3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Echopraksja

Tekst
Z serii: Ślepowidzenie #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Echopraksja
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Preludium

Pierwotniak

Pasożyt

Pożerany

Pożeracz

Prorok

Postscriptum: Koniec samotności

Podziękowania

Przypisy i bibliografia

Spis źródeł


Tytuł oryginału:

Echopraxia

Copyright © 2014 by Peter Watts

Copyright for the Polish translation © 2014 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Joanna Figlewska

Korekta:

Urszula Okrzeja

Ilustracje i opracowanie graficzne okładki:

Irek Konior

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

Wydanie III

ISBN 978-83-66065-60-4

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227213000

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej:

pan@drewnianyrower.com

Dla BUG.

Która uratowała mi życie.

Nie niszczy się religii, eliminując zabobon.

Cycero

Skupić się na raju, oznacza stworzyć piekło.

Tom Robbins

Wleźliśmy w końcu na górę. Z każdym krokiem widok był coraz lepszy, więc oczywiście szliśmy dalej. No i jesteśmy na szczycie. Nauka stoi na szczycie już od paruset lat. Patrzymy na równinę i nagle widzimy, że jakieś inne plemię tańczy sobie nad chmurami, jeszcze wyżej niż my. Może to złudzenie, może jakaś sztuczka? A może po prostu weszli na wyższą górę, której nie widzimy, bo chmury nam zasłaniają? Idziemy sprawdzić, ale z każdym krokiem schodzimy w dół. Obojętne w którą stronę byśmy poszli, nie możemy zejść ze szczytu bez utraty widoku. Jesteśmy uwięzieni w maksimum lokalnym.

Ale co, jeśli tam po drugiej stronie równiny naprawdę jest wyższy szczyt? Jedyna droga to zacisnąć zęby, zejść na dół, przedreptać koryto rzeki i iść, aż znowu zacznie być pod górkę. I dopiero wtedy dociera do nas: o rany, ta góra jest o wiele wyższa od tego pagórka, gdzie dotąd staliśmy. Stąd to dopiero jest widok.

Tylko że nie da się tam dotrzeć, nie zostawiając wszystkich narzędzi, dzięki którym wcześniej było nam tak dobrze. Trzeba wykonać ten pierwszy krok w dół.

Dr Lianna Lutterodt,

„Krajobraz wiary i sprawności ewolucyjnej”

[Rozmowa], 2091

Korona cierniowa

Konstrukcja zewnętrzna

Uwaga: dla uproszczenia przedstawiono tylko dwie z sześciu szprych z habitatem.


Preludium

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Znalezienie naturalnego prawa moralnego jest niemal niemożliwe. Natura nie zna zasad. Nie daje nam żadnego powodu, by wierzyć, że należy szanować ludzkie życie.

Natura w swej obojętności nie rozróżnia między dobrem i złem.

Anatole France

(tłum. Stefan Flukowski)

Biały pokój, nieskażony cieniem czy topografią. Kluczowa rzecz: żadnych kątów. Narożników, kanciastych mebli, bezpośredniego światła – tak, by żadna geometria cienia i światła, z żadnego punktu widzenia, nie mogła przywołać Znaku Krzyża. Ściany – czy raczej ściana – to była jedna, zakrzywiona powierzchnia, emanująca łagodną bioluminescencją. Tworzyła kuliste pomieszczenie spłaszczone na dole w ramach niechętnego ustępstwa wobec obowiązującej dwunogi konwencji. Wielką, trzymetrową macicę, do kompletu z pojękującym stworzeniem zwiniętym w kłębek na podłodze.

Macicę, w której cała krew jest na zewnątrz.

Nazywała się Sachita Bhar i miała tę krew także w głowie. Oni już wyłączyli kamery, razem ze wszystkim innym, z głowy jednak nie dało się skasować obrazów z tych pierwszych chwil – hall, laboratorium histopatologii, Jezus, a nawet schowek na szczotki, ciemna klitka na drugim piętrze, gdzie schował się Gregor. Sachie nie widziała, jak go znaleźli. Skakała po kanałach, gorączkowo szukając życia i znajdując tylko zmarłych z wyprutymi wnętrznościami. Zanim dotarła do schowka, potwory już się zmyły.

Gregor, zakochany w tej swojej durnej fretce. Rano jechała z nim windą. Pamiętała, że miał koszulę w paski. Inaczej nie wiedziałaby, kogo zmasakrowały w tym schowku.

