Sycylijski mrokTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pe­ter Robb

Sy­cy­lij­ski mrok

Prze­ło­żył Boh­dan Ma­li­bor­ski


Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go MID­NI­GHT IN SI­CI­LY

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by FER­DI­NAN­DO SCIAN­NA / MA­GNUM PHO­TOS

Co­py­ri­ght © 1996, 2001, PE­TER ROBB

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by BOH­DAN MA­LI­BOR­SKI, 2013

Re­dak­cja MAR­TA HÖF­F­NER

Ko­rek­ty MAG­DA­LE­NA MRO­ŻEK / D2D.PL, ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-646-4

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Spis treści

  W serii

  Dedykacja

  Motto

  Wstęp

  I Targ

  II Sekretny pocałunek

  III Kaseta na noże

  IV Chudy i gruby

  V Zakładnik

  VI Nałóg

  VII Realista z Rzymu

  VIII Życie kobiety

  IX Przyjaciele

  X Odrzucona kochanka

  XI Twórca labiryntu

  XII Sycylijski mrok

  Posłowie

  Niektórzy bohaterowie

  Bibliografia

  Bibliografia wydań polskich

  * * *

  Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W se­rii uka­za­ły się ostat­nio:

Bar­ba­ra De­mick Świa­tu nie mamy cze­go za­zdro­ścić.

Zwy­czaj­ne losy miesz­kań­ców Ko­rei Pół­noc­nej

Fi­lip Sprin­ger Mie­dzian­ka. Hi­sto­ria zni­ka­nia

Ewa Win­nic­ka Lon­dyń­czy­cy

Li­dia Osta­łow­ska Far­by wod­ne

Pa­weł Smo­leń­ski Izra­el już nie fru­nie (wyd. 3 roz­sze­rzo­ne)

Nec­la Ke­lek Słod­ko­-gorz­ka oj­czy­zna. Ra­port z ser­ca Tur­cji

Ja­cek Hugo­-Ba­der Dzien­ni­ki ko­łym­skie

Jean Hatz­feld Se­zon ma­czet

Stig Da­ger­man Nie­miec­ka je­sień. Re­por­taż z po­dró­ży po Niem­czech

Je­rzy Hasz­czyń­ski Mój brat oba­lił dyk­ta­to­ra

Ed Vul­lia­my Amek­sy­ka. Woj­na wzdłuż gra­ni­cy

Gün­ter Wal­l­raff Z no­we­go wspa­nia­łe­go świa­ta

Kje­til Sten­svik Østli Po­li­cjan­ci i zło­dzie­je

Ka­ta­rzy­na Sur­miak-Do­mań­ska Mo­kra­deł­ko

An­drzej Dyb­czak Gu­ga­ra

Swie­tła­na Alek­si­je­wicz Czar­no­byl­ska mo­dli­twa. Kro­ni­ka przy­szło­ści

Anna Bi­kont My z Je­dwab­ne­go (wyd. 2 po­pra­wio­ne)

Pa­weł Smo­leń­ski Irak. Pie­kło w raju (wyd. 2 po­pra­wio­ne)

Li­dia Osta­łow­ska Cy­gan to Cy­gan (wyd. 2 roz­sze­rzo­ne)

Wil­liam Dal­rym­ple Dzie­więć ży­wo­tów.

Na tro­pie świę­to­ści we współ­cze­snych In­diach

Ma­te­usz Mar­czew­ski Nie­wi­dzial­ni (wyd. 2 po­pra­wio­ne)

Li­dia Osta­łow­ska Bo­la­ło jesz­cze bar­dziej

Igor T. Mie­cik 14 : 57 do Czy­ty. Re­por­ta­że z Ro­sji

Mar­cin Kąc­ki Lep­pe­ria­da

Pe­ter Hes­sler Przez dro­gi i bez­dro­ża. Po­dróż po no­wych Chi­nach

Da­riusz Ro­siak Czło­wiek o twar­dym kar­ku.

Hi­sto­ria księ­dza Ro­mu­al­da Ja­ku­ba We­ksle­ra­-Wasz­ki­ne­la

Pe­ter Go­dwin Strach. Ostat­nie dni Ro­ber­ta Mu­ga­be

Eli­sa­beth Ås­brink W Le­sie Wie­deń­skim wciąż szu­mią drze­wa

Swie­tła­na Alek­si­je­wicz Ostat­ni świad­ko­wie.Utwo­ry so­lo­we na głos dzie­cię­cy

An­drzej Mu­szyń­ski Po­łu­dnie

Woj­ciech Gó­rec­ki Ab­cha­zja

Ka­ta­rzy­na Ko­by­lar­czyk Pył z lan­dry­nek. Hisz­pań­skie fiesty

Ma­ciej Wa­sie­lew­ski Ju­tro przy­pły­nie kró­lo­wa

Emma Lar­kin Spu­sto­sze­nie. Nie­opo­wie­dzia­na hi­sto­ria o ka­ta­stro­fie

i dyk­ta­tu­rze woj­sko­wej w Bir­mie

Nor­man Le­wis Gro­bo­wiec w Se­wil­li. Po­dróż przez Hisz­pa­nię

u pro­gu woj­ny do­mo­wej

Gel­lert Ta­mas Męż­czy­zna z la­se­rem. Hi­sto­ria szwedz­kiej nie­na­wi­ści

An­ge­li­ka Kuź­niak Pa­pu­sza

W se­rii uka­żą się m.in.:

Mi­chał Ksią­żek Ja­kuck. Słow­nik miej­sca

Luca Ra­stel­lo Prze­myt­nik do­sko­na­ły. Jak trans­por­to­wać tony ko­ka­iny

i żyć szczę­śli­wie

Pa­mię­ci Wan­dy Jam­ro­zik

Hi­sto­ria nie jest

nisz­czą­cym bul­do­że­rem, jak ją na­zy­wa­ją.

