Dębowa kołyskaTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Drodzy Czytelnicy,

Cieszymy się, że znów mamy okazję się z Wami spotkać!

Czas pędzi nieubłaganie i zmienia wszystko dokoła, także życie leśniczego Piątka i mieszkańców Doliny Bagiennej Trawy. Piątek zostaje tatą, a w leśniczówce Klechdy poza małą Anielką pojawia się również wyjątkowo uczynny skrzat – domowik (jak by to było dobrze, gdyby takie domowiki sprowadziły się i do naszych domów!). Rewolucyjne zmiany przynosi także młody bóbr Kastor, który zapewnia wszystkim stworzeniom wodne atrakcje i dobrą zabawę.

Natomiast jedno pozostaje niezmienne – w lesie, którym opiekuje się Piątek, nadal dzieją się rzeczy niezwykłe i magiczne. Was to zapewne jednak w ogóle nie dziwi. Mamy wrażenie, że tak jak my, leśnicy, Wy też czujecie w lesie magię na każdym kroku, na każdej ścieżce, w szumie drzew i w zupełnej ciszy.

Umówmy się więc na spacer po lesie, jak już przeczytacie książkę. Obserwujcie i słuchajcie. Możecie potem sami dopiszecie kolejne, fascynujące rozdziały tej opowieści!

Leśnicy



Jasna Anielka

Zegar zawieszony na ścianie dawno wybił już północ, ale leśniczy Fryderyk Piątek nie mógł zasnąć – wsłuchiwał się w tajemnicze odgłosy nocy. Co jakiś czas dobiegało go skrzypienie rozsychającej się drewnianej podłogi lub stukot poruszanych wiatrem okiennic, ale on w napięciu czekał na inny dźwięk. Na płacz małego dziecka.

Wtem coś zaszurało nad jego głową – wyraźnie dobiegł go tupot małych stóp. Piątek usiadł raptownie, gotów natychmiast wyskoczyć z łóżka, ale powstrzymała go silna, choć drobna dłoń żony.

– Zwariowałeś? – wyszeptała sennie Klotylda.

– Słyszałaś ten hałas?! – spytał Piątek.

– Owszem – ziewnęła Klotylda. – To tylko jakaś nerwowa kuna hałasuje na poddaszu.

– A jeśli to Anielka? – zaniepokoił się leśniczy. – Może coś jej się stało, może wyszła z kołyski i…

– Nie histeryzuj, nasza córeczka ma dopiero dziewięć miesięcy i spokojnie śpi w pokoju za ścianą… Prawdziwe kłopoty zaczną się dopiero po wakacjach, gdy będę musiała wrócić do szkoły. Doprawdy nie mam pojęcia, skąd wtedy wytrzaśniemy opiekunkę do dziecka, która zgodzi się pracować w tej głuszy… – Klotylda odwróciła się na drugi bok i zaczęła leciutko pochrapywać.

Ale Piątek nie mógł zmrużyć oka. Wciąż czujnie nasłuchiwał, gotów zareagować, gdyby tajemniczy odgłos powtórzył się. Ale nic takiego nie nastąpiło. Powoli zaczęła ogarniać go senność.

– Klotylda ma rację… – mruknął sam do siebie. – Jestem przewrażliwiony jak każdy młody ojciec. Prawda jest taka, że mojej córeczce nic nie grozi… Nie w Dolinie Bagiennej Trawy, wśród tylu przyjaciół…

Piątek uśmiechnął się na wspomnienie chwili, gdy ogłosił wielką nowinę. Ależ Maurycy i Ogryzek mieli zdziwione miny! Trzeba przyznać, że stanęli na wysokości zadania – nie minął nawet tydzień, gdy wspólnie z borsukiem Teofilem przytaszczyli do leśniczówki Klechdy piękną dębową kołyskę!

– To od nas wszystkich… Ot, co! – wydukał Teofil. – Niech pańskie młode zdrowo się chowają! Ile ich będzie? Troje, pięcioro, a może siedmioro? Oczywiście urodzą się ślepe w lutym lub marcu! Czy pańska żona zapadnie przedtem w sen zimowy?

– To nie tak! – roześmiał się Piątek. – U ludzi wszystko wygląda inaczej niż u borsuków! Ale bardzo dziękuję wam za ten śliczny prezent, na pewno się przyda!

