MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MOKRADŁA, SIERPIEŃ 1648 ROKU

Przez kolejne tygodnie lata Alinor pracowała jak zwykle. Nagłe sztormy i następujące po nich skwarne dni osnuły rozlewisko mgłą, labiryntem chwiejnych kształtów przypominających pałace, ulice i składy. Wyobrażając je sobie, zastanawiała się, co teraz ogląda James. Czy wstępuje do wspaniałych budynków i chodzi pięknymi ulicami, szerszymi i czystszymi niż te w Chichesterze? Wspanialszymi niż cokolwiek, co w życiu widziała? Czy otwierają się przed nim podwoje pałaców i bramy pięknych ogrodów?

Poszła na targ do miasta i na straganie z łachmanami kupiła dla córki parę znoszonych butów. Miały jednak solidną podeszwę, będą więc ciepłe i suche, kiedy nadejdą słoty. Kupiła też dwie lniane halki i czepki, a dla Alys nową spódnicę i wstążkę, by ją obszyć. Dziewczyna miała tak mało ładnych rzeczy! Wciąż było co prawda za gorąco, by myśleć, że zima w ogóle nadejdzie, ale używane ubrania najtańsze były w sierpniu, dokupiła więc zimowy szal i pelerynę z nawoskowanego sukna, także z myślą o Alys. Będzie chodzić do młyna i nieraz pracować na dworze.

Regularnie spotykała Roba w kościele. Zrywała owoce w ogrodzie Neda i pracowała w mleczarni przy młynie. Motki uprzędzionej wełny odstawiła do kupca, biorąc w zamian zapłatę i kolejny wór strzyży do przędzenia. Pracowała jak w transie, dzień po dniu, ze spuszczonym wzrokiem, cicha i skromna, choć wewnątrz niej płonął ogień. Biały czepek nie chłodził rozpalonego czoła, szara suknia ściskała w pasie jak objęcia ukochanego. Kiedy przypływ się cofnął, wzięła łódź i wypłynęła na płyciznę, żeby postawić cztery kosze na homary. Udało jej się utrzymać nerwy na wodzy, gdy przechyliła się przez burtę i łódź niebezpiecznie się zakołysała. Szarpiąc się z obciążoną liną, wyciągnęła kosze nazajutrz, by znaleźć w nich dwa monstra kłapiące szczypcami. Założyła do klatek przynętę ze śmierdzącej ryby i znów zanurzyła je w wodzie. A potem powiosłowała ze swą zdobyczą wprost do młyna, gdzie sprzedała ją żonom gospodarzy po cztery pensy sztuka.

– Dobrze wyglądasz – stwierdziła Millerowa, przyglądając się uśmiechniętej i zarumienionej Alinor, kiedy ta chowała pieniądze.

– Nic się nie zmieniło – odparła Alinor, choć jej serce biło zbyt szybko.

– Zupełnie nie wiem, jak ty dajesz radę z robotą. – Młynarzowa przeniosła zniesmaczony wzrok z przemoczonej spódnicy Alinor na garnek ze śmierdzącą przynętą. – Zwłaszcza taką robotą. I to w taki upał.

– A! – powiedziała Alinor, jakby wcześniej nie zwracała na to uwagi.

Siedząc przy swoim ulu, obserwowała celową krzątaninę pszczół. Wlatywały i wylatywały przez szparkę u podstawy plecionej ścianki.

– Wiecie, coś mi się przydarzyło – zwierzyła im się. – Coś bardzo ważnego.

Słuchała ciepłego, kojącego brzęczenia, jakby rój mówił, że dla niego to też ważne, choć przecież nie zdradziła, co to takiego. Poszła wyplewić warzywa na grządce. Słońce grzało ją w plecy. Wstała, nagle zakręciło jej się w głowie. Spojrzała na puste dłonie i poczuła się tak, jakby chodziła we śnie. Przypomniała sobie poranek, kiedy patrzyła przez otwarte drzwi chaty na niezwykłą jasność nieba i czuła się oczarowana.

Pszenica na polach wokół zatoki falowała jak morze złota, gotowa do żniw. Młynarz coraz bardziej lękał się letnich burz i deszczu. W końcu pani Miller oznajmiła, że czas już żąć, i wszyscy ubodzy wieśniacy z okolicy zostali wezwani do pracy w gospodarstwie.

