Los Elfów 2: Serce z kamieniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Los Elfów 2: Serce z kamienia
Los Elfów 2: Serce z kamienia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 8,98  7,18 
Los Elfów 2: Serce z kamienia
Los Elfów 2: Serce z kamienia
Audiobook
Czyta Aleksandra Radwan
4,99  3,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Peter Gotthardt

Los Elfów 2: Serce z kamienia

Saga

Los Elfów 2: Serce z kamieniaPrzełożyła Agnieszka Wielądek Tutuł oryginału Elverfolkets skæbne 2: Det forstenede hjerteCopyright © ..., 2019 Peter Gotthardt i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726146110

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Serce z kamienia

Jest to opowieść o jednej z najciemniejszych epok w długiej historii elfów. Do ich krainy wkroczył wróg ze swą potężną armią. Miał jeden cel – chciał odebrać elfom ziemię i wolność. Z wielu stron dochodziły wieści o jego nikczemnych czynach i rozmiarze zniszczeń! Rozpacz i przerażenie zapanowały w całym kraju, by wreszcie przerodzić się w gniew i chęć zemsty. Elfy postanowiły walczyć i wypędzić wroga. Wiedziały, że ważą się losy ich przyszłości i kolejnych pokoleń elfów.

Orzeł wyleciał ze swojego gniazda, wzbił się wysoko nad szczyty. Z rozpostartymi skrzydłami majestatycznie krążył przez chwilę nad zieloną doliną, ukrytą u podnóża wysokich gór.

Dolina zazwyczaj opustoszała tym razem rozbrzmiewała gwarem. Spore stado koni pasło się spokojnie. Niemal wszędzie były rozstawione namioty i chatki. Z ognisk unosiły się kłęby dymu. Roiło się tu od elfów. Jedna mała grupka zebrała się na polu między namiotami. Daisy stała pośrodku.

– Mieliśmy szczęście, dotarliśmy do Doliny Orła – powiedziała. – Tutaj będzie łatwiej nam się bronić, mimo przewagi liczebnej wroga.

– I jest tu wystarczająco dużo miejsca zarówno dla nas, jak i dla koni – zauważyła Carnation – niegdyś niania Daisy. Teraz pomagała opatrywać rannych.

– A co z trollami? – zapytał Bramble, młodszy brat Daisy. Dzień wcześniej za ich obozowiskiem zauważył trolla.

– Nie przeszkadza im, że tu jesteśmy, dopóki nie wchodzimy sobie w drogę – odpowiedziała Daisy.

Nagle przez tłum otaczający Daisy przedarł się rycerz. Jego zbroja była mocno wgnieciona, a krew sączyła mu się z ręki.

– Wracam z Orlego Wąwozu u wrót doliny, królowo Daisy – zameldował.

– Wystarczy Daisy, bez królowej – poprawiła go dziewczyna. – Będę władczynią tylko do momentu, kiedy wróci moja mama, królowa Veronica. Jesteś ranny. Musieliście walczyć dzisiaj w wąwozie!

– Tak. Stalowe Pięści znowu nas zaatakowały – raportował rycerz. – Ale nie uda im się przedrzeć przez wąskie wejście do doliny. Jest tak mało miejsca, że mogą wchodzić tylko we dwóch lub trzech jednocześnie. Ich król zmusza ich cały czas do ataków, mimo że to nic im nie da. Pozostali strażnicy i ja odpieramy wszystkie próby.

– Ogromne dzięki i wielki podziw dla was! – powiedziała Daisy. – Na was, rycerzy, zawsze można liczyć!

– Daj, opatrzę twoją ranę – zwróciła się do niego Carnation.

– Nie ma potrzeby, to tylko zadrapanie – odpowiedział.

– Możesz być bohaterem w wąwozie – zniecierpliwiła się kobieta – Ale tutaj, w naszym obozowisku, to ramię musi zostać zabandażowane, i to teraz.

Rycerz posłusznie poszedł do namiotu, w którym opatrywano rannych.

– Mam nadzieję, że nie wda się zakażenie – westchnęła Carnation. – Skończyła nam się maść lecznicza, której używałam.

– Jaka to maść? – spytała Daisy.

