Jądro dziwnościTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

W serii ukażą się m.in.:

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Peter Pomerantsev

Jądro dziwności

Nowa Rosja

Przełożyła Iga Noszczyk


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Nothing is True and Everything is Possible

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Martin Parr / Magnum Photos / Forum

Copyright © by Peter Pomerantsev, 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2015

Copyright © for the Polish translation by Iga Noszczyk, 2015

Redakcja Dominika Cieśla-Szymańska

Korekty Małgorzata Wojciechowska / d2d.pl, Malwina Błażejczak / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

The translation was kindly supported by the Fund for Central & East European Book Projects, Amsterdam.

ISBN 978-83-8049-124-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Akt pierwszy Reality show Rosja

Miasto, które żyje na przyspieszonych obrotach

Bez kompleksów

Bohater na miarę naszych czasów

Telewizyjna „Rosja dzisiaj”

„Witaj i żegnaj”

Wyżyny kreacji

Akt drugi Rysy na skale Kremla

Pewnego dnia budzisz się i, mój Boże, okazuje się, że jesteś więźniem

Jeszcze inna Rosja

Rytuały przejścia

Sen nocy letniej

Akt trzeci Formy delirium

Zagubione dziewczyny

Krótka historia sekt w postradzieckiej Rosji

Wezwanie z próżni

Gdzie indziej

Nic nie jest prawdziwe, ale wszystko możliwe

Podziękowania

Lektury dodatkowe

Przypisy

Kolofon

Dla mojej żony, moich rodziców i ­dzieci, cioci Saszy i Paula

Akt pierwszy

Miasto, które żyje na przyspieszonych obrotach

Jeśli przylatuje się do Moskwy w nocy i popatrzy na miasto z góry, można dostrzec, że stanowi ono orbitalny system układających się koncentrycznie obwodnic z małym kręgiem Kremla pośrodku. Pod koniec XX wieku oświetlenie tych wszystkich arterii zlewało się w jedną słabą żółtą poświatę. Moskwa była wtedy smutnym satelitą na skraju Europy, migoczącym dogasającym żarem radzieckiego imperium. Ale w XXI wieku wydarzyło się coś nowego: wydarzyły się pieniądze. Jeszcze nigdy dotąd tyle pieniędzy nie napłynęło w tak krótkim czasie do tak małego obszaru świata. Moskiewskie orbity uległy wyraźnej zmianie. Oglądane z góry obwodnice rozbłyskiwały światłami nowych drapaczy chmur, neonów i pędzących po ulicach maybachów; wirowały wciąż szybciej i szybciej w przeraźliwym, hipnotycznym, jarmarcznym blasku. Rosjanie stali się nowymi celebrytami świata: najbardziej energiczni, najbogatsi, najbardziej niebezpieczni. Mieli najwięcej ropy, najpiękniejsze kobiety i urządzali najlepsze imprezy. Jeszcze niedawno byli gotowi wszystko sprzedać. Teraz mogli wszystko kupić: londyńskie kluby piłkarskie i nowojorskie drużyny koszykówki; kolekcje sztuki, angielskie gazety i europejskie spółki energetyczne. Nikt nie był w stanie ich zrozumieć. Stali się jednocześnie wulgarni i wyrafinowani, przebiegli i naiwni. Ale w Moskwie – mieście, które żyło na przyspieszonych obrotach i zmieniało się tak błyskawicznie, że burzyło to poczucie rzeczywistości; w mieście, w którym w mgnieniu oka chłopcy przeistaczali się w miliarderów – to miało sens.

Najmodniejszym słowem Moskwy stał się „wykon” – performance. Pasowało ono do świata, w którym gangsterzy przeistaczali się w artystów, naciągaczki cytowały Puszkina, a motocyklistom zwidywało się, że są świętymi. Rosja widziała tak wiele światów, które w zawrotnym tempie zastępowały jeden drugi – od komunizmu, przez pieriestrojkę i terapię wstrząsową, czasy biedy, rządy oligarchii i państwo mafijne, po kraj milionerów – że wszystkich jej nowych bohaterów porzucano szybko i bez żalu, z poczuciem, że życie jest tylko błyskotką i maskaradą; zabawą, na której wszelkie role, pozycje i przekonania podlegają nieustannym przeobrażeniom.