Alys pracowała w grupie, która postępowała za żeńcami. Wiązała ścięte źdźbła w snopki i wrzucała na wóz. Gdy wracała do domu, ręce miała podrapane do krwi, a grzbiet bolał ją od ciągłego schylania i dźwigania ciężkich snopów. Pracowała od bladego świtu – podczas żniw dzień był długi. Twarz miała szarą z wyczerpania. Za dodatkowe godziny pracy dostawała specjalną zapłatę – bochenek pszennego chleba, pieczony dla pracowników w piecu chlebowym we młynie. Otrzymywał go każdy żeńca i każdy, kto wiązał. Dla Alinor i jej dzieci był to rarytas, którego mogły zakosztować jedynie podczas żniw. Na co dzień piekły własny razowy chleb z mieszaniny różnych ziaren.

Alinor przemyła twarz i ręce córki naparem z kwiatu dzikiego bzu. Dała jej też zupę z pokrzywy, by złagodzić sztywność w plecach i ramionach. Alys zjadła zupę i chleb w milczeniu.

– Nic mi nie będzie – rzuciła, odsuwając stołek, i podeszła do łóżka. Zdjęła spódnicę i brudną koszulę. – Nie jest gorzej niż zazwyczaj. Po prostu zapomniałam, jaka to harówka. Te pola ciągną się chyba w nieskończoność.

– Niedługo skończycie – pocieszyła ją Alinor, zbierając naczynia. – Zaraz wypiorę ci suknię i bieliznę. Jutro włóż nową halkę.

– Przysięgam, że za rok nie kiwnę palcem przy żniwach – mruknęła sennie Alys, padając na łóżko. – Znajdę sobie pracę gdzie indziej. Czystą i lekką. Pod dachem. Oddam duszę za pracę pod dachem.

– Mam nadzieję, że ci się uda – powiedziała łagodnie Alinor, choć nie bardzo wiedziała, gdzie można by taką pracę znaleźć i zarobić na życie.

– A ta Jane Miller... – Alys urwała, zapadając już w sen.

– Co Jane?

– Ciągle tylko zerka na chłopaków we młynie. Tylko dlatego, że jej ojciec jest właścicielem. Cały czas coś chichocze z Richardem Stoneyem. Głupie dziewuszysko, z twarzą jak biały ser... Chętnie bym ją wepchnęła do stawu.

Alinor uśmiechnęła się.

– Pomyśl o czymś przyjemnym, żeby ci się dobrze spało.

– Właśnie to robię – szepnęła Alys. – To całkiem przyjemna myśl.

Alinor wyniosła balię z praniem na zewnątrz. Kiedy wykręcała spódnicę i lnianą koszulę, by rozwiesić je na krzaku, przyszedł Ned. Przyniósł ze sobą pół kręgu sera, zapłatę za przeprawienie tam i z powrotem wozu jadącego na targ do Chichesteru. Usiedli na ławce pod ścianą, patrząc na rozlewisko. Trwał odpływ i woda wycofywała się coraz dalej, aż w końcu wokół był tylko suchy ląd, a morze wyglądało jak srebrna kreska, hen, daleko, przy falochronie u wejścia do zatoki. Alinor odkroiła sobie cienki plaster sera. Brat przyjrzał się jej uważnie.

– Jesteś chora? – spytał. – Masz gorączkę?

Wszyscy mieszkańcy mokradła cierpieli na napady zimnicy trzy, cztery razy do roku. Zdążyli się przyzwyczaić do dreszczy i zlewnych potów, które trwały mniej więcej tydzień, a potem ustępowały. Alinor dawała swoim pacjentom napary z wierzby i mięty na gorączkę. Na oknach i przy drzwiach chaty rosły nagietki i lawenda, żeby odstraszać komary, które przenosiły chorobę.

– Nie. Czuję się dobrze – odparła, choć rumieńce i szkliste oczy zdawały się temu przeczyć.

Gdzieś daleko, za milą błota, usłyszeli zgrzyt otwieranej śluzy i szum wody w młynówce. Po chwili dobiegł ich skrzyp koła młyńskiego i turkot żaren. Pusty kanał biegnący przez rozlewisko wypełniła nagła powódź.

– Miałaś jakieś wieści o Zacharym? – Pomyślał, że dowiedziała się czegoś o zaginionym mężu. – Wyglądasz, jakbyś miała gorączkę.

– Nie. – Zmusiła się do uśmiechu i spojrzenia mu w oczy. – To tylko niecierpliwość. Znasz mnie przecież. Czuję wiosnę o niewłaściwej porze roku. Maj po Świętym Janie! To pewnie przez to, że Rob poszedł na służbę, i to, że mogę zacząć odkładać na posag dla Alys. Mam własną łódź i znowu czuję się młoda. I wolna. Czuję, że mogłabym pójść dokądkolwiek i robić, cokolwiek zechcę.