Po­zo­sta­wia tu­ne­le, kryp­ty, jamy

i kry­jów­ki. Ten i ów prze­ży­je.

Hi­sto­ria jest ła­ska­wa, nisz­czy,

ile zdo­ła; pew­nie, że by­ło­by le­piej,

gdy­by prze­do­brzy­ła,

a jed­nak ską­pi wia­do­mo­ści i nie mści się za wszyst­ko.

Hi­sto­ria szo­ru­je po dnie

ni­czym sieć

z pa­ro­ma dziu­ra­mi, z któ­rej wy­mknie się

nie­jed­na ryba. Cza­sem tra­fi się ek­to­pla­zma

po ucie­ki­nier­ce, nie­spe­cjal­nie szczę­śli­wej.

Nie wie, że jest wol­na, nikt jej nie po­wie­dział.

Inne, te zło­wio­ne, my­ślą,

że mają wię­cej wol­no­ści od niej.

Eu­ge­nio Mon­ta­le, Sa­tu­ra

Gdy we Wło­szech jest noc

Tu jest śro­da.

Gdy na Sy­cy­lii za­pa­da mrok…

The Ever­ly Bro­thers, Ni­ght Time in Ita­ly

Wstęp

Cola Pe­sce uwiel­biał ba­wić się w mo­rzu. Któ­re­goś dnia jego mat­ka rzu­ci­ła ze zło­ścią:

– Mam na­dzie­ję, że w koń­cu za­mie­nisz się w rybę.

I rze­czy­wi­ście pra­wie się w nią za­mie­nił, czę­sto po­zo­sta­jąc pod wodą przez kil­ka dni. Prze­mie­rzał dłu­gie dy­stan­se w brzu­chu wiel­kiej ryby, a gdy do­pły­wał do celu, uwal­niał się za po­mo­cą noża.

Pew­ne­go razu król za­pra­gnął się do­wie­dzieć, jak wy­glą­da mor­skie dno. Cola zba­dał je i do­niósł mu, że są tam ko­ra­lo­we ogro­dy i dro­go­cen­ne ka­mie­nie za­grze­ba­ne w pia­sku, a tu i ów­dzie kop­czy­ki skar­bów, broń, ludz­kie szkie­le­ty oraz wra­ki okrę­tów. Za­nur­ko­wał do ja­skiń pod zam­kiem dell’Ovo w Ne­apo­lu, skąd po­wró­cił z gar­ścią klej­no­tów. Król spy­tał, jak to się dzie­je, że Sy­cy­lia nie to­nie w mo­rzu. Cola wy­ja­śnił, że pod­trzy­mu­ją ją trzy ogrom­ne fi­la­ry, w tym je­den pęk­nię­ty.

Król po­sta­no­wił się prze­ko­nać, jak głę­bo­ko Cola zdo­ła za­nur­ko­wać, i ka­zał mu wy­do­być z wody kulę ar­mat­nią, któ­rą wy­strze­lą z la­tar­ni mor­skiej w Me­sy­nie. Cola od­parł, że zro­bi to – sko­ro król się do­ma­ga – choć ma prze­czu­cie, że już stam­tąd nie wró­ci. Król na­le­gał, więc Cola pu­ścił się w głę­bi­nę za kulą i ją po­chwy­cił, lecz gdy ro­zej­rzał się wo­kół, stwier­dził, że woda po­nad nim stward­nia­ła, znie­ru­cho­mia­ła i sta­ła się nie­prze­nik­nio­na ni­czym mar­mur. Zro­zu­miał, że zna­lazł się w za­sty­głej prze­strze­ni, w któ­rej nie może pły­nąć, i po­zo­stał tam już na za­wsze.

 

Po­stać Coli Pe­sce1 ma dłu­gą hi­sto­rię. W Ne­apo­lu krą­ży­ła opo­wieść, że zo­stał uwiecz­nio­ny na pła­sko­rzeź­bie wy­grze­ba­nej w por­cie u schył­ku śre­dnio­wie­cza, któ­ra przed­sta­wia­ła pół męż­czy­znę, pół rybę z grec­kiej czy rzym­skiej świą­ty­ni. Na Sy­cy­lii jego le­gen­da się­ga cza­sów Nor­ma­nów i zo­sta­ła za­pi­sa­na w XI wie­ku przez lu­dzi, któ­rzy sły­sze­li o Coli od osób zna­ją­cych go oso­bi­ście. Bez wzglę­du na to, czy po­cho­dził z Me­sy­ny, Pa­ler­mo czy z Ne­apo­lu, Cola Pe­sce był czło­wie­kiem upal­ne­go, su­che­go, ob­la­ne­go mo­rzem po­łu­dnia Ita­lii, na­zy­wa­ne­go przez Wło­chów Mez­zo­gior­no – kra­iny nad Mo­rzem Śród­ziem­nym, gdzie Eu­ro­pa jest już nie tyl­ko Eu­ro­pą, lecz tak­że Afry­ką, Azją i Ame­ry­ką. Mez­zo­gior­no jest za­kąt­kiem Włoch naj­bar­dziej od­le­głym od Eu­ro­py i naj­bliż­szym resz­cie świa­ta.

Cola Pe­sce przez lata tkwił w mej pa­mię­ci; nie­mal tak dłu­go jak wiersz Eu­ge­nia Mon­ta­le­go o za­ka­mar­kach hi­sto­rii i dro­gach uciecz­ki, z któ­rym le­gen­da o Coli zna­la­zła wspól­ny mia­now­nik w sce­nie uwię­zie­nia pod wodą. Przy­po­mnia­łem so­bie o nim te­raz, gdy – wie­dzio­ny cie­ka­wo­ścią i lę­kiem – wró­ci­łem do Włoch i wsia­dłem w Ne­apo­lu na noc­ny prom do Pa­ler­mo, by za­nu­rzyć się w prze­szło­ści i od­kryć rze­czy, któ­re wcze­śniej gdzieś mi mi­gnę­ły lub któ­re tyl­ko so­bie wy­obra­ża­łem. Pra­gną­łem wie­dzy, lecz ba­łem się uwię­zie­nia w groź­nym, zim­nym i wy­kal­ku­lo­wa­nym świe­cie wła­dzy. Cie­ka­wi­ło mnie, jak głę­bo­kie jest to mo­rze i co utrzy­mu­je Sy­cy­lię na jego po­wierzch­ni. By­łem go­tów za­nur­ko­wać, li­cząc, że stam­tąd wró­cę albo przy­najm­niej od­naj­dę dziu­rę w sie­ci.