I kołyska rzeczywiście przydała się. Kilka miesięcy później urodziła się najpiękniejsza istota na świecie! Miała oczy jak dwa leśne jeziorka i złociste kręcone włosy. Jeszcze w szpitalu w Krzekiszkach, gdy zachwycony Piątek wpatrywał się w nią z nabożeństwem, mimo woli szepnął cichutko: „Jasna anielka”…


Klotylda śmiała się później, że dziecko miało szczęście, bo tatuś mógł zakrzyknąć, jak to miał w zwyczaju: „A niech to brudnica mniszka!” lub „A niech to poproch cetyniak!” – a to nie byłyby właściwe imiona dla małej dziewczynki.

Piątek oczywiście od razu zwariował na punkcie Anielki. Wciąż wydawało mu się, że dziecku grozi jakieś niebezpieczeństwo – te wszystkie choroby i zarazki…

Uśmiechnął się do swoich myśli, ale zaraz spoważniał. Były przecież jeszcze inne zagrożenia. Leśniczówkę otaczały nieprzebyte lasy, a w nich mieszkały stwory rodem z dawno zapomnianych baśni i legend. I nie wszystkie były tak przyjaźnie nastawione do ludzi jak skrzat Maurycy i szczurek Ogryzek!


Gdzieś daleko, wśród bagien i rozlewisk, gnieździła się strzyga Helga, żył straszliwy Bies, podstępny Bełt i okrutna mara… Kto jak kto, ale leśniczy Piątek wiedział, że z leśnymi demonami nie ma żartów.

Doszło do tego, że zaczął patrzeć podejrzliwie nawet na starą przyjaciółkę rodziny, dziwożonę Zuzannę. Czyż baśnie nie wspominały, że przed wiekami dziwożony porywały dzieci z kołysek?

– Na szczęście uporałem się z tą obsesją i teraz wiem, że mojej córeczce nic nie grozi… – westchnął sennie Piątek.

I właśnie wtedy znowu usłyszał tupot stóp i zobaczył, jak po podłodze przemyka dziwna, zgarbiona postać. Zjawa dotarła do rogu sypialni i zaczęła powoli rozpływać się w ciemnościach, ale przedtem złowrogo błysnęła w jego stronę oczami i parsknęła z pogardą.

Piątek zerwał się z łóżka na równe nogi i, niewiele myśląc, cisnął w intruza ciężkim butem. W nocnej ciszy jak karabinowy wystrzał rozległ się brzęk tłuczonego wazonu, a potem płacz małego dziecka.

* * *

W świetle dnia duchy nie wydawały się już takie groźne. Leśniczy, szykując śniadanie, z zażenowaniem wspominał wydarzenia minionej nocy.

Naturalnie obudził Anielkę, a tego, co usłyszał od żony o histerykach, którzy nie pozwalają innym porządnie się wyspać, wolał sobie nawet nie przypominać!

– To wszystko musiało mi się przyśnić… Chociaż z drugiej strony… – Piątek zadumał się. – Hmm… Na wszelki wypadek sprawdzę, czy na poddaszu nie zagnieździł się przypadkiem jakiś tumak albo kamionka1!

Doskonale wiedział, jakie kłopoty mogą sprawić kuny, które postanowiły zamieszkać pod jednym dachem z ludźmi. Nocne hałasy i gonitwy na strychu, tupanie, szuranie, stukanie i inne dziwne odgłosy – to były zwyczajne niedogodności wynikające z takiego sąsiedztwa. Niektórzy mówili, że mają wrażenie, jakby w ich domu straszył niewidzialny duch.

– Nie, to niemożliwe, żeby jakieś leśne stworzenie zrobiło mi coś takiego – mruknął Piątek. – Nie teraz, gdy wszyscy wiedzą, jak bardzo moja rodzina potrzebuje ciszy i spokoju!

Żeby zupełnie udobruchać żonę, postanowił zrobić na śniadanie owsiankę, za którą Klotylda wprost przepadała. Zagotował w rondelku trochę wody, wrzucił do niej szklankę płatków owsianych i pokrojone w kostkę jabłko, a następnie dodał szczyptę cynamonu. Gdy owsianka była prawie gotowa, sięgnął do szafki po puszkę z rodzynkami.

– