MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Tidelands

Projekt okładki

JAMES IACOBELLI, LAYWAN KWAN

© 2019 Simon&Schuster

Ilustracje wewnętrzne

© NataLima/Shutterstock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

„BALTAZAR” RING JACEK, WOJCIECHOWSKA-RING DOROTA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright © 2019 by Levon Publishing Ltd.

All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever. For information, address Atria Books Subsidiary Rights Department, 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020.

First Atria Books hardcover edition August 2019

ATRIA BOOKS and colophon are registered trademarks of Simon & Schuster, Inc. All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni. Jakiekolwiek odniesienia do wydarzeń, miejsc i postaci historycznych mają charakter fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do pozostałych osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.

ISBN 978-83-245-8435-2

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wybrzeże Sussexu. Noc przesilenia, czerwiec 1648

Mokradła, lipiec 1648 roku

Mokradła, lipiec 1648 roku

Mokradła, lipiec 1648 roku

Mokradła, sierpień 1648 roku

Mokradła, sierpień 1648 roku

Brzegi Sussexu, wrzesień 1648 roku

Newport, wyspa Wight, wrzesień 1648 roku

Mokradła, wrzesień 1648 roku

Douai, Francja, wrzesień 1648 roku

Mokradła, październik 1648 roku

Douai, październik 1648 roku

Mokradła, październik 1648 roku

Douai, listopad 1648 roku

Mokradła, listopad 1648 roku

Douai, listopad 1648 roku

Mokradła, listopad 1648 roku

Douai, grudzień 1648 roku

Mokradła, grudzień 1648 roku

Londyn, grudzień 1648 roku

Mokradła, grudzień 1648 roku

Londyn, grudzień 1648 roku

Mokradła, grudzień 1648 roku

Haga, Niderlandy, grudzień 1648 roku

Mokradła, styczeń 1649 roku

Pałac Westminsterski w Londynie, styczeń 1649 roku

Mokradła, styczeń 1649 roku

Londyn, styczeń 1649 roku

Mokradła, luty 1649 roku

Londyn, luty 1649 roku

Mokradła, luty 1649 roku

Mokradła, luty 1649 roku

Posłowie

Przypisy

Dla Anthony’ego

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


WYBRZEŻE SUSSEXU

NOC PRZESILENIA, CZERWIEC 1648

Niebo było szare, tak jak i bryła kościoła. Mroczna dzwonnica odcinała się na tle posępnych chmur. Młoda kobieta słyszała delikatny szmer kamyków, poruszanych falą nadchodzącego przypływu, który szeptał na zalewanej plaży i cofał po chwili z cichym sykiem.

Lato było w pełni. To noc przesilenia, kulminacja roku i mimo że była ciepła, kobieta czuła chłód. Bądź co bądź przybyła tu spotkać się z duchem. Tylko tej nocy – i w dni poświęcone świętym patronom – zmarli przechadzali się pośród żywych. Wątpiła, by jej mąż, pijak i gwałtownik, znajdował się pod opieką jakiegokolwiek świętego. Nie potrafiła sobie też wyobrazić, by jakiś anioł strzegł jego chwiejnych kroków z przystani do karczmy i z powrotem. Nie wiedziała, czy odszedł, zginął, czy został siłą wcielony w szeregi zdradzieckiej floty, która zwróciła się przeciw swemu królowi i teraz żeglowała pod buntowniczą banderą parlamentu. Jeśli go dziś zobaczy, zyska pewność, że jest martwy. A wtedy ogłosi się wdową i wreszcie będzie wolna. Nie miała żadnych wątpliwości, że jeśli utonął, to jego duch ociekający wodą przyjdzie do niej przez mgłę otulającą cmentarz. Dziś, w najkrótszą noc roku, kiedy bladawa smuga na zachodzie zdradzała słońce wciąż czające się za horyzontem, nic nie było na swoim miejscu ani w swoim czasie. Słońce nie zaszło, tron był pusty, a świat wywrócił się do góry nogami. Król był uwięziony, buntownicy u władzy, biały księżyc zaś świecił niczym trupia czaszka wśród łopocących proporców szarych chmur.

Pomyślała, że jeśli uda jej się spotkać męża, dryfującego niczym morskie widmo pośród cmentarnych cisów, przeżyje najszczęśliwszą chwilę, odkąd przestała być dzieckiem. Skoro utonął, ona będzie wolna. A jeżeli chodzi teraz po świecie razem z umarłymi, na pewno go zobaczy. Bo miała dar, jak jej matka, a przed nią babka. Jak wszystkie kobiety w jej rodzinie, żyjące od pokoleń, od zawsze, na saskim wybrzeżu.

