienia, z reguły przekraczające osiem lat.

Zdawało się, że WiN ostatecznie rozbito.

Pozostali WiN-owcy jednak tylko przyczaili się na kilka miesięcy. Po tym czasie odbudowywali organizację, lecz już w inny sposób. Poszczególne grupy nie nawiązywały bliskich kontaktów, bo nikt nie miał pewności, czy UB nie pozostawiło niektórych ludzi jako przynętę.

W 1948 roku utworzono nowe kierownictwo WiN, czyli V Komendę. W dalszym ciągu rezygnowano z bliskich kontaktów między różnymi grupami, z obawy przed ubecką infiltracją. Głębsza niż wcześniej konspiracja miała chronić żołnierzy w razie wpadek. Mimo że w ubiegłym roku UB aresztowało kilkuset WiN-owców, tym razem nie naruszyło to trzonu zrzeszenia.

„Artur” opowiadał, że zasadniczy cel organizacji jest zgodny z jej nazwą: walka o wolność człowieka i niezawisłość państwa. Wbrew kolejności to drugi cel był priorytetowy.

Krajowa konspiracja popierała utrzymanie zachodniej granicy na Odrze i Nysie. Nie powoływała się jednak – tak jak komuniści – na propagandowe hasła o powrocie tych ziem do polskiej macierzy, ale uważała je za część rekompensaty za zbrodnie hitlerowskie i politykę międzynarodową wobec Polski po wojnie. Ponieważ ziemie te zasiedlali i zagospodarowywali polscy repatrianci ze Wschodu, powinny pozostać w polskich granicach. Z punktu widzenia polskiego podziemia dające się słyszeć w zachodnich Niemczech głosy kwestionujące powojenny przebieg granic były wysoce niekorzystne. WiN musi przecież zdobywać poparcie również wśród osadników na zachodzie Polski i żołnierzy Rokossowskiego. Zlekceważenie kwestii zachodniej granicy oznaczałoby propagandowe oddanie pola komunistom.

Ludzie powinni wiedzieć, o co walczą. WiN opierał się na przekonaniu, że sprawy ekonomiczne i społeczno-wychowawcze w wolnej Polsce będą w pełni zgodne z zasadami chrześcijańskimi. Uznawał też, że znaczna część przeprowadzonych przez komunistów reform jest nieodwracalna. Jednak państwo powinno zagwarantować własność prywatną, zapewniać obywatelom równy start życiowy, prawo do nauki, pracy i opieki społecznej. Wszystkie te pryncypia Polacy mogliby odrzucić, ale tylko w drodze powszechnego głosowania.

„Artur” przypominał, że podziemie musi walczyć o dusze rodaków. O wyrwanie ich z trujących doktryn komunizmu. Ale na razie, ze względu na szczupłość środków, udawało się prowadzić wojnę psychologiczną, tylko broniąc się, a nie odpowiadając atakami.

W polityce personalnej kolejność pożądanych cech była taka: morale i charakter, dotychczasowe osiągnięcia, przygotowanie teoretyczne i praktyczne, szczególne uzdolnienia.

Podziemie zamierzało być dla Polaków nie władzą zwierzchnią, a jedynie pomocnikiem w czasie walki. W 1947 roku, mimo że Polskie Stronnictwo Ludowe miało minimalne szanse na wygraną, to zostało wsparte potencjałem podziemia, jako jedyne stronnictwo stało bowiem na prawdziwie polskim gruncie.

WiN za swojego największego sojusznika w walce z komunizmem uważał Kościół katolicki. Komuniści zdawali sobie z tego sprawę, co było widać podczas procesów politycznych.

„Artur” meldował, że podziemie pracowało nad przyszłymi miejscami zrzutów, gromadziło broń i medykamenty w magazynach. Przygotowywało specjalistów do pracy przy radiostacjach oraz w zakresie dywersji i rozpoznania.

Każdy nowy członek konspiracji, zanim został do niej przyjęty, był rozpracowywany. Jako przykrywki do kontaktów używano instytucji i organizacji reżimowych. Niektóre komórki były dublowane – w razie zagrożenia zamrażało się jedną i uruchamiało drugą.