 

– Chciałbym spróbować wcielić się w każdą postać, jaką kiedykolwiek poznał świat – powiedział mi Władik Mamyszew-Monroe, znany performer. Władik był maskotką Moskwy. Bez niego nie mogła odbyć się żadna impreza, na której pojawiał się zestaw zawsze tych samych potentatów biznesu i supermodelek. Mamyszew-Monroe przychodził tam przebrany za Gorbaczowa, fakira, Tutanchamona, rosyjskiego prezydenta. Gdy po raz pierwszy znalazłem się w Moskwie, wszystkie te niekończące się przemiany postrzegałem jako wyraz wyzwalania się kraju; przymierzanie przeróżnych kostiumów oznaczało dla mnie gorączkę wolności, przesuwanie granic osobowości tak daleko, jak to tylko możliwe, aż do, jak określił to jeden z dostojników prezydenta, „wyżyn kreacji”. Ale zaledwie parę lat później te nieskończone mutacje były dla mnie już nie wyrazem wolności, lecz różnymi formami delirium. W delirium tym straszliwe marionetki i mistycy rodem z koszmaru zyskiwali przekonanie, że są realni, i wytrwale maszerowali ku temu, co ten sam dostojnik zaczął określać jako „piątą wojnę światową, pierwszą wojnę wszystkich przeciwko wszystkim”.

Ale wybiegam za bardzo naprzód.

Pracuję w telewizji. Telewizji dokumentalnej, opartej na faktach. A mówiąc dokładniej, w telewizji, która produkuje rozrywkę opartą na faktach. W 2006 roku leciałem do Moskwy dlatego, że – jak wszystko inne – przemysł telewizyjny przeżywał tam wtedy rozkwit. Rosję już znałem. Od 2001 roku – czyli rok po ukończeniu studiów – przez większość czasu mieszkałem właśnie tam, co rusz zmieniając pracę. Najpierw – jako bardzo pośledni konsultant do spraw projektów unijnych – miałem pomagać w rosyjskim „rozwoju” i przeskakiwałem z jednego think tanku do drugiego, później poszedłem do szkoły filmowej, a ostatnio pracowałem w Moskwie jako asystent przy kręceniu dokumentów dla zachodnich sieci telewizyjnych. Moi rodzice, jako emigranci polityczni, wyjechali ze Związku Radzieckiego do Anglii w latach siedemdziesiątych, więc gdy dorastałem, posługiwałem się szczególną emigracyjną odmianą rosyjskiego. Ale zawsze bardzo uważnie obserwowałem Rosję. Chciałem się do niej zbliżyć. Londyn wydawał mi się zbyt wyważony i przewidywalny; z kolei Ameryka – w której mieszkała reszta mojej emigracyjnej rodziny – zbyt zadowolona. A prawdziwi Rosjanie byli dla mnie tacy żywi i mieli to wspaniałe poczucie, że wszystko jest możliwe. Tym, czym rzeczywiście chciałem się zająć, był film. Chciałem włączyć nagrywanie, wycelować obiektyw i kręcić – po prostu. Wszędzie brałem ze sobą Sony Z1, kamerę, która była tak mała, że zawsze udawało mi się upchnąć ją w bagażu. Przez długi czas filmowałem tylko po to, by – po prostu – nie pozwolić umknąć światu. Filmowałem na ślepo, bo wiedziałem, że już nigdy nie będę miał takich aktorów. Miałem w Moskwie niezłe wzięcie. Powód tego był jeden, bardzo prosty – wystarczało, że wypowiedziałem magiczne słowa: „Jestem z Londynu”. Ta fraza działała jak zaklęcie: „Sezamie, otwórz się”. Rosjanie są przekonani, że londyńczycy znają sekretną alchemiczną formułę na telewizyjny sukces; że potrafią wydestylować gorący reality show czy bijący rekordy popularności talent show. Nieważne, że nigdy nie zaszedłem wyżej niż na stanowisko trzeciorzędnego asystenta przy cudzych projektach. Szeptałem słowa: „Przyjechałem z Londynu” i umawiałem się na każde spotkanie, na jakie chciałem. Byłem pasażerem na gapę, który załapał się na statek wielkiej cywilizacji Zachodu. Pałętałem się wśród tych wszystkich bankowców, prawników, konsultantów do spraw rozwoju, księgowych i architektów, którzy w poszukiwaniu szczęścia wyruszyli owym statkiem na szerokie wody globalizacji.