I Targ

Prze­bu­dzi­łem się na­gle oko­ło pierw­szej w nocy. Prom wciąż z mo­zo­łem prze­bi­jał się przez mrok, a ja nie mo­głem zła­pać tchu. Su­fit ka­bi­ny był kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów nade mną i w wil­got­nym sło­nym za­du­chu, któ­ry się pod nim zbie­rał, bra­ko­wa­ło tle­nu. Pa­sa­że­ro­wie z trzech po­zo­sta­łych koi nie wy­dawali w ciem­no­ściach żad­ne­go dźwię­ku. Może nie żyli. By­łem spo­co­ny, przy­tło­czo­ny, spa­ra­li­żo­wa­ny, jak­by po­chowali mnie żyw­cem. Głę­bo­ki, re­gu­lar­ny od­dech nie da­wał uko­je­nia. Wy­gra­mo­li­łem się z koi bez po­mo­cy dra­bin­ki, na­dep­tu­jąc na nie­wi­docz­ną w ciem­no­ściach twarz. Na po­grą­żo­nym w pół­mro­ku ko­ry­ta­rzu było nie­wie­le le­piej. Wciąż ten sam okrę­to­wy za­duch prze­sy­co­ny wo­nią ole­ju na­pę­do­we­go, far­by, mo­rza i zgni­li­zny. Od­na­la­złem schod­ki pro­wa­dzą­ce na po­kład, na któ­rym wśród sza­lup ra­tun­ko­wych do­cze­ka­łem świ­tu. Sło­ne opa­ry, wi­docz­ne i na­ma­cal­ne, nadal mnie prze­śla­do­wa­ły, ale przy­najm­niej mo­głem od­dy­chać. Zda­wa­ło się, że w tę pięk­ną, bez­gwiezd­ną noc z po­wie­trza ode­ssa­no cały tlen.

Lato jesz­cze się nie za­czę­ło. Ta po­dróż na po­łu­dnie przy­po­mnia­ła mi inne nie­zno­śnie upal­ne noce w Mez­zo­gior­no. Cięż­ki bal­da­chim dusz­nej bez­wietrz­nej mar­two­ty opadł na nas ni­czym zwa­lo­ny na­miot. Wró­ciw­szy ran­kiem do ka­bi­ny, za­uwa­ży­łem, że kla­pa wy­lo­tu prze­wo­du wen­ty­la­cyj­ne­go zo­sta­ła przy­krę­co­na śru­ba­mi. Wy­glą­da­ło na to, że wszy­scy cięż­ko zno­szą tę prze­pra­wę. Gdy prom do­bi­jał do na­brze­ża w Pa­ler­mo, ele­ganc­ko ubra­ni pa­sa­że­ro­wie tło­czy­li się przy bram­ce, do któ­rej miał się­gnąć trap, ni­czym imi­gran­ci albo zde­spe­ro­wa­ni uchodź­cy. Pró­bo­wa­łem wy­obra­zić so­bie to miej­sce, któ­re trzy ty­sią­ce lat temu przy­by­wa­ją­cy tu Gre­cy i Fe­ni­cja­nie na­zy­wa­li Pa­nor­mus, „por­tem ze wszech stron”. Przez po­de­ner­wo­wa­ny, gniew­ny tłum prze­pchnię­to wó­zek in­wa­lidz­ki – sie­dział na nim za­śli­nio­ny idio­ta z bez­wład­ną gło­wą, któ­ry pierw­szy zje­dzie na ląd. Obok sta­do za­kon­nic szy­ko­wa­ło się do lotu.

Gdy zsze­dłem z pro­mu, sznur żół­tych tak­só­wek zdą­żył już znik­nąć z na­brze­ża. Po­krze­pi­łem się kawą, wła­ści­wie kil­ko­ma ka­wa­mi, i po­wlo­kłem w stro­nę cen­trum, mi­ja­jąc po dro­dze sa­lon wy­sta­wo­wy z pa­ro­ma no­wy­mi czer­wo­ny­mi fer­ra­ri. Nie­co da­lej ka­ra­bi­nie­rzy za­blo­ko­wa­li uli­cę. Krę­ci­ło się tam też mnó­stwo żoł­nie­rzy. Byli nie­spo­koj­ni. Mały opusz­czo­ny ho­tel przy via Ma­qu­eda na­prze­ciw kio­sku w sty­lu art no­uve­au. Okna prze­sło­nię­te okien­ni­ca­mi lub po­zba­wio­ne szyb, ob­ła­żą­ce z far­by drew­nia­ne drzwi fron­to­we otwar­te na oścież, a za nimi zruj­no­wa­ne wnę­trze. Za­wró­ci­łem i zna­la­złem inny ho­tel, zwró­co­ny ty­łem do por­tu la­bi­rynt na trze­cim pię­trze, na któ­re wjeż­dża­ło się roz­kle­ko­ta­ną me­ta­lo­wą win­dą. Po­kój mie­ścił się nad hur­tow­nią kawy i pach­niał pra­żo­ny­mi ziar­na­mi. Przed sto­ją­cym nie­co da­lej, z po­zo­ru nie­cie­ka­wym bu­dyn­kiem peł­ni­li straż za­ma­sko­wa­ni żoł­nie­rze sto­ją­cy z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi. Je­den za­uwa­żył moje wścib­skie spoj­rze­nie i gdy go mi­ja­łem, od­bez­pie­czył ka­ra­bin. La­tem 1992 roku na Sy­cy­lię prze­rzu­co­no z „kon­ty­nen­tu” sie­dem ty­się­cy żoł­nie­rzy. Trzy lata póź­niej wciąż tu byli. W pew­nym sen­sie ope­ra­cja „sy­cy­lij­skie nie­szpo­ry” była ko­lej­ną obcą in­wa­zją, w do­dat­ku dziw­nie na­zwa­ną, gdyż przy­wo­dzi­ła na myśl krwa­we trzy­na­sto­wiecz­ne po­wsta­nie prze­ciw oku­pu­ją­cym Sy­cy­lię fran­cu­skim An­de­ga­we­nom, kie­dy w cią­gu kil­ku dni wy­mor­do­wa­no ty­sią­ce miej­sco­wych.