Pokiwał głową, biorąc jej pośpieszną przemowę i rozgorączkowane oczy za objaw nieokiełznania, które groziło nawet najzacniejszym kobietom. Nie potrafiły nad sobą zapanować. Były jak te jaskółki, które budują swoje gliniane pałacyki pod okapami domów i stodół. Igrają z ciepłym powietrzem, zataczając w nim kręgi, z radością muskając powierzchnię wody w kanale, jednocześnie dzikie i oswojone. Lato spędzają tu, zimę gdzie indziej, doskonale niestałe. Pomyślał, że jego piękna siostra jest jak jaskółka i nie powinna być przykuta do jednego miejsca. A z całą pewnością nie powinna była zostać wydana za człowieka tak przyziemnego, że pewnie poszedł pod wodę jak kamień i teraz gnije gdzieś na dnie morskim, obrośnięty pąklami.

Ale dla niej nie było innego wyboru. Była kobietą i musiała pójść za mąż jak wszystkie inne. Ubogą kobietą, a te nie odlatują, nieważne, jak jaśnieją im twarze i rwie się oddech. Ich matka, czując zbliżającą się śmierć, nalegała na zamążpójście Alinor. Miała nadzieję, że to ją zabezpieczy. Nie wiedziała, że Zachary sam był jak ta Wędrująca Przystań, nie bardziej godny zaufania niż tutejszy brzeg. Niestały jak całe Mokradła.

– Nigdy nie wydasz Alys za mąż, jeśli odziedziczyła po tobie tę dzikość – rzekł surowo.

– To dobra dziewczyna. – Alinor natychmiast stanęła w obronie córki, śpiącej w chacie. – Pracuje tak ciężko! Chce lepszego życia, nie możesz jej za to winić. A ja... Ja tylko sobie marzę.

– Marzeniami się nie najesz – oświadczył. – A tak w ogóle, jak się sprawuje łódź?

Uśmiech, jakim go obdarzyła, był tak olśniewający, że nie mógł mieć nic wspólnego z łodzią.

– Rob odwiedził mnie dwa tygodnie temu. Był z nim panicz Walter i ich nauczyciel. Popłynęliśmy razem na ryby.

Nie potrafił sobie wyobrazić, co mogło w tym być takiego, żeby kobieta wyglądała, jakby nagle świat legł u jej stóp.

– Dużo złapaliście?

– Tak. – Wskazała na brzeg. – Rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy razem. O, tam. – Zaśmiała się.

Jej radość stanowiła dla niego zagadkę. Dopił piwo i wstał, stękając z bólu. Całe życie ciągał mokrą linę przy każdej pogodzie, o każdej porze roku, i reumatyzm dawał się już jego stawom mocno we znaki.

– Nie bądź głupia – ostrzegł ją. Zaniepokoiło go jej rozmarzenie i ogień w oczach. – Nie zapominaj, że jesteśmy tylko tym, kim jesteśmy. Tu nic się nie zmienia prócz wody. Reszta kraju może szaleć w obłędzie, wywracać wszystko do góry nogami. Ale tutaj tylko morze zmienia się codziennie. A tylko bagno wędruje, dokąd ma ochotę. – Łoskot żaren, złowrogi jak odległy grzmot, przetaczający się nad płaską, zalaną krainą, podkreślił powagę jego obaw.

 

– Wiem – zapewniła go. – Wiem. Nie ma nadziei i nic się nie wydarzy. – Blask w jej oczach zaprzeczał słowom.

– Gdyby twój chłopak zajął moje miejsce na promie, choćby tylko do końca lata, zaciągnąłbym się do Cromwella i poszedł na północ – mruknął Ned. – Mówią, że prowadzi armię na Szkotów. To ciężki marsz i długi, bo aż z Walii. Będzie potrzebował ludzi, którzy wiedzą, co i jak. Generał Lambert trzyma Szkotów, ale sam długo nie da rady.

– Rob nie może iść na prom – powiedziała szybko. – Musi zostać we dworze, póki panicz Walter nie wyjedzie do Cambridge.

– A czy ten nauczyciel nie wyjechał czasem?

– Rob mówił, że tylko na parę dni. Zostawił im lekcje.

– Oddałbym wszystko, żeby być teraz w drodze z oddziałem. By razem z moimi braćmi stanąć do kolejnej bitwy. I rozgromić wrogów kraju, a króla postawić przed obliczem sprawiedliwości. – Ned też się rozmarzył. – Król Karol musi odpowiedzieć za swoje czyny. Podburzył Walijczyków, żeby zwrócili się przeciw nam, wezwał Szkotów. Bóg jeden wie, co obiecał Irlandczykom. Szczuje ich na nas, Anglików, swój własny lud. Trzeba się z nim rozprawić raz na zawsze.

Alinor zacisnęła usta w niemym sprzeciwie.

– Sama nie wiem – bąknęła. – Nie potrafię źle mu życzyć.

– Komu?

– Biednemu królowi.

– Bo nic nie rozumiesz – prychnął pogardliwie, acz bez złości. – Może i znasz się na tych swoich ziołach, kwiatkach i leczeniu, ale skoro nie pojmujesz, że Karol ma krew na rękach i sprowadził na nas tylko żałobę, to naprawdę głupia z ciebie baba. Kiedy król mówi, że chce pokoju, wcale o nim nie myśli. Nie uznaje się za pokonanego, nawet teraz, kiedy jego własny miecz wydarto mu z dłoni. Trzeba go powstrzymać. Bóg mi świadkiem, czasem tracę nadzieję, że uda nam się tego dokonać!

Wstała, widząc, że coraz bardziej się zapala.

– Wiem. Rozumiem – próbowała go uspokoić. – Ja tylko nie chcę, żeby Rob musiał iść na wojnę, a Alys żyła w kraju tą wojną trapionym. I nie chcę, żebyś znowu nas opuścił. Nie wiem nawet, gdzie podziewa się Zachary. – Łzy napłynęły jej do oczu. – Dobrym ludziom grozi niebezpieczeństwo. Sami się w nie pchają... – Urwała. Nie mogła mówić o Jamesie i spisku, który jej go odbierał. – Nie wiem, o co mam się modlić – powiedziała w nagłym przypływie szczerości. – Oprócz pokoju, oczywiście. I żeby to wszystko już się skończyło... żebym była wolna.

– Och – bąknął, czując, jak na widok jej łez opuszcza go cały gniew. – Módl się o pokój. Masz słuszność. Tak trzeba. I nie musisz się niczego obawiać. Pułkownik Hammond przypilnuje króla na zamku Carisbrooke. Parlament i armia uzgodnią, co z nim począć. A nawet jeśli w parlamencie są głupcy, którzy pójdą z nim na ugodę, nie pozwolą mu znowu wszcząć wojny i przelewać naszej krwi. Pokonaliśmy króla i pokonamy Szkotów. Nawet teraz, kiedy tu siedzimy, idą do nas wieści o bitwie. Może już po wszystkim i to ja jestem głupi, bo marzy mi się marsz na północ jak za dawnych lat, kiedy byłem wśród towarzyszy, dowodził nami Cromwell, a wiódł nas Bóg. Tak, pewnie już po wszystkim.

– Będę się o to modlić.


Rano Alys nie mogła się dobudzić. Ramiona i plecy bolały ją nieznośnie. Razem z matką zjadły na śniadanie resztę pszennego chleba i ser, który przyniósł Ned.

– Pycha – powtarzała Alys, zmiatając każdy okruszek. – Powinnam wyjść za młynarza. Będę wtedy codziennie jadła pszenny chleb.

– Najpierw musiałabyś się pozbyć pani Miller – zauważyła matka. – Myślę, że z własnej woli ci go nie odstąpi.

– Marzę o tym, żeby się jej pozbyć – odpowiedziała Alys. – A najlepiej pozbyć się obojga, jej i tego jej beznadziejnego męża. Zepchnąć ich z nabrzeża. Wtedy poślubię ich syna i odziedziczę młyn.

Syn młynarza miał dopiero sześć lat; Alinor sama przyjmowała go na świat.

– Tak. A Jane zostanie twoją szwagierką. – Uśmiechnęła się. – To będzie szczęśliwa rodzinka!

– Wyda się ją za kogoś. – Alys nie straciła rezonu. – Tylko kto ją będzie chciał?

– Biedne dziewczę – użaliła się Alinor. – Nie bądź okrutna, córeczko. Powiedz lepiej, czy żniwa mają się już ku końcowi.

– Prawie. Zostało jeszcze jedno pole. Cały dzień odbierałam i wiązałam snopki. Przyjdziesz wieczorem zbierać kłosy ze ścierniska?

– Tak – obiecała Alinor. – Przyniosę ci wieczerzę.

Alys skłoniła głowę, szepcząc dziękczynną modlitwę, i wstała od stołu.

– Dziwnie, kiedy Roba tu nie ma – powiedziała. – Nie czujesz się samotna przez cały dzień?

– Mam za dużo pracy, żeby uskarżać się na samotność.

– Bo wyglądasz, jakbyś czegoś nasłuchiwała.

– Czego niby?

– Czy ja wiem... Kroków?

Alinor zawstydzona przypomniała sobie, jak James pędził do niej, przeskakując kałuże jak mały chłopiec.

– Na nikogo nie czekam – skłamała.

– Nie mówiłam, że czekasz na kogoś, tylko że czegoś nasłuchujesz.

– Wiem.

– Nie sądzę, żebyś bardzo tęskniła za tatą, co? – zagadnęła Alys delikatnie. – Bo my nie. Ani Rob, ani ja. Więc nami się nie przejmuj.