Odzyskanie niepodległości zależało oczywiście głównie od sytuacji międzynarodowej. Od zachodnich aliantów, a przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych.

Polacy w miarę swoich możliwości chcieli wziąć udział w przyszłej wojnie. Ale już teraz trzeba było pilnować polityki zagranicznej. Hamować zapędy zachodnich polityków, składających zachodnim Niemcom niebezpieczne dla Polski obietnice oparte na sugestiach, że sprawa granicy nie została ostatecznie przesądzona. Na takich wypowiedziach żerowała potem komunistyczna propaganda.

„Artur” zauważał też, że pod pewnymi względami warunki dla działania podziemia były trudniejsze niż podczas niemieckiej okupacji. To, co wówczas było formalnością, dziś stawało się problemem. Podczas wojny na przykład sprawy mieszkań nie uważano za jakiś kłopot. Teraz każdy lokal objęty był kwaterunkiem i przydziałem, dogodny bardzo trudno było kupić nawet za największe pieniądze. Wielu ludzi podziemia musiało gdzieś pracować na etacie, żeby zdobyć prawo do kwatery potrzebnej w działalności WiN-owskiej. Na wsi ludzie donosili na każdego obcego, który pojawiał się w okolicy. Wszechobecna agentura napawała strachem.

Kraj oplotła sieć konfidentów. Obezwładniła ludzi kontrolowanych na każdym kroku: w pracy, w domu, na spacerze, w podróży. Ubecja stosowała prowokację. Wciągała ludzi do podziemia, aby potem ich aresztować. Stwarzała atmosferę psychozy, tak żeby ojciec bał się syna, a brat – brata.

Po wysłuchaniu relacji „Artura” pułkownik Maciołek opowiedział o oczekiwaniach Amerykanów, którzy nalegali, aby antykomunistyczną działalność Polacy prowadzili wspólnie w jednej organizacji. Przeszkadzały temu jednak wewnętrzne waśnie polskich emigrantów. Choćby rywalizacja Mikołajczyka wspieranego przez chłopów z generałem Andersem popieranym przez wojskowych. A pęknięcia sięgały jeszcze głębiej – Anders rywalizował ze sztabem generalnym.

Skłóceni emigranci czasami – a niektórzy nawet często – topili smutki w alkoholu. Na swoje spotkania zapraszali też „Artura”, bo przecież niedawno dotarł z kraju i potrafił powiedzieć, jak teraz pachną ulice, w co ubierają się dziewczyny. Przy takich okazjach zdarzało mu się rozluźniać konspiracyjny rygor – ale nie tylko przy takich. Raz nawet, wbrew wyraźnym zakazom, wysłał do Polski kartkę pocztową, żeby się o niego nie martwili.

 

Trzy tygodnie po tym, jak „Artur” dotarł do Monachium, Józef Maciołek zaprosił go na Wigilię. Znowu w ścisłej tajemnicy.

Zgodnie z rozkazem kurier poszedł wieczorem pod dom towarowy na Karlsplatz. O dziewiętnastej zajechał tam czarny ford, z którego wysiadł „Ryszard”, znany mu już kierownik kursu dywersyjnego. Wewnątrz czekał Józef Maciołek. Zaciągnęli firanki w oknach auta, aby „Artur” stracił orientację, gdzie się znajdują. Po dziesięciu minutach zatrzymali się pod dwupiętrową willą, ogrodzoną pomalowanymi na zielono drewnianymi sztachetami. Budynek porośnięty był chmielem, otoczenie tonęło w mroku. „Artur”, dobrze wyszkolony konspirator, odruchowo zapamiętywał szczegóły: przy drodze brzoza i dwa świerki. Przy wejściu brak tabliczki z adresem.

Czuł, że wciąż nie ufają mu w pełni. Nadal starają się ukrywać niektóre sprawy. Choć zaprosili go na Wigilię, to zadbali o to, aby nie potrafił odtworzyć położenia willi. To było inne miejsce niż rezydencja, w której „Artur” rozmawiał z pułkownikiem Maciołkiem.

Przy stole na parterze czekali już pracownicy Delegatury. Maciołek krótko przemówił, a potem łamał się opłatkiem z innymi. Wieczerzali dwie godziny.

