My, trans

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

OD AUTORA

ZABIJ MNIE

ALDONA

EMILIA

ŻYĆ PO PROSTU

ANNA

MATEUSZ

W IMIĘ OJCA I SYNA

PAWEŁ

MICHAEL, WIKTOR, TYMOTEUSZ

NA SUMIENIU SYRENKI

FELIKS

KATARZYNA

NIE PO POLSKU

JOANNA

KASIA I MACIEK

KOŚCIÓŁ NA GRUPIE

KSIĄDZ PROFESOR ANDRZEJ

EWELINA

POZEW NA RECEPTĘ

DOKTOR AGNIESZKA

MECENAS ANNA

NIEPOPRAWNOŚĆ POLITYCZNA

ANNA I LALKA

MAJA

Mojej Mamie, która nauczyła mnie być ojcem.

Mojej Żonie Magdzie i Moim Córkom,

Helence i Wiktorii.

Każdej z osobna. Każdej inaczej.

OD AUTORA

Do­wie­dzie­li­śmy się pod ko­niec wrze­śnia 2020 roku. Na­sze dziec­ko za chwi­lę ko­ńczy­ło 20 lat i wła­śnie za­czy­na­ło nowe ży­cie. Tak na­ro­dzi­ła się Wik­to­ria. Choć daw­ny syn wte­dy jesz­cze w nas żył.

Nie wszyst­ko wie­dzie­li­śmy. Nie wszyst­ko ro­zu­mie­li­śmy. Ale mie­li­śmy pew­no­ść, że na­dal będzie­my ko­chać.

Parę ty­go­dni pó­źniej po­sta­no­wi­łem zro­bić do­ku­ment o ro­dzi­cach ta­kich jak my. To był pre­tekst, żeby się wy­ga­dać i na­słu­chać. Żeby w ten spo­sób prze­jść wła­sną te­ra­pię. Wszyst­ko o moim dziec­ku mia­ło pre­mie­rę w TVN24 tuż przed Dniem Wi­dzial­no­ści Osób Trans­płcio­wych, w spe­cjal­nym wy­da­niu ma­ga­zy­nu Czar­no na bia­łym. Chy­ba ni­g­dy wcze­śniej w pol­skiej te­le­wi­zji nie po­wie­dzia­no tak wie­le o pro­ble­mie to­żsa­mo­ści płcio­wej; o tym, jak skom­pli­ko­wa­ne jest ży­cie osób trans, ale ta­kże – co bar­dzo wa­żne – jak wiel­kie jest to wy­zwa­nie dla ich ro­dzin.

Od­zew był ogrom­ny – to, co mia­ło po­móc głów­nie mnie, jak się oka­za­ło, po­mo­gło ta­kże wie­lu in­nym. Ten re­por­taż w nie­jed­nym domu by­wał wstępem do roz­mów, ja­kie z za­wsty­dze­nia i prze­lęk­nie­nia od­kła­da­no na pó­źniej. Lub na ni­g­dy.

Ko­lej­ne ese­me­sy, te­le­fo­ny, ko­men­ta­rze w in­ter­ne­cie tka­ły ob­raz spo­łecz­no­ści – na co dzień ukry­tej, ale tym bar­dziej po­trze­bu­jącej moc­ne­go, pew­ne­go swo­ich ra­cji gło­su, któ­ry po­win­ni usły­szeć wszy­scy. Bo osta­tecz­nie wszy­scy – nasi sąsie­dzi, przy­pad­ko­wi prze­chod­nie, eks­pe­dient­ka w wa­rzyw­nia­ku, li­sto­nosz, po­li­tyk, pani od ma­te­ma­ty­ki, ka­te­che­ta czy po­li­cjant­ka – mają wpływ na ja­ko­ść i po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa na­szych dzie­ci i nas – ich bli­skich.

Pro­po­zy­cja na­pi­sa­nia ksi­ążki przy­szła we wła­ści­wym mo­men­cie. Wła­ści­wym dla mnie. Nie pla­no­wa­łem by­cia ak­ty­wi­stą, ale po­wo­li się nim sta­wa­łem. Ko­lej­nym do tego kro­kiem był wy­wiad w dwu­mie­si­ęcz­ni­ku „Re­pli­ka”. Uka­zał się w Dzień Dziec­ka 2021 roku. To w nim pu­blicz­nie opo­wie­dzia­łem o moim dziec­ku, o Wik­to­rii.

Z Wik­to­rią spo­tka­li­śmy się ta­kże tu – w ksi­ążce. Za zgo­dą mo­jej Cór­ki od­da­ję Wam tro­chę in­tym­no­ści – frag­men­ty na­szych wspól­nych roz­mów. O ilu­stra­cje do nich po­pro­si­łem Ma­te­usza – jego hi­sto­ria jest ta­kże częścią tej opo­wie­ści.

Ta ksi­ążka jest o lu­dziach, któ­rzy szu­ka­ją sie­bie i cza­sem błądzą. Jest o pa­ństwie, któ­re w ni­czym nam – oso­bom trans i ich ro­dzi­nom – nie po­ma­ga, ale za to sys­te­mo­wo nas upo­ka­rza. Jest wresz­cie o Ko­ście­le, któ­ry – czy tego chce­my, czy nie – jest w Pol­sce in­sty­tu­cją wa­żną, aspi­ru­jącą do wy­ższych ce­lów, ce­lo­wo jed­nak lub z bez­my­śl­no­ści po­ni­ża­jącą wier­nych ukry­tych za skró­tem LGB­TQ+.

Nie by­ło­by tej ksi­ążki, gdy­by nie moi bo­ha­te­ro­wie. Lu­bię tak o nich my­śleć. Bo­ha­te­ro­wie. Dzi­ęku­ję Wam! Bar­dzo dzi­ęku­ję wszyst­kim moim roz­mów­com. My, ro­dzi­ny trans, za­bie­ra­my głos. To jest moja mi­sja. This is „My trans”.