– Nie tęsknię.

– Czy ty też czasami chciałabyś, żeby wszystko było inaczej? Też masz już dość wszystkiego? Nie chodzi o króla i parlament, nie dbam o nich. Ale o nas. O coś prawdziwego, namacalnego, a nie z kazania.

– Chciałabym móc znać twoją przyszłość – odparła Alinor poważnie. – Wiem, że nie powinnaś utknąć tu, na bagnach. Bez szans na poślubienie kogokolwiek poza oraczem albo rybakiem i bez szans na zarobek większy niż te marne pensy. Ale nie mam pieniędzy, żeby oddać cię do terminu, i nie wiem, gdzie mogłabyś pójść na służbę. Poza tym raczej się do tego nie nadajesz. Ty na służbie? Bałabym się...

Alys roześmiała się.

– I masz rację. Nie chcę być niczyją służącą. Ani własnego męża, ani jakiegoś pana.

– Chciałabym, żeby spotkał cię lepszy los.

– Chciałabyś! – krzyknęła Alys. – Ja się co dzień modlę na kolanach o lepsze życie. I o co były te walki, wrzaski i te swary między mężczyznami, gdy jedyną nadzieją dla kobiety jest mąż odrobinę lepszy niż zwierzę? Albo zarobek większy niż sześć pensów na dzień? I gdzie jest ten nowy świat wuja Neda? Gdzie ziemia dla każdego?

Alinor spojrzała na jasną twarz córki.

– No właśnie – przyznała. – Tyle się gada, a dla takich jak ty czy ja nigdy nie nastaje ten nowy świat.

– Czyli kobiet – powiedziała Alys ostro. – Biednych kobiet. Dla nas nigdy nic się nie zmienia.

Alinor usłyszała gorycz w jej głosie i poczuła się winna, że to ona sprowadziła ją na świat, który daje szanse tylko mężczyznom.

– To prawda. – Westchnęła.

Dziewczyna uklękła po matczyne błogosławieństwo, a Alinor ucałowała jej skromny czepek. Potem Alys wstała i wyszła z chaty. Alinor siedziała jeszcze chwilę przy stole, patrząc w kąt, gdzie trzymała zioła i oleje. A także drewnianą skrzynkę, w której przechowywała swoje skarby. Były tam przepisy na leki odziedziczone po matce, umowa dzierżawy chaty spisana przez Zachary’ego z panem Tudeleyem i czerwona skórzana sakiewka, w której trzymała swoje bezwartościowe znaleziska. Niewiele jak na dorobek całego życia.

– Kobieta taka jak ty w miejscu takim jak to – szepnęła nagle i wstała. Wzięła koszyk i mały nożyk i wyszła nazbierać ziół, póki były jeszcze wilgotne od rosy.


Ranek był chłodny. Pasma szarej mgły leżały nad rozlewiskiem, zacierając granicę między lądem i wodą. Alinor zadrżała z chłodu i nakryła głowę szalem, który miała na ramionach. Wypędziła kury na zewnątrz. Spojrzała przez swój malutki ogródek w kierunku zatoki, gdzie woda cofała się szybko, opróżniając kanały, rowy i stawki, zostawiając zaś całe akry mokrego błocka, piaszczystych łach i kęp sitowia. Drobne ptaki, biegusy i brodźce, goniły ustępującą wodę, raz po raz wbiegając do niej na długich nogach, by zaraz zerwać się chmarą przy dźwięku ostrych nawoływań i za chwilę znów usiąść na plaży i podjąć pościg. U ujścia zatoki widać było szarą płaszczyznę morza i błękitną linię odległego horyzontu. Z drugiej strony moczaru dobiegał grzmiący hurgot pracującego młyna. Jeśli James popłynął do Francji, będzie miał spokojną podróż. Jeśli udał się do króla na wyspę Wight, dopłynie do Sealsea w trzy, cztery godziny. A jeśli spotkał się z księciem gdzieś na morzu, podróż tam i z powrotem zajmie mu najwyżej dzień. Skoro jednak nie wiedziała, dokąd się udał, nie było sensu wypatrywać żagli na horyzoncie. Jako żona rybaka wiedziała o tym doskonale. Pomimo to wciąż patrzyła.

Zanim mgła się podniosła, już było wiadomo, że nadchodzi kolejny upalny dzień. James obiecał, że wróci za miesiąc. Ale znała go tak krótko... Nie wiedziała, czy jest mężczyzną, który dotrzyma obietnicy złożonej kobiecie – zwłaszcza tak ubogiej, nic nieznaczącej. A może był w niebezpieczeństwie i decyzja, czy wracać, czy pozostać, nie należała do niego? Mógł też okazać się człowiekiem, który nie dba o słowa, jak mężczyźni często mają w zwyczaju, i wcale nie liczy upływających dni jak ona? Może ten pocałunek nic dla niego nie znaczył? Ani te słowa?

