Krótka historia RuchuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


(…) musi być naprawdę na dnie rozpaczy, pomyślałem, i jeszcze zanim zamknęły się za nami drzwi windy, wiedziałem, że nie zdarzy się nic, nawet nie miałem ochoty zobaczyć jej nago, wolałbym tego uniknąć, a jednak stało się i tylko potwierdziło moje przeczucia: nie tylko w życiu uczuciowym dostała po tyłku, ale również jej ciało poniosło nieodwracalne straty, jej pośladki i piersi przypominały wychudzone, skurczone, zwiotczałe i obwisłe placki, nie mogła już i nigdy nie będzie mogła uchodzić za przedmiot pożądania.

Michel Houellebecq, Uległość

1

V

Miałam jedną walizkę, nic więcej. Starą walizkę, z którą matka odbywała delegacje w ciemnoczasie, dopóki lekarz nie zabronił jej latać, przez żylaki.

Koszmarny upał, koniec lipca, kolejne rekordy temperatury, a ja na domiar złego zostawiłam wodę na siedzeniu w autobusie, który przywiózł mnie do miasta położonego najbliżej Instytucji. U nas jest tylko biuro pośrednictwa pracy.

Rekruterka poinformowała mnie, że Instytucja znajduje się na terenie dawnych zakładów mięsnych, a jej celem jest realizacja programu codziennej pracy u podstaw. Instytucja zajmuje taką a taką powierzchnię, ma własny think tank i dzięki szczodremu wsparciu donatorek może bez zbędnych kompromisów skupiać się na realizacji swoich założeń.

O samej Instytucji słyszałam, rzecz jasna, już wcześniej, ale dopiero w biurze dowiedziałam się, że oferują zakwaterowanie. To przeważyło.

Mama przyjęła moją decyzję z entuzjazmem.

„Spełniaj marzenia”, powiedziała. „I nigdy nie odpuszczaj”, dodała, kiedy szykowałam się do wyjścia z tą jej przeklętą walizką w dłoni. Zacytowała hasło z dawnej, dziś zapomnianej, kampanii Ruchu, które już wtedy wydawało się i mnie, i matce dość durnawe. Bo co to niby znaczy „nie odpuszczaj”? Wszystko musi być jasno zdefiniowane, a Ruchowi na pewno nie zależało na etykietce odnogi nazi-feminizmu czy samozwańczej dyktatury rozpuszczonych księżniczek – po co więc prowokować takie skojarzenia we własnej kampanii?

W sypialni klientów nie pali się światło. Gasimy o wpół do jedenastej, sami ustalili godziny ciszy nocnej, komisja tylko przychyliła się do wniosku. Rzadko zresztą dzieje się inaczej, jedyna petycja, odrzucana wiele razy, dotyczyła zainstalowania luster na terenie Instytucji. Odpowiedź komisji brzmiała: „Przecież przeglądamy się w sobie nawzajem, nie tylko kobiety w mężczyznach i na odwrót, lecz także mężczyźni w innych przedstawicielach swojej płci”.

Nie uwzględniono tej prośby. Bo lustra, w typowy dla ciemnoczasu sposób, przekręcają „patrzenie w głąb świata i na świat” w „patrzenie na siebie w celu poprawy własnego wyglądu zewnętrznego, za czym idzie kupczenie sobą jako obiektem konsumpcji wizualnej i czynienie z istoty ludzkiej przedmiotu, którego wygląd stawiany jest na piedestale kosztem tego, co istota ta kryje w swym wnętrzu”. Pamiętam, że decyzja komisji wydała mi się wtedy nieco na wyrost – dziś rozumiem ją i popieram w całej rozciągłości. Bo najtrudniej obalić tę twierdzę ciemnoczasu, która tkwi w nas samych. Podczas gdy bitwy Ruchu na polu walki otaczającego świata (przynajmniej w naszych szerokościach geograficznych) zostały z grubsza zakończone, walka z nawykami mentalnymi wciąż trwa za kulisami, a kule nosimy sami.

Klienci, zwolennicy luster, próbowali nieśmiało oponować, że „nie chcą chodzić ubrudzeni pastą do zębów”, ale polemika to zawsze woda na młyn komisji, która natychmiast odparowała, że mogą pytać kolegów z pokoju, czy nie została im na brodzie odrobina pasty, a kiedy jeden odbił piłeczkę, że mieszka sam, usłyszał kąśliwe: „to pytaj klawiszki”. I, zabawna rzecz, choć pracuję tu od tylu lat, nikt nigdy przenigdy nie zapytał mnie, czy przypadkiem nie ma śladów pasty na brodzie, ale kiedy czasami szkolę u nas nowicjuszki, lubię opowiadać im tę historię. Dowodzi bowiem, że rozwój duchowy w Instytucji dotyczy i klientów, i personelu. Bo nawet ja miewałam wątpliwości co do niektórych decyzji komisji, ale czas i pokazał, i je rozwiał.