Ten nowy ho­tel znaj­do­wał się jesz­cze bli­żej pa­nel­le­rii, miej­sca, do któ­re­go za­mie­rza­łem się udać. Wie­le z tego, co na Sy­cy­lii naj­lep­sze, prze­trwa­ło tu od cza­sów Ara­bów, a tra­dy­cja sma­żo­nych plac­ków z cie­cie­rzy­cy się­ga praw­do­po­dob­nie IX wie­ku. Nig­dy nie wi­dzia­łem pa­nel­le poza Pa­ler­mo i rzad­ko kie­dy poza tar­giem Vuc­ci­ria. Pa­nel­le­ria mie­ści­ła się w za­uł­ku przy nie­wiel­kim pla­cu tar­go­wym – małe, su­ro­we po­miesz­cze­nie z wej­ściem od uli­cy, w któ­rym znaj­do­wa­ły się stół do wy­kra­wa­nia pro­sto­kąt­nych ka­wał­ków cia­sta i kadź z roz­grza­nym ole­jem. Pa­nel­le to ta­nia i skrom­na stra­wa, lecz ota­cza ją prze­pych.

Tak jak pew­ne słod­kie i pi­kant­ne da­nia, któ­re za­wie­ra­ją w so­bie wszyst­ko i w któ­rych ostrość prze­cho­dzi w sło­dycz, a sło­dycz w ostrość, da­nia, któ­re zda­ją się speł­nie­niem ma­rzeń głod­ne­go, tak i naj­ob­fit­sze ba­za­ry, naj­za­sob­niej­sze, naj­bar­dziej od­święt­ne i ba­ro­ko­we znaj­du­ją się w ubo­gich kra­inach, nad któ­ry­mi za­wsze uno­si się wid­mo gło­du […] w Bag­da­dzie, Wa­len­cji czy Pa­ler­mo targ to coś wię­cej niż targ […] to wi­zja, ma­rze­nie, mi­raż.

Targ, któ­ry sy­cy­lij­ski pi­sarz Le­onar­do Scia­scia miał tu na my­śli, to Vuc­ci­ria. Zdał mi się snem, gdy za­wę­dro­wa­łem nań pierw­szy raz pod ko­niec pew­ne­go daw­no mi­nio­ne­go lata. Póź­niej, gdy wra­ca­łem do Pa­ler­mo, za­wsze kie­ro­wa­łem tam pierw­sze kro­ki, żeby na nowo od­na­leźć się w tym mie­ście. Za pierw­szym ra­zem, dwa­dzie­ścia je­den lat wcze­śniej, do­tar­łem do Pa­ler­mo bez mapy z miej­sco­wo­ści Enna, po­ło­żo­nej w su­chej, gó­rzy­stej i smęt­nej oko­li­cy w środ­ku wy­spy, naj­bied­niej­sze­go re­gio­nu Włoch, i za­pu­ści­łem się w ru­iny sta­re­go mia­sta. Tam­tej­sza sta­rów­ka zo­sta­ła spu­sto­szo­na przez bom­by w cią­gu kil­ku mie­się­cy 1943 roku, po­prze­dza­ją­cych de­sant wojsk alianc­kich. Znisz­cze­niu ule­gło mnó­stwo naj­wspa­nial­szych bu­dow­li, oko­ło jed­nej trze­ciej sie­dem­na­sto- i osiem­na­sto­wiecz­nych pa­laz­zi, sie­dzib ary­sto­kra­tycz­nych sy­cy­lij­skich ro­dów.