ZABIJ MNIE

Nie wie­dzia­łam, co to jest dys­fo­ria. Nic nie sły­sza­łam o trans. Coś kie­dyś było o gen­der, ale to mó­wi­li po­li­ty­cy, więc też nie za bar­dzo ro­zu­mia­łam, o co cho­dzi. Wszyst­ko, cze­go do­wia­du­jesz się w ja­ki­mś sen­sie o so­bie, jest albo za­sły­sza­ne, albo zna­le­zio­ne w miej­scach typu Por­n­hub – gdzie wi­dzisz dziew­czy­nę z pe­ni­sem i nie ogar­niasz, jak z nią jest.

I to prze­cież prze­kie­ro­wu­je cię na nie­wła­ści­wą ście­żkę...

Tak, to była nie­wła­ści­wa ście­żka...

Bo ten Por­n­hub to jest po pro­stu seks, więc mo­żesz po­my­śleć: hmm, to taki ro­dzaj zbo­cze­nia?

Tak, w zwi­ąz­ku z tym całe ży­cie by­łam prze­ko­na­na, że to jest ro­dzaj zbo­cze­nia, dzi­wac­twa. Że to taki fe­tysz.

Idziesz w te re­jo­ny sek­su­al­no­ści, ero­ty­ki i w zwi­ąz­ku z tym od­da­lasz się od isto­ty spra­wy. Od to­żsa­mo­ści płcio­wej.

Ja­sne, że się od­da­lam. Ale pod ręką nie mam nic, co mnie do niej przy­bli­ży! W szko­le nikt o tym nie uczył. Mam więc tyl­ko taki ro­dzaj „wie­dzy”. I przez pry­zmat tej „wie­dzy” mogę o so­bie my­śleć wła­ści­wie tyl­ko w je­den spo­sób. Źle.

Ale ci­ągle tej wie­dzy szu­ka­łaś...

Tak, ale nie było spo­so­bu, żeby do­jść do tych wła­ści­wych in­for­ma­cji, nie za­li­cza­jąc po dro­dze wszyst­kich in­nych... któ­re po­wo­do­wa­ły, że czu­łam się jak... szma­ta.



ALDONA

Po roz­mo­wie z nią pła­ka­łem. Nie wy­trzy­ma­łem tego, co mó­wi­ła i jak o tym opo­wia­da­ła. Emo­cjo­nal­ny rol­ler­co­aster. Jej ła­god­nie uśmiech­ni­ęta twarz na­gle tęża­ła. Na roz­mo­wę za­pro­si­ła mnie do swo­je­go kra­kow­skie­go miesz­ka­nia. Sie­dzie­li­śmy w po­ko­ju, w któ­rym zda­rza­ło jej się wró­żyć. Na sto­le kar­ty, ma­gicz­ne ka­mie­nie, w po­wie­trzu ka­dzi­de­łka. A w sza­fie tęczo­wa fla­ga z na­pi­sem: „Je­steś moim dziec­kiem. Nie ide­olo­gią. Mama”. Za­pis tej roz­mo­wy jest dość su­ro­wy i jed­no­oso­bo­wy. Uzna­łem, że Al­do­nie nie na­le­ży prze­szka­dzać.

Nie. Syn nie był szczęśli­wy. Ab­so­lut­nie żad­nych przy­ja­ciół. Jed­na je­dy­na ko­le­żan­ka od pod­sta­wów­ki, a i ta wy­je­cha­ła z Pol­ski. Je­dy­ne to­wa­rzy­stwo to te­le­fon, ese­me­sy, ma­ile i gry kom­pu­te­ro­we. W na­szym miesz­ka­niu ni­g­dy przez 19 lat nie było żad­ne­go ko­le­gi. Naj­pierw my­śla­łam, że to taki cha­rak­ter. Czło­wiek skry­ty, in­tro­wer­tycz­ny, ale zna­ko­mi­cie się uczył. Mat­ka do­pa­tru­je się cech nie­zwy­kłych w swo­im dziec­ku, więc wy­da­wał mi się taki po­nad­prze­ci­ęt­ny. Języ­ki, kon­kur­sy. Przed ma­tu­rą bła­gał mnie, żeby nie ta­ńczyć po­lo­ne­za. Wte­dy po­my­śla­łam, że jest ho­mo­sek­su­ali­stą.

Okrop­nym mo­men­tem było bierz­mo­wa­nie. Po­nie­waż ona w ogó­le ni­g­dy nie chcia­ła być w ja­kie­jś gru­pie. Z po­wo­du mo­jej mamy zmu­si­łam ją do bierz­mo­wa­nia. I zro­bi­ła nie­sa­mo­wi­tą rzecz. Mam na­wet zdjęcie. Moja cór­ka ma 1,85 wzro­stu. Za­py­ta­ła, czy ku­pię jej cy­lin­der. Za­mó­wi­ła to so­bie przez in­ter­net, ubra­ła ten cy­lin­der na gło­wę, mia­ła czer­wo­ny kra­wat i nie ści­ągnęła tego cy­lin­dra w koś­cie­le. Mia­ła wte­dy w tym cy­lin­drze chy­ba ze dwa me­try wzro­stu. To był bunt. Nie prze­ciw­ko re­li­gii. Prze­ciw­ko temu, że ja jej ka­za­łam tam być. A ona bła­ga­ła, żeby nie.

Ba­łam się o nią, bo za­sta­na­wia­ła mnie ta sa­mot­no­ść. Po­myś­la­łam so­bie: „Boże, co to będzie za dziw­ny czło­wiek?”. Więc wy­my­śli­łam hi­sto­rię, że będzie bak­te­rio­lo­giem i będzie w za­mkni­ętym in­sty­tu­cie na­uko­wym ba­da­ła bak­te­rię, któ­ra ura­tu­je ludz­ko­ść.

Była dru­ga w nocy, jak we­szłam do po­ko­ju syna. Grał na kom­pu­te­rze. Po­pa­trzy­łam na nie­go i mó­wię: „Ka­rol, mu­szę cię o coś za­py­tać. Po­wiedz mi, czy ty je­steś ho­mo­sek­su­ali­stą?”. On się od­wró­cił i krzyk­nął: „Nie­ee!”. Aha, my­ślę, jest, tra­fio­ny. Dwa ty­go­dnie pó­źniej sie­dzi­my w kuch­ni, pi­je­my kaw­kę i sły­szę: „Mamo, mu­szę ci coś po­wie­dzieć. Ja nie je­stem ho­mo­sek­su­ali­stą. Ja je­stem bi”. „Hmm, to po­wiedz mi coś wi­ęcej o tym «bi»”. I wte­dy ona – te­raz już będę mó­wić „ona” – usia­dła obok mnie i za­częła pła­kać. I po­pro­si­ła, że­by­śmy po­szły do le­ka­rza.

 

Zna­la­zły­śmy kli­ni­kę w Kra­ko­wie i – nie za­pom­nę tego ni­g­dy – z ga­bi­ne­tu wy­cho­dzi le­karz, pod­cho­dzi do mo­je­go dziec­ka i pyta: „Jak się mam zwra­cać? Dam­sko czy męsko?”. „Dam­sko...” I le­karz wy­ci­ąga rękę do mo­je­go syna i mówi: „Wi­tam pa­nią”. I to był, po­wiem szcze­rze, punkt zwrot­ny mo­je­go ży­cia. Sie­dzia­łam na tym ko­ry­ta­rzu i mó­wi­łam so­bie: „To jest moja cór­ka. To jest moja ko­bie­ta”.

A za­raz po­tem za­częłam tak strasz­nie ry­czeć, bo po­my­śla­łam – dziw­nie krążą te my­śli czło­wie­ka – że ja już jej nie ku­pię ko­ni­ka Pony. Kie­dy ja to nad­ro­bię? Więc tego dnia po­je­cha­łam do skle­pu i ku­pi­łam jej przy­naj­mniej... ró­żo­we skar­pet­ki.

Na­stęp­ne­go dnia (szyb­ko to po­szło) po­pro­si­ła: „Cho­dź ze mną do skle­pu. Chcia­ła­bym mieć dam­skie rze­czy”. I po­szły­śmy. Oczy­wi­ście trud­no mi ją było prze­ko­nać, że musi mieć roz­mia­ry XL, bo jest dużą oso­bą. Ona chcia­ła „eski” i „emki”. Ku­pi­ły­śmy pierw­szą spód­nicz­kę, pierw­szą bluz­kę. Wró­ci­ły­śmy do domu, ale ja nie mo­głam so­bie da­ro­wać. Po­je­cha­łam sama do tego cen­trum han­dlo­we­go i po­szłam do skle­pu z bie­li­zną. Pra­co­wa­ły tam mło­de dziew­czy­ny, po­wie­dzia­łam, że ju­tro przyj­dę z cór­ką. Uprze­dzi­łam, jak jest. Ja­kie one były fan­ta­stycz­ne na­stęp­ne­go dnia! Ta­kie uprzej­me, nic nie dały po so­bie po­znać. Wy­bie­ra­ły biu­sto­no­sze, przy­no­si­ły te wszyst­kie ha­ft­ki, przedłu­że­nia. No, coś pi­ęk­ne­go. Mia­łam dla nich wie­ki sza­cu­nek. Parę dni pó­źniej po­je­cha­łam w de­le­ga­cję i wte­dy ku­pi­łam mo­jej cór­ce pierw­sze si­li­ko­ny. Bar­dzo się cie­szy­ła. I tak... uczy­łam się... mo­jej cór­ki. I tak tro­chę za­ma­zy­wa­łam ob­raz mo­je­go uko­cha­ne­go syna. Syna, z któ­re­go by­łam dum­na, w któ­rym by­łam tak za­ko­cha­na, któ­ry był taki mądry, któ­ry tak im­po­no­wał mi wszyst­kim. Swo­ją uro­dą, swo­imi zdol­no­ścia­mi, po­my­sła­mi... no, a te­raz to było ta­kie tro­chę... brzyd­kie ka­cząt­ko, któ­re na­gle ma te bu­ci­ki, te raj­sto­py, spód­nicz­kę. Mu­sia­łam się tego uczyć.

Dużo gra­ła w gry kom­pu­te­ro­we. Mi­ędzy­na­ro­do­we. Więc ci­ągle w po­ko­ju były echa ró­żnych osób. Sły­sza­łam te gło­sy i my­śla­łam, że może to ró­żni­ca po­ko­leń, że oni tak mają – nie mu­szą się spo­ty­kać na żywo, bo spo­ty­ka­ją się tak. W re­alu to tyl­ko cho­dzi­ła na kon­wen­ty fa­nów gier fan­ta­sty­ki. Po­wie­dzia­ła mi kie­dyś: „Za­wieź mnie tam”. Po­je­cha­ły­śmy, pa­trzę, a tam lu­dzie z baj­ki. Wszy­scy są prze­bra­ni. Pa­mi­ętam, że nie wró­ci­ła wte­dy na noc. Rano przy­szła w ta­kim pi­ęk­nym czar­nym płasz­czu z we­łny. Mia­ła taką ob­ró­żkę na szyi i ta­kie faj­ne uszka. Po­pa­trzy­łam na nią i my­ślę so­bie: „Ona jest za­cza­ro­wa­na”. I to praw­da. Ona była szczęśli­wa. Bo była prze­bra­na.