Gdybym miała całą tę wiedzę, kiedy w morderczym upale tachałam walizkę na rozklekotanych kółkach, oszczędziłoby mi to kilku lekcji na samym początku służby, służby, która wtedy kojarzyła mi się raczej z pracą strażniczki rodem z produkcji filmowych ciemnoczasu. Zaglądanie do cel przez lufcik i tym podobne.

Szczerze mówiąc, po tylu latach słabo pamiętam, jak właściwie wyobrażałam sobie pracę w Instytucji, wyraźnie pamiętam za to, jak bardzo chciało mi się wtedy pić. Droga, którą od wysiadki z autobusu musiałam pokonać pieszo, była z rodzaju tych, których nikomu nie chce się zamykać szlabanem, w związku z czym stawiają tabliczkę „Gołoledź – brak przejazdu” i już. Tak właśnie było ze wszystkim w ciemnoczasie. Amatorszczyzna i kłamstwa oparte na kłamstwach opartych na innych kłamstwach. Dlatego nieetyczny sposób wychowywania dziewcząt utrzymał się tak koszmarnie długo. Ze zwykłej tępoty ludzkiej.

Kiedy w końcu dotarłam przed imponujący, wieloskrzydłowy budynek ogrodzony grubym murem, miałam mroczki przed oczami i mało nie wzięłam Instytucji za fatamorganę. W dodatku byłam siwa od pyłu, bo bez przerwy mijały mnie jadące w obu kierunkach samochody. Tak ożywiony ruch na niemal polnej drodze trochę mnie zaskoczył, chyba byłam wtedy po prostu zbyt zmęczona, by pomyśleć. Wiadomo przecież, że klienci musieli jakoś dostać się do Instytucji. Autobus kończył trasę tam, gdzie sama wysiadłam, a nie każdego stać na taksówkę, którą zresztą można dojechać tylko z sąsiedniego miasta, a przecież nie wszyscy klienci – tak było wtedy i tak jest do dziś – z niego pochodzili. Większość przyjechała z miejsc, gdzie nie ma podobnych zakładów. Bywa też, że ktoś z daleka wybiera tę placówkę ze względu na jej dobrą opinię, krótki czas oczekiwania (nasza Instytucja, w odróżnieniu od wielu mniejszych, przyjmuje czasami od ręki, łóżek mamy dość) i rewelacyjne wyniki (terapia przeważnie nie przekracza osiemnastu miesięcy). Ruch nigdy nie bawił się w rejonizację, wolność wyboru, w tym wypadku wyboru miejsca terapii, jest naszą maksymą, chyba że decydują żony klientów, pod wpływem czyjejś rekomendacji lub wrażeń z wizyty (dzień drzwi otwartych niezmiennie organizowany jest w pierwszą i drugą środę miesiąca). Kobiety, które przyjeżdżają, by na własne oczy przekonać się o skuteczności naszego zakładu, są zresztą najlepszą gwarancją, że późniejsza, domowa, kontynuacja terapii przebiegnie jak należy.

Wtedy jednak nie miałam o tym wszystkim pojęcia. Fakt, że na takim odludziu co i rusz mijało mnie auto, przypisywałam raczej wytyczonemu objazdowi i zastanawiało mnie jedynie, dlaczego za kierownicą każdego pojazdu widzę kobietę, a na tylnym siedzeniu mężczyznę, który śpi lub wygląda na lekko zamroczonego. Gdyby już wtedy ktoś mi wyjaśnił, że są pod wpływem leków, pewnie trochę bym się wystraszyła, mimo że głośno mówiło się o kłopotach, jakie sprawiają mężczyźni przed podjęciem terapii w Instytucjach. W szczególności ci, którzy nie znali osobiście nikogo, kto się leczy, więc skłonni byli do nieuzasadnionych obaw. Martwili się chyba, że ktoś będzie naruszał ich prawa. Wodę z mózgu robiła im przede wszystkim Gwardia Męskości, która skandowała hasła, że najzdrowiej wcale się nie leczyć, na co nasze radiowozy natychmiast ruszały w teren. I to właśnie one pierwsze rzuciły mi się w oczy, kiedy wreszcie dotarłam pod dawne Zakłady Przetwórstwa Mięsa i zamarłam w obliczu ich majestatu.

Dziś parking dla transporterów policyjnych jest o wiele mniej zatłoczony, niż kiedy zaczynałam pracę – logiczne, bo zabiera się nimi wyłącznie mężczyzn, którzy nie chcą się leczyć, a ich liczba maleje z dnia na dzień. Obecnie terapia dobrowolna jest zdecydowanie częstsza niż przymusowa (czyż to nie najlepszy dowód naszego zwycięstwa?), wielu mężczyzn wręcz cieszy się, że odpocznie w naszej placówce. Nie wyprowadzamy ich z błędu, sami szybko go pojmą. Bo Instytucja to nie sanatorium, nigdy jej tak nie reklamowano. Fakt, może nie piszemy w naszych biuletynach całej prawdy, ale nie można zarzucić nam kłamstwa, a resztą niech się martwią nasze prawniczki. Inna sprawa, że oczyszczenie głowy z farmazonów przynosi niezwykłą ulgę, więc mają trochę racji z tym odpoczynkiem.

Podczas drzwi otwartych odwiedzający, co zrozumiałe, najczęściej wypytują o metody leczenia. I ja o nich myślałam, pukając po raz pierwszy w okienko recepcji. Kładka prowadząca od ideałów do ich realizacji zerwała się jednakże w historii gatunku ludzkiego wiele razy, a nasi oponenci, Gwardia Męskości, musieliby być idiotami, żeby nie wykorzystać tego przeciwko nam. I oczywiście robili to. Do znudzenia ględzili o komunizmie i wszelakich innych -izmach, które, rzekomo podobnie jak Ruch, wabiły ludzi pięknymi ideami, by ostatecznie wprowadzić terror, chaos, spowodować obniżenie poziomu życia i zbezcześcić samą ideę, która i tak w końcu zdychała na zanik wiernych. My jednak mogliśmy się tylko cieszyć z takich zagrywek nieprzyjaciela, bo założenie, że wychodzimy „od pięknych idei”, było o niebo lepsze niż łatka ruchu ekstremistycznego, przypięta nam po wybuchu w podziemiach budynku Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który wystrzelił nas z pozycji dziwacznej zbieraniny „niewyruchanych bab” w sam środek życia publicznego i tym samym wymierzył ciemnoczasowi taką fangę w nos, że do dziś pisze się o tym w pracach doktorskich. Przepowiednie, że jeśli nasze ideały zostaną wprowadzone w życie, świat czeka nieodwracalna katastrofa, oznaczały tak naprawdę znaczny odwrót wroga. Ruch rósł w siłę i nie dało się go dłużej ignorować. Jasne, można nazwać jedną trzecią społeczeństwa dziwadłami, ale wówczas ktoś inny wykrzesze z tego polityczny zysk, poza tym kraj zalany falami demonstracji jest tylko o krok od wojny domowej. A wojny nikt nie chciał. Nasi przeciwnicy zrozumieli, że prowadzenie pokrętnego dyskursu, aby utrzymać przy życiu stary system, jest bardziej skomplikowane niż przysłowiowy skok w otchłań, przed którym wcześniej wszystkich przestrzegali, bo oznaczał realizację naszej wizji.

 

Przydzielono mi gabinet, kwaterę stałą oraz kod dostępu do pomieszczeń tylko dla personelu. Zapoznano mnie z regulaminem, pobrałam odzież służbową, pokazano mi stołówkę, magazyny, wybrane pokoje klientów, a nawet kilku z nich (zarówno żywo reagujących na bodźce, jak i kompletne warzywa – sama prawda, żadna tam PR-owa pokazówka). Na zakończenie dowodząca osobiście poświęciła mi dwie godziny swojego cennego czasu. Właśnie tak. Ruch ceni swój personel, do klientów także podchodzi indywidualnie. Każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju i tak należy nas wszystkich traktować.

„Tylko odgórne działania na masową skalę mogą zatrzymać dyskurs, inaczej będzie się trzymał społeczeństwa zębami i pazurami. Wróci jak ostry bumerang i utnie nam łeb. Poza tym trzeba pokonać oponentów ich własną bronią”, powiedziała moja ówczesna dowodząca, zażywna pięćdziesięciolatka, która przypominała kierowniczkę działu mięso i wędliny, chociaż ukończyła zaocznie Oxford. Wygląd, podobnie jak wykształcenie czy zawód, o niczym nie świadczy. Bo moja obecna dowodząca na przykład naprawdę wcześniej sprzedawała w mięsnym, na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że w Instytucji nie ma szklanych sufitów ani lepkich podłóg, co bardzo nęci rekrutki. W trakcie dwunastu tygodni tak zwanego okresu przygotowawczego miałam też do dyspozycji instruktorkę, często ją wspominam, bo teraz sama szkolę nowy personel, wśród którego coraz częściej zdarzają się mężczyźni.