Odwróciła się plecami do zatoki i pochyliła nad grządką. Obrywała młode listki, związywała je w niewielkie pęczki i wrzucała do koszyka. Kiedy sprzątnęła jedną grządkę, przeszła do następnej, aż zebrała wszystko, co było świeże. Wtedy wróciła do chaty i rozwiesiła zioła na sznurku rozciągniętym między belkami. Ususzone wcześniej zebrała i włożyła do drewnianych skrzyneczek. Każdą zdobiła etykieta starannie wypisana przez Roba. Na niektórych widniały uczone łacińskie nazwy, na innych stare, zwyczajowe, których uczyła jej matka: świetlik, bratek, warzucha...

Wyrzuciła na zewnątrz przez otwarte drzwi okruchy z drewnianych misek. Poczuła, że powietrze robi się cieplejsze. Promienie słońca rozpędzały mgłę. Do ogrodu przyleciały ptaki, by się pożywić: drozd, który mieszkał tam przez cały rok, i para kosów, które gniazdowały i wychowywały młode w żywopłocie z tarniny biegnącym z tyłu za chatą. Alinor umyła miski ze śniadania w resztce czystej wody, a potem chlusnęła nią pod rośliny na rabacie przy drzwiach. Wzięła puste wiadro i zeszła do sadzawki przy wydmie. Chwyciwszy się starego słupa, zaczerpnęła wody, wydźwigała chlupoczący ciężar z powrotem po schodach i wstawiła przez otwarte drzwi do chaty. Nalała wody do trójnogiego kociołka, który stał na żarze. Wybrała kilka pęczków świeżych ziół i wrzuciła do wody. Matczyny przepis wymagał jeszcze miodu. Łyżką odmierzyła potrzebną ilość ze słoja. Zostawiła to wszystko na wolnym ogniu, wzięła worek – zwykły stary wór po mące – i poszła nazbierać drewna na opał. Ruszyła wzdłuż linii, do której dochodził przypływ, podnosząc gałązki i większe kawałki drewna. Kiedy wór się napełnił, zarzuciła go na plecy i zaniosła do chaty.

Woda w kociołku prawie się wygotowała. Z ziół została ciemnozielona maź na dnie naczynia. Alinor przelała ją na tackę i zostawiła na stole, żeby wyschła. Przykryła kawałkiem czystego muślinu, chroniąc przed muchami.

Słońce podniosło się ponad wał gęstych, deszczowych chmur. Robiło się coraz cieplej. Włożyła kapelusz z szerokim rondem i zasłoną opadającą na kark, by osłonić się przed porannym żarem. Poszła do warzywnika z drugiej strony chaty, gdzie uprawiała groch, fasolę i kapustę. Kiedy zaczęła się mocować z upartymi korzeniami szczawiu, dostrzegły ją kury i przybiegły z harmidrem z plaży. Najwyraźniej postanowiły dotrzymać jej towarzystwa, grzebiąc pazurkami w poszukiwaniu robaków w skopanej ziemi. Gdakały przy tym z ukontentowaniem, a Alinor strofowała je łagodnie.

– Uciekajcie z powrotem na plażę, ale już. Wszystkie rośliny mi wygrzebiecie.

Jedna z kur, rdzawobrązowa, znalazła robaka i przełknęła go ze śmiesznym pomrukiem zadowolenia. Alinor była tu sama pod całym wielkim niebem; zatoka też była pusta. Roześmiała się jednak, jakby znajdowała się wśród serdecznych przyjaciół.

– Dobre było, szanowna pani Brown? – zapytała. – Smakowało?

Pracowała całe przedpołudnie. Kiedy słońce minęło zenit i zaczęło się zniżać ku zachodowi, wróciła do chaty. Ukroiła cztery pajdy żytniego chleba z wczoraj, wzięła z komina dwie wędzone ryby, dzbanek podpiwku ze spiżarni, spakowała to wszystko do torby i poszła zjeść razem z Alys, nim wezmą się do zbierania kłosów ze ścierniska.

 

Zbliżał się przypływ. Kiedy szła wysokim brzegiem w stronę domu brata, słyszała cichy szept Syczącego Źródła. Zastała Neda zrywającego śliwki.

– Chcesz trochę? – spytał.

– Wezmę dla Alys. Przyjdę jutro, to zerwę resztę na przetwory i do suszenia.

– To dobry rok dla owoców. Popatrz na te gałęzie.

Patrzyli z podziwem na drzewo uginające się pod ciężarem fioletowych owoców. Alinor zerwała jedną śliwkę.