Zanim padły kamery, przez okamgnienie ujrzała tę rzeźnię – kolegów, współpracowników i rywali rozprutych bez cienia skrupułów, jak leci, wypatroszone trupy leżące na stołach laboratoryjnych, przy komputerach, w kabinach toalet. I mimo dostępu do wszechobecnego monitoringu, mimo tych wszystkich wideo lecących jej przez wszczepkę w głowie, Sachita Bhar ani na moment nie dostrzegła potworów, które to zrobiły. Co najwyżej jakieś cienie. Ciemniejsza plamka rzucona przez jakiegoś samotnego drapieżcę stojącego w ślepym punkcie kamery. Zrobiły to wszystko całkiem niewidoczne, nawet same się nawzajem nie widziały.

Od zawsze trzymano je w izolacji. Oczywiście dla ich własnego dobra: wpuść dwa wampiry do jednego pokoju, a wbita im na twardo terytorialność sprawi, że natychmiast rzucą się sobie do gardeł. A jednak tu w jakiś sposób współpracowały. Co najmniej sześć, każdy zamknięty, odizolowany – i nagle taka precyzyjnie skoordynowana akcja. Zrobiły to wszystko, nigdy nie spotkawszy się oko w oko – i nawet w punkcie kulminacyjnym, w tej ostatniej chwili przed wyłączeniem kamer, pozostały niewidzialne. Cała rzeźnia odbyła się na skraju pola widzenia Sachie.

Jak one to zrobiły? Jak sobie poradziły z kątami prostymi?

Komuś innemu pewnie spodobałby się taki paradoks – że schowała się w azylu dla potworów, jedynym miejscu w całym cholernym budynku, gdzie potwory mogły otworzyć oczy, nie ryzykując wyroku śmierci. Tu kąty proste były verboten. Tu testowało się ich achillesową piętę – w strefie, gdzie panowało się stuprocentowo nad geometrią i można było optymalizować ich neurologiczną smycz. Wszędzie indziej ze wszystkich stron groziła geometryczna cywilizacja: blaty stołów, okna, miliony przecięć techniki i architektury, tylko czekających na właściwy punkt widzenia, żeby wywołać u wampira konwulsje. Te potwory nie byłyby w stanie...

...nie powinny być w stanie...

...przeżyć godziny bez tłumiących Skazę Krzyżową antyeuklidesów. Tylko tu, w białej macicy – gdzie pobiegła nieszczęsna, głupia Sachita Bhar zaraz po zgaśnięciu świateł – ośmieliłyby się otworzyć niechronione niczym oczy.

A teraz jeden z nich był tu razem z nią.

Nie widziała go. Sama miała zaciśnięte powieki, zamknięte oczy, widzące tylko wypaloną w głowie rzeźnię. Nie słyszała go – tylko niekończący się zwierzęcy skowyt we własnym gardle. Krwistoczerwona ciemność pod powiekami pociemniała jednak nieznacznie i już wiedziała.

– Cześć – powiedział potwór.

Otworzyła oczy. Jedna z samic: Valerie, tak ją nazwali, na cześć jakiejś szefowej, która rok temu poszła na emeryturę. Valerie Wampirzyca.

Oczy Valerie przesunęły światło ku czerwieni i odbiły do niej, krwistopomarańczowe gwiazdki w twarzy rumianej od morderczego wysiłku. Górowała nad Sachie niczym owadzi posąg, nieruchomy, nawet oddychający niedostrzegalnie. Na chwilę przed śmiercią, nie mając nic lepszego do roboty, jakiś moduł w głowie Sachie odfajkowywał cechy morfometryczne – nieludzko wydłużone kończyny, rozpraszająca ciepło allometria charakterystyczna dla metabolizmu, który naprawdę porządnie się grzeje. Lekko wystająca żuchwa, wilcza w stopniu, w jakim to możliwe u człekokształtnej małpy, żeby pomieścić wszystkie te zęby. Debilny turkusowy kitel, z kompozytu z inteligentnym, zbierającym dane papierem – Valerie pewnie miała dziś mieć próby wysiłkowe. Rumiana cera, rozszerzone naczynia krwionośne drapieżcy w trybie polowania. I te oczy, przerażające świetliste punkciki...

W końcu do niej dotarło: zwężone źrenice.

Nie jedzie na anty-Ł.

I znienacka wyciągnęła krzyż, ostatnią deskę ratunku, talizman wręczany wszystkim pierwszego dnia pracy, razem z identyfikatorem: sprawdzony doświadczalnie, wypróbowany w boju, zrehabilitowany przez Naukę po niezliczonych stuleciach tułaczki w roli religijnego fetysza. Sachie uniosła go z nagłą, desperacką zuchwałością, wcisnęła kciukiem guzik. Ze wszystkich końców wystrzeliły sprężynowe przedłużenia i mały kieszonkowy totem nagle miał metr na metr.