W la­tach czter­dzie­stych XX wie­ku wie­le eu­ro­pej­skich miast do­świad­czy­ło znacz­nie in­ten­syw­niej­szych na­lo­tów bom­bo­wych niż Pa­ler­mo. Wy­jąt­ko­we było jed­nak to, że ru­iny sta­re­go mia­sta wciąż po­zo­sta­wa­ły ru­ina­mi, choć od woj­ny mi­nę­ło naj­pierw trzy­dzie­ści, po­tem pięć­dzie­siąt lat. Scho­dy nadal pro­wa­dzi­ły do­ni­kąd, przez okna prze­świ­ty­wał błę­kit, z mu­rów wy­ra­sta­ły chwa­sty, a drew­nia­ne więź­by da­chów ster­cza­ły ku nie­bu ni­czym że­bra gni­ją­cej pa­dli­ny. Na­wet te frag­men­ty sta­rów­ki, któ­re prze­trwa­ły bom­bar­do­wa­nia, za­czę­ły z wol­na prze­mie­niać się w ru­mo­wi­sko. Na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych w bu­dyn­kach, któ­re nie ucier­pia­ły wca­le lub były znisz­czo­ne tyl­ko czę­ścio­wo, miesz­ka­ło spo­ro lu­dzi. Mu­sia­łem tam tra­fić w po­nie­dzia­łek, gdyż w za­uł­kach wi­sia­ło pra­nie ni­czym ło­po­czą­ce w upal­nym słoń­cu cho­rą­gwie. Dzień był wy­jąt­ko­wo go­rą­cy. Gdy wy­sze­dłem z wą­skiej, krę­tej ulicz­ki na targ, mia­łem wra­że­nie, jak­bym do­stał się zza ku­lis na sce­nę w trak­cie przed­sta­wie­nia. Po­łu­dnio­we pro­mie­nie słoń­ca pa­da­ły pio­no­wo na ma­leń­ki plac. Wła­ści­cie­le kra­mów roz­wi­nę­li brą­zo­we płó­cien­ne mar­ki­zy. Targ Vuc­ci­ria przy­po­mi­nał mi­kro­sko­pij­ną niec­kę. Z jed­nej stro­ny wy­cho­dzi­ło się z nie­go po scho­dach. Roz­wi­nię­te mar­ki­zy cał­ko­wi­cie prze­sła­nia­ły słoń­ce i moż­na było od­nieść wra­że­nie, że prze­by­wa­my w na­mio­cie cyr­ko­wym. Pro­mie­nie słoń­ca prze­świe­ca­ją­ce przez czer­wo­na­we płót­no wy­peł­nia­ły to miej­sce roz­pro­szo­nym cie­płym świa­tłem. Za­da­sze­nie za­trzy­my­wa­ło i po­tę­go­wa­ło za­pach uło­żo­nych w wiel­kie ster­ty pro­duk­tów. To był żo­łą­dek Pa­ler­mo i jego ser­ce. W tym cu­dow­nym, ma­łym, nie­mal klau­stro­fo­bicz­nym ulicz­nym te­atrze pod da­chem ucztę dla oczu sta­no­wi­ły wiel­kie ryby. Na la­dach le­ża­ły czar­no­okie gło­wy, sre­brzy­ste ra­pie­ry i łu­ko­wa­te ogo­ny miecz­ni­ków, zwy­kle od­rą­ba­ne od resz­ty cia­ła, oraz tu­sze krwi­sto­czer­wo­nych tuń­czy­ków.

Miecz­ni­ki i tuń­czy­ki były oto­czo­ne po­mniej­szy­mi ry­ba­mi, prę­go­wa­ny­mi ma­kre­la­mi, tłu­sty­mi sar­dyn­ka­mi, kal­ma­ra­mi, kre­wet­ka­mi, ośmior­ni­ca­mi i mąt­wami. Nie przy­po­mi­nam so­bie, bym wi­dział tam mał­że, pa­mię­tam za to, że roz­pro­szo­ne czer­wo­na­we świa­tło wzma­ga­ło prze­zro­czy­stą czer­wień mię­sa wiel­kich ryb i sre­brzy­sty błysk skó­ry tych mniej­szych. W tym go­rą­cym, przy­ga­szo­nym świe­tle mię­so in­nych zwie­rząt też mia­ło ja­sno­czer­wo­ny ko­lor, czer­wień­szy niż zwy­kle. Wzrok prze­my­kał szyb­ciej nad rzę­da­mi ob­dar­tych ze skó­ry łbów koź­ląt o me­lan­cho­lij­nych, in­ten­syw­nie czar­nych oczach. Były tam też zwo­je per­li­stych wnętrz­no­ści. Ko­ni­na, wo­ło­wi­na, wie­przo­wi­na, cie­lę­ci­na i chu­de śród­ziem­no­mor­skie koź­lę­ta i ja­gnię­ta. Bla­do­żół­te kur­cza­ki ze zwi­sa­ją­cy­mi czer­wo­ny­mi grze­bie­nia­mi za­wie­szo­ne za ja­skra­wo­żół­te nogi i ba­te­rie jaj. Owo­ce i wa­rzy­wa okra­szo­ne sło­necz­ny­mi ko­lo­ra­mi lata. Fio­le­to­we i czar­ne ba­kła­ża­ny, ja­sno- i ciem­no­zie­lo­ne cu­ki­nie, czer­wo­na i żół­ta pa­pry­ka, kar­to­ny ja­jo­wa­tych po­mi­do­rów od­mia­ny San Ma­rza­no, kłu­ją­ce, ob­la­ne ru­mień­cem opun­cje, czar­ne, fio­le­to­we, żół­te i bia­łe wi­no­gro­na, dłu­gie żół­te me­lo­ny ka­sa­ba, krąg­łe po­marsz­czo­ne kan­ta­lu­py, po­cię­te w kli­ny czer­wo­ne, bia­łe i zie­lo­ne ar­bu­zy z du­ży­mi czar­ny­mi pest­ka­mi, żół­te brzo­skwi­nie i per­co­che, figi fio­le­to­we i figi zie­lo­ne, małe pie­go­wa­te mo­re­le – a wo­kół nich ga­łąz­ki z li­ść­mi.

T a m t e g o d n i a na po­ma­rań­cze mo­gło być jesz­cze za wcze­śnie, lecz były już cy­try­ny. I może tyl­ko je­den ro­dzaj fig. Chleb, sery, wor­ki cie­cie­rzy­cy, so­cze­wi­cy, bia­łe­go gro­chu i orze­chów, za­stę­py bu­te­lek z oli­wą i po­mi­do­rów w pusz­kach, wiel­kie otwar­te pusz­ki z so­lo­ny­mi sar­de­la­mi i tuń­czy­kiem w ole­ju, pla­stry su­szo­nej ikry tuń­czy­ka. Otwar­te wi­niar­nie i ka­wiar­nie. Tłu­ste pro­duk­ty z pół­no­cy – szyn­kę, sa­la­mi, par­me­zan i gor­gon­zo­lę – trud­niej było zna­leźć. Odo­ri sprze­da­wa­no w ulicz­ce tuż przy pla­cu, bra­wu­ro­wy ze­staw ty­mian­ku, ore­ga­no, ma­je­ran­ku i roz­ma­ry­nu w przy­ku­rzo­nych usu­szo­nych pęcz­kach, wy­rwa­ne z ko­rze­nia­mi krzacz­ki chi­li z wciąż zie­lo­ny­mi li­ść­mi i świe­ży­mi owo­ca­mi, więk­sze pa­prycz­ki chi­li usu­szo­ne na ciem­ną la­kie­ro­wa­ną czer­wień, któ­re zwi­sa­ły ni­czym sznu­ry ro­gów chro­nią­ce przez złem, war­ko­cze czosn­ku bia­łe­go jak pa­pier z lek­ką nutą fio­le­tu, z okrusz­ka­mi zie­mi przy­war­ty­mi do ko­rze­ni, ka­dzie peł­ne oli­wek, czar­nych i zie­lo­nych, du­żych i ma­łych, w so­lan­ce i w oli­wie, z przy­pra­wa­mi lub bez. Stra­gan ten pach­niał jak sar­dyń­skie wzgó­rze o brza­sku la­tem, mie­szan­ka won­nych śród­ziem­no­mor­skich krze­wów.