Mia­ła skal­pel z ta­kim dłu­gim ostrzem, bo lu­bi­ła kle­ić fi­gur­ki z pla­sti­ku. Przy­szła do kuch­ni. Usia­dła przy sto­le, bo zwy­kle tam roz­ma­wia­my. „Mamo, po­patrz. Tym by się do­brze ci­ęło”. Niby ot tak rzu­ci­ła. Ale dwa dni pó­źniej pierw­szy raz zo­ba­czy­łam pi­ża­mę, po­ściel... we krwi. Za­częłam się cór­ce przy­glądać. Na rękach zo­ba­czy­łam zna­ki, zo­ba­czy­łam na no­gach, zo­ba­czy­łam na brzu­chu. Co­raz bar­dziej było to wi­dać... Były ta­kie chwi­le – ja w de­le­ga­cji, ona dzwo­ni o pó­łno­cy, ry­cząc, wrzesz­cząc. „Przy­je­dź po mnie!” „Gdzie je­steś?” „W Kra­ko­wie pod Te­atrem Sło­wac­kie­go”. Sie­dzia­ła na zie­mi po tu­rec­ku i ci­ęła się. A ja nie mo­głam nic zro­bić. Nie mo­głam wró­cić. To było okrop­ne. Wte­dy po­ci­ęła się tak strasz­nie, całe nogi. I po­ka­za­ła mi to. Tego się naj­bar­dziej boję. Do dzi­siaj spraw­dzam jej pi­ża­mę. Nie szpie­gu­ję, ab­so­lut­nie, tyl­ko to łó­żko ob­se­syj­nie spraw­dzam. Zwie­rzy­łam się ko­le­żan­ce: „Ania, ja miesz­kam na czwar­tym pi­ętrze. Nie ma u nas win­dy. Mó­wię, Ania, ja tak idę po tych scho­dach i tak so­bie my­ślę, czy w tym łó­żku zno­wu zo­ba­czę za­rżni­ęte­go kur­cza­ka”. A ona: „Dla­cze­go to tak na­zy­wasz?”. „Bo to było tyle krwi. Tyle krwi. I nie masz na to żad­ne­go wpły­wu”.

Za­częłam po nią je­ździć do pra­cy. Po­ma­ga­ła w ba­rze. Chcia­ła być bar­man­ką. To była pierw­sza, dru­ga w nocy – lu­dzie jesz­cze przy sto­li­kach. Sły­sza­łam, co o niej mó­wi­li. „Po­patrz, ja­kie dzi­wa­dło. Prze­cież ma cyc­ki, a ty mó­wisz, że to jest fa­cet”. Te spoj­rze­nia nie­któ­rych pa­nów... Cze­ka­łam w sa­mo­cho­dzie, by­łam tak strasz­nie zmęczo­na, już so­bie po­my­śla­łam, że usnę, i w ko­ńcu przy­szła. Jesz­cze za­nim otwo­rzy­ła drzwi, pła­ka­ła. Wsia­dła i za­częła wyć. To był wrzask. Na ze­wnątrz noc, ci­sza, a tu taki płacz, szloch. Py­tam ją: „Po­wiedz mi, Emi­lia, co mogę zro­bić, żeby ci po­móc”. I ona wte­dy po­pa­trzy­ła na mnie: „Za­bij mnie...”. Gdy­bym mia­ła broń – ja je­stem emo­cjo­nal­nym czło­wie­kiem – to za­bi­ła­bym ją i sie­bie. Tyl­ko żeby szyb­ko to zro­bić. Żeby to prze­rwać.

Wie pan, kto mi po­wie­dział o tych sło­wach pre­zy­den­ta? Cór­ka do mnie przy­szła. „Czy ty to sły­sza­łaś? On po­wie­dział, że LGBT to nie lu­dzie, to ide­olo­gia!” Lu­dzie nie zda­ją so­bie spra­wy, jak wa­żne są sło­wa pre­zy­den­ta. Nie sądzi­łam, że to ma tak ogrom­ny od­dźwi­ęk i zna­cze­nie w my­ślach, w du­szach, w ży­ciu na­szych trans­płcio­wych dzie­ci. One tego słu­cha­ją. A moja cór­ka ci­ęła się wte­dy re­gu­lar­nie. I to jest tak wa­żne, żeby ich nikt nie po­ni­żał, żeby były za­ak­cep­to­wa­ne. Żeby były rów­ne z nami. Ró­żne, ale rów­ne. I wte­dy ku­pi­łam tęczo­wą fla­gę. Na­pi­sa­łam na niej: „Je­steś moim dziec­kiem, nie ide­olo­gią”.

Ko­ściół? Je­stem z bar­dzo wie­rzącej ro­dzi­ny. Wy­cho­wa­na by­łam przez bar­dzo, bar­dzo ka­to­lic­ką mamę, któ­ra jest wy­znaw­cą pana Ry­dzy­ka. Sama wie­le do­bre­go zro­bi­łam dla Ko­ścio­ła. W Kra­ko­wie, w Ła­giew­ni­kach, tam gdzie jest Mu­zeum Jana Pa­wła II, po­ma­ga­łam za­przy­ja­źnio­nym za­kon­ni­com. Sza­no­wa­łam Ko­ściół, wy­da­wa­ło mi się, że jest in­sty­tu­cją, któ­ra po­ma­ga lu­dziom. I na­wet ro­zu­mia­łam tę moją mamę, któ­ra słu­cha swo­je­go ra­dia, a o dzie­wi­ątej od­ma­wia ró­ża­niec, ku­pu­je so­bie ga­ze­tę – my­ślę, do­brze, niech so­bie mózg roz­wi­ja. Ale jak usły­sza­łam, co mówi ksi­ądz Jędra­szew­ski o tęczo­wej za­ra­zie, to po pro­stu było coś okrop­ne­go. To był dla mnie szok. Tak wiel­ki, że do­ko­na­łam aktu apo­sta­zji. Nie było to ła­twe i to mnie jesz­cze bar­dziej do­bi­ło, jak na­gle z tej do­brej sta­łam się tą złą i do­zna­łam po pro­stu po­gar­dy. Po­trak­to­wa­no mnie, jak­bym była nie­nor­mal­na. Bunt na­stał we mnie tak wiel­ki, że po­że­gna­łam się z tą in­sty­tu­cją, mam na­dzie­ję na za­wsze, przy­pie­częto­wa­łam to ak­tem apo­sta­zji. I czu­ję wiel­ką ulgę. Nie lu­bię być za­kła­ma­na. Nie lu­bię żyć w ta­kim roz­kro­ku. Zresz­tą u mamy w domu bez prze­rwy sły­szę Ra­dio Ma­ry­ja. Moja mama po­tra­fi­ła przy Emil­ce mó­wić o tęczo­wej za­ra­zie. Na­praw­dę trze­ba się wsłu­chać w to i mieć świa­do­mo­ść, jak wiel­ka pły­nie stam­tąd po­gar­da w sto­sun­ku do na­szych dzie­ci, w sto­sun­ku do mnie. Ja się też czu­ję tęczo­wą mamą, ja się z tym uto­żsa­miam. A czu­ję się oplu­ta. Dla mnie to jest oso­bi­sty ból.

