Tajemna wspólnotaTekst

Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W opowieści doktora Polsteada brakowało jednak konia…

– Myślałam, że był tam jakiś koń – przyznała Lyra.

– Nie – odparła Alice. – Konia nie było.

– Asriel przywiózł nas żyropterem – wyjaśnił Malcolm. – Wylądował na Radcliffe Square. A potem włożył cię mistrzowi w ramiona i powołał się na prawo do azylu akademickiego. Prawo to nadal obowiązuje, nie zostało uchylone.

– Czy azyl akademicki to jest to, co myślę?

– Miał chronić akademików przed prześladowaniami.

– Ale ja nie byłam akademiczką!

– To właśnie wytknął twojemu ojcu mistrz. Na co twój ojciec odparł: „W takim razie będziecie musieli zadbać o to, by się nią stała. Mam rację?”. I wyszedł.

Lyra siedziała jak skamieniała. Serce pęczniało jej od nadmiaru wrażeń, myśli kłębiły się w głowie. Tak wiele musiała zrozumieć, tyle pytań zadać! Nie wiedziała, od czego zacząć.

Hannah, która przez cały czas słuchała w milczeniu, dorzuciła polano do ognia, po czym wstała i zaciągnęła zasłony. Na dworze zapadł już zmrok.

– No… – zaczęła Lyra. – W takim razie… Dziękuję. Tak myślę… Nie chcę wyjść na niewdzięczną ani nic, dziękuję za wyratowanie mnie z powodzi i w ogóle. Jakie to wszystko dziwne… I jeszcze do tego alethiometr, ten tutaj…

Wyciągnęła sakiewkę z plecaka, położyła ją sobie na kolanie i odwinęła czarny aksamit. Alethiometr zalśnił w świetle lamp.

– Więc miał go przy sobie ten cały Bonneville? Ten z dajmonem-hieną? I to on was ścigał? Trudno mi to wszystko ogarnąć. Skąd go wziął?

– Tego dowiedzieliśmy się znacznie później – odparła Hannah. – Ukradł go z klasztoru w Czechach.

– W takim razie może… należałoby go tam zwrócić? – zasugerowała Lyra.

Przygnębiała ją jednak myśl o tym, że miałaby stracić swój najcenniejszy skarb, przyrząd, który pomógł jej znaleźć drogę do świata umarłych, a potem stamtąd wrócić; który powiedział jej prawdę o Willu („Jest mordercą”) w jedyny możliwy sposób, by mogła mu zaufać; który ocalił im życie, pomógł odzyskać pancerz króla niedźwiedzi i dokonać stu innych niezwykłych czynów. Odruchowo zacisnęła na nim dłonie i schowała go z powrotem do plecaka.

– Nie – powiedziała Hannah. – Mnisi również go ukradli: zabrali go podróżnikowi, który nieopatrznie poszukał schronienia w ich klasztorze. Poświęciłam kiedyś bity miesiąc na zbadanie pochodzenia twojego alethiometru i wygląda na to, że przez stulecia przechodził z rąk do rąk, od jednego złodzieja do drugiego. Kiedy Malcolm wcisnął go w fałdy twojego kocyka, alethiometr pierwszy raz od wieków zmienił właściciela w uczciwy sposób i to chyba przełamało schemat.

– Mnie również kiedyś go skradziono – przyznała Lyra. – Musieliśmy go potem wykraść z powrotem.

– Teraz jest twój – zapewnił ją doktor Polstead – i jeżeli nie postanowisz go komuś oddać, będzie twój na zawsze.

– A te wszystkie inne rzeczy, o których opowiadacie… Na przykład ta elfka: naprawdę spotkaliście elfkę? Czy to tylko wyobraźnia spłatała wam… Przecież to nie mogła być prawdziwa elfka!

– Ale była – odparła Alice. – Miała na imię Diania. Karmiła cię piersią. Napiłaś się elfiego mleka i byłabyś z nią została na zawsze, gdyby Malcolm jej nie okpił i nas stamtąd nie wydostał.

– Powódź odsłoniła wiele niezwykłości – dodał Malcolm.

– Dlaczego wcześniej mi nie powiedzieliście?

Malcolm wyraźnie się zmieszał, a Lyra zdumiała się tym, jak niezwykle plastyczną ma twarz. W tej chwili wydał jej się zupełnie obcy, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.

– Zawsze sobie powtarzaliśmy z Alice, że pewnego dnia to zrobimy, ale jakoś nigdy nie było dobrego momentu. Poza tym doktor Carne kazał nam obiecać, że nie będziemy z tobą rozmawiać o Bonneville’u ani o niczym, co go dotyczy. Taki był jeden z warunków udzielenia ci azylu. Wtedy tego nie rozumieliśmy, dopiero później stało się oczywiste, że doktor Carne chciał cię chronić. Ale sytuacja szybko się zmienia. Oddam teraz głos Hannah.