Siedzimy w kręgu, ja i klienci. Jesteśmy w budynku D, który mam pod opieką i którym zarządza regionalny oddział Ruchu. Widok z mojego gabinetu zasłaniają budynki użytkowe. Nim zasiedliły je Idea i Czyn, były częścią zakładów mięsnych. A Ruch sprawił, że Idea przerodziła się tu w Czyn. To właśnie nasz Wielki Czyn. Wy-Czyn. Wszystkie te myśli snują mi się po głowie, gdy opowiadam klientom o dziewczynce imieniem Rita, na którą to opowieść większość z nich reaguje nieobecnym gapieniem się w ścianę lub w okna, rozciąga się z nich widok na podwórze świeżo obsadzone ozdobną wiśnią (pszczoły w jej kwiatach bzyczą jak żywe, sama bym się nabrała, podobnie jak na autentyczność drzewek).

Zwykle zaczynam od słów: „Rita wykazywała objawy wysokiej wrażliwości na niesprawiedliwość, tak powszechną w otaczającym ją świecie…”, i aby klienci jakoś przetrawili przyciężki wstęp, opowiadam właśnie o tym, co było na wstępie. Jak mała Rita spacerowała z matką po ulicy jednej z europejskich metropolii, gdzie zaczyna się nasza historia, a ulica ta była w sposób typowy dla ciemnoczasu cała obwieszona obrzydliwymi billboardami. Nagle Rita wskazała rączką jedną z reklam i zadała matce pytanie, które prędzej czy później zadawała sobie w ciemnoczasie każda mała dziewczynka, a etyczny sposób wychowania dziewcząt nie istniał wówczas właśnie dlatego, że to pytanie w końcu musiało paść. Pytanie, które nigdy nie powinno trapić żadnej z dziewczynek – nie dlatego że to źle dociekać, tylko dlatego, że nie sposób znaleźć na nie sensownej odpowiedzi. I nie ma znaczenia, czy dziewczynka wypowie je głośno, czy też, spodziewając się jakiejś przerażającej odpowiedzi, raczej zatrzyma w głowie, by tam sobie kołatało.

W rezultacie etycznego sposobu wychowania małe dziewczynki postrzegają siebie jako coś, co patrzy, nie jako coś, na co się patrzy. Dziewczynki mają patrzeć na świat, nie patrzeć, jak ktoś patrzy na nie i na ich matki, nie powinny też widzieć, że ich matki o wiele więcej energii niż w obserwację świata wkładają w to, by same być wystarczająco sexy. Dziewczynki w ciemnoczasie, nim do tego przywykły, zapewne obserwowały to zjawisko z przerażeniem, lecz później zapominały o przerażeniu, jakie wywołała w nich własna płeć, a to się nazywa akceptowanie sytuacji taką, jaka jest, dla własnego dobra. Lub innymi, dosadniejszymi i jaśniejszymi słowy: brukowanie sobie drogi do piekła – rzekomo dla własnego dobra.

W ciemnoczasie (w kuluarach, rzecz jasna) mawiano: „Po dwudziestce twoja wartość spada o punkt wraz z każdą przeżytą godziną”, po czym gong wybijał tę ostatnią, grzmiąc: „Twarz i figura do dymisji”. Co oznaczało, że kobiecość osiągała poziom bliski zera (kiedy Ruch zaczął odnosić pierwsze nieśmiałe sukcesy, firmy farmaceutyczne odnotowywały największe zyski ze sprzedaży estrogenu w tabletkach). A kobiety w ciemnoczasie odnotowywały szpetne zramolenie twarzy wiele lat wcześniej niż ciała, które za sprawą wyszczuplających legginsów jeszcze jako tako trzymało się kupy, co z tego! skoro twarzy już nikt nie uznawał za wartościową. Nim powstał Ruch, prowadzono badania naukowe nad tym, co się dzieje z kobietą, która zaczyna tracić swą kobiecość. Nikt jednak nie potrafił opisać tych zjawisk, nie hacząc o wdzięk, a definicja wdzięku rozpadała się tam, gdzie kończyła się młodość. Co poniektóre niezłomne kobiety deklarowały wprawdzie, że wciąż czują się młodo, do czego zachęcała je część medialnej propagandy (pracownice w depresji są mniej wydajne), jednak przemysł kosmetyczny i rynek chirurgii plastycznej trąbiły swoje: że nie wystarczy się czuć. Wiek kobiety należy ukryć jak najgłębiej przed światem, bo w zetknięciu z bezwstydnie starzejącą się waginą seniorki penis nie wykazuje oznak erekcji, a wszystko to niechybnie wpływa na miłość jako taką.

