Kroków siedem do końcaTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny Lato i zima w Finlandii

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

W serii ukażą się m.in.:

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci republiki. O Algierczykach we Francji

Piotr Lipiński
Kroków siedem do końca
Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Na okładce: Karta daktyloskopijna Mariana Strużyńskiego sporządzona 22.11.1948, Archiwum IPN (IPN BU 00170/275/1)

Copyright © by Piotr Lipiński, 2020

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Patrycja Pączek, Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-119-1

Prolog

W tej historii nie ma nic pewnego. Prawie każdy okazuje się kimś innym. Lis udaje tygrysa, a być może jest kameleonem.

Ludzie, którzy znali prawdę, nie żyją. Albo w ogóle nie ma już prawdy. Stała się gąszczem fałszu, którego nikt nie rozwikła.

Wielu bohaterom tej opowieści tworzono fałszywe życiorysy. W końcu pewnie sami w nie uwierzyli.

Inni nigdy nie dowiedzieli się, jakie role im pisano. Zmarli nieświadomi, że wszystko wyglądało inaczej, niż mogło się zdawać.

W archiwach – dziś przechowywanych w Londynie – pozostało pudło z szyframi.

„E” – źródło informacji udzielanych nieświadomie.

„Kokos” – zrzut.

„Mrówki” – Delegatura Zagraniczna Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN), największej powojennej organizacji niepodległościowej walczącej z komunizmem.

„Słonie” – Stany Zjednoczone Ameryki.

„Środki lecznicze” – pieniądze.

„Tan” – dywersja.

„Mrówki” z wywiadem „Słoni” podpisały umowę za „środki lecznicze”. Celem był „Tan”.

To nie powieść szpiegowska. To życie.

Tak mógł wtedy pomyśleć. Biegł, żeby przeżyć. I uratować Polskę, zagarniętą przez Stalina.

„Artur” panował nad strachem. Ryzykował wiele razy. Teraz nie mniej niż wtedy, gdy służył w Armii Krajowej.

Ale wojna się skończyła. Tyle że nastała nowa okupacja, sowiecka.

Kilka lat wcześniej mógł zginąć od kul hitlerowców. Dziś, w listopadzie 1951 roku, mogły dosięgnąć go pociski wschodnioniemieckich milicjantów.

Przedzierał się przez granicę na Nysie Łużyckiej. Kurierskim szlakiem, od dawna używanym w powojennej konspiracji. Po polskiej stronie mógł jeszcze liczyć na wsparcie. Po niemieckiej musiał radzić sobie sam.

Czy skłonność do ryzyka odziedziczył po swoim przodku, który podczas wyprawy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego stracił nogę, lecz za odwagę otrzymał tytuł szlachecki? A miłość do wolnej Polski po ojcu endeku?

„Artur” miał już trzydzieści lat. Pełna roztropności wyobraźnia powoli zastępowała u niego młodzieńczą brawurę. Kiedy decydował się podjąć misję, rozumiał, że może zginąć.

Zmierzał do miejsca, które powinno odmienić losy Polski. Była to mieszcząca się w zachodnich Niemczech, na terenie okupowanym przez Stany Zjednoczone, komórka polskiego antykomunistycznego podziemia. Zwano ją Delegaturą Zagraniczną WiN.

„Artur” trochę był szczęściarzem, a trochę ciążyła nad nim klątwa. Wiele razy wpadali wokół niego ludzie z konspiracji, on jednak długo pozostawał na wolności. Siedział tylko raz, jeszcze w 1947 roku. Wtedy milicja zgarnęła go za – jak wzorem ówczesnej propagandy napisano w dokumentach – „bandycką działalność”.

Nad „Arturem” złowieszczo zawisł nie tylko życiorys „zaplutego karła reakcji”. W Polsce takich jak on określano wówczas pogardliwym mianem „syn kułaka”. Jego ojciec gospodarował na kilkuset hektarach.

Ale przecież teraz nie myślał o propagandowych obelgach. Nie było na to czasu.

„Artur” przepłynął rzekę w miejscu oddalonym o trzy kilometry na południe od Zgorzelca. Na niemieckim brzegu najpierw musiał pokonać dwukilometrową łąkę. W nocnych ciemnościach zaplątał się w druty. W pierwszej chwili zamarło mu serce – te kable mogły służyć sygnalizowaniu, że ktoś przekrada się przez zieloną granicę. Po chwili jednak zauważył, że trafił po prostu na ogrodzenie rozgraniczające pastwiska. Strach ma wielkie oczy, jak mogli mu powtarzać ojciec i matka; przypominano mu również ten banał na kurierskim szkoleniu. Ale gdy buzowała adrenalina, gdy po pokonaniu rzeki znalazł się sam wśród obcych, rozum przegrywał z emocjami.

Jego ciemną sylwetkę otulał mrok, chroniąc przed solidnymi niemieckimi lornetkami pograniczników. Ale ciemność była też wrogiem. Poruszał się w niej tak, jakby stracił wzrok.

Niemal po omacku dotarł do szosy. Co jakiś czas pojawiały się na niej samochody. Kiedy jeden z nich przejechał, a czerwony ślad tylnych lamp utonął w mroku, „Artur”, upewniwszy się, że nie zbliża się kolejny pojazd, przebiegł szybko na drugą stronę.

Tam zgodnie z planem skręcił w lewo.

Skradał się pod górę, co chwilę zadzierając głowę. Szukał linii wysokiego napięcia. Według zapamiętanej mapy to ona miała stać się jego przewodnikiem.

Mżyło. Deszcz przymarzał do ubrania. „Artur” ślizgał się po błotnistej mazi.

Nagle usłyszał wroga, który zdradził niejednego kuriera i szpiega.

Psy. Przekleństwo pragnących pozostać niezauważonymi. Wiejskie burki ujadające, gdy tylko wyczują kogoś obcego, spowodowały panikę u wielu konspiratorów.

Głos tego bezmyślnego nieprzyjaciela potrafi nieść się daleko. Dlatego „Artur” ominął zabudowania. Wiedział, że są w nich psy, które szczekaniem zwrócą na niego uwagę.

Znalazł pierwszy słup. Noc była jednak tak ciemna, że zadarłszy głowę, z najwyższym trudem dostrzegał druty. Kolejne słupy całkowicie gubiły się w mroku.

Co chwila wpadał w jakieś doły, zsuwał się ze skarpy. Błotniste zbocze to wybrzuszało się, to zapadało, jakby chciało go z siebie zrzucić. Skradał się tak cztery godziny, aż nastał świt.

Ta misja nobilitowała „Artura”, choć nikomu nie mógł się nią pochwalić. Obowiązywała ścisła konspiracja. W drogę wysłali go ludzie, których znał tylko z pseudonimów. Do Niemiec skierował go ważny oficer rezydujący w Warszawie. „Artur” trafił do niego na rozkaz innej prominentnej osoby, działającej w Krakowie.

 

Konspiracja była jeszcze głębsza niż za czasów AK-owskich. Musiała taka być. Urząd Bezpieczeństwa, wspierany przez sowieckie NKWD, okazał się przeciwnikiem trudniejszym niż hitlerowcy. Kolejne aresztowania i akcje ujawnieniowe dały komunistycznym tajnym służbom nieocenioną wiedzę. Ubecy skrupulatnie notowali, kto był czyim podwładnym w AK podczas wojny, i na podstawie tego wnioskowali, jak mogą wyglądać powiązania w antykomunistycznym podziemiu po wojnie.

Polscy emigranci, do których „Artur” zmierzał – a nie brakowało wśród nich uciekinierów z kraju – wierzyli, że niedługo sowiecka niewola się skończy. Że wybuchnie III wojna światowa. A Polacy, którzy kryli się po lasach w partyzanckich oddziałach czy melinowali w miastach na tajnych kwaterach, chwycą za broń i wspomogą zachodnie desanty. Delegatura Zagraniczna WiN podpisała więc umowę z amerykańskim wywiadem, który zapewnił środki na szkolenia sabotażystów.

Ale żeby to wszystko się ziściło, żeby wreszcie zaczęła się wojna, która przyniesienie wyzwolenie, „Artur” musiał najpierw dotrzeć do zachodnich Niemiec. A potem przerzucić do kraju dokument szczegółowo opisujący dywersyjne cele.

To od tego planu zależała wolność Polski.

Ostatni akt tej historii to propagandowa wystawa Oto Ameryka.

Jest koniec 1952 roku. Za kilka miesięcy umrze Stalin. W warszawskim Arsenale otwarto ekspozycję, którą Marek Hłasko opisze w Pięknych dwudziestoletnich: „Nazbierano do cholery i trochę eksponatów: pistolety dla szpiegów, bomby napalmowe, komiksy zrobione z Braci Karamazow i trupy jakichś Murzynów. Skutki wystawy były straszliwe; godzinami czekało się w kolejce na wejście, gdyż ludzie chcieli zobaczyć cokolwiek amerykańskiego”[1].