Ale w Rosji robota w telewizji oznacza coś więcej niż samą obserwację i pracę z kamerą. W kraju obejmującym dziewięć stref czasowych, zajmującym jedną szóstą całej powierzchni lądów na naszej planecie, rozciągającym się od Pacyfiku po Bałtyk i od lodów Arktyki po pustynie Azji Środkowej, w którym można znaleźć i niemal średniowieczne wioski, gdzie mieszkańcy własnymi rękoma czerpią wodę z drewnianych studni, i skupione wokół jednej fabryki miasteczka, i mieniące się błękitnym szkłem i stalą wieżowce nowej Moskwy – w takim kraju telewizja jest jedyną siłą, która jest w stanie połączyć wszystko w całość i nad tym zapanować. To telewizja odgrywa rolę najważniejszego mechanizmu w machinie nowego typu autorytaryzmu – dużo subtelniejszego niż jego odmiany dwudziestowieczne. A ja, jako producent telewizyjny, znalazłem się w samym środku tego skomplikowanego mechanizmu.

Już przy okazji pierwszego spotkania biznesowego trafiłem na najwyższe piętro siedziby Ostankino, ośrodka telewizyjnego o powierzchni pięciu boisk piłkarskich, odgrywającego rolę propagandowej tuby Kremla. Na tym najwyższym piętrze, na końcu długiego labiryntu matowoczarnych korytarzy, znajduje się wielka sala konferencyjna. To tutaj na cotygodniowej burzy mózgów spotykają się najbardziej błyskotliwe umysły Moskwy, by decydować o tym, co powinno nadawać Ostankino. Na jedno z takich spotkań zabrał mnie zaprzyjaźniony rosyjski wydawca. Ponieważ noszę rosyjskie nazwisko, nikt z zebranych nie zauważył, że jestem Brytyjczykiem, zwłaszcza że się nie odzywałem. W pokoju znajdowało się ponad dwadzieścia osób: byli tam opaleni prezenterzy w białych jedwabnych koszulach, profesorowie politologii o krzaczastych brodach i śmierdzących oddechach oraz szefowie działu promocji w trampkach. Nie było żadnych kobiet. Wszyscy palili. Od dymu aż swędziała mnie skóra.

Na końcu stołu zasiadł jeden z najbardziej znanych publicystycznych prezenterów telewizyjnych kraju. Niewysoki facet, który mówił szybko, niskim, schrypniętym głosem:

Wszyscy wiemy, że nie ma co liczyć na prawdziwą politykę. Ale musimy dać naszym widzom poczucie, że coś się jednak dzieje. Trzeba ich czymś zająć, oni tego potrzebują. Więc czego powinniśmy spróbować? Zaatakujemy oligarchów? Kto jest wrogiem w tym tygodniu? Polityka musi być jak… jak film!

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił prezydent, gdy w 2000 roku doszedł do władzy, było przejęcie kontroli nad telewizją. To poprzez telewizję Kreml decydował, którym politykom „pozwoli się” grać rolę marionetkowej opozycji, jak powinna wyglądać historia kraju, czego ten kraj powinien się bać i czego być świadomy. Nowy Kreml nie chciał powtórzyć błędu, który popełnił dawny Związek Radziecki: nie mógł pozwolić, by telewizja była nudna. Główne zadanie polegało na tym, by sowiecką kontrolę odpowiednio połączyć z zachodnią rozrywką. Ostankino XXI wieku jest połączeniem show-biznesu i propagandy, balansującym między wskaźnikami oglądalności a autorytaryzmem. A w centrum tego show znajduje się sam prezydent – postać stworzona z niczego, szara glina uformowana przez siłę telewizji; postać, która przekształca się i zmienia szybko jak artysta performer i raz gra rolę żołnierza, innym razem kochanka lub myśliwego z gołą klatą, albo biznesmena, szpiega, cara czy supermana.