– Słodkie – powiedziała. – Bardzo dobre.

– Idziesz do młyna zbierać kłosy?

Pokiwała głową, zerkając na prom, który podskakiwał na fali, kiedy prąd przypływu ścierał się z nurtem rzeki.

– Przewiozę cię – zaproponował. Zszedł po schodkach na pomost, gdzie cumował prom przywiązany do pala. Prąd napinał cumę i obracał tratwę bokiem. Ned odwiązał ją i zarzucił cumę na linę, która biegła nad jego głową, rozpięta nad skłębioną głębią.

– Mocny prąd – zauważyła Alinor.

– Strasznie mokre to lato – stwierdził. – Nigdy nie widziałem tak wysokiej wody w porze żniw. Wskakuj.

Weszła na tratwę i złapała kurczowo poręcz przy burcie. Uśmiechnął się, widząc jej lęk.

– Ciągle to samo? Ty, córka przewoźnika?

Wzruszyła ramionami.

– Co pocznę? Ale wracać będę przez bród.

– Przemoczysz nogi – ostrzegł. – Będzie wysoka woda aż do zmierzchu.

– Trzymaj tę linę – poprosiła nerwowo, kiedy prąd pchnął tratwę w górę kanału. Lina naprężyła się, a prom zakołysał niebezpiecznie.

Ned zaczął ciągnąć, ręka za ręką, holując tratwę przez niespokojną wodę, i wkrótce dotarli na drugi brzeg. Alinor zeskoczyła, nim zdążył przycumować.

– Do zobaczenia wieczorem. Lepiej wracaj promem. Po co się moczyć bez potrzeby.

– Dziękuję – odparła i ruszyła dróżką wzdłuż kamiennego nabrzeża, przy którym stał młyn i spichrze. Głęboka woda rytmicznie pluskała o lico muru.


Na podwórzu we młynie panował rzadki spokój. Młyńskie koło tkwiło w bezruchu, w młynówce nie było wody. Staw spokojnie się napełniał przez śluzę od strony morza, otwartą przez napierający przybór. Drobne falki uderzały o brzeg, w miarę jak poziom wody stale się podnosił. We młynie wielkie żarna były rozsunięte, a koła zębate z czereśniowego drewna rozłączone. Młynarz ładował właśnie mąkę do worów. Dwaj czeladnicy wynosili je na nabrzeże, gdzie miały czekać na statki kupców zbożowych, które przybędą z przypływem.

– Dzień dobry, panie Miller! – zawołała Alinor, przechodząc obok otwartych drzwi.

Młynarz wyglądał jak duch, ubielony mąką od czubka głowy po kraj białego fartucha. Ale uśmiech miał ciepły.

– Dzień dobry, kumo Reekie! Przyszliście na zbieranie kłosów?

– Tak. I przyniosłam Alys coś do zjedzenia.

– Dziewczyna ma szczęście z taką matką. Przyjdziecie na wieczerzę po żniwach? Może razem zatańczymy?

Alinor uśmiechnęła się, słysząc po raz kolejny ten sam stary żart.

– Wiecie, że tańczyć nie będę. Ale z chęcią przyjdę.

Pomachała mu i przeszła przez podwórze między młynem a domem. Wyszła przez północną bramę na pola pszenicy. Zboże było prawie do końca zżęte. Wokoło na ściernisku leżały snopki.

Wielu mężczyzn porozbierało się do pasa. Spieczona skóra na plecach łuszczyła się z nich płatami. Inni, pobożniejsi – wielu mieszkańców wyspy było purytanami – mieli na sobie koszule przyzwoicie wetknięte w portki i związane pod spoconą szyją. Ustawieni szeregiem w poprzek pola harowali w zabójczym rytmie. Łapali garść, schylali się, cięli sierpem, a potem prostowali i rzucali zboże za siebie. Kobiety, które postępowały za żeńcami, zbierały zboże, związywały w snopek powrósłem ze zwiniętych źdźbeł i składały w kopki, które zabierze wóz. Młynarzowa albo jej córka co chwila wychodziły z domu i stawały przy bramie, osłaniając dłonią oczy od słońca. Uważnie przypatrywały się robotnikom na polu, czy dokładnie wykonują pracę, nie zostawiając kępek niezżętego zboża dla tych, co będą sprzątać ściernisko.