„Artur” pomyślał, że pewnie spotkali się w siedzibie szkoły dywersji. Czterej młodzi ludzie siedzący przy stole byli prawdopodobnie kursantami, których zamierzano zrzucić na terytorium Polski. Ale oczywiście nie pytał o żadne szczegóły.

Kilka dni później do tej samej siedziby kursu zawiózł go jeden z instruktorów, „Wojtek” – ale już bez zgody zwierzchników. Co wywołało mały skandal. A wszystko znowu przez alkohol.

„Artur” zaprzyjaźnił się z „Wojtkiem”. Wieczorami często wypijali butelkę whisky, którą stawiał ten drugi. W sylwestra „Artur” poszedł do „Wojtka” i przyniósł swój alkohol. Kiedy w obu butelkach pokazało się dno, „Artur” pożalił się, że ogarnia go chandra. Niedługo miał wracać do Polski. W razie wpadki groziło mu wahadło, czyli śmierć przez powieszenie. Albo dożywocie. Tu w Monachium nie miał nikogo bliskiego. Żadnej rodziny. Tylko cztery ściany. Plątały się zmieszane z wódką słowa. Na koniec „Artur” powiedział, że wraca do siebie i będzie dalej pił do lustra. Już zmierzał chwiejnie do wyjścia, kiedy „Wojtek” chwycił go za ubranie, po czym zaciągnął na dół do taksówki. Razem pojechali na noworoczną imprezę w tajnym ośrodku. „Artur” właściwie nie powinien tam znowu trafić, bo wszystkich obowiązywała tajemnica. Ale tym razem polskie uczucia zwyciężyły nad amerykańskim rozumem. Chłodnym i beznamiętnym Amerykanom bardzo nie spodobała się polska przyjacielskość. Polakom – przeciwnie. „Artur” wzbudził podziw tych, którzy przygotowywali się do kursu szpiegowskiego. Jednym z nich był Stefan Skrzyszowski, który wcześniej przedostał się z Polski do Niemiec na polecenie oficera WiN – podobnie jak „Artur”.

„Artur” już wtedy objawiał gawędziarskie talenty, które rozwinęły się w pełni wiele lat później. Za sprawą narracyjnych umiejętności bywał duszą towarzystwa. Barwnie, ze szczegółami opowiadał ludziom z Delegatury o tym, jak wysłano go z misją właśnie do nich, na Zachód.

Pierwsze latarnie zapalały się nad Marszałkowską, podejmując nierówną walkę z mrokiem zapadającym na głównej ulicy w Warszawie. Chodnikiem do domów spływały tłumy ludzi. Wypluci przez fabryki i urzędy, popychani wskazówkami zegara, który obwieścił koniec dniówki, beznamiętnie mijali „Artura”.

A on w tej ulewie ludzi wypatrywał jednej kropli. Z myślą o tym nieznanym człowieku wyciągnął z kieszenie umówiony znak: gazetę z naderwanym rogiem.

Dwie minuty później zobaczył zmierzającego w jego stronę mężczyznę, którego zdecydowany krok zdawał się demonstrować, że właśnie zauważył kogoś znajomego, choć dawno nie widzianego.

– Skąd ja pana znam? – zapytał, gdy podszedł do „Artura”.

– Z pensjonatu Albion w Zakopanem – odpowiedział „Artur”.

– Rzeczywiście, graliśmy tam wielkiego szlema – odpowiedział mężczyzna, który jeszcze chwilę wcześniej był tylko nieznajomym, a teraz już wspólnikiem z konspiracji o pseudonimie „Jot”.

Złapali taksówkę, która zawiozła ich do Burakowa.

Mężczyzna zasypał „Artura” pytaniami: Dlaczego się ukrywa, jak dotarł do łącznika? Od kiedy i jak walczy z komunistami? Jakby badał, czy można mu zaufać. Dopiero po tym sondowaniu powiedział:

– III wojna światowa jest bliska. Ameryka uderzy na Związek Radziecki. Musimy działać ofensywnie.

„Artur” usłyszał, że wytypowano go jako kuriera, który przez zieloną granicę dostanie się do zachodnich Niemiec z materiałami podziemia, a potem wróci do Polski z instrukcjami na przyszłość.