– Wiadomości to kadzidło, którym błogosławimy działania Putina. To ono czyni go prezydentem – lubią mawiać producenci telewizyjni i spece od polityki.

Siedząc w tej zadymionej sali, miałem poczucie, że rzeczywistością da się kierować, że znajduję się w towarzystwie Prosperów, którzy są w stanie postsowieckiej Rosji wymyślić każdy los, jaki tylko zechcą. Ale z każdym kolejnym rokiem mojej pracy w Rosji, w miarę jak Kreml popadał w coraz większą paranoję, strategie Ostankino stawały się coraz bardziej pokrętne, a potrzeba wzniecania strachu i paniki coraz bardziej nagląca. Racjonalność została wyłączona, a w najlepszym czasie antenowym pokazywano przyjaznych Kremlowi sekciarzy i handlarzy nienawiścią. Dzięki temu cały naród utrzymywano w stanie oszołomienia i rozproszenia uwagi, jednocześnie sprowadzając coraz to nowych zagranicznych najemników, którzy mieli pomóc Kremlowi w szerzeniu jego wizji na cały świat.

I choć ostatecznie trafiłem z powrotem do Ostankino, moja pierwsza rola w szczegółowo rozpisanym scenariuszu do reality show nowej Rosji polegała na tym, że miałem sprawić, by wyglądało ono i brzmiało zachodnio. Na początku pracowałem dla sieci TNT, której siedziba mieści się w nowym centrum biurowym zwanym Bizancjum. Na parterze budynku znajduje się spa utrzymane w pseudoantycznym stylu. Wypełniają je gipsowe kolumny doryckie i stylizowane fragmenty ruin, wśród których ospale przechadzają się dziewczyny o długich opalonych nogach; przychodzą tu po to, by opalić się jeszcze bardziej i w nieskończoność poddawać się zabiegom manicure i pedicure. Wzory na paznokciach ich dłoni są bardzo wyszukane: mieniące się kolorami tęczy, wielowarstwowe, pobłyskujące drobinkami brokatu, który układa się w kształty serduszek i kwiatków. Te paznokcie lśnią znacznie mocniej niż znudzone oczy dziewczyn, jak gdyby na tych malutkich przestrzeniach skupiły się wszystkie ich marzenia.

Stacja TNT zajmuje kilka wyższych pięter budynku. Gdy otwierają się drzwi windy, wita cię logo TNT, oślepiająco jaskrawe i kolorowe: histeryczny róż, jasny błękit i złoto. Nad logotypem widnieje slogan firmy: „Poczuj naszą miłość!”. Oto nowa, desperacko radosna Rosja. I takie są też realizowane przez rosyjskie TNT projekty. Nowa Rosja jest młodzieńcza, pełna wigoru i blasku. TNT wpuszcza do ponurych mieszkań Rosjan promyk świdrującego żółciami i różami światła.

Biura typu open space pełne są promiennych, radosnych młodych ludzi, którzy swój rosyjski chętnie przyprawiają szczyptą angielszczyzny i gwiżdżą pod nosem melodie britpopowych hitów. TNT robi łobuzerską telewizję, a młody personel sieci aż kipi z podniecenia rewolucją kulturalną. Dla nich TNT jest dziełem wywrotowego pop-artu, drogą, którą można dotrzeć do wnętrza umysłu narodu i go przeprogramować. To właśnie ta sieć pokazała Rosji, czym jest reality show; dobry i nieco sprośny – taki, który, ku uciesze producentów, podstarzali komuniści ocenią jako niemoralny. TNT jest też pionierem w dziedzinie rosyjskiego sitcomu – serialu komediowego – i rosyjskiej wersji szmirowatych talk-show w stylu Jerry’ego Springera. Ta sieć pochłania jeden zachodni pomysł za drugim i w ciągu roku przerabia więcej formatów programowych niż zachodnie telewizje przez dekadę. Do kanałów rozrywkowych i luksusowych magazynów ucieka wiele najbystrzejszych umysłów miasta. Tutaj nikt nie będzie ich zmuszał do robienia propagandy, a wręcz ­przeciwnie – będzie się ich zachęcać do rebelii. Nie ma tu tylko miejsca na prawdziwą politykę; to strefa wolna od bieżących wiadomości. Większość pracujących tu ludzi jest zadowolona z takiego układu: całkowita wolność za całkowite milczenie.