Wystawę pokazała Polska Kronika Filmowa. Na początku ekran wypełniała Statua Wolności, której cień przypominał policjanta z uniesioną w prawej ręce pałką. Kto nie pojął tego wizualnego przekazu, temu Andrzej Łapicki czytający komentarz Karola Małcużyńskiego wyjaśniał: „W kraju wolności miliony ludzi poza prawem”. Tu pojawiała się czarnoskóra twarz. Lektor cedził: „Co czeka tego obywatela wolnego kraju? Widmo Ku Klux Klanu. Stryczek założony ręką amerykańskich faszystów. Jest wolność w tym kraju dla samosądów i linczów. Jest wolność w tym kraju dla fabrykantów i łamistrajków. Państwo i policja bronią do upadłego wolności trustów i koncernów, prawa do wyzysku, wnoszą amerykański styl życia. Malarstwo. Gołe dziwki na bikiniarskich krawatach i na kolorowych gatkach. Literatura. Zdziczenie, sadyzm, pornografia”.

Jednak w spętanej stalinizmem Polsce butelki coca-coli wydawały się symbolami wolności, a nie zwyrodnienia, jak chciała propaganda. Polacy pożądali wszelkich materialnych dowodów zachodniej zgnilizny.

Gdy ludzie tłumnie zwiedzali wystawę Oto Ameryka, 28 grudnia 1952 roku Polska Agencja Prasowa doniosła o ujawnieniu się V Komendy – z czasem takim właśnie mianem ochrzczonej przez historyków – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Ową ostateczną kapitulację żołnierzy wyklętych – to też późniejsza nazwa – podpisali J. J. Kowalski „Kos”, komendant WiN, i Stefan Sieńko „Wiktor”, jego zastępca. Przekazali władzom bezpieczeństwa broń, radiostacje, szyfry oraz ponad milion dolarów. Te ostatnie – jak skrupulatnie zaznaczyła prasa – otrzymali od wywiadu USA.

Gazety podały treść oświadczenia „Kosa” i „Wiktora”: „Kierowaliśmy organizacją wtedy, kiedy na naszych oczach w Warszawie rosły nowe dzielnice mieszkaniowe, dziesiątki nowych fabryk, kiedy zaczęto wznosić Nową Hutę, kiedy odbudowywał się stary Gdańsk”.

Pisali o powodach, dla których porzucają konspirację: „Z przerażeniem stwierdzaliśmy, że odchodzili od nas ludzie przedstawiający jakąś wartość, pozostawały natomiast przy nas typy sienkiewiczowskich Kiemliczów, o ptasim mózgu i rękach przywykłych do »mokrej roboty«, o wartości moralnej równej zeru. Przybyli do nas z zagranicy emisariusze stanowili również typ awanturników, cynicznych kondotierów, obojętnych na losy narodu, dbałych przede wszystkim o własną bezpośrednią korzyść. […]

Wywiad amerykański wierzył, że kupił nas za judaszowe dolary, że znalazł w kraju polskich najmitów dla antypolskiej roboty”.

Wszystkie te sformułowania tak ściśle współbrzmiały z oficjalną komunistyczną propagandą, jakby dowódców WiN złamało UB. Do Polaków przez kolejne powojenne lata coraz to dochodziły głosy o przerażających torturach, jakimi ubecy dręczą swoich więźniów.

Po opublikowaniu oświadczenia o ujawnieniu się V Komendy WiN Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) zbadało nastroje społeczne – oczywiście tylko na potrzeby władzy, bo nikt wówczas nawet nie myślał o tym, żeby takie sondaże publikować w gazetach. Według MBP robotnicy kopalni stwierdzali: „Naród polski widzi swoje osiągnięcia, nawet małe dzieci rozmawiają o tym, jak było dawniej, a jak jest dzisiaj. Nasyłanie szpiegów przez imperializm amerykański z dnia na dzień ukraca się”. Następnie postulowali: „Takich, którzy do trzeciej wojny dążą, należy bezwzględnie niszczyć, gdyż wbrew sumieniu klasy robotniczej służą klice podżegaczy wojennych. Każdy robotnik winien być czujny, aby w porę likwidować takie czy inne zamiary wroga”.