Krótko mówiąc, tamte czasy nie tylko dojrzały do zmian, one wręcz rozpaczliwie się ich domagały. Choć byli tacy, co chcieli te zmiany kwestionować. Podejrzewali u kobiet masowe zaburzenia hormonalne spowodowane zanieczyszczeniem powietrza, twierdzili, że seniorki wcześniej nie czuły aż tak silnego popędu seksualnego (ideolożki Ruchu uważają, że czuły, tylko po prostu się o tym nie mówiło). Popędu, z którego według ciemnoczasu kobiety powinny na pewnym etapie zrezygnować, bo ambicję bycia pociągającą w wieku dojrzałym uważano za żałosną i uciążliwą. Jedyną okolicznością łagodzącą w ciemnoczasie było oszukiwanie wieku wyglądem. Kobiety kłamały, żeby mieć prawo do miłości. Aż tak żałosne to były czasy.

Nasze działania to swego rodzaju marsz na orientację, a działać trzeba było z marszu, bo świat przez całe wieki miał te sprawy w dupie, i tak, przyznaję, wytykano nam, że jesteśmy wulgarne. „Nam”, bo i ja czuję się częścią Idei. Choć wtedy byłam małą dziewczynką.

Moje odczucia z dzieciństwa można zobrazować na przykładzie podróży z matką, kiedy desperacko błądziłyśmy po krętych, wyboistych dróżkach i ani wieś, którą zostawiłyśmy za sobą, ani ta, którą właśnie mijałyśmy, ani następna, ani w ogóle żadna nie nazywała się jak ta, z której miałyśmy wyjechać na główną drogę. Matka nie korzystała z nawigacji, aby, jak mawiała, przygotować się na czasy, kiedy za sprawą ataku hakerskiego cały ten system padnie, a ja trochę się bałam, a trochę świetnie bawiłam, bo co przygoda, to przygoda.

Wracam do wykładu.

A pytanie, które Rita zadała matce na spacerze, wskazując rączką billboard, brzmiało: „Mamo, dlaczego ta pani jest goła?”.

I dziś nikt już nie pamięta, czy pełne piersi upchnięte w ciasnym staniczku i pośladki w wyciętych figach były reklamą orzeszków ziemnych, masła ziołowego, salonu lakiernictwa samochodowego czy podręcznego ciśnieniomierza najnowszej generacji, wszyscy za to pamiętają pytanie małej dziewczynki. Krok milowy. Bo, jak później opowiadała sama Rita, właśnie wtedy przejrzała na oczy. A to z kolei doprowadziło do powstania Ruchu. Nadeszło przebudzenie z trwającego od dawien dawna głębokiego, poniżającego letargu. Symboliczny początek rewolucji.

Sceptycy twierdzą, że historia Rity jest podkoloryzowana. Że Ruch wcisnął jej na głowę aureolę z mitów. Że cała ta opowieść o matce założycielce została wykalkulowana, przekłamana i częściowo wyssana z palca po to, by manipulować ludźmi, gloryfikować i uzasadniać zaczątki przewrotu, który w ich odczuciu jest przewrotem bezsensownym. Słowem, Ruch nie pasuje im do układanki. Lecz ja, zamiast stawać w kontrze, mówię tylko: „Opowiadam wam historię, jaką dysponuję. Nie wyolbrzymiam, nie przekłamuję, nie zmyślam, mówię o tym, co sama usłyszałam, przeczytałam lub przeszłam, a fakt, że niektóre sytuacje mogły w rzeczywistości przebiegać ciut inaczej, w żaden sposób nie umniejsza tego, do czego udało nam się dojść”.