– Kiedy poznaliśmy się z Malcolmem, postąpiłam nadzwyczaj nierozważnie. Odkryłam, że może mieć dostęp do informacji, na których bardzo mi zależało, i zachęciłam go, żeby je dla mnie zdobył. U ojca w pubie, ale także w innych miejscach zdarzało mu się czasem podsłuchać rozmowy, które były warte uwagi. Przekazywał mi pozyskane w ten sposób wiadomości, a także odbierał liściki ode mnie, które zostawiałam w umówionych miejscach. Dowiedziałam się od niego o odrażającej instytucji nazywanej Ligą Świętego Aleksandra, która werbowała uczniów w szkołach, żeby donosili Magisterium na swoich rodziców.

– To brzmi jak… – wtrąciła Lyra. – Sama nie wiem, jak jakaś historia szpiegowska. Trudno w to uwierzyć.

– Domyślam się. Zmierzałam do tego, że był to czas ostrych sporów, wręcz walk politycznych, które rozgrywały się ukradkiem, pokątnie, anonimowo. Niebezpieczny czas.

– I tym się właśnie zajmowałaś? Polityką?

– Poniekąd. Tyle że kłopoty bynajmniej się nie skończyły, nie przeminęły. Ta trudna sytuacja trwa i dziś jest nawet bardziej skomplikowana niż dawniej. Dam ci przykład: w Parlamencie złożono projekt nowej ustawy, tak zwanej „Ustawy o korekcie anomalii historycznych”. Przedstawiana jest jako zwykłe rozporządzenie porządkowe umożliwiające pozbycie się starych przepisów, które nie mają dziś wielkiego sensu albo zwyczajnie nie przystają do współczesności, takich jak przywileje duchowieństwa, prawo wybranych gildii londyńskich do polowań na czaple i łabędzie w celach konsumpcyjnych albo dziesięcina przysługująca dawno nieistniejącym instytucjom monastycznym. Wszystko to są wiekowe uprawnienia, na które od lat nikt nie próbował się powoływać. Jednakże wśród takich staroci przeznaczonych do kasacji znalazło się także prawo do azylu akademickiego, który w dalszym ciągu cię chroni.

– Przed czym? – spytała Lyra. Ze zdumieniem stwierdziła, że głos jej drży.

– Przed Magisterium.

– Dlaczego Magisterium miałoby chcieć mi zrobić krzywdę?

– Tego nie wiemy.

– A dlaczego nikt w Parlamencie nie zwrócił na to uwagi? Dlaczego nikt nie protestuje?

– Ustawa jest bardzo rozwlekła i skomplikowana. Moi informatorzy twierdzą, że została wprowadzona pod obrady na żądanie pewnej genewskiej organizacji, która gwałtownie rośnie w siłę. Nazywa się La Maison Juste i na pierwszy rzut oka jest dość niepozorna, ale przypuszczam, że ma bliskie powiązania z KSD. W każdym razie przepis został przemycony w bardzo sprytny sposób, trzeba mieć iście sokoli wzrok i cierpliwość ślimaka, żeby z czymś takim walczyć. Bernard Crombie, parlamentarzysta stojący na czele stronnictwa przeciwnego uchwaleniu tej ustawy, niedawno zginął, podobno w wypadku drogowym.

– Czytałam o tym – powiedziała Lyra. – To się zdarzyło tutaj, w Oksfordzie. Samochód go potrącił, kierowca nawet się nie zatrzymał… Nie chce pani chyba powiedzieć, że to było morderstwo?

– A jednak – odezwał się Malcolm. – Wiemy, co się wydarzyło, ale nie mamy dowodów, które obroniłyby się w sądzie. Najważniejsze jest jednak co innego: mechanizm prawny, który chronił cię od czasu, gdy lord Asriel złożył cię w ramionach mistrza, jest powoli, z rozmysłem demontowany.

– A to, co wczoraj powiedział ci nowy mistrz – dodała Hannah – tylko potwierdza nasze domysły.

– Czy to znaczy, że doktor Hammond stoi po stronie naszych wrogów, kimkolwiek są?

– Nie jest akademikiem – przypomniała Alice. – To biznesmen.

– Otóż to – podchwycił doktor Polstead. – Nie zapominajmy, jaką ma przeszłość. Nie wiemy jeszcze dokładnie, jak to wszystko się ze sobą łączy, ale jeżeli ta ustawa przejdzie, korporacje będą mogły do woli częstować się atrakcyjnymi nieruchomościami, co do których nie ma ustalonych jednoznacznych praw własności. To tylko jeden z przykładów. Zmierzam do tego, że jeżeli podczas jej uchwalania pojawią się jakieś kwestie sporne, to będą rozstrzygane na korzyść tych, którzy mają władzę i pieniądze. Nawet ruiny klasztoru w Godstow trafią na rynek.