– Kiedyś przygotowywałyśmy ją razem z twoją mamą – wyjaśniła Carnation – Zbierałyśmy kojące zioła za zamkiem i robiłyśmy z nich specjalny balsam pomagający goić rany. Ale tak szybko uciekaliśmy z zamku, że nie zabrałam ze sobą słoja z nim. A teraz boję się, że armia wroga może go używać.

– Zabrali naszą maść leczniczą? – zapytał Bramble obrażonym tonem. – Jak mogli.

– Maść to nic wielkiego, gorszy jest fakt, że chcą nam odebrać naszą krainę – powiedziała Daisy. – Musimy sobie jakoś poradzić bez tej maści.

Carnation wróciła do namiotu, w którym zajmowano się rannymi. Bramble zdobył się na odwagę, pociągnął Daisy za rękaw i powiedział:

– Nauczyłabyś mnie szermierki? Mógłbym wtedy pomóc rycerzom w walce ze Stalowymi Pięściami.

– Nie ma mowy – odpowiedziała Daisy bez chwili zawahania. – Jesteś za młody!

– Ale… – zaczął Bramble.

– Bramble, słuchaj… – przerwała mu Daisy. – Nasz ojciec zginął, gdy byliśmy mali. Teraz opuściła nas matka i nie mam pojęcia, kiedy ją znowu zobaczymy. Zostałeś mi tylko ty. Nie chcę stracić też ciebie. Nie wolno ci walczyć, musisz z tym zaczekać jeszcze parę lat.

„Co za niesprawiedliwość! – pomyślał Bramble. – Każdy, poza mną, walczy z wrogiem. Daisy myśli, że nic nie potrafię zrobić”.

Szedł wolno przez obozowisko. Tak wiele się działo. Młodzi rycerze ćwiczyli fechtunek. Kowal i jego uczniowie byli zajęci przygotowaniem nowej broni.

Niedaleko oparty o drzewo stał sir Armstrong. Był trollem, którego królowa Veronica pasowała na swojego rycerza. Teraz miał się opiekować Daisy. Na widok Armstronga Bramble wpadł na pewien pomysł.

– Jesteś świetnym wojownikiem, Armstrongu – odezwał się do trolla. – Dlatego ja…

– Naprawdę tak uważasz? – ucieszył się Armstrong.

– Jesteś naszym najlepszym rycerzem – oświadczył Bramble. – Nauczysz mnie szermierki? Nie znajdę lepszego nauczyciela niż ty.

Armstrong skinął głową i spytał: – Dobrze, ale co na to Daisy?

– Cóż… sama mówiła, że wszyscy musimy się przygotować – niepewnie wykrztusił Bramble.

– Dobrze – zgodził się Armstrong. – Pójdę po miecze.

– Powinniśmy trenować poza obozowiskiem. Tam jest więcej miejsca. – zaproponował Bramble.

„I tam nie zobaczy mnie Daisy” – pomyślał. A głośno powiedział: – Spotkajmy się pod jodłami.

Kiedy Armstrong odszedł, Bramble szybko pobiegł w kierunku drzew. Pomiędzy jodłami była polanka z wysoką i gęstą trawą.

„Supermiejsce – pomyślał Bramble. – Nie zrobię sobie krzywdy, gdy się przewrócę”.

Wtedy poczuł mocne uderzenie w tył szyi. Odwrócił się przerażony, ale... to była tylko szyszka.

– Całkiem silną mam tę rękę, prawda? – zza pnia wyjrzał szeroko uśmiechnięty młody troll…

– Przestraszyłeś mnie! – krzyknął zdenerwowany Bramble.

– Szukasz kłopotów, elfie? – powiedział troll, zbliżając się do chłopca. Byli obaj w podobnym wieku.

– Założę się, że pokonałbym cię w walce – zaczepnie powiedział troll.

– Tylko tak mówisz, a nic nie robisz – dzielnie odpowiedział Bramble. „Ale prawdopodobnie masz rację” – pomyślał.

Wtedy pojawił się Armstrong. W obu rękach niósł pałasze.

– Tu jesteś, Bramble! – krzyknął z daleka.

– To twój kolega? – niepewnym głosem spytał młody troll.

– Armstrong jest moim przyjacielem. – hardo odpowiedział Bramble. – Jeśli ktokolwiek mi dokucza, ma z nim do czynienia.

– Eeee, ta jodłowa szyszka to był tylko żart – szybko wykrztusił troll. – Zostańmy kumplami. Mam na imię Wisecrack.