„Ze strony matki zapadła złowroga cisza”. Rita z uśmiechem opowiadała tę historię na wiecach Ruchu. Z uśmiechem uchwyconym przez wielu fotografów i liczne oczy kamer telewizyjnych, a w czasach, gdy Ruch zdobył uznanie, także przez prestiżowe uniwersytety, którym Rita konsekwentnie i z tym samym uśmiechem na ustach odmawiała przyjęcia doktoratów honoris causa. Nie mogła zdradzić swoich ideałów, odbierając wyróżnienie od instytucji, które, choć miały odpowiednie zaplecze intelektualne, przez całe wieki nie potrafiły uwidocznić tego, co Ricie, zwykłej dziewczynie, w dodatku początkowo niedysponującej żadnymi środkami finansowymi, udało się obnażyć tak dotkliwie, że ciemnoczas ani chybi zaczął się wić jak piskorz, a potem zwijać z bólu. Wystawione na widok przechodniów obnażone ciało kobiece służyło w ciemnoczasie wyłącznie celom biznesowym, sprzedaży tego czy innego dziadostwa, a za powyższe podejście nie dość, że nikogo nie pociągano do odpowiedzialności, to rzadko kto w ogóle się nad nim pochylał. Ruchowi nie pozostało nic innego, jak się pochylić.

Mój gabinet nie różni się niczym od reszty biur. Klawiszki mają takie same pokoje jak personel terapeutyczny i administracyjny. Pomieszczenie to zostało mi użyczone w konkretnym celu i nie próbuję na siłę ocieplać go dekoracjami typu zdjęcia rodzinne w ramce czy ozdobne poduchy na kanapie, w którą jest wyposażone każde biuro. To miejsce pracy i nazywanie go inaczej byłoby nie w porządku. Praca powinna pozostać pracą i nią pozostaje, co w żaden sposób nie osłabia ani jej sensu, ani mojego zapału.

„Terapię powierzchowną o kant dupy rozbić”, mawia moja dowodząca, kiedy lekko się wstawi na imprezie, bo urządzamy je, jak wszędzie, kiedy ktoś z kadry ma urodziny, odchodzi na inne stanowisko lub na emeryturę. Kosmetyczne zmiany osobowości, w rezultacie których osoba po terapii potrafi się grzecznie zachować, faktycznie są nic niewarte. Jedynym gwarantem uzdrowienia jest dogłębna zmiana osobowości i, choć to brutalne, dla porządku muszę wspomnieć, że pozbawiamy klientów części ich wewnętrznego ja. Po prostu z zimną krwią wycinamy pewien kawałek ich jestestwa, tak, robimy to tu i teraz, na setkach aktualnie odbywających się warsztatów. Jedyne spory moralne wokół powyższych zabiegów dotyczą tego, czy powinno się w miejsce wyciętego elementu wstawić inny, czy też wystarczy pozbawić klienta owej „tkanki nowotworowej” i pozwolić, by jego organizm się zabliźnił, w taki czy inny sposób. Bywa, że spory między personelem Instytucji i gorące dyskusje na rozmaite tematy przeciągają się do wczesnych godzin rannych, czy to w głównej sali konferencyjnej (przyziemie budynku C, kiedyś była tu główna hala uboju bydła), czy w kameralnych rozmowach pracownic, w czterech ścianach gabinetów podobnych do mojego. Jednak wszystkie te debaty są w zasadzie małymi sprzeczkami. Bo zgadzamy się w najważniejszym, a drobne waśnie świadczą nie tyle o rozłamie w naszych szeregach, ile o wolności słowa, która panuje u nas bezdyskusyjnie, wbrew opinii zacofańców, określających praktyki i ideały Ruchu jako totalitarne.

Praca dla Instytucji jest dobrowolna, pobyt w niej także, z małymi wyjątkami. Wyjątkami potwierdzającymi regułę. Czy raczej negującymi regułę. A reguła brzmi: precz z założeniem, że wygląd zewnętrzny kobiety jest ważniejszy niż jej bogactwo wewnętrzne, i precz z definicją „kobiecość równa się seksapil płynący z młodego wieku”. Tak więc to raczej credo, nie reguła, a wyjątków, które ją potwierdzają, już niebawem będzie zero, wielkie, okrągłe zero. A jeśli 0, to coś na „o”, oryginalność, właśnie to słowo przyszło mi do głowy, i gdybym siedziała teraz na próbie kółka dramatycznego, które prowadzą tu dla klientów moje koleżanki, użyłabym wyrażenia „łzy cisną mi się do oczu”, bo właśnie oryginalność nieodłącznie wiąże się z początkami Ruchu, choć niesłusznie zarzucano mu także oryginalność ideową (jedyna rzecz, w której ciemnoczas nas przeceniał), bo oryginalność idei Ruchu polegała głównie na determinacji, by doprowadzić ideały do samego końca, co zresztą można było i trzeba było zrobić dawno temu.