– Dopiero co byli tam jacyś mierniczy – dodała Alice.

– Zmiany, o których doktor Hammond opowiadał ci przy kolacji, są częścią szerzej zakrojonego procesu – powiedziała Hannah do Lyry. – Tym większe niebezpieczeństwo ci grozi.

Lyra nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Przycisnęła Pana mocniej do piersi i zapatrzyła się w ogień.

– Ale powiedział… – zaczęła cichutko. – Powiedział – powtórzyła, podnosząc głos – że kolegium opłaci do końca moje czesne w Świętej Zofii… Nie rozumiem, o co mu chodzi: mam skończyć studia, czy… co właściwie? Nie rozumiem. Nie ogarniam tego.

– Obawiam się, że to jeszcze nie wszystko – odezwała się Hannah. – Pieniądze pozostawione ci przez doktora Carne’a, te, o których Hammond mówił, że się wyczerpały… Malcolm ci to wyjaśni.

– Z wiekiem doktor Carne bywał coraz bardziej zagubiony – zaczął doktor Polstead – myśli często mu się plątały, a przecież nigdy nie miał głowy do liczb i pieniędzy. Wygląda na to, że istotnie odłożył pokaźną sumkę, nie znamy dokładnie jej wartości, ale na pewno sporo by z niej jeszcze zostało, gdyby nie to, że ktoś go przekonał do zainwestowania w fundusz, który splajtował. Zwyczajnie zbankrutował: albo był bardzo źle zarządzany, albo został celowo doprowadzony do ruiny, tego nie wiemy. W każdym razie wbrew temu, co twierdzi doktor Hammond, pieniądze nie znajdowały się w gestii kolegialnego notariusza, ba, notariusz usilnie starał się odwieść starego mistrza od inwestycji w rzeczony fundusz, ale ostatecznie nie miał wyjścia: musiał posłuchać swojego klienta. Na pewno go znasz, to mężczyzna w mocno już podeszłym wieku, bardzo wysoki. Z dajmonem w ciele pustułki.

– Tak, znam go!

Lyra rzeczywiście przypomniała sobie tego człowieka – nigdy nie wiedziała, kim właściwie jest, ale zawsze był dla niej miły i uprzejmy i szczerze interesował się jej postępami w nauce.

 

– Dobrze to sobie wyliczyli – powiedziała Alice. – Niedługo potem stary mistrz zupełnie się pogubił, biedaczysko. Zaczął zapominać…

– Pamiętam – odparła Lyra. – To było takie smutne… Kochałam go.

– Był powszechnie uwielbiany – przyznała Hannah. – Kiedy jednak przestał panować nad swoimi sprawami, notariusz musiał wziąć na siebie rolę pełnomocnika. Gdyby to na tym etapie doktor Carne podjął niewłaściwą decyzję inwestycyjną, można by jej było zapobiec.

– Zaraz – przypomniała sobie Lyra. – Alice powiedziała, że „dobrze to sobie wyliczyli”. Nie chcecie chyba powiedzieć, że to było celowe działanie? Że oni, ci, którzy stoją po drugiej stronie, umyślnie przepuścili jego pieniądze?

– Wszystko na to wskazuje – powiedział doktor Polstead.

– Ale po co?

– Żeby ci zaszkodzić. O niczym byś nie wiedziała, aż do teraz.

– Czyli on jeszcze żył… stary mistrz jeszcze żył, a oni próbowali zrobić mi krzywdę…

– Właśnie. Sami dopiero co to odkryliśmy. Dlatego postanowiliśmy cię tu zaprosić i o wszystkim ci powiedzieć.

Teraz Lyrze na dobre odebrało głos.

– Ale dlaczego? – wyręczył ją Pantalaimon.

– Nie mamy pojęcia – przyznała Hannah. – Z jakiegoś powodu zależy im na tym, żebyś była podatna na ciosy. My z kolei, przez wzgląd na wszystko, co dobre i cenne, musimy zapewnić ci bezpieczeństwo. Zresztą nie tobie jednej, są także inni akademicy, których chroni prawo azylu. Zawsze było rękojmią wolności intelektualnej, ale wygląda na to, że to się zmieni.

Lyra przeczesała włosy palcami. Cały czas myślała o człowieku, o którym przed chwilą usłyszała po raz pierwszy, mężczyźnie z trójnogim dajmonem-hieną. Miała niespełna roczek, gdy za wszelką cenę usiłował ją dopaść.