 

Wy­mie­niam te wszyst­kie pro­duk­ty, gdyż wie­lu z nich w 1995 roku już nie było. Tam­te­go lata Vuc­ci­ria po­wo­li się kur­czy­ła i ga­sła, i trud­no było od­dać sło­wa­mi jej daw­ną ob­fi­tość. Kie­dyś wi­dzia­ło się tam – jak i na in­nych tar­gach po­łu­dnia – do­rod­ne, po­bliź­nio­ne, nie­jed­na­ko­we i ko­lo­ro­we owo­ce cięż­kiej ludz­kiej pra­cy. Isto­ta tych pro­duk­tów tkwi­ła w ich wy­glą­dzie i po­zo­sta­wa­ła poza se­man­ty­ką. Dało się ją uchwy­cić w ob­ra­zie. Smak, kon­sy­sten­cja, to, czym każ­dy z nich może się stać po ugo­to­wa­niu i w po­łą­cze­niu z in­ny­mi, tak­że po­zo­sta­wa­ło w ge­stii wzro­ku. Smak za­wie­rał się w for­mie i ko­lo­rze. Świe­żość wy­ra­ża­ła się w lśnie­niu ry­bie­go oka, w bły­sku skór­ki ba­kła­ża­na, gięt­ko­ści li­ścia, w wil­got­no­ści plam­ki ku­rzych od­cho­dów na sko­rup­ce jaja.

Na tar­gu Vuc­ci­ria nie było sły­chać krzy­ków. To nie Ne­apol. Sy­cy­lij­czy­cy po­ru­sza­li się z mil­czą­cą, peł­ną wy­rzu­tu de­ter­mi­na­cją. To mil­cze­nie sprze­daw­ców i klien­tów, go­spo­dyń do­mo­wych, rol­ni­ków i ro­bot­ni­ków wzma­ga te­raz ma­rzy­ciel­ska pa­ty­na pa­mię­ci i utrwa­lo­ny ob­raz spię­trzo­nej ob­fi­to­ści owo­ców zie­mi i mo­rza, lśnią­cych pod płó­cien­nym da­chem. A wy­so­ko nad wą­ski­mi ulicz­ka­mi w ośle­pia­ją­cym słoń­cu ło­po­ta­ły spło­wia­łe ba­weł­nia­ne cho­rą­gwie. Wie­le lat po za­pusz­cze­niu się w owo „ma­rze­nie głod­ne­go” do­wie­dzia­łem się, że ta ob­fi­tość sta­ła się w tym sa­mym cza­sie te­ma­tem ob­ra­zu, choć nie po­wsta­wał on w Pa­ler­mo ani nie był ma­lo­wa­ny z na­tu­ry. Na­bie­rał kształ­tu la­tem 1974 roku jako sen ma­la­rza z da­le­kiej, pół­noc­nej Ita­lii oraz w po­wsta­łym na­stęp­nej zimy opi­sie słod­kich i pi­kant­nych śród­ziem­no­mor­skich tar­gów. Le­onar­do Scia­scia nie uwiecz­nił w nim sa­mej Vuc­ci­rii, lecz ob­raz przed­sta­wia­ją­cy ów targ – owo ma­rze­nie – na­ma­lo­wa­ny przez swo­je­go przy­ja­cie­la, sław­ne­go sy­cy­lij­skie­go ma­la­rza Re­na­ta Gut­tu­sa, z oka­zji pre­mie­ro­wej pre­zen­ta­cji płót­na w Pa­ler­mo, dla któ­re­go sta­ło się od­tąd iko­ną, wy­ide­ali­zo­wa­nym wi­ze­run­kiem. Ob­raz sym­bo­li­zo­wał ma­rze­nie o śród­ziem­no­mor­skiej ob­fi­to­ści i lud, któ­ry z niej czer­pie, coś, co nie było już praw­dą. Targ i kar­mio­na przez nie­go sta­rów­ka wię­dły i bla­kły, gdy ma­lo­wał je od­da­lo­ny o set­ki mil Gut­tu­so. Gdy­bym nie zo­ba­czył go na wła­sne oczy, wy­głod­nia­ły tam­te­go pierw­sze­go dnia lata, wąt­pił­bym te­raz, czy ten targ w ogó­le kie­dy­kol­wiek ist­niał.