U wejścia do kruchty po obu stronach drzwi stały drewniane ławki zbite ze starych desek będących niegdyś poszyciem kadłuba. Ciaśniej otuliła ramiona chustą i usiadła, czekając, aż księżyc, kryjący się co rusz za chmurami, zajmie o północy miejsce nad wieżą kościelną. Oparła plecy o zimną kamienną ścianę. Miała dwadzieścia siedem lat, a czuła się tak zmęczona, jakby przeżyła ich sześćdziesiąt. Przymknęła oczy. Powoli zaczęła odpływać w sen.

Zgrzyt cmentarnej furty i pośpieszne kroki na żwirowej ścieżce błyskawicznie wyrwały ją ze snu. Zerwała się na równe nogi. Nie sądziła, że duch męża zjawi się wcześniej. Za życia raczej się spóźniał, ale jeśli już tu jest, musi z nim koniecznie porozmawiać. Bez tchu wyszła z przedsionka, walcząc z lękiem przed widmem, które szło ku niej przez ciemny cmentarz przy wtórze cichego szeptu wzbierającego morza. Czuła w powietrzu słony zapach morskiej wody i czuła, że duch się zbliża. Może ocieka wodą albo ciągnie za sobą girlandy wodorostów...

Zza naroża kościoła wypadł młody człowiek. Wzdrygnął się na widok jej pobladłej twarzy i krzyknął:

 

– Boże, ratuj! Czyś z tego świata, czy z tamtego? Mów zaraz!

Przez chwilę była zbyt wstrząśnięta, by powiedzieć cokolwiek. Stała cicho i patrzyła, jakby chciała przejrzeć go na wylot. Zmrużyła oczy, starając się zobaczyć więcej, niż pozwalały zwykłe ludzkie zmysły. Może był jednym z nieumarłych, uwolnionym od toni lub stryczka, aby chodził po ziemi wraz z innymi do siebie podobnymi – w tę noc, która była przecież ich nocą; pod księżycem, który również należał do nich. Mężczyzna był urodziwy jak zaczarowany książę z bajki. Długie ciemne włosy miał spięte na karku, w bladej twarzy błyszczały ciemne oczy.

Kobieta złożyła za plecami palce w znak krzyża. Była to jej jedyna obrona. Bała się, że ten młody panicz z innego świata porwie ją, uwiedzie i złamie jej serce.

– Mów! – nalegał. Wciąż nie mogła wydusić słowa. – Kim jesteś? Czym? Zjawą?

– Nie, nie! – zaprotestowała. – Jestem kobietą. Śmiertelną kobietą. Siostrą przewoźnika, wdową po Zacharym, rybaku, który zaginął.

Znacznie później, kiedy wspominała tę chwilę, zorientowała się, że w istocie powiedziała mu: „Jestem kobietą uwięzioną na tym świecie przez władzę mężczyzn”.

– Kim? – zdziwił się nieznajomy. Był obcy. Tutejszy od razu wiedziałby, o kogo chodzi.

– Kim ty jesteś, panie? – Pięknie skrojony ciemny kaftan i koronkowy kołnierz podpowiadały jej, że ma do czynienia ze szlachetnie urodzonym. – Co tu robisz? – Rozejrzała się za sługami albo grupą zbrojnych, którzy powinni mu towarzyszyć.

Wokół rozciągał się pusty cmentarz, kałuża nieziemskiego półmroku ograniczona niskim murem z łupanego kamienia, który lśnił lekko, jakby ktoś zlał go wodą. Drzewa o bujnych koronach zwieszały nisko gałęzie; pod nimi cień był gęstszy. Nie zobaczyła nic prócz nagrobków, które w świetle księżyca rzucały własne cienie na skoszoną trawę. Panowała cisza zakłócana jedynie cichym szeptem wzbierającego przypływu.

– Nikt nie może mnie tu zobaczyć – mruknął mężczyzna.

– Przecież nikogo tu nie ma!

To, jak obcesowo zbyła jego lęki, skłoniło go, by jeszcze raz się jej przyjrzeć. Owalna twarz, ciemnoszare oczy. Piękna niczym Madonna z obrazu. Ale nieziemski poblask wydobył z mroku także wystrzępioną chustę na głowie i niekształtne łachmany okrywające ciało.