– A ten Bonneville… – odezwała się. – On też reprezentuje tę drugą stronę? To dlatego chciał mnie wykraść?

Przez twarz Alice przemknął grymas odrazy i wzgardy.

– Był skomplikowanym człowiekiem, który znalazł się w skomplikowanej sytuacji – odparła Hannah. – Wygląda na to, że był szpiegiem, ale działającym na własną rękę. Niektórzy naukowcy też tak funkcjonują, jako wolni strzelcy. Z wykształcenia teolog doświadczalny, fizyk, bez niczyjej pomocy przeniknął do kwatery głównej Magisterium w Genewie, gdzie odkrył wiele niezwykłych rzeczy. Zgromadził ogromną ilość materiałów na różne tematy; znajdowały się w plecaku, który Malcolm ocalił…

– Ukradł – poprawił ją doktor Polstead.

– Niech ci będzie: ukradł, a potem dostarczył do Oksfordu. Tylko że z czasem Bonneville bardzo się zmienił, jakby się zbuntował. Może to była jakaś psychoza, nie wiem… Z jakiegoś powodu miał obsesję na twoim punkcie, Lyro.

– Moim zdaniem chciał cię użyć jako karty przetargowej – powiedział doktor Polstead. – Tylko że potem… Pod koniec po prostu zwariował. Popadł w obłęd. Nawet…

Intensywność bólu malującego się na jego twarzy wstrząsnęła Lyrą. Patrzył w oczy Alice, która miała podobną minę, i nie mógł wykrztusić ani słowa. W końcu wbił wzrok w dywan.

– To kolejny powód, dla którego trudno nam był o tym mówić, moja droga – wychrypiała Alice. – Bo widzisz… Bonneville mnie zgwałcił. Mogłoby się na tym nie skończyć, gdyby nie Malcolm, który… który przyszedł mi na pomoc i… no… zrobił jedyne, co mógł zrobić. Byliśmy oboje wyczerpani, myśleliśmy, że to nasz koniec, to wszystko było takie potworne i…

Jej również odebrało mowę. Ben, jej dajmon, położył łeb na jej kolanach. Pogładziła go drżącą ręką. Lyra miała ochotę ją objąć, ale nie była w stanie się poruszyć. Pan zamarł bez ruchu u jej stóp.

– Jedyne, co mógł? – powtórzyła szeptem.

– Malcolm go zabił – wyjaśniła Asta, dajmon doktora Polsteada.

Lyra zaniemówiła. Malcolm nadal patrzył w dół. Przetarł oczy nasadą dłoni.

– Ty leżałaś w zawiniątku w kanoe – odezwała się znów Alice. – Nie chciał cię zostawiać samej, więc Asta została przy tobie. Dopiero wtedy Malcolm mógł przyjść tam, gdzie Bonneville mnie… napastował. Asta się tobą zaopiekowała.

– Rozdzieliliście się?! – wykrztusiła Lyra. – I zabił go pan?

– To było potworne. Odrażające. Straszne.

– Ile miał pan lat?

– Jedenaście.

Niewiele młodszy od Willa, kiedy alethiometr nazwał go mordercą, pomyślała Lyra.

Spojrzała na doktora Polsteada w sposób, w jaki nie patrzyła na niego nigdy przedtem. Wyobraziła sobie, jak krępy rudowłosy chłopak zabija doświadczonego tajnego agenta… i nagle dostrzegła kolejną prawidłowość: mężczyzna zabity przez Willa też był członkiem tajnych służb swojego kraju. Czy było więcej takich podobieństw? Czy dalsze echa czekały na odkrycie? Alethiometr udzieliłby jej odpowiedzi na to pytanie, ale trwałoby to wieki! Ach, dawniej załatwiłaby to błyskawicznie: palce ścigały się z umysłem o palmę pierwszeństwa, a ona tylko przestawiała wskazówki na tarczy i bez chwili zawahania zstępowała po kolejnych szczeblach znaczeń w skrywający prawdę mrok!

– Nie wolno nam zapominać także o jego bezpieczeństwie – przypomniała Hannah.

Lyra zamrugała powiekami.

– Ma pani na myśli alethiometr? Skąd pani wiedziała, że o nim myślę?

– Poruszałaś palcami.

– Aha. Będę musiała lepiej się maskować, ze wszystkim: każdy mój ruch, każde słowo… Nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje, nie miałam zielonego pojęcia… A teraz nie wiem, co powiedzieć.

– Pantalaimon ci pomoże.

Hannah nie wiedziała jednak o napięciu, jakie ostatnio zapanowało między nimi. Lyra nikomu o tym nie mówiła. Przecież i tak by nikt nie zrozumiał, prawda?