 

Wielkość kątowa trzydzieści stopni, Sachie. U tych twardszych może czterdzieści. Trzeba uważać, żeby był prostopadły do ich linii wzroku, te kąty działają tylko wtedy, gdy mają prawie dokładnie 90 stopni, ale jak tylko odpowiednio wejdzie im w pole widzenia, cała kora wzrokowa fajczy się jak zwarty scalak...

Słowa Grega.

Valerie przekrzywiła głowę i przyjrzała się artefaktowi. Sachie wiedziała, że już, za sekundę, to koszmarne stworzenie zwali się, obezwładnione skurczami mięśni i zwarciami w synapsach. I to nie była wiara – to neurologia.

Potwór nachylił się i nawet nie drgnął. Sachita Bhar zsikała się.

– Błagam – zaszlochała.

Wampirzyca milczała.

Słowa wezbrały falą:

– Przepraszam, wiesz, ja nigdy nawet nie brałam w tym udziału, ja jestem tylko doktorantką, pracuję tu, bo mi to potrzebne do publikacji, wiem, że źle robią, wiem jak to jest, to prawie jak niewolnictwo, wiem, że tak nie wolno, wiem, że to źle, ale to nie ja, rozumiesz? To nie były moje decyzje, ja przyszłam dużo później, prawie nie miałam udziału, to tylko do mojej pracy, wiesz? I ja, ja rozumiem, jak ty się musisz czuć, rozumiem, że nas nienawidzisz, ja też bym pewnie nienawidziła, gdyby, ale proszę, proszę, ja tylko... jestem tylko studentką...

Chwilę później, skoro jeszcze żyła, odważyła się unieść wzrok. Valerie wpatrywała się w jakiś punkt, nieco po lewej i tysiąc lat świetlnych stąd. Wyglądała na roztargnioną. Ale one zawsze wyglądały na roztargnione – ich mózg pracował w kilkunastu równoległych wątkach, przetwarzając kilkanaście postrzeganych rzeczywistości, tak samo realnych, jak ta zamieszkiwana przez ludzi.

Valerie przekrzywiła głowę, jakby nasłuchiwała cichej muzyki. Prawie się uśmiechnęła.

– Błagam... – wyszeptała Sachie.

– Nie jestem zła – odparła Valerie. – Nie szukam zemsty. Jesteś nieważna.

– Nie szukasz, ale... – Trupy. Krew. Budynek pełen trupów i potworów, które ich narobiły. – To czego chcesz? Dam ci, co zechcesz, tylko...

– Wyobraź coś sobie: Jezusa na krzyżu.

I oczywiście, odkąd to zostało powiedziane, nie dało się sobie tego nie wyobrazić. Sachita Bhar zdążyła się na chwilę zdziwić nagłymi skurczami własnych kończyn, tym, jak jej żuchwa zacisnęła się w zdumiewająco wywichniętej pozycji, wrażeniem, że z tyłu głowy eksplodują jej jak ukłucia tysiące rozżarzonych igieł bólu. Próbowała zamknąć oczy, ale światło padające na siatkówkę nie miało znaczenia – bo to nie był wzrok. Mózg generuje sobie własne obrazy, o wiele dalej na ścieżce sygnału. Tego się nie da odciąć.

– Taak. – Valerie cmoknęła z namysłem. – Nauczyłam się.

Sachie udało się odezwać. Była to najtrudniejsza rzecz w jej życiu, ale wiedziała, że tak trzeba – bo to będzie też ostatnia rzecz w jej życiu. Zmobilizowała więc całą wolę, ostatnie strzępy siły, wszystkie synapsy jeszcze nieogarnięte pożogą samozniszczenia, i odezwała się. Bo wszystko inne było już nieważne, a to naprawdę chciała wiedzieć:

– Nauczy... czego...

Nie udało się jej tego wykrztusić. Ale palony przez zwarcie mózg wydobył z siebie jeszcze jedno, ostatnie przemyślenie, na wpół pochłonięte przez szum: To tak działa Skaza Krzyżowa. To im robimy. To jest...

– Dżudo – szepnęła Valerie.