– Co tu robisz o tej porze? – spytał podejrzliwie.

– Przyszłam się pomodlić. – Za nic w świecie nie powiedziałaby nieznajomemu prawdy. Powszechnie było jednak wiadomo, że wdowa może spotkać zmarłego męża, jeśli zaczeka na niego na cmentarzu w noc przesilenia.

– Pomodlić? – powtórzył. – Słusznie. No to wejdźmy do środka, pomodlę się razem z tobą.

Złapał ciężki pierścień służący za klamkę w kościelnych drzwiach, otworzył je i przytrzymał zasuwę, by nie szczęknęła. Potem wśliznął się do środka cicho niczym złodziej. Zawahała się chwilę, ale czekał, przytrzymując w milczeniu drzwi, więc musiała pójść za nim. Kiedy je zamknął, wnętrze rozjaśniało tylko słabe światło wpadające przez stare witraże. Rzucało na kamienną posadzkę złote i brązowe plamy. Głos wzbierającego morza pozostał na zewnątrz.

– Zostawcie, panie, drzwi otwarte – powiedziała wystraszona. – Tu jest tak ciemno.

Uchylił je nieco i promień księżycowego blasku wąską wstążką wpadł przez szparę na posadzkę u ich stóp.

– Po co tu przybyliście? – spytała. – Jesteście, panie, z Londynu? – Nie znalazła innego wyjaśnienia dla czystego kołnierza, dobrych skórzanych butów, małego tobołka, który trzymał w ręku, i inteligencji, która malowała się w jego ciepłych oczach.

– Nie mogę powiedzieć.

Pomyślała, że musi być jednym z agentów, którzy przemierzają kraj, werbując rekrutów czy to do armii parlamentu, czy dla króla. Tyle że żaden z nich nie zawitał wcześniej na wyspę Sealsea, a ten był sam, bez towarzyszy czy chociażby konia. Zupełnie jakby spadł z nieba niczym płanetnik, psotne licho ściągające burze, strącone z obłoków za szkodzenie rodzajowi ludzkiemu i zawsze gotowe wywołać letnią nawałnicę.

– A może jesteście przemytnikiem?

Jego krótki śmiech zaprzeczył temu, umilkł jednak błyskawicznie, gdy tylko odbił się echem w pustym wnętrzu kościoła.

– A więc kim?

– Nikomu nie możesz powiedzieć, że mnie tu widziałaś.

– Ani wy o mnie – odparła.

– Potrafisz dochować sekretu?

Westchnęła, wypuszczając obłoczek pary w zimnym wilgotnym powietrzu.

– Jeden Bóg wie, jak wiele ich skrywam.

Zawahał się, jakby nie był pewien, czy ośmieli się jej zaufać.

– Czy wyznajesz nową wiarę? – zapytał.

– Nie znam się na tym – rzekła ostrożnie. – Modlę się tak, jak pastor każe.

– Ja wyznaję tę starą, jedynie prawdziwą wiarę – rzekł z westchnieniem. – Wezwano mnie tutaj, ale ludzie, z którymi miałem się spotkać, nie przybyli, a dom, gdzie mogłem czuć się bezpieczny, stoi ciemny i zamknięty na głucho. Szukam schronienia na noc, a jeśli nie uda mi się z nimi spotkać, muszę jakoś wrócić do Londynu.

Alinor patrzyła na niego, jakby naprawdę był elfim księciem, niebezpiecznym dla śmiertelnej kobiety.

– Chcecie powiedzieć, że jesteście księdzem, panie?

Pokiwał głową w milczeniu, jakby nie ufał słowom.

– Przysłanym tu z Francji, by odprawiać heretyckie msze z ukrywającymi się papistami?

Skrzywił się.

– Tak opowiadają nasi wrogowie. Ja mówię, iż służę prawdziwym wyznawcom w Anglii i jestem lojalnym poddanym prawowitego króla.

Pokręciła głową, nie pojmując. Wojna nigdy nie podeszła bliżej niż do Chichesteru. Odległe o sześć mil na północ miasteczko padło szybko po dziarskim szturmie wojsk parlamentu.

– Kiedy padł Chichester, wydano wszystkich papistów – ostrzegła go. – Nawet biskup musiał uciekać. Wszyscy wokół są za parlamentem.

– A ty?

Wzruszyła ramionami.

– Niczego im nie zawdzięczam. Ale mój brat służył w armii. I jest im bardzo oddany.