Alys była blada z wyczerpania. Ręce miała podrapane od noszenia snopków, fartuch brudny, spocone włosy zwisały w strąkach spod czepka. Szła w rzędzie, schylając się, prostując, wiążąc, składając i znowu się schylając. Większość kobiet pochodziła z Sealsea i znała je od dzieciństwa. Ale było i parę z głębi lądu, które najęły się na dzień lub dwa, a także z pół tuzina wędrownych robotnic, które, gdy nastały żniwa, przenosiły się z jednego gospodarstwa do drugiego. Płacono im od wykonanej roboty, a nie od dniówki, narzuciły więc mordercze tempo, któremu Alys musiała sprostać. Widać było, że bardzo się stara.

Alinor czekała przy bramie. Wkrótce dołączyło do niej kilka parafianek, które również miały prawo do zbierania kłosów na młyńskich polach. Stały razem, rozmawiając o obfitości zboża i upale, aż Jane uderzyła w dzwon na podwórzu. Żniwiarze porzucili pracę, by schronić się w cieniu pod żywopłotem i spożyć posiłek. Zbieraczki weszły na pole, by spotkać się z mężami i dziećmi i dać im przyniesiony prowiant.

Alinor przeszła przez kłujące ściernisko i bez słowa podała dzbanek córce. Alys przylgnęła do niego łapczywie.

– Chce się pić, co?

– Paskudna robota – sapnęła Alys bez tchu.

– Już prawie koniec – pocieszyła ją matka. – Chodź, usiądziesz na chwilę.

Mężczyźni siedli razem, podawali sobie z rąk do rąk dzbanki z piwem i jedli to, co przynieśli z domów. Kobiety skupiły się w pewnej odległości od nich. Jedna wyjęła niemowlę z chusty na plecach i przystawiła je do piersi. Alinor uśmiechnęła się, widząc dziecko, które przyjęła na świat tej wiosny.

– Ma apetyt? – spytała.

– Bogu dzięki, ma – odparła kobieta. – A ja wciąż polecam cię Panu naszemu, że przyszłaś do mnie, kiedy nastał mój czas. Chcesz go zobaczyć?

Alinor wzięła niemowlę na ręce i delikatnie ucałowała ciepłą główkę, podziwiając malutkie, pulchne łapki.

Nikt więcej się nie odzywał, pili i jedli swój pierwszy posiłek od śniadania. Kiedy Alys skończyła chleb i resztę wędzonej ryby, Alinor oddała dziecko matce i wyjęła śliwki, które dostała od brata.

– Dziw, że jecie owoce na słońcu – zauważyła jedna z kobiet. – Nie boicie się bólu brzucha?

– To śliwki od mojego brata. Jemy je każdego lata i jeszcze nikomu nie zaszkodziły – wyjaśniła Alinor.

– Ja tam nigdy nie jem na surowo.

– Zwykle robię powidła – przyznała Alinor. – Czasem tylko konfiturę albo marynuję w occie, a sporo suszę.

– Kupiłabym ze dwa słoiki powideł – zaoferowała się jedna z kobiet. – I woreczek suszonych. Mieliśmy na święta suszony agrest i wszyscy się zajadali. Ile to chcecie w tym roku?

– Po dwa pensy za słoik. – Alinor uśmiechnęła się. – Chętnie wam przyniosę. I agrest też obrodził w tym roku.

– Też wezmę funt – odezwała się inna kobieta.

Żniwiarki prostowały zmęczone nogi. Niektóre położyły się wprost na ściernisku.

– Zmęczona? – spytała Alinor cicho.

– Mam dość – burknęła Alys ze złością.

Na podwórzu rozległ się dzwon, oznajmiający, że czas odpoczynku dobiegł końca. Pani Miller nie pobłażała robotnikom. Mężczyźni wstali, oczyścili sierpy i poszli do młyna po wóz, na który mieli załadować snopy i zawieźć je do stodoły, gdzie zostaną wymłócone.

Alinor podała córce płócienną torbę na ramię. Kobiety, które miały prawo do zbierania kłosów na młyńskich polach, ustawiły się w szereg na skraju pola. Pilnowały, by rozstawić się równo, tak by żadna nie miała większej działki niż inne, i zerkały uważnie, czy żadna nie wysunie się przed szereg. Matki z córkami, tak jak Alinor z Alys, stawały daleko od siebie, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Szereg z wolna ruszył.

Znużone całodzienną harówką kobiety pracowały teraz na własny rachunek. Schylały się co chwila, by podnieść każdy kłos, a nawet pojedyncze ziarna. Tam gdzie niedoświadczony żeńca zostawił stojące źdźbła lub złamał je stopą, mogły nazbierać całe garście. Parły powoli naprzód niczym linia piechoty nacierająca przez bitewne pole, pilnując swego miejsca w szyku i odstępów. Alinor, schylając się raz po raz ze wzrokiem wbitym w ziemię, zdziwiła się, kiedy dotarła do żywopłotu na końcu pola. To już? Jej torbę wypełniały dojrzałe, złote kłosy pszenicy.