Pracownicy Polskich Kolei Państwowych w Poznaniu: „Ludzie, którzy się jeszcze ukrywają i liczą na nową wojnę, to chyba ludzie bez zdrowego rozsądku”.

Robotnicy z Łodzi i Lublina: „Koniec z amerykańskimi dolarami, czas najwyższy, aby wszyscy wrogowie obecnego ustroju ujawnili się i nie przeszkadzali nam w budownictwie socjalizmu. Władza jest silna, nie ma sensu prowadzić działalności konspiracyjnej”.

Średnio i małorolni chłopi z województwa krakowskiego: „Obecnie nie udaje się tak, jak udawało się przed wojną, gdy rządzili się w Polsce jak szara gęś. Każde wrogie zamiary są likwidowane przez Organa B. P. Polski Ludowej. Coraz mniej spotykać się będzie zdrajców, którzy zamierzali wyprzedawać swoją ojczyznę za dolary”.

MBP odnotowało także: „Silne poruszenie wywołało »oświadczenie« wśród b. członków wrogich organizacji – AK, WiN, NSZ, UPA, w środowiskach klerykalnych, prywatnej inicjatywy itp.”.

W tych kręgach zaobserwowano masowe wykupowanie gazet i uruchamianie uszkodzonych radioodbiorników. Owe środowiska najbardziej absorbowały pytania, czy kierownicy WiN zgłosili się dobrowolnie, dlaczego, dysponując milionem dolarów, nie uciekli za granicę, czy nie zostaną aresztowani, a nawet otruci. Przecież wkrótce po wojnie ludzie podziemia ujawniali się, mając gwarancję amnestii, a potem i tak trafiali do więzień.

W komunizmie zawsze realizują się czarne scenariusze. Obawy ludzi znalazły potwierdzenie. Zaczęły się procesy.

Wystawa Oto Ameryka wzbogaciła się o nowe eksponaty: hełmy, pasy z kieszonkami na pieniądze i rewolwery, ampułki z trucizną i tak zwany beacon, czyli przyrząd do naprowadzania samolotów na miejsca zrzutów. To wyposażenie szpiegowskie. Odebrano je Stefanowi Skrzyszowskiemu i Dionizemu Sosnowskiemu. Obu ponad rok wcześniej oficerowie V Komendy wysłali na Zachód. Jako emisariusze trafili do Delegatury Zagranicznej WiN, przedzierając się przez niemiecką granicę, jak „Artur”. Na Zachodzie przeszkolono ich – wraz z grupą innych emigrantów – a potem zrzucono na terytorium Polski z amerykańskiego samolotu. Mieli wspierać krajową konspirację.

„Najemnicy imperializmu wpadli w ręce polskich władz bezpieczeństwa” – tak o nich mówiono w Polskiej Kronice Filmowej z 1953 roku. Kamera sunęła po twarzach dwóch mężczyzn zasiadających na ławie oskarżonych. Sądzono ich dwa miesiące po ujawnieniu się V Komendy WiN.

Urządzono im proces pokazowy, nagłośniony jako ostateczna rozprawa z WiN-owskimi dywersantami. „Trybuna Ludu” piórem Zygmunta Broniarka pytała: „Kim są ci podrzędni giermkowie amerykańskiego wywiadu?”, po czym odpowiadała sama sobie: „Szumowiny wywabiane na wierzch przez amerykańskie dolary”.

Cała rozprawa trwała zaledwie jeden dzień – 18 lutego 1953 roku. Tyle wystarczyło, aby obu skazano na śmierć. Pod wyrokiem podpisali się sędziowie pułkownik Mieczysław Widaj – podczas wojny żołnierz Armii Krajowej – oraz porucznicy Jan Paramonow i Stanisław Kozłowski. Stefana Skrzyszowskiego i Dionizego Sosnowskiego stracono 15 maja 1953 roku.