– Chcemy się dowiedzieć, co naprawdę myśli nowe pokolenie, Piiitrrr.

– Co ich podnieca, Piiitrrr.

– Chcemy zobaczyć na ekranie prawdziwych ludzi. Prawdziwych bohaterów, Piiitrrr.

Piiitrrr, tak mówią do mnie producentki TNT. Trzy kobiety, wszystkie dwudziestoparoletnie. Jedna ma włosy kruczoczarne, druga kręcone, a trzecia proste. Każda podejmuje zdanie w tym miejscu, w którym poprzednia je przerwała. Mogłyby zwracać się do mnie rosyjską wersją mojego imienia: Piotr. Ale wolą mówić Piiitrrr, bo to sprawia, że wydaję się bardziej angielski. Jestem ich zachodnią maskotką, pomagam im udawać przynależność do zachodniego społeczeństwa. Z kolei ja udaję znacznie ważniejszego producenta, niż jestem w rzeczywistości. Nasz pierwszy wspólny projekt to uruchomienie pasma dokumentalnego w TNT. Pierwsze zlecenie dostaję już po trzydziestu minutach. Mam robić program Jak poślubić milionera (Przewodnik dla naciągaczek). Myślę, że gdybym się bardziej postarał, udałoby mi się zamiast tego namówić ich na trzy filmy. W Londynie czy Nowym Jorku potrzeba dobrych kilku miesięcy, by przekonać ludzi do jakiegoś projektu i z nim ruszyć. Ale TNT jest sponsorowane przez największą na świecie spółkę gazową. A właściwie należy powiedzieć inaczej: przez największą firmę na świecie.

Bez kompleksów

– Z teorii biznesu możemy nauczyć się jednej ważnej rzeczy – mówi wykładowczyni. – Zawsze należy uważnie przeanalizować pragnienia konsumenta. Tę samą regułę należy stosować przy szukaniu bogatego mężczyzny. Na pierwszej randce obowiązuje jedna podstawowa zasada: nigdy nie mówcie o sobie. Słuchajcie jego. Zafascynujcie się nim. Dowiedzcie się, czego pragnie. Skupcie się na jego hobby. A później zmieńcie się tak, by się do tego wszystkiego dopasować.

Akademia Naciągaczek. Krąg poważnych blondynek, które uważnie wszystko notują. Poszukiwanie „tatuśka” – kochanka, opiekuna i sponsora w jednym – to sztuka i profesja. Hol akademii wyłożony jest sztucznym marmurem, wszędzie wiszą wielkie lustra, całość wykończono złotą farbą. Za sąsiednimi drzwiami mieszczą się spa i salon piękności. Najpierw idziesz na lekcje łowienia sponsora, później na depilację woskiem i solarium. Nauczycielka jest ruda i ma czterdzieści parę lat, dyplom z psychologii i MBA, sztuczny uśmiech i wysoki, afektowany głos. Wygląda jak dyrektorka pensji dla dziewcząt, tyle że nosi krótką spódniczkę.

 

– Na pierwszą randkę nigdy nie zakładaj biżuterii. Mężczyzna powinien myśleć, że jesteś biedna. Spraw, żeby to on chciał ci kupować klejnoty. Na spotkanie przyjedź starym samochodem. Niech on zapragnie kupić ci lepszy – mówi.

Studentki notują starannie. Płacą po tysiąc dolarów za każdy tydzień kursu. W Moskwie i Petersburgu są tuziny takich akademii. Wszystkie noszą nazwy typu Szkoła Gejsz albo Jak Być Prawdziwą Kobietą.

– Wybierz się do drogiej dzielnicy miasta – ciągnie instruktorka. – Stań z mapą na środku ulicy i udawaj, że się zgubiłaś. Być może podejdzie do ciebie zamożny mężczyzna i zaoferuje pomoc.