Pierwotniak

Właściwie cała nauka polega na korelacjach. Nieważne, jak efektywnie opiszemy jedną zmienną za pomocą innej, te równania zawsze będą się opierać na jakiejś czarnej skrzynce. (Św. Herbert ujął to chyba najbardziej zwięźle, stwierdzając, że wszystkie dowody w nieunikniony sposób sprowadzają się do niedowodliwych założeń). Różnica między Nauką a Wiarą polega zatem, ni mniej, ni więcej, tylko na sile predykcyjnej. Wnioski naukowe okazały się lepszymi predyktorami rzeczywistości niż przemyślenia duchowe, przynajmniej w sprawach doczesnych; wygrały nie dlatego, że są prawdziwe, ale dlatego, że działają.

Zakon Dwuizbowy stanowi jawną wyrwę w tym spójnym obrazie. Ich metodologie, otwarcie bazujące na wierze, zapuszczają się bez skrupułów w metafizykę, która nie poddaje się empirycznej analizie – a mimo to dają wyniki o znacząco lepszej mocy predykcyjnej od konwencjonalnej nauki. (Jak to robią, tego nie wiadomo; nasza najlepsza wiedza sugeruje jakieś przeprogramowanie płatów skroniowych, wzmacniające ich łączność z Bogiem).

Niebezpieczną naiwnością byłoby uznać to za zwycięstwo tradycyjnej religii. Tak nie jest. To zwycięstwo radykalnej sekty liczącej sobie ledwie pół wieku, zwycięstwo odniesione kosztem zburzenia muru między Nauką i Wiarą. Wycofanie się Kościoła ze spraw doczesnych było podstawą odwiecznego zawieszenia broni, które pozwoliło nauce i wierze pokojowo koegzystować do dzisiaj. Niektórzy mogą się cieszyć, że wiara znów idzie w górę na ludzkim spektrum, ale to już nie jest nasza wiara. Jej palec wciąż odwodzi owieczki od bezdusznego empiryzmu świeckiej nauki, ale mijają dni, w których sprowadzał je w gościnne objęcia Pana Naszego i Zbawcy.

„Wewnętrzny wróg: Zakon Dwuizbowy

jako zagrożenie dla instytucjonalnej religii w XXI wieku”

(poufny raport Papieskiej Akademii Nauk dla Stolicy Apostolskiej)

Wszystkie zwierzęta są pod silną selekcyjną presją, by być tak głupie, jak się tylko da, nie ginąc.

Peter Richerson i Robert Boyd

Głęboko w sercu oregońskiej pustyni, obłąkany jak prorok Daniel, Brüks otworzył oczy i rozpoczął kolejny dzień wypełniony litanią egzekucji.

W nocy mało się wydarzyło. Kilka pułapek po wschodniej stronie straciło łączność z siecią – pewnie znów padł cholerny wzmacniacz sygnału – a większość pozostałych była pusta. W osiemnastce jednak siedział wąż pończosznik. W trzynastce głuszec ostrosterny nerwowo dziobał obiektyw. W czwórce nie działała kamera, ale sądząc po czujnikach masy i termicznych, złapał się tam młody osobnik jaszczurki Scleroporus. W dwudziestce trójce był zając.

Brüks nie cierpiał obrabiać zajęcy. Paskudnie śmierdziały, kiedy się je rozcinało, a ostatnio prawie każdego trzeba było rozciąć.

Westchnął i zatoczył palcem wskazującym półkole; wideo zniknęły z powłoki namiotu. Zastąpiły je czołówki wiadomości, bez pytania wyświetlające tematy, którymi się wcześniej interesował – pakistański chroniczny problem z zombiakami; pierwsza rocznica zniszczenia Odkupiciela; krótki, smutny nekrolog ostatniej dzikiej rafy koralowej.

A od Rho – nic.

Kolejny gest i materiał rozświetlił się dyskretną nakładką taktyczną, przesuniętą w stronę podczerwieni – dostępny publicznie i w czasie rzeczywistym obraz satelitarny rezerwatu Prineville. Jego namiot stał pośrodku ekranu, rozmazana żółta smużka: zimna, chrupka powłoka i ciepły, miękki środek. Żadnych porównywalnych ciepłych punktów w zasięgu wzroku. Brüks zadowolony kiwnął głową. Świat cały czas dawał mu spokój.

Na zewnątrz, gdy wyszedł, jakieś stworzenie zagrzechotało drobnymi kamieniami i uciekło, niewidzialne w bezbarwnym przedświcie. Oddech skraplał się w powietrzu, pod butami chrupał szron, przydający zapylonemu pustynnemu podłożu odrobiny przelotnego połysku. Jego terenowy motocykl opierał się o powyginaną brzozę, jedną z paru strzegących obozu. Baloniaste opony sflaczały i oklapły.