– Robi się późno – zauważył doktor Polstead. – Jeżeli chcemy zjeść jakąś kolację, powinniśmy wracać do miasta.

Lyra czuła się, jakby minął tydzień. Powoli wstała i objęła Alice, która odpowiedziała uściskiem i pocałowała ją w policzek. Kiedy Hannah zrobiła to samo, Lyra pocałowała ją w odpowiedzi.

– Tworzymy sojusz – powiedziała Hannah. – Pamiętaj.

– Nie zapomnę – obiecała Lyra. – Dziękuję wam. Chociaż muszę przyznać, że jeszcze nie doszłam do siebie. O tylu rzeczach nie miałam pojęcia…

– To nasza wina – wtrącił doktor Polstead. – Będziemy musieli ci to jakoś wynagrodzić. I wynagrodzimy. Jesz dzisiaj kolację w auli?

– Nie, mam jadać ze służbą. Mistrz postawił sprawę jasno.

– Drań – mruknęła Alice pod nosem, wywołując tym uśmiech Lyry. – Ja idę do Pstrąga – dodała. – Do zobaczenia później.

Ruszyła w stronę Godstow. Lyra z doktorem Polsteadem skierowali się do centrum miasta. Zatłoczone ulice Jericho tętniły życiem, jasno oświetlone witryny sklepowe wabiły ciepłem i bezpieczeństwem.

– Mam nadzieję, Lyro, że zapamiętasz nasze imiona – odezwał się doktor Polstead. – Ja jestem Malcolm, a pani Lonsdale to Alice.

– Będę się musiała z tym oswoić. Potrzebuję trochę czasu.

– Nie tylko na to. Wracając do tego odesłania cię do służby… To celowe upokorzenie. Wszyscy akademicy wysoko cenią twoje towarzystwo, nawet ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę, chociaż należę obecnie do innego kolegium.

– Mówi, że zdaniem kilku osób spożywanie przeze mnie posiłków w auli byłoby teraz nie na miejscu, i tak dalej.

– Kłamie. A nawet jeżeli ktoś naprawdę tak twierdzi, to na pewno żaden z akademików.

– Tak czy inaczej, jeżeli zamierzał mnie w ten sposób upokorzyć, to mu się nie uda. Jadanie z przyjaciółmi nie jest dla mnie żadnym upokorzeniem. Są dla mnie jak rodzina. A jeżeli on tak źle myśli o mojej rodzinie, to tym gorzej dla niego.

– Doskonale.

Milczeli, idąc, przez mniej więcej minutę. Lyra myślała o tym, że chyba nigdy nie będzie czuła się swobodnie w towarzystwie Malcolma, bez względu na to, co zrobił dziewiętnaście lat wcześniej.

Wtedy jednak powiedział coś, przez co poczuła się jeszcze bardziej niezręcznie:

– Ehm… Lyro? Wydaje mi się, że powinniśmy omówić jeszcze jedną sprawę. Nie uważasz?

8. Little Clarendon Street

8 Little Clarendon Street

– Dajmony – odparła głosem tak cichym, że Malcolm ledwie ją dosłyszał.

– Właśnie. Czy tamtej nocy też przeżyłaś wstrząs?

– Tak przypuszczam.

– Czy ktoś wie o tym, że potraficie się rozdzielić z Pantalaimonem?

– W tym świecie nikt. – Lyra z wysiłkiem przełknęła ślinę. – Wiedźmy z północy też to potrafią. Jedna z nich nazywa się Serafina Pekkala, to o niej pierwszej się dowiedziałam. Spotkałam jej dajmona i rozmawiałam z nim na długo przed tym, jak pierwszy raz ją zobaczyłam.

– Spotkałem kiedyś wiedźmę, podczas tamtej powodzi. Była z dajmonem.

– Jest takie zrujnowane miasto, nosi arabską nazwę… Zamieszkują je dajmony bez ludzi.

– O nim też chyba słyszałem. Chociaż nie byłem pewien, czy powinienem w to wierzyć.

Znowu przeszli kawałek w milczeniu.

– Ale jest coś jeszcze… – zaczęła mówić Lyra.

– Wydaje mi się, że… – wszedł jej w słowo Malcolm.

– Przepraszam – powiedziała Lyra.

– Nie, mów.

– Twój dajmon zobaczył wtedy Pantalaimona. Pan też go widział, ale do wczoraj nie był pewny, kto to, aż…

– Aż spotkali się w pokoju Alice.

– No właśnie, tylko że… Rety, jakie to trudne…

– Obejrzyj się do tyłu.

Lyra się odwróciła i zobaczyła to, co Malcolm już wcześniej wyczuł: ich dajmony szły obok siebie, pochylały łebki ku sobie i rozprawiały o czymś z wielkim zaangażowaniem.