Po ujawnieniu się V Komendy swoje śledztwo wdrożyła Delegatura. Emigranci sami byli zaskoczeni, dlaczego dowódcy WiN w kraju podjęli decyzję o porzuceniu podziemia. Nie konsultowali jej wcześniej ze swoimi zagranicznymi emisariuszami. Kierujący Delegaturą Józef Maciołek zanotował 4 stycznia 1953 roku: „Na podstawie przeprowadzonej analizy stwierdziliśmy, że wpadło archiwum w kraju, i to, co dotychczas można stwierdzić na podstawie wypowiedzi, UB posiada materiały do początków września 1952 r. Jest to niewątpliwie wielka szkoda i strata, ale jeżeli weźmiemy to pod uwagę, a poza tym jeszcze szereg innych danych, uważamy, że »zgłoszenie się dobrowolne« do UB Kosa i Wiktora jest wykluczone. Jesteśmy raczej przekonani, że są oni obydwaj aresztowani, chociaż mając archiwum, samo UB mogło takie oświadczenie bardzo łatwo skonstruować. Bierzemy pod uwagę i to, że ta ostatnia możliwość byłaby nieco ryzykowna, bo nie mogliby ich później pokazać”.

Pułkownik Maciołek wysnuł wniosek, że to nowa taktyka UB. Procesy pokazowe najwyraźniej przestały przynosić propagandowe korzyści. Dlatego Polakom nigdy nie ujawniono twarzy „Wiktora” i „Kosa”.

Czy wszystko mogło potoczyć się inaczej? Czy żołnierze WiN mogli stanąć u boku amerykańskich skoczków po wybuchu III wojny światowej?

To powinni wiedzieć ci, którzy – może z rozpaczy – ujawnili V Komendę.

Oraz kurier „Artur”, przekradający się przez niemiecką granicę.

Historia V Komendy to opowieść szkatułkowa. Kiedy zagląda się do pudełka kryjącego czyjś los, w jego głębi odkrywa się historię kolejnego człowieka. Ta saga nigdy nie ma końca. Wciąż można ruszać tropem nowych postaci, a nawet trzeba uchylać następne wieczka, żeby zrozumieć całość.

Pierwszy raz o V Komendzie usłyszałem ćwierć wieku temu. Mimo że w Polsce upadł już komunizm, wciąż rzadko o niej wspominano. Nadal otaczała ją tajemnica.

To zdumiewające. Przecież działała aż pięć lat. Dwa razy dłużej niż cztery poprzednie komendy WiN. Dlaczego więc jej historia gdzieś się zagubiła?

Wtedy, próbując rozwikłać jej dzieje, często słyszałem:

– Pan jest za młody, żeby o tym pisać.

Z czasem przynajmniej ten problem się rozwiązał. Dziś nikt już mi tego nie powie.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych poznawałem dzieje V Komendy, losami skazywanych i mordowanych żołnierzy podziemia antykomunistycznego zajmowała się Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – Instytut Pamięci Narodowej (IPN). To była dla niej nowość. Wcześniej, w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL), tropiła tylko zbrodniarzy hitlerowskich. Długo po II wojnie światowej prowadziła już niewiele śledztw. W Warszawie zatrudniała mniej prokuratorów, niż miała liter w nazwie – dziesięciu.

Mieczysław Sosiński, naczelnik wydziału w Komisji, powiedział mi, że w sprawie ubeckich działań związanych z V Komendą wszczęto śledztwo. Jednak, choć było mu przykro, żadnych innych informacji nie mógł mi udzielić.

– Akta sprawy przekazał nam Urząd Ochrony Państwa, ale odtajnił je tylko na potrzeby śledztwa – wyjaśnił. – Nie możemy ich udostępniać.

Nikomu w Komisji nie wolno więc było zdradzić mi nowych nazwisk „Wiktora” i „Kosa”. Ani nawet powiedzieć, czy żyją.

To wszystko, co teraz wydaje się oczywiste, wówczas jeszcze takie nie było. „Białe plamy” – tak nazywano te wydarzenia w historii, o których nie wspominała jej komunistyczna wersja. Mord w Katyniu, pakt Ribbentrop–Mołotow, proces szesnastu… Zeskrobywaniem tych plam, odsłanianiem tego, co się pod nimi kryło, zajęli się nie tylko zawodowi historycy. Książki pisali też często pasjonaci, którzy nie odróżniali prawdy od kłamstwa. „Białe plamy” szybko stały się „czarnymi plamami”. Papierowa historia pozostała papierowa – pozbawiona odcieni szarości, które dominują w życiu.

Wtedy nie poznałem więc zbyt wielu materiałów dotyczących V Komendy. Nieco ponad setkę stron zdobyłem z prywatnych źródeł, związanych z komunistycznymi tajnymi służbami. Do archiwów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW) i Urzędu Ochrony Państwa (UOP), prawnych następców komunistycznego aparatu represji, w zasadzie nie miałem żadnego dostępu. Wszystko nadal pozostawało tajne. Albo zagrzebane w jakimś kącie. Archiwiści sami nie do końca wiedzieli, nad czym trzymają pieczę. W MSW i UOP pojawili się nowi ludzie z pokolenia Solidarności, którzy nagle znaleźli się na nieznanym terytorium. Z trudem orientowali się, gdzie czego szukać.