– Ale mnie nie wydasz?

Zawahała się.

– A przysięgniecie, że nie jesteście Francuzem?

– Anglikiem. Tu urodzonym i wychowanym. I wiernym sługą swego kraju.

– Lecz szpiegiem króla?

– Jestem lojalnym poddanym namaszczonego monarchy, króla Karola. Tak jak każdy Anglik powinien.

Pokręciła głową, jakby wielkie słowa nic dla niej nie znaczyły. Króla zrzucono z tronu. Jego władztwo ograniczało się teraz do najbliższego otoczenia, a siedzibą był malutki zamek Carisbrooke na wyspie Wight. Nie znała nikogo, kto deklarowałby wierność takiemu królowi. Władcy, który sprowadził do swojego kraju wojnę, trwającą już sześć długich lat.

– Miałeś zatrzymać się w majątku, panie?

– Nie zdradzę ci, kto miał mnie ukrywać. To tajemnica.

Prychnęła zniecierpliwiona. Na Sealsea mieszkała mała społeczność, niewiele ponad sto rodzin. Znała je wszystkie. Było oczywiste, że tylko pan na włościach mógł udzielić schronienia papistowskiemu księdzu i królewskiemu szpiegowi zarazem. Tylko w Priory, jedynym okazałym domostwie na wyspie, znalazłoby się łóżko i pościel godna dżentelmena. I tylko właściciel majątku, sir William Peachey, mógł sobie roić, że wesprze pokonanego króla. Wszyscy jego dzierżawcy popierali parlament, a co za tym idzie – wolność od dławiących podatków, które pobierał król i szlachta. Pomyślała sobie, że to typowe dla sir Williama. Najpierw składa ryzykowną propozycję, a potem beztrosko nie wywiązuje się z zobowiązań, wystawiając swojego tajnego gościa na śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdyby ten młody człowiek wpadł w ręce ludzi parlamentu, niezwłocznie powiesiliby go za szpiegostwo.

– Czy ktoś wie, że tu jesteś, panie?

Pokręcił głową.

– Nie. Stawiłem się na umówionym miejscu, w bezpiecznym domostwie, ale wszystko było pozamykane i nie paliło się żadne światło. Poinstruowano mnie, żeby zapukać w specjalny sposób do drzwi od strony ogrodów. Zrobiłem to, lecz nikt się nie pojawił. Ponad drzewami dostrzegłem wieżę kościelną, więc skierowałem się tu, żeby przeczekać, w nadziei, że jeśli nawet teraz śpią, to odezwą się później. Nie miałem pojęcia, dokąd indziej mógłbym pójść. Nie znam tego miejsca. Przybyłem na statku w czasie przypływu. Okolica wyglądała jak pustkowie, na którym morze walczy o lepsze z błockiem. A ja nie mam nawet mapy.

– Och, nie istnieje żadna mapa tych okolic.

– Nie? – Wyglądał na zaskoczonego. – Dlaczego?

– To Mokradła. Kraina przypływów – odparła. – Żwirowa mierzeja w porcie, a nawet sam port zmieniają się po każdym sztormie. Ludzie z Chichesteru nazywają go Wędrującą Przystanią. Morze wdziera się na pola i zabiera ląd, kanały wylewają, tworzą się nowe stawy i jeziora. Nic nie trwa na tyle długo, żeby to zmierzyć i nanieść na mapę. Tak tu jest: trochę morza, trochę lądu, a z niczego pożytku. Mokradła ciągną się do New Forest na zachodzie, a na wschodzie aż po białe klify.

– Czy tutejszy kapłan to jeden z nowych?

– Jest tu od lat i robi, co mu każą. Teraz słucha rozkazów parlamentu. Jeszcze nie pomalował ścian na biało i nie powybijał witraży, ale pochował figury, przeniósł ołtarz na skrzyżowanie naw i modli się po angielsku. Powiada, że dobry król Henryk uwolnił nas od Rzymu sto lat temu, a król Karol chce nas znowu oddać w papieską niewolę, ale na szczęście nie może. Bo jest pokonany i zrujnowany, a parlament wygrał wojnę z królem.

Twarz obcego pociemniała z gniewu.

– Wcale nie wygrał! – zaprotestował. – I nigdy nie wygra. To jeszcze nie koniec.

Milczała. Pomyślała sobie, że dla króla to już dawno koniec. Uwięziono go, jego żona zbiegła do Francji, porzucając dwójkę malutkich dzieci, a następca tronu przebywał w Niderlandach.