– Cóż…

Przystanęli na rogu Little Clarendon Street, która dwieście jardów dalej dochodziła do szerokiej alei St Giles’. Od Kolegium Jordana dzieliło ich nie więcej niż dziesięć minut drogi.

– Może wstąpimy gdzieś na drinka? – zaproponował Malcolm. – Będziemy mogli swobodniej rozmawiać niż na ulicy.

– Dobrze – zgodziła się Lyra. – Chętnie.

Wśród złotej oksfordzkiej młodzieży Little Clarendon Street uchodziła za miejsce, w którym dobrze jest się pokazać. Za sprawą drogich butików odzieżowych, modnych kawiarni, koktajlbarów i przeciągniętych górą sznurów kolorowych świateł jantarycznych wyglądała jak przeniesiony do Oksfordu zakątek zupełnie innego miasta. Malcolm nie mógł wiedzieć, dlaczego na jej widok łzy napłynęły Lyrze do oczu, chociaż same łzy nie uszły jego uwagi – a jej przypomniało się wyludnione Cittàgazze, rozjaśniane setkami świateł, puste, ciche, magiczne. To tam poznała Willa.

Bez słowa otarła łzy.

Malcolm zaprowadził ją do niby-włoskiej restauracyjki ze świeczkami osadzonymi w owiniętych słomą butelkach po winie, obrusami w czerwono-białą kratę i wielkimi barwnymi plamami plakatów turystycznych. Lyra rozejrzała się niepewnie dookoła.

– To bezpieczne miejsce – zapewnił ją Malcolm. – Gdzie indziej rozmowa mogłaby być ryzykowna, ale nie w La Luna Caprese.

Zapytał, czy chianti będzie w porządku, a gdy skinęła głową, zamówił butelkę.

– Muszę ci coś powiedzieć – zagaiła Lyra, gdy kelner przyniósł wino i rozlał je do kieliszków. – Odkąd się dowiedziałam o tobie i twoim dajmonie, wiem, że mogę ci o tym powiedzieć, ale nikomu innemu już nie. Postaram się mówić zwięźle i klarownie, chociaż przez ostatnie dwa dni usłyszałam tyle niezwykłych rzeczy, że trochę mi się wszystko miesza. Tak że gdybyś się pogubił, daj mi znać. Zacznę od początku.

– Naturalnie.

Zaczęła od przeżyć Pantalaimona w poniedziałkową noc: napaść, morderstwo, umierający człowiek oddający mu portfel, żeby zaniósł go Lyrze. Malcolm słuchał w zdumieniu, ale bez cienia sceptycyzmu. Sam doskonale wiedział, że takie rzeczy się zdarzają, ale jeden element tej historii wydał mu się szczególnie osobliwy.

– Ofiara morderstwa i jej dajmon wiedzieli o rozdzieleniu? – zapytał.

– Tak – potwierdził Pan. Siedział na stole tuż obok opartego o blat łokcia Lyry. – Mój widok nie był dla nich takim wstrząsem, jakim byłby dla większości ludzi. Co więcej, sami również umieli się rozdzielić. Już wcześniej, podczas napadu, dajmon musiał mnie dostrzec na drzewie. Pewnie dlatego pomyślał, że może mi zaufać.

– Pan zabrał więc portfel, żeby przynieść mi go do Świętej Zofii… – podjęła Lyra.

– To wtedy Asta mnie zobaczyła – wtrącił Pan.

– …ale potem sprawy się pokomplikowały i nie mieliśmy nawet czasu zajrzeć do środka. Zrobiliśmy to dopiero następnego dnia rano.

Lyra wciągnęła plecak na kolana i wyjęła z niego portfel, który następnie dyskretnie podała Malcolmowi. Zwrócił uwagę na ślady zębów Pantalaimona. Specyficzny zapach, który Pan wziął za aromat taniej wody kolońskiej, Malcolmowi kojarzył się z czymś innym, bardziej dzikim. Otworzył portfel i – słuchając Lyry – opróżniał go z zawartości: wyjął kartę biblioteczną, identyfikator pracownika uniwersytetu, papiery dyplomatyczne, które wyglądały nadzwyczaj znajomo. Sam kiedyś trzymał takie w portfelu.

 

– Przypuszczam, że niedawno wrócił do Oksfordu – mówiła tymczasem Lyra. – Kiedy obejrzy się jego laissez-passer, można prześledzić całą jego podróż z Sin Kiangu aż tutaj. Gdyby tamci dwaj go nie napadli, udałby się zapewne do Ogrodu Botanicznego.