– Chcę faceta, który mocno stoi na nogach. Takiego, który sprawi, że poczuję się tak bezpieczna, jak za kamiennym murem – mówi Alona, która niedawno ukończyła akademię. Posługuje się metaforyką, jakiej używają naciągaczki; tak naprawdę chodzi jej o to, że chce znaleźć gościa przy forsie. Normalnie Alona nie zechciałaby ze mną rozmawiać. Jest jedną z tych totalnie niedostępnych dziewczyn, które jednym machnięciem rzęs dałyby mi kosza. Ale ja mogę zapewnić jej występ w telewizji, a to wszystko zmienia. Program ma nosić tytuł Jak poślubić milionera. Wydawało mi się, że niełatwo będzie nakłonić Alonę do rozmowy, że będzie się wstydziła tego, jak żyje. Tymczasem jest wręcz przeciwnie: nie może się doczekać, by opowiedzieć o sobie światu. Chce mówić o swoim życiu naciągaczki; o stylu życia, który stał się już jednym z najatrakcyjniejszych mitów tego kraju. Księgarnie pękają w szwach od poradników, które uczą dziewczyny tego, jak złowić milionera. Pucołowaty alfons Peter Listerman jest telewizyjnym celebrytą. Sam siebie alfonsem nie nazywa (stręczenie jest nielegalne), woli mówić „swat”. Dziewczyny płacą mu za to, by przedstawiał je bogatym mężczyznom. Bogaci mężczyźni płacą mu za to, by przedstawiał ich pięknym dziewczynom. Agenci Listermana – nastoletni geje – węszą po dworcach kolejowych, wypatrując długonogich, gibkich dziewczyn, które przyjechały do Moskwy w poszukiwaniu swojej szansy. Listerman nazywa dziewczyny swoimi „kurczaczkami”. Do zdjęć pozuje z grillowanym drobiem. „Jeśli szukasz kurczaczka, przyjdź do mnie” – nawołuje jego reklama.

Alona i jej nerwowy piesek mieszkają w małym, lśniącym nowością mieszkaniu. Apartament mieści się przy jednej z głównych ulic, która prowadzi na przedmieście miliarderów, do Rublowki. To tutaj bogacze umieszczają swoje kochanki, by móc wpaść do nich na chwilę po drodze do domu. Alona przyjechała do Moskwy z Donbasu, ukraińskiego zagłębia węglowego, nad którym w latach dziewięćdziesiątych przejęli kontrolę gangsterzy. Jej matka była fryzjerką. Alona przyuczała się do tego samego zawodu, ale mały salon matki zbankrutował. Gdy dziewczyna przyjechała do Moskwy, miała dwadzieścia lat i ani grosza przy duszy. Zaczęła pracować jako striptizerka w kasynie Golden Girls. Dobrze tańczyła i to dzięki temu poznała swojego „tatuśka”. Teraz dostaje minimalną moskiewską pensję kochanki: mieszkanie, cztery tysiące dolarów miesięcznie, samochód i dwa razy do roku tygodniowe wakacje w Turcji lub Egipcie. W zamian za to tatusiek dostaje – kiedy tylko chce, w dzień czy w nocy – jej jędrne, opalone ciało, nieustającą radość i gotowość do działania.

– Powinieneś zobaczyć, jak patrzą na mnie dziewczyny, które zostały tam, w domu. Są śmiertelnie zazdrosne – mówi Alona. – „Och, ale ci się zmienił akcent, mówisz teraz jak moskwianka”, gadają. Co tam, pieprzyć je. Ja jestem z tego wszystkiego dumna.

– Mogłabyś tam kiedyś wrócić?

– Nigdy. To by oznaczało, że mi się nie udało. Że wracam do mamusi.

Ale tatusiek już trzy miesiące temu obiecywał jej nowy samochód, a nadal go nie dostała. Martwi się, że chce ją porzucić.

– Wszystko, co jest w tym mieszkaniu, należy do niego. Ja nie mam nic – ciągnie Alona, spoglądając na własne mieszkanie tak, jakby to były tylko dekoracje, jak gdyby mieszkał tu ktoś inny.