Zdjął z zaimprowizowanego haczyka kubek i filtr, po czym wyszedł na otwartą przestrzeń pokrytą luźnym żwirem. Zaspokoił pragnienie resztkami rachitycznego pustynnego strumienia u podnóża wzgórka, mulistego, leniwego i skazanego na wymarcie w niecały miesiąc. Ale na razie wystarczał, żeby nawodnić jednego dużego ssaka. Po drugiej stronie doliny łagodnie falowało oswojone tornado Dwuizbowców, na tle szarego wschodniego nieba, na którym mimo to wciąż widać było gwiazdy, lodowate, niemrugające i kompletnie pozbawione znaczenia. Nic tam dziś nie ma, poza entropią i tymi samymi wyimaginowanymi kształtami, narzucanymi naturze, odkąd pierwszy raz przyszło jej do głowy zachwycać się niebem.

Czternaście lat temu była to inna pustynia. I inna noc. Ale wydawała się taka sama, przynajmniej dopóki nie podniósł wzroku – bo przez parę pozbawiających złudzeń chwil nawet niebo było inne, pozbawione wszelkiej losowości. Niebo, gdzie każda gwiazda świeciła ustawiona w dokładnym szyku, gdzie każdy gwiazdozbiór był idealnym kwadratem, obojętne, jak by wytężać ludzką wyobraźnię. 13 lutego 2082 roku. Noc Pierwszego Kontaktu: 62 tysiące obiektów niewiadomego pochodzenia zacisnęło się wokół świata idealną siatką. A płonąc w atmosferze, krzyczały w całym widmie radiowym. Brüks przypomniał sobie to uczucie: miał wrażenie, że jest świadkiem niebiańskiego zamachu stanu, wysadzenia z siodła kapryśnego boga i przywrócenia porządku.

Ta rewolucja trwała tylko kilka sekund. Zdetronizowane gwiazdozbiory odzyskały władzę, gdy tylko zbladły smugi, precyzyjnie wykreślone tarciem w atmosferze. Jednakże cios został zadany. Brüks wiedział. Niebo już nigdy nie będzie takie samo.

Tak przynajmniej sądził wówczas. Wszyscy tak myśleli. Cały pieprzony gatunek zjednoczył się w obliczu wspólnego zagrożenia, choć nie wiedział, co to właściwie takiego, i choć nic właściwie nie zagroziło niczemu, może poza ogólnoludzkim zadufaniem. Świat odłożył na bok drobne różnice zdań, sypnął kasą i sklecił najlepszy statek, na jaki było stać XXI wiek. Obsadził go stuprocentowo wymiennymi ludzikami z najnowszymi ulepszeniami w głowach i wysłał kursem zgodnym z najlepszymi domysłami ludzkości, wyposażywszy w rozmówki mówiące „zaprowadźcie nas do waszego przywódcy” w tysiącu języków.

Już od ponad dziesięciu lat świat wstrzymywał oddech, czekając na Powtórne Przyjście. Tyle że bis, czy drugi akt, nie nastąpił. Czternaście lat to kupa czasu dla gatunku wychowanego na natychmiastowej nagrodzie. Brüks nigdy nie uważał się za pełnego wiary w szlachetność ludzkiego ducha, mimo to nawet jego zaskoczyło, jak szybko niebo zaczęło wyglądać tak samo jak przedtem, jak szybko na pierwsze strony wróciły małostkowe różnice zdań. Ludzie, uświadomił sobie, są jak żaby – zabierasz im coś z pola widzenia i po prostu o tym zapominają.

Ekspedycja Tezeusza powinna już być daleko poza Plutonem. Jeśli nawet coś tam znaleźli, Brüks o tym nie słyszał. Zresztą miał już potąd czekania. Miał potąd życia w oczekiwaniu, aż pojawią się potwory czy zbawcy ludzkości. Dość miał zabijania istot, dość tego, że sam w środku umierał.

Czternaście lat.

Żałował, że świat się nie pośpieszył i się nie skończył.


Ranek poświęcił, jak każdy inny przez ostatnie dwa miesiące, na obchodzenie pułapek i poszturchiwanie złapanych w nie istot, w wątłej nadziei znalezienia jakiegoś kawałka przyrody, który uchował się niepokręcony.

O wschodzie słońca niebo już się zdążyło zachmurzyć, zanim motocykl porządnie się naładował. Zostawił go więc i obszedł pułapki piechotą. Było prawie południe, gdy dotarł do zająca i stwierdził, że ktoś już tu przed nim był. Pułapka rozpruta, zawartość opróżniona przez jakiegoś innego drapieżcę, który nie miał nawet na tyle przyzwoitości, by zostawić choć plamy krwi do analizy.