Na­zwi­sko Gut­tu­so skło­ni­ło mnie do cof­nię­cia się w cza­sie o ko­lej­ne dwa­dzie­ścia lat, do roku 1954. Dla An­glii nie był to szcze­gól­nie po­myśl­ny rok; eu­fo­rię po ko­ro­na­cji kró­lo­wej rów­no­wa­ży­ło upo­ko­rze­nie zwią­za­ne z utra­tą kon­tro­li nad Ka­na­łem Sues­kim. Wte­dy jed­nak za­koń­czo­no ra­cjo­no­wa­nie żyw­no­ści, a pod ko­niec roku Eve­lyn Waugh uznał Ita­lian Food, czy­li Kuch­nię wło­ską, au­tor­stwa Eli­za­beth Da­vid za jed­ną z dwóch ksią­żek, któ­rych lek­tu­ra do­star­czy­ła mu naj­wię­cej przy­jem­no­ści. Au­tor­kę „kom­ple­ment ten wpra­wił w osłu­pie­nie”, gdyż po­cho­dził od sa­me­go Eve­ly­na ­Waugh, „pi­sa­rza, któ­re­go po­wie­ści spra­wi­ły jej wię­cej przy­jem­no­ści, niż zdo­ła to wy­ra­zić sło­wa­mi”. Była mu szcze­gól­nie wdzięcz­na, gdyż książ­ka przy­spo­rzy­ła jej mnó­stwa kło­po­tów. „Te wszyst­kie ma­ka­ro­ny! Mamy dość wła­snych kluch!” – skar­ży­li się jej an­giel­scy zna­jo­mi, gdy wy­ru­sza­ła na po­szu­ki­wa­nie ma­te­ria­łów. Po­cząt­ko­wo wście­kła na przed­in­du­strial­ny brak pre­cy­zji wło­skich ku­cha­rzy, na­stęp­nie „wie­dzio­na go­rącz­ko­wą chę­cią na­wią­za­nia z nimi kon­tak­tu”, w koń­cu wró­ci­ła do domu, gdzie jej za­pał zo­stał ostu­dzo­ny przez obo­jęt­ność wy­daw­cy. Mia­ła po­czu­cie, że jej dwu­let­nie wy­sił­ki po­szły na mar­ne. Póź­niej za­czę­ły jed­nak na­pły­wać z Rzy­mu, po­je­dyn­czo lub pa­ra­mi, dłu­go wy­cze­ki­wa­ne ilu­stra­cje obie­ca­ne jej przez Re­na­ta Gut­tu­sa:

By za­mie­ścić w mo­jej książ­ce te wspa­nia­łe ry­sun­ki i olśnie­wa­ją­cą ilu­stra­cję na okład­ce […] by­ła­bym go­to­wa przejść przez pie­kło jej pi­sa­nia jesz­cze raz.

Ujął ją ich brak sen­ty­men­ta­li­zmu. Ta­nie wy­słu­żo­ne alu­mi­nio­we garn­ki, wy­głod­nia­li po­że­ra­cze ma­ka­ro­nów, ka­pią­ce od tłusz­czu sa­la­mi, pęcz­ki kar­czo­chów – wszyst­ko ta­kie co­dzien­ne…

[…] lecz ob­da­rzo­ne przez Gut­tu­sa ja­kąś groź­nie pło­mien­ną wi­tal­no­ścią; u tego ma­la­rza na­wet słom­ka owi­nię­ta wo­kół bu­tel­ki wina jawi się jako coś nie­po­ko­ją­ce­go i in­ten­syw­ne­go.

Eli­za­beth Da­vid oka­za­ła się rów­nie do­brą re­cen­zent­ką ma­lar­stwa, co go­to­wa­nia. Jej książ­ka do­rów­na­ła ry­sun­kom. Kuch­nia wło­ska była wiel­kim hym­nem na cześć co­dzien­nych ku­li­nar­nych unie­sień oraz kry­ty­ką an­giel­skie­go je­dze­nia, któ­ra z każ­dym ko­lej­nym wy­da­niem zda­wa­ła się przy­bie­rać na sile. Czter­dzie­ści lat po uka­za­niu się książ­ki jej au­tor­ka zmar­ła, lecz Kuch­nia wło­ska wciąż była wzna­wia­na i sta­no­wi­ła pa­sjo­nu­ją­cą lek­tu­rę. Wy­da­nie z 1995 roku nadal za­wie­ra­ło pe­any na cześć Gut­tu­sa, choć ich ad­re­sat już nie żył. W ko­lej­nym wzno­wie­niu wy­daw­nic­two Pen­gu­in zre­zy­gno­wa­ło z jego ilu­stra­cji, osta­ły się tyl­ko wspa­nia­łe żół­te cy­try­ny na okład­ce. Po­zo­sta­łe ry­sun­ki za­stą­pio­no ry­ci­na­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi da­nia z szes­na­sto­wiecz­nej książ­ki ku­char­skiej. Ko­lej­ny kro­czek spy­cha­ją­cy w za­po­mnie­nie ma­la­rza, któ­ry dwa­dzie­ścia kil­ka lat wcze­śniej był u szczy­tu sła­wy i ma­lo­wał Vuc­ci­rię.

Tam­ta pierw­sza olśnie­wa­ją­ca let­nia im­pre­sja nie była moim je­dy­nym wspo­mnie­niem z Pa­ler­mo sprzed 1995 roku. Od­wie­dza­łem to mia­sto kil­ka­krot­nie. Do dru­giej wi­zy­ty do­szło pięć lat po tej pierw­szej, pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych, gdy koń­czy­ła się wil­got­na zi­mo­wa sza­ru­ga, a ja za­czą­łem do­strze­gać w Pa­ler­mo du­chy. Do tego cza­su miesz­ka­łem przez dwa lata w Ne­apo­lu, któ­ry po­padł wte­dy w cał­ko­wi­tą ru­inę, lecz nie zmie­nił się pod wzglę­dem spo­łecz­nym. Daw­na sto­li­ca kró­le­stwa Bur­bo­nów na­le­ża­ła do jej miesz­kań­ców. Trze­ba jed­nak za­zna­czyć, że dzia­ło się to głów­nie za spra­wą za­nie­dba­nia. Całe cen­trum Ne­apo­lu było gę­sto za­lud­nio­ne. Miesz­kań­cy prze­ję­li uli­ce, nie opusz­cza­jąc ich aż do świ­tu. W tym mie­ście dnie, ty­go­dnie i pory roku były wy­zna­cza­ne przez go­dzi­ny spo­ży­wa­nia po­sił­ków, wa­ka­cje i mo­rze. Na przy­kład 19 mar­ca wy­pa­dał dzień świę­te­go Jó­ze­fa, a to ozna­cza­ło zep­po­le, duże, pie­czo­ne lub sma­żo­ne kar­bo­wa­ne kule z fran­cu­skie­go cia­sta, po­sy­pa­ne cu­krem pu­drem, z pla­mą żół­te­go kre­mu po­środ­ku i gorz­ką wi­śnią z kon­fi­tu­ry, któ­re sprze­da­wa­no co kil­ka me­trów, go­rą­ce i świe­żut­kie. Ozna­cza­ło to rów­nież, że uli­cą, przy któ­rej miesz­ka­łem – głów­ną uli­cą dziel­ni­cy biu­row­ców – w ja­kiś nie­wy­tłu­ma­czal­ny spo­sób za­wład­nie targ zwie­rząt, na któ­rym za­roi się od kóz, żół­wi, ka­czu­szek, zło­tych ry­bek, szcze­nia­ków i mał­pek.