Moja mama po trzech la­tach po raz pierw­szy uży­ła wła­ści­wych ko­ńcó­wek. Zro­bi­ła to, pod­pi­su­jąc pre­zen­ty świ­ątecz­ne. Mój syn i cór­ka byli tam na Wi­gi­lii. I opo­wia­da­li mi po­tem, że moja sio­stra, któ­ra jest fa­na­ty­kiem re­li­gij­nym, i moja mama uży­ły wła­ści­wych ko­ńcó­wek, mó­wi­ąc o Emi­lii. „Mamo, bab­cia uży­ła wła­ści­wych ko­ńcó­wek!” Emi­lia była szczęśli­wa. Trzy lata to trwa­ło. I ci­ężko było.

Bar­dzo do­brze pa­mi­ętam moją ci­ążę. Bo w dniu, w któ­rym po­wie­dzia­łam o niej part­ne­ro­wi i za­zna­czy­łam, że jej nie usu­nę, zde­cy­do­wał się ode mnie ode­jść. Był w zwi­ąz­ku ma­łże­ńskim i miał swo­je dzie­ci. Ci­ąża była okrop­na, po­nie­waż nikt o niej nie wie­dział. Nie przy­zna­łam się w pra­cy. Ci­ążę mia­łam za­gro­żo­ną, bo Emil­ka ja­koś się dziw­nie od­kle­ja­ła. Coś złe­go się dzia­ło i le­ża­łam w szpi­ta­lu trzy ty­go­dnie. Sama się utrzy­my­wa­łam w wy­na­jętym miesz­ka­niu, z dziec­kiem, bez ali­men­tów, bo by­łam już po roz­wo­dzie. W tej ci­ąży je­ździ­łam ma­lu­chem i ro­bi­łam z pięć ty­si­ęcy ki­lo­me­trów w mie­si­ącu. Mó­wi­łam do mo­je­go brzusz­ka: „Moja ty có­recz­ko. Będzie wszyst­ko do­brze, my so­bie damy radę”. Moją ob­rącz­kę ślub­ną prze­ro­bi­łam na pie­rścio­nek i mó­wię: „Olim­pia – bo czu­łam, że to będzie Olim­pia – to będzie twój pre­zent”. I to była moja siła. Dla­cze­go tę Olim­pię wy­my­śli­łam? Nie wiem. Nie mia­łam USG, nie mia­łam nic. Ale cały czas w gło­wie mia­łam jed­no – to jest cór­ka. Uro­dzi­łam w ter­mi­nie. I o po­ro­dzie nikt w pra­cy nie wie­dział. Do­pie­ro po dwóch la­tach przez przy­pa­dek się wy­ga­da­łam w pra­cy, że mam syna.

Od pa­ństwa pol­skie­go chcę na pew­no ak­cep­ta­cji i po­twier­dze­nia tego, że są lu­dzie ró­żni, ale rów­ni. Żeby ci lu­dzie, któ­rzy rządzą w tej chwi­li w Pol­sce, mie­li świa­do­mo­ść, że my też tu je­ste­śmy. Że my też tu ży­je­my. Że my tu pła­ci­my po­dat­ki, ci­ężko pra­cu­je­my, że ko­cha­my tak samo te na­sze brzo­zy, Ma­zu­ry, mo­rze, War­sza­wę, Kra­ków, Wro­cław, te wsie prze­cu­dow­ne. Że ten kraj ko­cha­my tak samo jak i oni. Tak samo jak ci, któ­rzy wy­da­ją na moją cór­kę wy­rok, bo moja cór­ka nie może być, kim chce, bo musi sły­szeć, że jest ide­olo­gią, ze­rem, ni­kim? Za­ra­zą tęczo­wą? Że nie może mieć szyb­ciej do­ku­men­tów? Prze­cież Anna Grodz­ka mia­ła taki po­my­sł, żeby w Ło­dzi było jed­no cen­trum, gdzie dzie­ci z ró­żny­mi po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi będą ba­da­ne przez spe­cja­li­stów, przez le­ka­rzy psy­chia­trów, psy­cho­lo­gów, sek­su­olo­gów, i jed­no miej­sce, gdzie będzie się sta­wiać dia­gno­zy. Pierw­sze usta­wy, któ­re pan pre­zy­dent za­we­to­wał, były wła­śnie tymi usta­wa­mi. To jest dla mnie okrop­ne, że się lu­dzi po­ni­ża, że się kla­sy­fi­ku­je na lep­szych i gor­szych. Gor­szy sort. Ja aku­rat nie do­ko­na­łam abor­cji. By­łam sa­mot­ną mat­ką, było mi ci­ężko. I dla­cze­go mi nikt nie po­mo­że? Bo dziec­ko jest tęczo­we? Bo chce być sobą? Że musi pła­cić za leki sto pro­cent? Że nie jest nic re­fun­do­wa­ne? Że ja mu­szę spra­wę mieć w sądzie, że ja go źle skla­sy­fi­ko­wa­łam przy po­ro­dzie. Ja?! Prze­cież to jest nie­nor­mal­ne. I ja ocze­ku­ję od pa­ństwa, żeby dziec­ko nie mu­sia­ło szczuć prze­ciw­ko ro­dzi­com. Żądam, żeby czło­wiek mógł żyć w god­no­ści, żeby był sobą, żeby roz­wi­jał swo­je ta­len­ty. Żeby się re­ali­zo­wał w tym kra­ju. I żeby mógł być sobą za­wsze. Wszędzie.