Za to w osiemnastce cały czas wił się pończosznik – samiec, jeden z tych brązowych w brązowe plamy, co rozpływają się na tle gruntu. Zaszamotał się w uchwycie Brüksa, zacisnął na przedramieniu jak łuskowata macka; gruczoły zapachowe rozmazały po skórze smrodliwą maź. Brüks, nie licząc na wiele, pobrał parę mikrolitrów krwi, wcisnął je do czytnika kodów genetycznych przy pasie. Czekając, aż urządzonko odprawi czary, pociągnął z manierki.

Daleko w głębi pustyni klasztorne tornado napuchło do trzykrotnie większego rozmiaru niż przed świtem, zasilone ciepłem dnia. Z tej odległości wydawało się brązową nitką, nieistotną smużką dymu – ale podejdź zbyt blisko, a rozrzuci cię na pół doliny. Niecały rok temu ugandańska teokracja pomsty złamała zabezpieczenia wylatującego z Dartmouth transatmosferycznego promu i przepuściła go przez generator wirowy pod Johannesburgiem. Po drugiej stronie wyleciały tylko nity i zęby, mało co poza tym.

Czytnik pisnął, poddając się nieśmiało: za dużo artefaktów genetycznych, żeby dać pewny odczyt. Brüks westchnął, niezbyt zdziwiony. Urządzonko było w stanie oznaczyć dowolnego pasożyta wewnętrznego na podstawie odrobinki gówna, zidentyfikować dowolnego nosiciela po minimalnym strzępku czystej tkanki – tylko że w tych czasach coraz trudniej było o czystą tkankę. Zawsze znalazło się w niej coś obcego. Wirusowe DNA, stworzone dla dobra ludzkości, ale zanadto niewybredne, by poprzestać na swoim celu. Geny-markery, stworzone po to, żeby zwierzęta świeciły w ciemności po kontakcie z jakąś trucizną, którą Agencja Ochrony Środowiska przestała się interesować 50 lat temu. Czy choćby komputery DNA, zbudowane od podstaw do konkretnego zadania, a potem bezmyślnie wdeptane w naturalne genotypy, niczym ślady ubłoconych buciorów na dziewiczej podłodze. W dzisiejszych czasach wyglądało na to, że połowę ziemskich danych technicznych przechowuje się w formie genetycznej. Sekwencjonujesz jakąś przywrę płucną i masz 50/50 szans, czy te geny kodują białka, czy projekty kanalizacji miasta Denver.

 

Ale to nic nie szkodziło. Brüks był niedzisiejszy, był biologiem z czasów, kiedy ludzie potrafili rozpoznać, na co patrzą – no, od samego patrzenia. Sprawdzić łuski szyjne. Policzyć promienie w płetwach, haczyki w główce tasiemca. Patrzeć oczyma, do cholery. Jak ci się popierdzieli, to wiesz, kto za to odpowiada, ty, a nie jakaś durna machina, co nie odróżnia oksydazy cytochromowej od sonetu Szekspira. A jeśli stwór, którego chcesz zidentyfikować, przypadkiem mieszka w środku kogoś innego, to go zabijasz. Rozcinasz nosiciela.

I Brüks był w tym dobry. Choć nigdy za tym nie przepadał.

Teraz szepnął do swojej najświeższej ofiary: „Pssst, spokojnie... nic nie będzie bolało... obiecuję...” i wrzucił ją do worka z trucizną. Ostatnio coraz częściej łapał się na tym, że mruczy bezsensowne, uspokajające kłamstwa ofiarom, które i tak przecież nie zrozumiałyby, co mówi. Powtarzał sobie, że to dziecinada. Czy przez te miliardy lat, kiedy na tej planecie kręciły się kolejne iteracje życia, jakiś drapieżnik uspokajał swoją ofiarę? Czy jakakolwiek „naturalna” śmierć była kiedykolwiek równie szybka i bezbolesna jak ta, zadawana przez niego dla dobra świata? Mimo to, ciągle trudno było mu znieść, jak te małe, niewyraźne cienie szamocą się i wiją w prześwitującej białej folii, trudno było słuchać cichych stuknięć i posykiwań, gdy proste móżdżki usiłowały posterować nagle i przerażająco nieposłusznym ciałem w stronę jakieś wyimaginowanej ucieczki.