Wró­ci­łem do Pa­ler­mo pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych z pew­ną wie­dzą o bo­gac­twie i niu­an­sach ży­cia miej­skie­go w re­jo­nie Mez­zo­gior­no. W po­rów­na­niu z Ne­apo­lem Pa­ler­mo spra­wia­ło wra­że­nie mia­sta wy­mar­łe­go. Poza go­dzi­na­mi pra­cy wszyst­ko było po­za­my­ka­ne, okna za­sło­nię­te okien­ni­ca­mi, uli­ce opu­sto­sza­łe. Pierw­szy raz do­strze­głem wte­dy roz­mia­ry de­wa­sta­cji tam­tej­sze­go cen­trum, za­wa­lo­ne i opusz­czo­ne domy, miej­sca, o któ­rych trud­no było po­wie­dzieć, czy są za­miesz­ka­ne. Deszcz wzma­gał ostrą woń gni­ją­cych mu­rów. Je­dy­nym prze­ja­wem ży­cia po zmro­ku były nie­me sznu­ry aut cią­gną­ce się głów­ny­mi ar­te­ria­mi mia­sta. Strasz­niej­sze wra­że­nie ro­bi­ła jed­nak now­sza dziel­ni­ca Pa­ler­mo, ta lep­sza, któ­rej przed­tem nie wi­dzia­łem, peł­na nie­koń­czą­cych się blo­ków wzdłuż via del­la Li­ber­tà, a nie wil­li w sty­lu art no­uve­au po­śród par­ków z okre­su bel­le épo­que. Do­tar­ło do mnie, że pod po­nu­rą ci­szą Pa­ler­mo skry­wa się mnó­stwo pie­nię­dzy, któ­rych nie ma w Ne­apo­lu. Za­da­łem kil­ku oso­bom pro­sto­dusz­ne py­ta­nie na te­mat ma­fii. Pa­mię­tam, jak nie­win­nie i ze zdzi­wie­niem za­mru­ga­ły ocza­mi, spoj­rza­ły na mnie ba­daw­czo, prze­krzy­wi­ły gło­wę i się zmy­ły. „Ma­fia?”

Tam­te­go pierw­sze­go dnia lata na Vuc­ci­rii wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się po­nad po­zio­mem stra­ga­nów, za­sła­nia­ły roz­su­nię­te mar­ki­zy. Do­pie­ro w desz­czo­wy, nie­przy­jem­ny wie­czór pod­czas dru­giej wi­zy­ty, gdy je zwi­nię­to, zo­ba­czy­łem, że je­den z bu­dyn­ków przy tym nie­wiel­kim pla­cu miał na pierw­szym pię­trze ta­ras, z któ­re­go moż­na było ob­ser­wo­wać targ. Mie­ści­ła się tam re­stau­ra­cja Szan­ghaj, do któ­rej wcho­dzi­ło się z bocz­nej ulicz­ki przez wą­skie drzwi, a po­tem po cia­snych scho­dach na pię­tro i przez kuch­nię na ta­ras. Nie­skom­pli­ko­wa­ne i dość li­che po­tra­wy przy­go­to­wy­wa­no w pie­cu, któ­ry też znaj­do­wał się na ta­ra­sie. Nie było tam nic chiń­skie­go z wy­jąt­kiem na­zwy. Nie wie­dzia­łem, czy na­wią­zy­wa­ła do od­le­głe­go por­tu, do któ­re­go za­wi­jał wła­ści­ciel lo­ka­lu, gdy jesz­cze prze­mie­rzał oce­any. Tam­te­go desz­czo­we­go i wietrz­ne­go wie­czo­ru ja­dłem fa­sze­ro­wa­ne kal­ma­ry i by­łem je­dy­nym go­ściem sie­dzą­cym na sła­bo oświe­tlo­nym ta­ra­sie, pod­czas gdy wła­ści­ciel – si­wo­wło­sy, wy­lew­ny i nie­co na­tar­czy­wy – czy­tał mi na głos swo­je za­pi­sa­ne w bru­lio­nie wier­sze. Miał do­no­śny głos, któ­ry ula­ty­wał nad mrocz­ny, opu­sto­sza­ły targ.

La­tem 1995 roku jed­nym z naj­waż­niej­szych to­wa­rów, któ­rym han­dlo­wa­no w oko­li­cach Vuc­ci­rii, sta­ła się he­ro­ina. Mnó­stwo lu­dzi wy­pro­wa­dzi­ło się z tej dziel­ni­cy. Na uli­cach Pa­ler­mo kró­lo­wa­ła he­ro­ina pod­łej ja­ko­ści i nar­ko­ma­ni pa­da­li jak mu­chy. Co kil­ka dni zda­rza­ły się za­bój­stwa i na­lo­ty po­li­cji. Dzień wcze­śniej tłum oto­czył je­den z pa­tro­li i po­tur­bo­wał funk­cjo­na­riu­szy.