Nie. Ni­cze­go nie ro­zu­mia­łam. Za­ak­cep­to­wa­łam. Nie mia­łam żad­ne­go bun­tu. Na­to­miast nie mo­głam tego po­jąć. Prze­ra­ża­ła mnie ilo­ść le­ków. Za­trwa­ża­jące było oświad­cze­nie, ja­kie Emi­lia mu­sia­ła pod­pi­sać, że przyj­mu­je do wia­do­mo­ści, iż przez te­ra­pię hor­mo­nal­ną może kró­cej żyć. Je­stem w ta­kim wie­ku, że wiem, co to prze­mi­ja­nie. To było dla mnie bar­dzo ci­ężkie. Nie. Ni­cze­go nie ro­zu­mia­łam. Do dzi­siaj tego nie ro­zu­miem do ko­ńca. Ale wiem, że być sobą to jest naj­wa­żniej­sze. Naj­wa­żniej­sze.

Ma­rzę, żeby Emil­ka była szczęśli­wa. Żeby ko­goś po­ko­cha­ła i ktoś ją po­ko­chał. Żeby się mo­żna było przy­tu­lić, że­bym mo­gła za­py­tać: „Je­steś szczęśli­wa?”. A ona żeby od­po­wie­dzia­ła: „Mamo, tak!”. Ona wte­dy się tak ład­nie śmie­je. Taki uśmiech ma ra­do­sny. Tak, je­stem szczęśli­wa. I żeby była zdro­wa.

EMILIA

Jej mama mia­ła ra­cję: ma ład­ny uśmiech. Na spo­tka­nie z nią po­je­cha­łem do No­wej Huty. Czte­ro­pi­ętro­wy blok. Przy­tul­ne miesz­ka­nie. Za oknem od­głos szli­fier­ki albo ko­siar­ki, więc przez to okno wpa­da­ła zwy­kło­ść dnia. Choć była u sie­bie, czu­ła się tro­chę skrępo­wa­na. A może to ja tak się czu­łem? Tak dużo o niej wie­dzia­łem. A przy­sze­dłem po wi­ęcej...

Ode­bra­łaś nowy do­wód?

Tak.

Z emo­cja­mi?

Niby tak so­bie mó­wi­łam, że ot po pro­stu idę ode­brać do­wód, ale jak już go do­sta­łam, to było ta­kie szczęście!

Dla­cze­go?

Bo te­raz ko­niec z sy­tu­acja­mi, że ktoś pa­trzy na do­wód, pa­trzy na mnie i coś mu nie gra. Dla­te­go przez dłu­gi czas no­si­łam taki pa­pier od mo­je­go sek­su­olo­ga z in­for­ma­cją o tran­zy­cji i po­twier­dze­niem to­żsa­mo­ści.

 

Często mu­sia­łaś go po­ka­zy­wać?

Nie. Chy­ba tra­fia­łam na lu­dzi, któ­rzy po pro­stu to ro­zu­mie­li. Albo nie ob­cho­dzi­ło ich to. Przy po­ka­zy­wa­niu do­wo­du często była taka chwi­la za­wa­ha­nia, ale za­zwy­czaj sama in­for­ma­cja o tym, że mam ten pa­pier, wy­star­cza­ła. To lu­dzi uspo­ka­ja­ło.

Ale osta­tecz­nie za ka­żdym ra­zem była ru­let­ka. Za­py­ta­ją – nie za­py­ta­ją. Będzie trze­ba się tłu­ma­czyć albo nie.

To za­wsze. Pa­mi­ętam, jak za­pi­sy­wa­łam się na ko­sme­ty­kę, na stu­dia po­li­ce­al­ne. Za­zwy­czaj same dziew­czy­ny tam idą. Pani w se­kre­ta­ria­cie po­pa­trzy­ła na do­wód, po­pa­trzy­ła na mnie i mówi: „Tro­chę dziw­na spra­wa”. I że z dy­rek­tor­ką trze­ba po­roz­ma­wiać. Więc po­szłam do dy­rek­cji, a tam znów – pa­trze­nie na do­wód, pa­trze­nie na mnie. „No, ta­kiej spra­wy to jesz­cze nie mie­li­śmy” – mówi. „Ale to chy­ba w ni­czym nie prze­szka­dza?” I się zgo­dzi­ła. Ale mu­sia­łam się tłu­ma­czyć z sie­bie, to duży dys­kom­fort.

Te­raz masz nowy do­wód. A sąd jak za­pa­mi­ęta­łaś?

Bar­dzo po­zy­tyw­nie. Bo bar­dzo szyb­ko po­szło. Jed­na roz­pra­wa.

Rzad­ko­ść.

Na­wet mój praw­nik był za­sko­czo­ny. Pa­mi­ętam, że kie­dy sędzia od­czy­ty­wał wy­rok, ad­wo­kat pa­trzył na mnie z ta­kim szo­kiem w oczach. Po­tem mama i ja się roz­pła­ka­ły­śmy. Naj­faj­niej w tam­tym cza­sie.

Trud­ne py­ta­nia na roz­pra­wie?

O dzie­ci. Sędzia kil­ka razy o to py­tał. Czy je­stem go­to­wa po­świ­ęcić mo­żli­wo­ść po­sia­da­nia bio­lo­gicz­nych dzie­ci na rzecz tego, żeby móc być sobą? Mó­wi­łam, że tak. I że dzie­ci mo­żna prze­cież ad­op­to­wać.

Ile masz lat?

Te­raz dwa­dzie­ścia dwa.

Kie­dy zro­zu­mia­łaś?