Te śmierci miały chociaż jakiś cel, jakiś konstruktywny cel wykraczający poza chorobę lub zabicie przez drapieżnika, jakie miała w zanadrzu natura. Życie i tak było walką o istnienie kosztem innego życia. A biologia walką o zrozumienie życia. Natomiast ten konkretny kawałek biologii, badanie, którego był autorem, dawcą zasad i jedynym wykonawcą – było walką o wykorzystanie biologii, by pomóc tejże badanej populacji. Te śmierci były tak bliskie altruizmu, jak tylko się dało w darwinowskim wszechświecie.

– To akurat – powiedział cichy głosik, zawsze odpalający się w takich chwilach – gówno prawda. Ty walczysz tylko o to, żeby wycisnąć ze swojego grantu parę ostatnich publikacji, nim zakręcą kranik z finansowaniem. Nawet gdybyś spisał wszystkie zmiany we wszystkich kladach, jakie zaszły przez ostatnie sto lat i wyliczył straty co do cząsteczki, praktyczny sens jest i tak zerowy.

Nikogo to nie obchodzi. Ty walczysz tylko z rzeczywistością.

Ten głos przez ostatnie lata stał się nieodłącznym towarzyszem. Pozwalał mu ględzić.

– Tak czy owak – mówił mu, kiedy się wygadał – chujowy z nas biolog.

I choć przyznanie się do winy przychodziło mu łatwo, do wstydu nie był w stanie się zmusić.


Zanim wrócił do obozu, wąż przestał być wężem. Rozciągnął na płycie sekcyjnej miękkie, bezwładne szczątki. Cztery sekundy ze skaserem i wąż był wypatroszony od szyi po kloakę; kolejne dwadzieścia i przewód pokarmowy oraz układ oddechowy zachlupotały w oddzielnych szkiełkach zegarowych. Największe obłożenie pasożytami będzie w jelicie – Brüks wetknął przewód pokarmowy pod mikroskop i zabrał się do pracy.

Dwadzieścia minut później, gdy ledwo do połowy skatalogował bandę przywr i tasiemców, gdzieś daleko coś wybuchło.

W każdym razie tak to brzmiało – ciche, stłumione łummmf odległej amunicji artyleryjskiej. Brüks oderwał się od pracy, przepatrzył pustynię pomiędzy sękatymi, rachitycznymi gałęziami.

Nic. Nic. N...

Zaraz, zaraz.

Klasztor.

Złapał wiszące na motorze gogle i powiększył obraz. Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę, było tornado...

...Coś mocno się kręci jak na tę porę dnia...

...ale trochę po prawej, tuż nad samym klasztorem, wił się, dryfował i rozpraszał w słabnącym świetle kłąb brązowego dymu.

Budynek nie wyglądał jednak na uszkodzony. Przynajmniej żadna z widocznych ścian.

Co oni tam wyrabiają?

Oficjalnie – fizykę. Kosmologię. Wysokoenergetyczne rzeczy. Ale podobno tylko teoretycznie – o ile Brüks wiedział, Zakon Dwuizbowców nie zajmował się doświadczeniami. Jasne, w dzisiejszych czasach mało kto się zajmował. To maszyny przepatrywały niebo, maszyny sondowały przestrzenie między atomami, maszyny stawiały pytania i projektowały doświadczenia znajdujące na nie odpowiedź. Mięsu najwyraźniej zostało tylko gapić się we własny pępek – siedzieć na pustyni i kontemplować podane przez maszyny odpowiedzi. Choć większość nadal wolała nazywać to „analizą”.

Umysł zbiorowy gadający językami – podobno tak to Dwuizbowcy robili. Mieli w głowie jakieś biologiczne radio, wspólne ciało modzelowate – elektrony podrygujące w mikrotubulach, coś tam ze splątaniem kwantowym. Wszystko w stu procentach organiczne, żeby obejść zakaz tworzenia interfejsów ciało-ciało. Taki kurek, na żądanie zlewający wiele umysłów w jeden. Płynęli wtedy razem, krzycząc w ekstazie, tarzając się po podłodze i zawodząc, podczas gdy akolici wszystko notowali. I tym właśnie sposobem udało im się od nowa napisać teorię Amplituhedrona.

Mówiono, że całe to mambo-dżambo ma jakieś racjonalne wytłumaczenie. Wzmocniona ponad wszelką miarę zdolność lewej półkuli do rozpoznawania wzorców; ten usiany błędami białkowy soft, sprawiający, że widzimy twarze w chmurach, albo gniew Boży w gradobiciu, podkręcony, ustawiony na cienkiej linii między odkryciem i pareidolią[1]. Mówiono, że na tym ostrzu brzytwy roi się od nowych odkryć i przemyśleń, wzorców, które tylko Dwuizbowcy są w stanie odróżnić od halucynacji. Tak przynajmniej głosiła oficjalna legenda. Brüks miał to za zbiór pierdół.