Malcolm wyłowił kolejną nutę zapachową. Podniósł portfel do nosa, a wtedy coś zadźwięczało mu w głowie niczym odległy dzwon albo rozbłysło jak słońce na ośnieżonym górskim wierzchołku. Ulotne wrażenie trwało jednak tylko ułamek sekundy.

– Czy ten zabity coś jeszcze mówił przed śmiercią? – zwrócił się do Pantalaimona.

– Nie – odparł po namyśle dajmon. – Był naprawdę umierający. Kazał mi wyciągnąć portfel z kieszeni i zanieść go Lyrze… znaczy, nie znał jej imienia, ale powiedział, żebym go zaniósł swojemu… Wydaje mi się, że postanowił nam zaufać, bo wiedział o możliwości rozdzielenia człowieka i dajmona.

– Byliście z tym na policji?

– Oczywiście – odparła Lyra. – Prawie od razu, z samego rana, poszliśmy na posterunek. Ale kiedy czekaliśmy, aż ktoś się nami zajmie, Pan usłyszał głos jednego z policjantów.

– To był jeden z zabójców, ten pierwszy – powiedział Pan. – Ten, który nie został ranny. Miał bardzo charakterystyczny głos, dlatego go rozpoznałem.

– Zapytaliśmy więc o coś zupełnie innego i wyszliśmy – podjęła Lyra. – Doszliśmy do wniosku, że nie należy oddawać zabójcy portfela ofiary.

– Całkiem rozsądnie – przyznał Malcolm.

– Aha, jeszcze jedno: ten ranny w nogę nazywa się Benny Morris.

– Skąd o tym wiecie?

– Znam kogoś, kto pracuje w sortowni. Zapytałam, czy któryś z jego współpracowników nie skaleczył się ostatnio w nogę, na co odparł, że owszem, jest taki: brzydki, wielgachny i nazywa się Benny Morris. Z opisu pasuje.

– Co było dalej?

– W portfelu był kluczyk do przechowalni bagażu – mówiła Lyra, starannie dobierając słowa. – Do jednej z tych skrytek na dworcu, wiesz.

– I co?

– Doszłam do wniosku, że powinniśmy tam pójść i zabrać to, co jest w środku, więc…

– Nie mów mi, że to zrobiliście!

– Zrobiliśmy. Ten człowiek powierzył nam swój portfel wraz z całą zawartością, dlatego pomyślałam, że powinnam zaopiekować się jego bagażem, zanim jego zabójcy zorientują się w sytuacji i też zaczną go szukać.

– Bo zabójcy wiedzieli, że powinien mieć jakiś bagaż – dodał Pan. – Pytali się jeden drugiego, czy zamordowany miał przy sobie torbę, czy jej gdzieś nie upuścił, czy na pewno jej nie widzieli i tak dalej. Tak jakby im powiedziano, czego mają się spodziewać.

– Co było w skrytce?

– Plecak – powiedziała Lyra. – Schowałam go pod podłogą w swoim pokoju w Jordanie.

– Jest tam w tej chwili?

Lyra pokiwała głową.

Malcolm jednym haustem dopił wino i wstał.

– Chodźmy – powiedział. – Musimy go stamtąd zabrać. Dopóki go masz, Lyro, grozi ci ogromne niebezpieczeństwo, wcale nie przesadzam. Chodź.

***

Pięć minut później skręcili z Broad Street w Turl Street, wąski zaułek, przy którym znajdowała się portiernia i główne wejście do Kolegium Jordana. Byli w połowie drogi do wejścia, gdy dwóch mężczyzn w zwykłych roboczych kombinezonach wyszło z kolegium i ruszyło w stronę High Street. Jeden z nich niósł plecak przerzucony przez ramię.

– To ten plecak – powiedziała półgłosem Lyra.

Malcolm chciał pobiec za złodziejami, ale Lyra złapała go za rękę. Mocno.

– Nie – powiedziała – nie rób hałasu. Lepiej, żeby się nie odwracali. Chodź, wejdziemy do środka.

– Mogłem ich dogonić!

– Nie ma potrzeby.

Mężczyźni oddalali się raźnym krokiem. Malcolm chciał powiedzieć kilka rzeczy jednocześnie, ale ugryzł się w język: widział, że Lyra zachowuje spokój, ba, wydawała się nawet z czegoś zadowolona. Ostatni raz spojrzał w ślad za mężczyznami, po czym wszedł za nią do portierni.

Lyra zdążyła tymczasem zagadnąć portiera.

– Tak, Lyro, powiedzieli, że przyszli przenieść twoje meble, ale przed chwilą widziałem, jak wychodzą. Jeden z nich coś niósł.

– Dzięki, Bill. Powiedzieli, skąd są?

– Zostawili mi wizytówkę. Proszę.