Bo gdy tylko tatusiek się nią znudzi, dziewczyna będzie musiała stąd zniknąć. Wraz ze swym nerwowym pieskiem i z tuzinem wyszywanych cekinami sukienek znajdzie się z powrotem na ulicy. Więc Alona już teraz rozgląda się za nowym tatuśkiem (choć tutaj nie mówi się „tatusiek”, ale „sponsor”). I stąd kurs w Akademii Naciągaczek, którą traktuje jako rodzaj szkoły dla dorosłych.

– Ale jak możesz spotkać innych facetów? – pytam. – Czy twój obecny sponsor nie stara się mieć cię wciąż na oku?

– O tak, muszę być ostrożna. Jeden z jego ochroniarzy ciągle mnie pilnuje. Ale robi to w miły sposób. Na przykład przychodzi do mnie z zakupami. Ale ja wiem, że przy okazji sprawdza, czy nie ma tu jakiegoś faceta. Stara się być subtelny. Uważam, że to urocze. Inne dziewczyny mają dużo gorzej. Kamery. Prywatni detektywi.

Teren, na którym Alona prowadzi swe rozgrywki, to konstelacja klubów i restauracji stworzonych niemal wyłącznie na potrzeby sponsorów poszukujących dziewczyn i dziewczyn poszukujących sponsorów. Mężczyzn określa się mianem forbesów (od publikowanej przez magazyn „Forbes” listy bogaczy), a o dziewczynach mówi się tiolki, jałówki. Podaż zdecydowanie przewyższa popyt – na jednego forbesa przypadają tu tuziny, a nawet setki jałówek.

Wieczór zaczynamy w Galerii. Po drugiej stronie ulicy znajduje się zbudowany z czerwonej cegły klasztor, wielki jak transatlantyk na rozległym oceanie śniegu. Przed restauracją, przy wąskim chodniku i na całej ulicy, parkują czarne samochody. Obok nich stoją ponurzy ochroniarze i dużo palą w oczekiwaniu na swych panów, którzy siedzą w środku. Galerię stworzył Arkadij Nowikow. Jego restauracje to właśnie te miejsca w Moskwie, w których należy bywać (a sam Nowikow zajmuje się również cateringiem dla Kremla). Każda z jego restauracji ma jakiś motyw przewodni: Bliski Wschód, Azja. Rzecz nie w imitacji i pastiszu, ale w nawiązaniu do danego stylu. Galeria jest kolażem cytatów architektonicznych. Są tu kolumny, czarne chromowane stoliki i angielskie panele w tureckie wzory. Stoliki oświetlono punktowymi reflektorami. Przestrzeń zaaranżowana jest tak, że siedząc w jednym miejscu, możesz dostrzec ludzi we wszystkich narożnikach sali. A głównymi obiektami na tej wystawie są kobiety. Siedzą przy barze i pamiętają o tym, by zamawiać wyłącznie wodę Voss; w ten sposób zachęcają forbesów, by to oni zaprosili je na drinka.

– Eh, ale one są naiwne – stwierdza Alona. – Wszyscy już dobrze znają ten trik. – Ona sama zamawia koktajl i sushi. – Zawsze udaję, że niczego od nich nie potrzebuję. To działa na mężczyzn.

O północy Alona kieruje się do najnowszego klubu. Ku wejściu przesuwa się powoli kawalkada czarnych (zawsze czarnych) kuloodpornych bentleyów i mercedesów. Tuż przy drzwiach wejściowych, jakimś cudem wciąż utrzymując idealną równowagę (ach, ten naród baletmistrzów!), ślizgają się i potupują na czarnym lodzie tysiące wysokich obcasów. Platynowoblond pukle ocierają się o gołe, opalone plecy oprószone śniegiem. Zimowe powietrze rozrywają pokrzykiwania tysięcy napompowanych warg, które błagają, by wpuścić je do środka. Tu nie chodzi o styl ani bycie cool; tu chodzi o pracę. Dziś wieczorem dziewczyny mają jedyną szansę na to, by zatańczyć i znaleźć się na linii czyjegoś wzroku, by przekroczyć tę niemożliwą granicę, którą wyznaczają pieniądze, zastępy ochroniarzy i zakazujące wstępu barierki. Na jeden wieczór w tygodniu to najbardziej podzielone miasto na półkuli północnej – w którym superbogaci ludzie żyją w enklawach oddzielonych jedwabnym sznurem – otwiera małą, wąską śluzę, przez którą można wpłynąć do raju. Więc dziewczyny tłoczą się, popychają i pełzną w stronę tej śluzy, bo wiedzą aż za dobrze, że będzie otwarta tylko przez tę jedną noc, a później się zamknie, wypychając je z powrotem w czeluść podłej Moskwy.