– Kumplami? No pewnie, jesteśmy kolegami – odpowiedział z ulgą Bramble.

Podszedł do nich Armstrong.

– Nie będzie żadnych lekcji – powiedział do Bramble’a. – Spotkałem Daisy. Zapytała się, gdzie idę z dwoma mieczami. Nigdy nawet nie przypuszczałem, że tak młoda dziewczyna może się tak zezłościć! Mam ci przekazać, żebyś nawet nie próbował mnie wkręcać.

Kiedy Armstrong odszedł, Wisecrack wyciągnął torbę.

– Poczęstuj się – zaproponował. – Podzielimy się jak kumple.

Torba była pełna okrągłych ciastek z orzechami i suszonymi owocami. Bramble od razu je rozpoznał – takie piekła tylko Carnation.

– Skąd je masz? – spytał.

– Wziąłem je z jednej z tutejszych chatek – uśmiechnął się Wisecrack…

– Co za bezczelny typ! – pomyślał Bramble. – Ale w sumie to mogę zjeść jedno lub dwa.

Przeżuwając, obmyślił plan.

– Jesteś dobrym złodziejem? – spytał trolla.

– Najlepszym – przechwalał się Wisecrack. – Potrafiłbym ukraść jajka wysiadującej je kurze. I nawet by nie zauważyła, że zniknęły.

– Cudownie – ucieszył się Bramble. – Ale założę się, że nie dasz rady nic ukraść rycerzom wroga… Tym, którzy rozbili obozowisko na równinie.

– Jasne, że dam radę! – upierał się Wisecrack. – Ale nie za dnia. Chcesz iść ze mną? Możemy się spotkać o zachodzie słońca.

Bramble był gotowy, gdy tylko zapadła ciemność. Chwilę później pojawił się Wisecrack.

– Wiesz co? – zaczął Bramble. – Rycerze pilnują wąwozu dzień i noc. W życiu nas nie przepuszczą.

– Nie przejmuj się nimi – zlekceważył ostrzeżenie Wisecrack. – Znam skrót.

Poprowadził Bramble’a przez góry obok wąwozu. Potem zaczął się wspinać po skalnej ścianie. Dla niego było to tak łatwe, jak dla kota wchodzenie po drzewie.

– Dlaczego tam idziemy? – zapytał Bramble.

– Wysoko między górami jest ścieżka – odpowiedział Wisecrack i wskazał w jej kierunku. – Widzisz?

– Nie widzę w ciemności – odpowiedział Bramble.

– Słabo. Trolle nie mają z tym problemu – Wisecrack się uśmiechnął. – No dawaj!

Wspinaczka nie była tak trudna, jak się początkowo wydawało. Bramble znajdował w skałach małe szczelinki, dzięki czemu miał się czego złapać i gdzie postawić stopę. Po chwili dotarli do ścieżki, o której mówił Wisecrack. Biegła ponad wąwozem. Była na tyle wąska, że żaden dorosły mężczyzna nie zdołałby się przez nią przecisnąć. Bramble posuwał się bardzo powoli tuż za Wisecrackiem. Z góry widział rycerzy w wąwozie.

 

„Muszę bardzo uważać, żeby nie spaść – pomyślał. – Na szczęście Daisy mnie nie widzi!”

Wreszcie dotarli do równiny po drugiej stronie gór. Wojownicy Stalowych Pięści mieli tam swoje obozowisko, niedaleko wejścia do wąwozu. Wartownicy byli rozstawieni dookoła obozu. Żaden z nich nie zauważył dwóch chłopców czołgających się cicho jak myszy przez trawę.

– Co mamy ukraść? – wyszeptał Wisecrack, kiedy dotarli do skraju obozowiska.

– Jest tu słój z maścią leczniczą – odpowiedział Bramble. – On…

Przeszkodził mu ogłuszający ryk. Obydwaj aż zamarli z przerażenia. Ale po chwili Bramble rozpoznał ten dźwięk. Były to ogromne jaszczury, które zazwyczaj ciągnęły rydwan króla Vaingloriousa. Teraz przywiązane do grubych pali wbitych w ziemię, warczały na siebie nawzajem. Bramble rozglądał się nerwowo za potwornymi strażnikami króla. Wydawali się jeszcze gorsi niż jaszczury. Ale na szczęście znajdowali się w innej części ogromnego obozowiska.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?