Lyra pokazała wizytówkę Malcolmowi: j. cross przeprowadzki i adres w Kidlington, niedaleko na północ od Oksfordu.

– Wiesz coś o tym J. Crossie? – zapytał Malcolm portiera.

– Pierwsze słyszę, proszę pana.

Weszli na górę, do pokoju Lyry. Malcolm nie widział tej klatki schodowej od czasów studenckich, ale wyglądało na to, że niewiele się zmieniła. Na najwyższym piętrze po przeciwnych stronach podestu znajdowały się dwa pokoje. Lyra otworzyła ten po prawej i włączyła światło.

– O mój Boże – mruknął Malcolm. – Że też nie przyszliśmy pięć minut wcześniej…

W pokoju panował potworny bałagan: poprzewracane krzesła, książki pozrzucane z półek na podłogę, jeden wielki kłąb papierów na biurku. Odwinięty dywan został rzucony w kąt, deska zasłaniająca schowek była wyjęta.

– No cóż, znaleźli go – powiedziała Lyra.

– Tu był?

– To moja ulubiona kryjówka. Nie martw się, spodziewałam się, że będą szukać poluzowanej deski w podłodze. Ciekawa jestem tylko, jakie zrobią miny, kiedy już zajrzą do plecaka.

Uśmiechała się. Pierwszy raz od wielu dni w jej oczach nie czaił się cień.

– Co tam znajdą? – zapytał Malcolm.

– Dwie książki z biblioteki Wydziału Historii, komplet moich ubiegłorocznych notatek z historii gospodarczej, bluzę, z której wyrosłam, i dwie butelki szamponu.

Malcolm parsknął śmiechem. Lyra przejrzała leżące na podłodze książki, wybrała dwie i mu podała.

– Znalazłam je w plecaku. Nie umiałam przeczytać.

– To coś o botanice – powiedział Malcolm. – Język wygląda mi na anatolijski. A ta jest po tadżycku. Proszę, proszę… Coś jeszcze?

Z masy papierów na biurku i podłodze Lyra wyłowiła tekturową teczkę, na pierwszy rzut oka nie do odróżnienia od kilku innych. Malcolm usiadł, wziął teczkę do ręki i otworzył.

– Zajrzę jeszcze do sypialni – powiedziała Lyra. Wyszła na klatkę schodową i przeszła na drugą stronę podestu.

Teczka była opisana jej charakterem pisma. Malcolm przypuszczał, że wyjęła z niej jakieś swoje papiery i na ich miejsce włożyła dokumenty z plecaka – i nie pomylił się: był to spisany ołówkiem dziennik. Nie zdążył jednak zobaczyć wiele więcej, gdy wróciła Lyra ze starą, sfatygowaną puszką po zielu fajkowym. W środku znajdowało się około tuzina zakorkowanych flakoników i kilka tekturowych pudełeczek.

– Też były w plecaku, ale nie mam pojęcia, co jest w środku. Jakieś okazy? Próbki?

– Postąpiłaś bardzo sprytnie, Lyro, ale sama widzisz, że grozi ci prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie wiem, jak do tego doszli, ale znają już twoją tożsamość i wiedzą, że wiesz o morderstwie. Wkrótce odkryją, że przechwyciłaś zawartość plecaka. Nie powinnaś chyba dłużej tu mieszkać.

– Nie mam się gdzie podziać. Mogłabym co najwyżej wrócić do Świętej Zofii, ale o tamtym miejscu też już raczej wiedzą.

Nie oczekiwała współczucia, po prostu rzeczowo stwierdzała fakty. Malcolm doskonale pamiętał ten wyraz jej twarzy z czasów, gdy był jej nauczycielem. W głębi jej oczu czaił się ten sam co wtedy beznamiętny, zuchwały upór.

– Pomyślmy… Mogłabyś zamieszkać u Hannah.

– Ale wtedy jej także groziłoby niebezpieczeństwo, prawda? Na pewno wiedzą, że się znamy. Poza tym wydaje mi się, że siostra przyjeżdża do niej na święta. Dla mnie nie będzie już miejsca.

– Masz jakichś znajomych, u których mogłabyś się zatrzymać?

– Zdarzało mi się spędzać Boże Narodzenie u różnych ludzi, ale za każdym razem to oni mnie zapraszali. Nigdy ich o to nie prosiłam i źle by to wyglądało, gdybym zrobiła to teraz. Poza tym… nie wiem… nie chciałabym chyba nikogo narażać na…

– Tu nie możesz zostać, to nie ulega wątpliwości.

– Dawniej to właśnie tutaj czułam się najbezpieczniej.

Lyra sprawiała wrażenie zagubionej. Wzięła do rąk poduszkę i przycisnęła ją do piersi.