 

Lecz to właśnie ciemnoczas kochał „oryginalność”. Miał na jej punkcie obsesję. Na punkcie oryginalności, na przykład takiej, która kazała modelce (tej, co ją zauważyła mała Rita na spacerze z matką) założyć nie strój kąpielowy z brokatem, lecz strój biało-niebiesko-czerwony. Nie mylicie się: Gwardia Męskości wysuwała argumenty „w obronie barw narodowych”, chwytała się wszystkiego, co dawało nadzieję na „dotarcie do zwykłego człowieka” i obrzydzenie mu idei Ruchu, z czeskim nacjonalizmem włącznie.

Okna w biurach są szczelnie zamknięte, mamy w Instytucji klimatyzację, techniczki chłodzą lub ogrzewają powietrze odpowiednio do naszych potrzeb, dochodzą też względy bezpieczeństwa. Wiele lat temu dziecko jednej z koleżanek przysunęło sobie krzesło do okna i spadło z wysokości. Złośliwi mówili potem, że kilka pracownic nie chciało złożyć biedaczce kondolencji, ponieważ dziecko było chłopcem. W oszczerstwie tym maczała zapewne palce Gwardia Męskości, bo nigdy, od początku swojej kariery, nie trafiłam na aż tak nieludzką koleżankę. Niektórzy mówią też, że okna budynków Instytucji nie otwierają się od czasów przetwórni mięsa, że ich zamknięcie uniemożliwiało wydostawanie się na zewnątrz nieprzyjemnych zapachów towarzyszących produkcji. Tak czy owak, ja osobiście rozszczelniłam swoje okno: otwieram je, a jeśli wystarczająco się wychylę, z powodzeniem robię w balona nawet czujnik dymu. Niekiedy kusi mnie, żeby zaryzykować i zapalić ot tak, przy biurku. Rozwiać ogarniające mnie od czasu do czasu podejrzenie, że czujnik to atrapa. Na samą myśl o tym wszystkie godziny niewygodnego garbienia się przy oknie z papierosem wydają się takie śmieszne i żałosne. Niestety. Palę kompulsywnie, a mojemu nałogowi sprzyja lektura listów. Kontrolujemy korespondencję klientów dla ich własnego dobra, podobnie jak dla mojego dobra monitoruje się waszą, a dla waszego dobra moją, wszyscy dawno do tego przywykliśmy. Nie mamy przecież nic do ukrycia.

List sprzed kilku dni zaczynał się od słów „Droga Mamo” i zainteresował mnie, bo klienci przeważnie piszą do swoich partnerek, to właśnie one, w wyjątkowych przypadkach, kwitują wypis z terapii, oczywiście na życzenie klienta, w zgodzie z nim i na podstawie naszej ekspertyzy. Ale do matek piszą głównie wdowcy (szczególną troską objęto rodziny kobiet poległych z rąk służb mundurowych podczas naszych manifestacji) lub starsi mężczyźni stanu wolnego, a ich listy, z małymi wyjątkami, świadczą o autorefleksji. Często pojawiają się tam zdania typu: „Nie miałem pojęcia, że…”, „Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś o…”, „Gdybym wiedział wcześniej, na pewno bym…”, które wpływają pozytywnie na punktację nadawcy i sygnalizują, że przejrzał na oczy. Informujemy klientów w naszych materiałach promocyjnych, a także bezpośrednio, że kary stosowane są wyłącznie za umyślny sabotaż procedur terapeutycznych bądź łamanie regulaminu. Czyli głównie konsumpcję pornografii, którą w dużym stopniu ograniczyło odłączenie klientów od internetu – dostęp do sieci mają jedynie pracownice, i to na ich barkach spoczywa ciężar eliminacji pozostałych źródeł: drukowanych materiałów pornograficznych, notorycznie ukrywanych w odzieży wierzchniej, pod materacami łóżek czy też w poszwach pościelowych. Pomocne są także donosy innych klientów.

Sięgam po zapalniczkę. List klienta numer trzysta czterdzieści pięć kończy się słowami: „Zdradzał Cię przez całe życie, mimo to nie odeszłaś. Dlaczego?”, sięgam po zapalniczkę, muszę, bo oto z klienta wyłazi moralność ciemnoczasu, od której zaczyna się tyle koszmarów. „Wsadź se pan gdzieś prawa wyborcze!” było jednym z pierwszych haseł Ruchu, a pewna emerytka, późniejsza bliska współpracownica Rity, wymalowała je farbą na prześcieradle, owinęła się nim jak senator rzymski ery upadku i chodziła tak przez tydzień po swoim rodzinnym mieście, werbując kolejne uczennice, niczym jakaś Jezuska. W opowieściach pada głównie imię Rity, bo nie chcemy przytłaczać słuchaczy mnogością imion i nazwisk: Rita była zarzewiem, sama przecież by sobie nie poradziła, nie tylko ze względów logistycznych. Także dlatego konsekwentnie odmawiała doktoratów i nie chciała, by jakakolwiek Instytucja nosiła jej imię. Bo wraz z nią pochodnię niosły całe stadiony olimpijek.