Trzy, czte­ry lata temu. Ale za­pędy w tam­tą stro­nę mia­łam dużo wcze­śniej. Rzu­ca­łam ko­men­ta­rze do ko­le­ża­nek (w su­mie w tam­tym cza­sie mia­łam tyl­ko ko­le­żan­ki), że wo­la­ła­bym być dziew­czy­ną. Że gdy­bym mia­ła wy­bór, to wo­la­ła­bym się uro­dzić jako dziew­czy­na. Ale wte­dy w ogó­le nie wie­dzia­łam o ist­nie­niu ko­goś ta­kie­go jak oso­by trans.

To dla­cze­go tak mó­wi­łaś?

Bo mia­łam we­wnętrz­ne uczu­cie ja­kie­goś nie­do­pa­so­wa­nia do cia­ła. Choć chęci do zmia­ny nie było – nie wie­dzia­łam, że to jest w ogó­le mo­żli­we.

Co się sta­ło tych kil­ka lat temu?

Moja naj­lep­sza przy­ja­ció­łka na­gle mnie za­py­ta­ła: „Zna­my się tak dłu­go, czy ty przy­pad­kiem nie je­steś trans?”. „A co to w ogó­le jest?” Za­częła mi tłu­ma­czyć i na­gle wszyst­ko mi się po­ukła­da­ło – wszyst­ko za­częło się wy­ja­śniać.

To, co do­tąd było tym nie­do­pa­so­wa­niem...

Od daw­na bo­ry­kam się z de­pre­sją i sta­na­mi lęko­wy­mi. Od razu po­sta­no­wi­łam prze­jść przez całą dia­gno­sty­kę, żeby mieć pew­no­ść, że cho­dzi o trans­płcio­wo­ść, a nie za­bu­rze­nia psy­chicz­ne.

Na czym to po­le­ga­ło?

Dzia­ła­nie w roli, czy­li funk­cjo­no­wa­nie w dziew­częcych ubra­niach, ma­ki­ja­żu, po­słu­gi­wa­nie się no­wym imie­niem lub pseu­doni­mem.

Kie­dyś to się na­zy­wa­ło: test praw­dzi­we­go ży­cia i trwa­ło dwa lata.

Tu cho­dzi­ło o spraw­dze­nie, jak się ze sobą czu­ję. Czy jest le­piej? Czy to fak­tycz­nie jest to?

Było?

Ka­żdy na­stęp­ny krok – ubra­nia czy ma­ki­jaż – to było ko­lej­ne ta­kie klik­ni­ęcie. Wła­ści­wie jesz­cze za­nim do­sta­łam dia­gno­zę, mia­łam pew­no­ść, że je­stem trans.

Mama za­bra­ła cię na za­ku­py. Moc­no to prze­ży­wa­ła.

Dla mnie to było bar­dzo faj­ne. Bar­dzo od­kryw­cze. I ta­kie neu­tral­ne – zu­pe­łnie inne niż wcze­śniej­sze za­ku­py.

Czy­li idziesz na dam­ski dział i ktoś mó­głby po­my­śleć, że będziesz tym skrępo­wa­na, a tym­cza­sem ty czu­jesz: to na­resz­cie jest to?

Czu­łam się świet­nie.

Ale wte­dy by­wa­ły też ró­żne mo­men­ty. Bar­dzo dra­ma­tycz­ne. Two­ja mama o tym opo­wia­da­ła...

Bre­ak­down po pra­cy... Nie wie­dzia­łam, że chcia­ła wte­dy si­ęgnąć po broń. W two­im re­por­ta­żu po raz pierw­szy to usły­sza­łam....

Pa­mi­ętasz tam­to za­ła­ma­nie?

Tak.

Bo było tak sil­ne?

Bar­dzo. Splot wszyst­kie­go. Pas­sing cza­sa­mi mia­łam, cza­sa­mi nie. Mój głos mi prze­szka­dzał. Prze­szka­dzał ca­łko­wi­ty brak ak­cep­ta­cji ze stro­ny ojca. Po­cząt­ko­wo brak ak­cep­ta­cji ze stro­ny bab­ci, z któ­rą mam sta­ły kon­takt.

Opo­wiedz o bab­ci.

Bab­cia od za­wsze była ra­czej bar­dzo pra­wi­co­wa i re­li­gij­na, więc po­cząt­ko­wo w ogó­le nie ak­cep­to­wa­ła tej sy­tu­acji. Cały czas słu­cha­ła tych swo­ich me­diów, gdzie mó­wią, że je­ste­śmy za­ra­zą i chce­my kraj znisz­czyć.

Wcze­śniej mia­ły­ście do­bry kon­takt?

Mie­sza­ny. Przez całą pod­sta­wów­kę i gim­na­zjum miesz­ka­łam u bab­ci. Mama dużo pra­co­wa­ła – wi­dy­wa­łam się z nią tyl­ko w week­en­dy. Więc by­łam wła­ści­wie wy­cho­wy­wa­na przez bab­cię. A po­nie­waż, jak mó­wi­łam, ona jest re­li­gij­na, więc i ja w dzie­ci­ństwie by­łam re­li­gij­na. Ale po­tem mi prze­szło i o to było dużo kłót­ni. Na te­ma­ty po­li­tycz­ne w su­mie też.

A o tęczo­wą za­ra­zę?

O to była awan­tu­ra. Sie­dzia­ły­śmy we trzy przy sto­le. Bab­cia mó­wi­ła o tej za­ra­zie i że LGBT to zło, a mama jej w pew­nym mo­men­cie mówi: „Prze­cież Emi­lia jest LGBT”. A bab­cia na to: „O, Emi­lia to zu­pe­łnie co in­ne­go”.

Ci­ągle jest na tym eta­pie?

Bab­cia po­wo­li chy­ba za­czy­na może nie tyle coś ro­zu­mieć, ile przy­naj­mniej przy­sto­so­wy­wać się.

Oj­ciec?