– Tak, panie – bąknęła.

– Jak myślisz, czy pastor na mnie doniesie?

– Obawiam się, że będzie musiał.

– Czy pozostał jeszcze na tej wyspie ktoś wyznający starą wiarę? Ktokolwiek? Może w ukryciu?

Rozłożyła ręce, dając mu do zrozumienia, że nie wie. Zwrócił uwagę na jej dłonie, pokaleczone skorupami homarów, krabów i szorstkimi linami rybackich sieci.

– Nie wiem, co ludzie kryją w swoich sercach – odparła. – W Chichesterze wielu było takich, co sprzyjali królowi. Wśród nich również papiści. Zabito ich albo pouciekali. Nie słyszałam o nikim, kto wyznawałby jeszcze starą wiarę... no, może z wyjątkiem jednej czy dwóch naprawdę sędziwych kobiet. Większość ludzi to dobrzy purytanie, jak mój brat. Walczył w Armii Nowego Wzoru pod dowództwem generała Cromwella. Pewnie o nim słyszeliście?

– O, tak. Słyszałem – odparł ponuro. Zamilkł, usilnie nad czymś myśląc. – Czy uda mi się dostać do Chichesteru jeszcze dziś w nocy?

– Nadchodzi przypływ. – Pokręciła głową. – Dziś w nocy będzie wysoki, bo mamy przesilenie. Aż do ranka nie uda się wam przejść brodem na drogę do Chichesteru, a potem ktoś może was zauważyć. Wasza łódź po was nie wróci?

– Nie.

– To musicie się ukryć i poczekać do wieczora. Jutro przypływ będzie słabszy i przekroczycie bród o zmierzchu. Z promu nie możecie skorzystać. Mój brat jest przewoźnikiem, a on aresztuje was od razu.

– A skąd będzie wiedział, że jestem „kawalerem”[1]?

Uśmiechnęła się z politowaniem.

– Panie, nikt na tej wyspie nie wygląda tak wytwornie jak wy. Nawet sir William.

Zarumienił się.

– No dobrze, lecz skoro mam zostać na wyspie, gdzie mogę się ukryć?

Zastanowiła się przez moment.

– Możecie przeczekać do wieczora w szopie mojego męża – zaproponowała. – To jedyne miejsce, jakie przychodzi mi do głowy. Nie ma tam wygód. Mąż trzymał w szopie sieci i inne rzeczy. Ale zaginął kilka miesięcy temu i nikt tam już nie zagląda. Rano przyniosę wam wodę i coś do jedzenia. A kiedy się rozwidni, możecie iść do majątku, o tam, i spróbować bez świadków rozmówić się z zarządcą. Jego lordowska mość wyjechał, ale może on was wpuści, kto wie. Nie potrafię powiedzieć, w co wierzy. Nie wiem tego.

Skłonił głowę w podzięce.

– Niech cię Bóg błogosławi – powiedział. – Ufam, że wysłał mi cię na ratunek.

– Pozwólcie, że najpierw pokażę wam szopę, w której będziecie spać, zanim zaczniecie mnie błogosławić za ratunek – przerwała mu. – To nie miejsce dla takich jak wy. Śmierdzi zdechłą rybą.

– I tak nie mam dokąd pójść – zauważył. – A więc jesteś moim wybawieniem. Pomodlimy się razem?

– Nie – odparła hardo. – Najlepiej będzie, jak czym prędzej was ukryję. Wątpię, żeby ktoś tu się wybrał o tej porze nocy, ale nigdy nie wiadomo. Niektórzy mają się za bardzo pobożnych. Mogą przyjść o świcie na modlitwę.

 

– Ty też przyszłaś się tu pomodlić – przypomniał jej. – Z pobożności? Jesteś purytanką?

Zarumieniła się, zawstydzona własnym kłamstwem.

– Tak naprawdę to nie bardzo – przyznała.

– A więc po co?

– Nieważne.

Zignorował jej zażenowanie, wychodząc z założenia, że przyszła spotkać się z kochankiem. Ot, plugawy wiejski romans.

– Gdzie ta szopa i dom, w którym mieszkasz? – spytał.

– Na skraju przystani, niedaleko przeprawy. Po przeciwnej stronie nurtu niż młyn.

– Nurtu?