„Twój kochany Libor”, takimi słowami kończy list mój podopieczny z drugiego piętra budynku B, blok narożny. Libor był kierownikiem oddziału w niewielkiej instytucji bankowej. A w czasie wolnym od pracy, jako elektronik amator, zajmował się regeneracją płytek PCB, i o koszmarze, który kazał opętanym szaleństwem mózgom tworzyć „porno skrojone na miarę” (tzw. privately modulated porn), czyli ruchome korpusy do dymania, zdalnie sterowane wsadki waginalne i całe armie tak zwanych lal (w rozmowie z lalą prędko wychodziło, że mimo usilnych starań tak zwanych designerów nie dorównuje ona inteligencją nawet zwierzakom domowym, kapcie jeszcze dała radę przynieść, gorzej ze złowieniem myszy), tak więc o tych działaniach opętanych szaleństwem mózgów Libor podczas rozmowy z terapeutką, której zapis znalazłam w jego teczce, wypowiedział się następująco: „Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co mi tu pani teraz opowiada”, i tak właśnie najczęściej jest z klientami. Stają się winni nie do końca z własnej winy. Z winy ciemnoczasu, który, choć drobiazgowo opracował technologię (od strony patentów i realizacji), nie zastanawiał się nad konsekwencjami własnych działań, nigdy nie interesował się ani kursem walut, ani, co gorsza, tym, co właściwie tę walutę stanowi, a podpis „Twój kochany Libor” sprawia, że mam ochotę obniżyć klientowi ocenę o cały punkt (mam prawo, zrobiłabym to jednym kliknięciem, często zmieniamy punktację w bazie danych, i to w ostatniej chwili), bo zamiast żegnać matkę zapewnieniem o swojej miłości do niej, deklaruje jej miłość do siebie samego.

Dodałam uwagę pod kreską, zamknęłam plik Libora, jak zwykle zabezpieczyłam dokument hasłem (tak, nawet tu zdarzają się ataki hakerskie) i zgasiłam papierosa w kubku z resztką napoju izotonicznego. Sekretem sprawnego funkcjonowania Instytucji są nadgodziny: płacą nam ryczałt, nie godzinówki, i choć informacja ta widnieje w umowie o pracę (realizacja wizji pociąga za sobą masę papierologii, ale to sukces, nie upierd, bo oznacza, że realizacja wizji jest obecna w życiu codziennym), koleżanki skarżą się czasem na nawał roboty, bo Instytucja cierpi na chroniczny niedobór kadry.

Być może dotąd nie wspomniałam, że pracują tu również mężczyźni, ale kolegów z pracy nazywam koleżankami, podobnie jak w ciemnoczasie ogół pracownic i pracowników nazywano pracownikami. Nazwą zbiorową „pracownice” dziś spłacamy tak zwany dług historii, po to, by w przyszłości, kiedy już zostanie spłacony (czego ani wy, ani ja nie dożyjemy), koedukacyjna grupa pracowników i pracownic mogła nazywać się „pracum”, „pracowieństwo” czy „pracota”. Niektóre słowa same się utrwalą podczas swobodnej ewolucji mowy. Ewolucji postępującej zgodnie z ideami Ruchu, bo pozostawienie jej samej sobie oznaczałoby, że jednostki silne zadepczą słabsze, oznaczałoby też nieme przyklaskiwanie twierdzeniu, że jesteśmy w gruncie rzeczy tylko zwierzętami, a nas interesuje inny grunt – przygotowujemy grunt pod to, co gruntowne: pod walkę z postrzeganiem kobiety jako istoty, której wartość spada wraz z wiekiem. Przekonanie o absolutnej równości całego gatunku ludzkiego musi być nadrzędne wobec wszelkich innych tyrad na temat ewolucji, w przeciwnym razie obecność Homo sapiens na tej planecie nie miałaby sensu, lub miałaby go bardzo niewiele.

Kiedy stoję w oknie z papierosem, a nie jestem akurat w trakcie czytania kolejnego wzruszającego listu, zwykle oznacza to, że mam fajrant i ot tak, bezmyślnie wślepiam się w fasadę przeciwległego budynku F. Kiedyś stały w nim maszyny do mielenia kości (dawne czasy, ostatnie sztuki bydła hodowlanego uśmiercono ze względów etycznych, kiedy byłam małą dziewczynką), Ruch urządził tam kwatery klientów.