– Ale ja przecież jestem tylko pionkiem w organizacji – zdziwił się „Artur”. – Niewiele o niej wiem, a w Niemczech będą mnie wypytywać o szczegóły.

„Jot” jednak w tym braku świadomości „Artura” upatrywał jego szczególną wartość. Mało kogo z konspiracji znał, więc w razie wpadki nikogo nie mógł wydać. Na misję w Niemczech miał zabrać ze sobą trochę mikrofilmów, a najważniejszych rzeczy nauczyć się na pamięć.

Spotykali się później wieczorami zawsze w tym samym mieszkaniu i do północy „Artur” wkuwał hasła, kontakty, punkty przerzutowe.

„Jot” zabronił mu sporządzania notatek, a sam palił nad popielniczką zwinięte w rulon materiały, które już przerobili.

Dziesięć dni później „Artur” był gotowy. Mieszkanie, w którym spotykał się z „Jotem”, miało pozostać puste do czasu, kiedy „Artur” zamelduje z Niemiec, że szczęśliwie dotarł do celu.

Koledzy z Delegatury Zagranicznej mogli podejrzewać, że „Arturowi” coś mrocznego leży na duszy. Często spotykali się prywatnie i w rozmowach sprawiał wrażenie kryjącego jakąś tajemnicę. Wreszcie jeden z WiN-owców namówił go, aby poszedł do spowiedzi.

„Artur” klęknął przed konfesjonałem w małym, drewnianym polskim kościele na przedmieściach Monachium. Powiedział księdzu, że w kraju zabił dwóch komunistów.

Ksiądz często wygłaszał antykomunistyczne kazania, a pracownicy Delegatury szukali wśród wychodzących ze mszy Polaków chętnych do współpracy. Potrzebowali ludzi, których po przeszkoleniu przerzucono by do Polski – najlepiej takich, którzy niedawno uciekli na Zachód, bo ci szczególnie dobrze znali współczesną rodzimą rzeczywistość, najłatwiej więc byłoby im prowadzić działalność konspiracyjną w kraju. Jeszcze lepsi wydawali się tacy, których WiN w Polsce wyekspediowałby na Zachód po to, aby przeszli szkolenie i wrócili.

Przysposobieniu poddano też „Artura”. Nauczono go między innymi potajemnej łączności. Przekazano mu instrukcję dotyczącą „serwet”, czyli tajnopisów używanych w korespondencji z WiN w Polsce. „Artur” zapamiętał punkty, które miał potem powtórzyć w kraju:

Używać do pisania tajnym atramentem papieru dobrej jakości, nieprzezroczystego i nieprzepuszczającego tuszu.

Rozłożyć papier na gładkiej, twardej powierzchni, takiej jak szyba, lustro, marmur.

Tekst tajny zanotować tylko na jednej stronie. Przed zrobieniem notatki najlepiej zaznaczyć na marginesie szerokość linijek; potem należy te znaki delikatnie usunąć.

Starać się, aby pismo zwykłe nie pokryło skrytego. Najlepiej tekst tajny sporządzić prostopadle do jawnego.

Pamiętać, aby nie odcisnąć na papierze wgłębień po tajnopisie. Można go sporządzić bardzo cienkim pędzelkiem. Ale lepiej delikatnie wiecznym piórem.

Tajnopis sporządzać drukowanymi literami.

Po spisaniu tajnej wersji trzymać papier przez dwie minuty nad parą wodną.

Potem położyć go na czystej bibule, nakryć drugą i wyprasować żelazkiem, aż znikną jakiekolwiek ślady tajnopisu.

Na tak przygotowanej kartce zanotować dowolny tekst jawnym pismem.

W korespondencji wypróbowano też inną, prymitywną metodę sporządzania tajnopisu. Pióro maczano w wodzie z rozpuszczonymi tabletkami od bólu głowy. Wpisywać należało pomiędzy wierszami jawnego tekstu. Po przetarciu nadmanganianem potasu ukazywały się ukryte zdania. Taką metodę zademonstrował Tomaszowi Gołąbowi „Wacławowi”, innemu kurierowi z Polski do Delegatury, Stefan Sieńko.