– Nazywają to Szerokim Nurtem – odparła. – To rzeka, która wpada do zatoki. Zmienia się wraz z przypływami, opada i znowu wzbiera, ale nigdy nie wysycha. Teraz woda jest wysoka. Lato jest deszczowe i brody nie wysychały całkiem od tygodni.

– A więc twój brat przewozi ludzi przez rzekę, kiedy woda jest wezbrana?

– Przy niskiej można ją przejść pieszo.

– Nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo. Poradzę sobie sam, jeśli tylko wskażesz mi drogę. Nie musisz mnie prowadzić.

– Nie dacie rady. Wybrzeże to istna plątanina ścieżek. Są tam głębokie zalewiska i kanały – wyjaśniła. – Morze nadchodzi szybciej niż koń kłusem i rozlewa się szeroko. Nie prześcigniecie go. Utkniecie w błocie albo woda odetnie was na którejś ze ścieżek. Są też ruchome piaski, których nie widać, aż nogi w nich ugrzęzną i już nie da się ich wyciągnąć. Tylko my, którzyśmy się tu urodzili i wychowali, czasem przeprawiamy się przez to grzęzawisko. Muszę was poprowadzić.

Pokiwał głową.

– Bóg cię za to wynagrodzi. Rzeczywiście zesłał mi cię na przewodnika.

Zerknęła na niego z powątpiewaniem, jakby Bóg dotąd szczędził jej w życiu nagród.

– Ruszajmy. Trochę nam zejdzie, nim dotrzemy na miejsce.

– Ruszajmy – zgodził się. – Jak mam cię zwać? Jestem ojciec James.

Wzdrygnęła się, słysząc kapłański tytuł.

– Nie mogę się tak do was zwracać! W mig trafiłabym pod sąd, a potem za kraty. Jak się zwiecie naprawdę?

– Możesz mówić do mnie James.

Wzruszyła ramionami, jakby urażona jego rezerwą.

– Ja noszę nazwisko męża – powiedziała. – Reekie.

– Tak mam do ciebie mówić?

– Właśnie tak – odparła zuchwale. – Skoro wy nie chcecie zdradzić prawdziwego imienia, dlaczego ja miałabym zdradzać swoje?

Odwróciła się, zostawiając zaskoczonego mężczyznę, i ruszyła do wyjścia. Zaczekała chwilę, gdy pokłonił się nisko przed ołtarzem, a potem ukląkł na jedno kolano, dotykając ręką posadzki. Słyszała, jak modli się cicho o bezpieczeństwo swoje i jej oraz wszystkich, którzy tej nocy służą prawdziwej wierze i Anglii, a także za króla w okrutnej niewoli i księcia na wygnaniu.

– Mój mąż zaginął – oznajmiła, kiedy do niej podszedł. – Będzie dłużej niż pół roku.

– Niech Bóg go błogosławi, a ciebie wspiera – rzekł, robiąc nad jej głową znak krzyża. Nigdy wcześniej nie widziała tego gestu i nie wiedziała, że należy pochylić głowę i przeżegnać się. Prawie od stu lat nikt w Anglii publicznie się nie żegnał. Ludzie się odzwyczaili, a ci, którzy wciąż trwali w wyznaniu rzymskokatolickim, dbali o zachowanie tajemnicy.

– Dziękuję – bąknęła niezręcznie.

– Masz dzieci?

Otworzyła ciężkie drzwi kruchty i wyjrzała na zewnątrz. Cmentarz był pusty, więc skinęła, by szedł za nią. Ruszyli ścieżką między grobami. Nagrobki pokrywała tak gruba warstwa mchu i porostów, że tylko niektóre litery wciąż dało się odczytać.

– Dwójkę – rzuciła przez ramię. – Zdrowo się chowają i co dzień dziękuję za nie Bogu. Córka ma trzynaście lat, a syn dwanaście.

– Chłopak zajął miejsce ojca i łowi ryby?

– Łódź przepadła razem z mężem – powiedziała ze smutkiem, jakby właśnie to najbardziej ją troskało. – Możemy co najwyżej wędkować z brzegu.

– Nasz Pan pierwszych powołał rybaków – zauważył James łagodnie.

– Owszem – odparła. – Ale przynajmniej zostawił im łódź.

Roześmiał się, słysząc te słowa wyzute z szacunku. Odwróciła się do niego i też zaczęła się śmiać, a on po raz kolejny zauważył, jak ciepły ma uśmiech. Miał ochotę złapać ją za ręce i ogrzać się w jego blasku.