No, ale z Noblami nie dało się dyskutować.

Może jednak mieli tam jakiś akcelerator cząstek. Musieli w końcu robić coś, co zżera masę energii – kto by używał przemysłowego generatora wirowego do zasilania AGD.

Zza pleców doleciał go metaliczny szczęk przesuwanych narzędzi. Brüks się obrócił.

Skasery leżały na ziemi. Na stole nad nimi wypatroszony wąż patrzył na niego odwrócony do góry nogami na płycie, trzepocząc rozwidlonym językiem.

Nerwy, powiedział sobie Brüks.

Truchło zadygotało na plecach, jakby przez rozcięty brzuch wiało mu zimnem. Po obu stronach rany zafalowały fałdy tkanek, powolną, perystaltyczną falą wzdłuż ciała.

Reakcja galwaniczna. Nic więcej.

Głowa węża wysunęła się nad brzeg misy sekcyjnej. Szkliste, niemrugające oczy rozejrzały się. Język, czerwono-czarny, czarno-czerwony, posmakował powietrza.

Wąż wypełzł z misy.

Łatwo mu nie przyszło. Cały czas usiłował przetoczyć się i pełznąć na brzuchu, ale nie miał brzucha, już nie. Brzuszne łuski, którymi by się odpychał, i mięśnie pod spodem, wszystkie były rozcięte. Zatem od czasu do czasu udawało mu się pół obrotu, nie wychodziło, musiał więc zadowolić się pełzaniem na grzbiecie – oczy wytrzeszczone, język falujący, jama brzuszna pusta.

Dotarł na krawędź stołu. Zawahał się, spadł na ziemię. Brüks zmiażdżył mu głowę butem. Wdeptał z całej siły w kamienistą glebę, aż nie zostało nic poza wilgotnym, lepkim kleksem. Reszta stworzenia wiła się, mięśnie dygotały do rytmu nerwów zatkanych szumem pozbawionym sygnału. Ale przynajmniej nie zostało nic, co mogłoby – chwała Bogu – czuć.

Gady ogólnie były dość odporne. Brüks nieraz znajdował grzechotniki na szosie, o godziny od najbliższego auta, ze zmiażdżonym kręgosłupem, połamanymi kłami, głową rozbitą na krwawą miazgę – ale nadal się ruszały, nadal pełzły do rowu. Worek do zatruwania miał nie pozwolić na tak długie cierpienie. Obracał przeciwko zwierzęciu jego własny metabolizm, pozwalając płucom i naczyniom włosowatym dostarczyć truciznę do każdej komórki każdej tkanki, sprowadzając szybką, bezbolesną i – na ogół – całkowitą śmierć, taką, że nie budził się i nie patrzył, kurwa, na ciebie, i nie próbował uciec, godzinę po tym, jak wyskrobało mu się wnętrzności.

Naturalnie, na świecie były teraz zombiaki. Albo na przykład wampiry. Ale XXI-wieczni nieumarli byli wyłącznie ludźmi. Nie było sensu budować zombie-węża. To musiał być jakiś kolejny produkt zanieczyszczenia – jakaś przypadkowa modyfikacja genetyczna wyłączająca receptory nerwów ruchowych i pewnie odpalająca jakiś zabłąkany ciąg poleceń motorycznych.

Musiał.

Ale i tak.

Naprawdę miał nadzieję, że tu, na pustyni, będzie mu łatwiej radzić sobie z duchami.


Po pierwsze, tutaj było ich o wiele mniej. Po drugie, żaden nie był człowiekiem. Czasem ubolewał, że nawet w połowie tak samo nie żałuje tych tysięcy ludzi, których zabił.

Oczywiście, biologia ten podwójny standard również tłumaczyła. Z żadną z ludzkich ofiar nie musiał stanąć twarzą w twarz, kiedy umierała, i patrzeć jej w oczy. Nie było go tam. Serce miało krótki zasięg. Jego świadomość winy malała wykładniczo z odległością; a uczynki Daniela Brüksa oddzielało od ich konsekwencji tyle zawiłych granic, że i same wyrzuty sumienia stawały się czysto teoretyczne. Poza tym, prawie nie działał sam – wina rozkładała się na cały zespół. A ich pobudki, przynajmniej pobudki, były chwalebne.