Alona beztrosko podchodzi na sam początek kolejki. Jest na liście VIP-ów. Na początku każdego roku płaci bramkarzowi parę tysięcy dolarów, by zyskać pewność, że zawsze zostanie wpuszczona. To najważniejszy podatek, jaki w tej pracy trzeba zapłacić.

Wewnątrz klub wygląda jak barokowy teatr. Na środku znajduje się parkiet do tańca, a wzdłuż ścian ciągną się całe rzędy i piętra lóż. W tych zaciemnionych lożach siedzą forbesi (za tę przyjemność płacą tu dziesiątki tysięcy dolarów), a Alona i setki innych dziewczyn tańczą na parkiecie pod nimi, co jakiś czas rzucając wystudiowane spojrzenia w górę, z nadzieją, że ktoś je tam zaprosi. Loże pogrążone są w ciemności. Dziewczyny nie mają pojęcia, kto w nich siedzi. Flirtują z cieniami.

– Tyle osiemnastolatek – stwierdza Alona. – Czuję na karku ich oddech. – Ona ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, jednak oznacza to, że znajduje się już niemal u kresu kariery moskiewskiej kochanki. – Wiem, że wkrótce będę musiała obniżyć swoje standardy – mówi raczej rozbawiona niż przerażona. Teraz, gdy już zdobyłem jej zaufanie, Alona rozmawia ze mną inaczej i widzę, że jest zupełnie inna, niż się spodziewałem. Nie twarda, ale delikatna jak słodki drink z bąbelkami. Wszystko ją bawi. Na tym właśnie musi polegać sekret jej sukcesu: gdy wchodzi do pokoju, wszystko staje się delikatniejsze i lżejsze.

– Oczywiście wciąż mam nadzieję na prawdziwego forbesa – mówi. – Ale w ostateczności mogę się zadowolić jakimś milionerem matołkiem, który przyjechał tu z prowincji, albo jednym z tych nudnych ekspatów. Albo jakimś ohydnym staruchem.

Nikt jednak nie wie, co przyszłość szykuje dla naciągaczek; to pierwsze pokolenie dziewczyn, które taki rodzaj życia traktują jak karierę zawodową. Za plecami Alony jest opanowane przez mafię górnicze miasto, a przed nią – Bóg jeden wie co. To dziewczyna, która ze śmiechem tańczy na skraju przepaści.

Ale wróćmy na akademię, gdzie wciąż trwają lekcje.

– Dzisiaj nauczymy się algorytmu na otrzymywanie prezentów – zapowiada swym studentkom wykładowczyni. – Gdy pragniesz dostać od mężczyzny prezent, stań po jego lewej stronie, bo jest to strona irracjonalna i emocjonalna. Prawa strona to strona rozumu. Po prawej stajesz wtedy, gdy chcesz dyskutować o projektach biznesowych. Ale gdy pragniesz dostać prezent, zajmij pozycję po stronie lewej. Jeśli mężczyzna siedzi na krześle, ukucnij obok niego tak, by poczuł się przy tobie wyższy, jakbyś ty była dzieckiem. Zaciśnij mięśnie pochwy. Tak, mięśnie pochwy. Dzięki temu rozszerzą ci się źrenice, co z kolei sprawi, że staniesz się atrakcyjniejsza. Gdy mężczyzna coś powie, przytaknij: twoje przytakiwanie sprawi, że będzie bardziej skłonny zgodzić się z tobą. A gdy w końcu poprosisz o to, czego chcesz: samochód, sukienkę, cokolwiek jest ci potrzebne, równocześnie pogłaszcz go po ręce. Zrób to delikatnie. A teraz powtarzajcie: Spojrzeć! Przytaknąć! Pogłaskać!