Ze stro­ny taty nie było żad­nej ak­cep­ta­cji. W ogó­le ba­łam się mu po­wie­dzieć, więc po­pro­si­łam, żeby zro­bi­ła to mama. Ni­g­dy nie mie­li­śmy do­bre­go kon­tak­tu. By­łam dziec­kiem zdra­dy, więc oj­ciec był za­wsze gdzieś da­lej. Więź ra­czej szcząt­ko­wa. Im by­łam star­sza, tym rza­dziej się wi­dy­wa­li­śmy. I za­wsze trze­ba było pro­sić o spo­tka­nie.

Mama mu po­wie­dzia­ła o to­bie i jak za­re­ago­wał?

Po­wie­dział, że pew­nie so­bie to ubz­du­ra­ła. Że ce­lo­wo fa­sze­ru­je mnie hor­mo­na­mi, że­bym była gru­ba, nie po­tra­fi­ła wy­jść z domu i żeby mo­gła się mną opie­ko­wać przez całe ży­cie. Za­wsze był zwo­len­ni­kiem ra­dy­kal­nych teo­rii spi­sko­wych, więc i tym ra­zem nie za­wió­dł.

Wi­dy­wa­łaś się z nim w trak­cie tran­zy­cji?

Tak.

Ko­men­to­wał?

Nie miał spe­cjal­nie cze­go, bo spo­ty­ka­łam się z nim jako de­ad­na­me w daw­nych ubra­niach.

Zde­cy­do­wa­łaś się w ko­ńcu na szcze­rą roz­mo­wę?

Nie zdąży­łam, bo chy­ba dwa mie­si­ące przed moją roz­pra­wą oj­ciec uma­rł. Za­pa­le­nie płuc z po­wi­kła­nia­mi.

Do szpi­ta­la cho­dzi­łaś jako syn czy cór­ka?

Syn.

To cię mu­sia­ło dużo kosz­to­wać.

Ale uzna­łam, że i tak mniej, niż gdy­bym mu­sia­ła mu tłu­ma­czyć, kim tak na­praw­dę je­stem. On za­wsze był bar­dzo anty-LGBT. Twier­dził na przy­kład, że ge­jów stwo­rzy­li Ży­dzi.

Dziw­na sy­tu­acja – ty uda­jesz przed nim syna, choć on od two­jej mamy wie, że czu­jesz się cór­ką.

No i wi­dzi, że się zmie­niam. Mam co­raz bar­dziej an­dro­ge­nicz­ny wy­gląd. Bi­żu­te­rię. Jak zo­ba­czył tę bi­żu­te­rię, to od razu od­pa­lił, że to nie­męskie.

Jak wy­cho­dzi­łaś ze szpi­ta­la po ta­kim spo­tka­niu, to jak ci było?

W szpi­ta­lu sta­ra­łam się sku­pić na tym, że on jest cho­ry. Często je­ździ­łam do nie­go przed pra­cą, więc gdy wy­cho­dzi­łam ze szpi­ta­la, ro­bi­łam gdzieś pe­łny ma­ki­jaż, mia­łam też inne rze­czy na prze­bra­nie. Było bar­dzo nie­kom­for­to­wo.

Wie­dział o pro­ce­sie?

Wie­dzia­łam, że on wie, bo mama mu po­wie­dzia­ła. Po­tem na­pi­sa­łam mu ese­me­sa, żeby nie zdzi­wił się, że do­sta­nie po­zew. I pro­si­łam, żeby w sądzie się nie sta­wił.

Żeby nie prze­szka­dzał?

Tak.

Od­po­wie­dział?

Nie.

Więc nie mia­łaś pew­no­ści, czy po­słu­cha?

Z moim praw­ni­kiem roz­wa­ża­li­śmy ró­żne sce­na­riu­sze. Ta­kże na wy­pa­dek, gdy­by przy­sze­dł na roz­pra­wę i pró­bo­wał oba­lić po­zew. Ale osta­tecz­nie wy­szło ina­czej. I przy­znam, że było to oso­bli­we uczu­cie – z jed­nej stro­ny umie­ra oj­ciec, więc smut­no, a z dru­giej...

Ulga?

Wła­śnie. Strasz­ne, ale praw­dzi­we.

To, o czym mó­wi­my – pro­ces, pro­ble­my z oj­cem – na­kła­da się na two­ją tran­zy­cję.

Za­nim ją za­częłam, mia­łam duży pro­blem ze zna­le­zie­niem le­ka­rza pro­wa­dzące­go. Ze śro­do­wi­skiem LGBT mia­łam małą stycz­no­ść – ow­szem, wśród zna­jo­mych była ja­kaś les­bij­ka, był ja­kiś gej – ale to wszyst­ko. W ko­ńcu mój te­ra­peu­ta po­le­cił sek­su­olo­żkę, któ­ra co praw­da nie mia­ła du­że­go do­świad­cze­nia z oso­ba­mi trans, ale była otwar­ta. Trze­ba było zro­bić dużo ba­dań.

Hor­mo­ny od daw­na do­sta­jesz?

Od dwóch lat. Nie mo­głam się do­cze­kać. Pół roku stra­ci­łam na szu­ka­nie le­ka­rza, więc bar­dzo się nie­cier­pli­wi­łam. A pierw­sza re­cep­ta to było ogrom­ne szczęście!

Re­cep­tę do­sta­łaś na de­ad­na­me. Idziesz do ap­te­ki i co?

Ten pierw­szy raz w ap­te­ce – brak re­ak­cji. Ale pó­źniej często sły­sza­łam, że „jak­by so­bie pani za­ła­twi­ła, żeby to było na PE­SEL że­ński, to zni­żka by była”.

Czy­li jesz­cze pró­bo­wa­li ci po­móc!

Tyl­ko raz gdy przy­szłam za­mó­wić leki, pani w ap­te­ce przez cały czas mó­wi­ła do mnie z męski­mi ko­ńców­ka­mi. Źle się z tym czu­łam. Ale już na­stęp­ne­go dnia, gdy od­bie­ra­łam za­mó­wie­nie, to pani się zo­rien­to­wa­ła, o co cho­dzi, i strasz­nie mnie prze­pra­sza­ła.