– Łódź bardzo wiele znaczy – rzekła.

– Wiem o tym. – Zarzucił sakwę na plecy i wsunął dłonie za paski, by uchronić je przed pokusą. – Jak sobie radzicie bez łodzi i mężczyzny?

– Ledwo – odparła krótko.

Przy murku z nieobrobionego kamienia, który okalał cmentarz, zakasała brązową spódnicę i fartuch z konopnego płótna. Przeskoczyła na drugą stronę lekko jak wyrostek. Przeszedł za nią i znalazł się na wąskiej dróżce, którą mogły chodzić owce, przez gęste zarośla głogu rosnące po obu stronach i splatające się u góry tak, że tworzyły sklepienie. Oboje skryli się w tunelu z gęstych liści i kolczastych gałązek. Kobieta ruszyła przodem, schylając głowę i szczelniej okrywając się chustą. Jej stopy w drewnianych chodakach pewnie podążały za kapryśnie wijącą się ścieżyną. Po pewnym czasie szum morza stał się głośniejszy i zeszli z wysokiego brzegu na otwartą przestrzeń. Stali na białym żwirze plaży, oświetleni księżycem, który wciąż wisiał na blednącym niebie. Za ich plecami na skarpie rósł wielki dąb. Jego korzenie wiły się po błotnistej ziemi, a długie gałęzie zwieszały w dół, do plaży. Stąd, jak okiem sięgnąć, rozciągały się moczary. Stojąca woda, ławice piachu, sadzawki morskiej wody pozostawione przez przypływ, błoto, wysepki trzciny, a w środku szeroki kręty nurt płynącej wody, do którego wpadały dziesiątki strumyków bulgoczących w błocku i podbiegających drobnymi falami aż do ich stóp.

– Zgniłe Bagnisko – oznajmiła.

– Myślałem, że nazywacie to Wędrującą Przystanią?

– Ci z Chichesteru tak je nazywają. Rzeczywiście wędruje. Obcy nigdy nie wiedzą, gdzie są wyspy, gdzie mielizny i rafy. Cieki wodne zmieniają bieg po każdym sztormie. Ale my, którzy mieszkamy na tym brzegu i widzimy wszystkie zmiany, dostosowujemy swoje ścieżki do jego zmiennych nastrojów i nienawidzimy go jak surowego pana, nazywamy to miejsce Zgniłym albo Cuchnącym Bagniskiem.

– Aż tak?

– Błota są groźne. Zejdziesz z bezpiecznej ścieżki i uwiężą cię, aż nakryje cię i pochłonie przypływ. Paskudna śmierć. A nawet jeśli się uwolnisz, do końca swoich dni będziesz cuchnął padliną.

– Zawsze tu mieszkałaś? – spytał, zaskoczony goryczą, którą słychać było w jej głosie.

– O, tak – westchnęła. – I utknęłam na dobre, zupełnie jakby wciągnęło mnie to bagno. Nie mam własnej ziemi; nawet dom dzierżawię od niesumiennego pana i nie mogę odejść. Jestem żoną zaginionego mężczyzny, więc nie mogę ponownie wyjść za mąż. A przewoźnikiem jest mój brat, który za nic nie przeprawi mnie stąd na stały ląd, bym odzyskała wolność.

– Czy całe wybrzeże tak tu wygląda? – spytał, myśląc o nocy, gdy przybijali do brzegu, a sternik prowadził łódź w ciemnościach, lawirując między skałami i mieliznami. – Jest takie niepewne?

– To Mokradła – odparła. – Ani to morze, ani ląd. Ani sucho, ani mokro. I nikt stąd nie odchodzi.

– Ty możesz odejść. Przypłynie po mnie łódź. Kiedy wypełnię swoją misję tutaj, popłynę z powrotem do Francji. Mógłbym ci pomóc się stąd wydostać.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Po raz kolejny go zaskoczyła – tym razem powagą.

– Bóg mi świadkiem, że tego pragnę – powiedziała. – Ale nie zostawię dzieci. A poza tym przeraża mnie myśl o głębokiej wodzie.

Ruszyła naprzód. Jej kroki chrzęściły na żwirze plaży, która wiła się pomiędzy brzegiem a pasem błot, gdzie wody wciąż przybywało. Gdzieś przed nimi mewy zerwały się w powietrze z upiornym krzykiem. James szedł za majaczącym cieniem przez żwir, błoto i drewno wyrzucone na brzeg, nieustannie słysząc monotonny syk morza, które było gdzieś tam w ciemności po jego prawej stronie i wciąż się zbliżało, zalewając łachy, topiąc trzcinowiska i niepokonanie prąc naprzód.