Ale wtedy żyli jeszcze tacy, których można było zapytać o wydarzenia sprzed lat. Ci związani w latach stalinizmu z Urzędem Bezpieczeństwa rzadko zgadzali się na rozmowę. Byłem reporterem „Gazety Wyborczej” – dla nich wcieleniem wszystkiego, co przeklęte. Pozwalali nagrywać nasze rozmowy, bo zwykle zastrzegałem, że magnetofon to tylko rodzaj notatnika. Że ich głosy nie pojawią się w radiu ani w telewizji, a pozostaną jak słowa zapisane w zeszycie. Jeśli już godzili się na spotkanie, to miałem wrażenie, że chcą nie tyle opowiedzieć mi swoją historię, ile wybadać, czego sam już się o nich dowiedziałem. Toczyli swoją grę, którą zaczęli kilkadziesiąt lat wcześniej. Może już nie potrafili inaczej. W ich życiu nastąpił nagły zwrot. Zaczynano rozliczenia ze stalinizmem. Każdy ubek obawiał się ławy oskarżonych.

 

Z czasem dokumenty stawały się bardziej dostępne. Nagle jakiś archiwista znajdował dla mnie kilka stron, które otwierały kolejną historię. Wracałem więc do tych samych ludzi z nowymi pytaniami. Odkryłem bowiem, że muszę ich przyciskać faktami. Sami z siebie ujawniali mi niewiele.

Aż wreszcie zalała mnie powódź dokumentów. Kiedy archiwalne papiery trafiły do Instytutu Pamięci Narodowej, zorientowałem się, że ubecy poświęcili V Komendzie dziesiątki tysięcy stron swoich raportów, protokołów przesłuchań, opracowań. Po przeczytaniu ich mógłbym wielu bohaterom i antybohaterom tej historii zadać mnóstwo szczegółowych pytań, ale tymczasem niemal wszyscy zmarli.

Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pierwszy raz pisałem w „Gazecie Wyborczej” o V Komendzie, odtwarzałem wydarzenia, czerpiąc wiedzę głównie z tego, co powiedzieli mi pamiętający je ludzie.

W tym dzienniku opublikowałem trzy reportaże o V Komendzie – znalazły się w książkowym zbiorze moich tekstów Ofiary Niejasnego (Prószyński i S-ka, Warszawa 2004). Po jakimś czasie zorientowałem się, że tom został „spiratowany”. Ktoś go zeskanował i wrzucił do sieci. Ten przejaw nowoczesności zwrócił mi uwagę na fakt, że żadnej z moich książek nie można legalnie przeczytać w wersji elektronicznej. Postanowiłem więc wydać własnego e-booka – połączyłem w nim te teksty o V Komendzie, które ukazały się w „Gazecie Wyborczej” i Ofiarach Niejasnego. Ukazał się w 2012 roku pod tytułem Piąta Komenda. O tym eksperymencie też zresztą napisałem w „Gazecie Wyborczej”, bo były to czasy rodzenia się rynku książki elektronicznej w Polsce.

Dziś mogę dodać do tej opowieści wszystko to, czego dowiedziałem się w ostatnich latach ze stosów dokumentów. Jedne z nich poznałem podczas przygotowywania artykułów dla „Newsweeka Historia”, drugie studiowałem na potrzeby tej książki. Zaskakujące jest to, że te wystukane na maszynach albo napisane odręcznie kartki pozwoliły mi zrozumieć więcej z opowieści ludzi, których nagrywałem w latach dziewięćdziesiątych. Całość więc nagle rozrosła się wydatnie. Obecna wersja tekstu jest przynajmniej cztery razy obszerniejsza niż mój e-book. Zaskoczyło mnie, jak mało wiedziałem – albo że wręcz nie miałem pojęcia – o niektórych niesamowitych wątkach związanych z V Komendą. Kiedy znowu odsłuchiwałem magnetofonowe taśmy, słyszałem w pewnym sensie więcej niż wówczas, gdy przeprowadzałem wywiady. Dwie połówki historii – mówiona i pisana – złożyły się wreszcie w całość.