Kobieta wdrapała się na kolejną skarpę i wyszła na ścieżkę. Ta biegła wyżej, ponad linią przypływu. Ruszył za nią między krzakami janowca, którego kwiaty noc wyprała z koloru. Teraz lśniły raczej srebrem niż złotem, lecz wciąż czuć było w powietrzu ich słodki miodowy zapach. Gdzieś w pobliżu zahukała sowa. Wzdrygnął się, widząc, jak mroczny cień odlatuje w dal na szerokich, cichych skrzydłach.

Szli długo. Tak długo, że jego plecak zdążył zrobić się ciężki, a on sam na wpół usnął, podążając posłusznie za drewnianym stukotem chodaków i ubłoconym rąbkiem spódnicy. Maszerował krętą ścieżką przez pustkowie, przez świat, który stracił rzeczywiste znaczenie, tak jak stracił barwy. James wyprostował się i wyszeptał Ave Maria, przypominając sobie, że to jemu przypadł honor niesienia słowa Bożego. Prócz niego dźwigał drogocenne sprzęty potrzebne do mszy oraz okup za króla. W gruncie rzeczy był rad, że musi przedzierać się błotnistą ścieżką przez wybrzeże, które nie widniało na żadnych mapach.

Morze wdzierało się coraz dalej w ląd, jakby wszelkie granice nic dla niego nie znaczyły. Na plaży pod nimi woda przelewała się już pomiędzy trawami i strzaskanym drewnem naniesionym przez morze. Po drugiej stronie wydm rowy i sadzawki puchły, przebierały i wypluwały wodę w głąb lądu. Było tak, jak mówiła: ani to ziemia, ani morze. Miało się wrażenie, że z nadejściem przypływu sama gleba poci się chorobliwą wilgocią. Uzmysłowił sobie, że od dłuższego czasu słyszy dziwny hałas, który zagłusza plusk wzbierającej wody. Jakby coś się gotowało w olbrzymim garze.

– Co to takiego? Co to za dźwięk? – szepnął, łapiąc ją za ramię. – Słyszysz? Koszmarny. I dziwny. Jakby gotująca się woda...

Zatrzymała się, zupełnie nie okazując lęku ani zaciekawienia.

– A, to? – Wskazała środek zalewiska. – Popatrz tam. Widzisz? Na samym środku. Widzisz bąble?

– Niczego nie widzę, oprócz wody. Panie Boże, ratuj! Cóż to takiego? Brzmi jak fontanna.

– To Syczące Źródło.

– Co to takiego? – Był niedorzecznie przerażony.

– Nikt nie wie. To takie miejsce w samym środku bagna, gdzie morze się gotuje, kiedy woda wzbiera. Dzieje się tak podczas każdego przypływu, więc nikt nie zwraca już na to uwagi. Czasem tylko ktoś obcy się zainteresuje. Pewien człowiek powiedział mojemu bratu, że może tam być podziemna jaskinia. Bańki powietrza wydostają się na zewnątrz, kiedy woda ją wypełnia. Ale tego nikt nie wie na pewno. Nikt jej nawet nie widział.

– Brzmi jak kipiący kocioł. – Przerażała go niesamowitość tego dźwięku. – Jakby samo piekło gotowało się pod wodą.

– Tak, myślę, że może brzmieć przerażająco. – Nie była specjalnie poruszona.

– A jak to wygląda, kiedy woda ustępuje? – spytał ciekawie. – Czy ziemia jest tam gorąca?

– Nikt tego nie widział z bliska – powtórzyła cierpliwie. – Nie da się dojść. Człowiek utknąłby w bagnie i tam pozostał. Może to rzeczywiście jaskinia i wpadłby do niej? Kto wie? Może istnieje jaskinia, w której mieszczą się wszystkie wody świata. Wody, które płyną i falują pod powierzchnią ziemi. A może to jest koniec świata, ukryty tu, w środku Zgniłego Bagna, a my przez te wszystkie lata żyliśmy u samych bram piekieł?

– Ale skąd ten dźwięk?

– Możesz popłynąć tam łodzią – zaproponowała. – Pieni się i pełno tam bąbli, jak w kipiącym kotle. Czasem syczy tak głośno, że przy spokojnej pogodzie słychać aż pod kościołem.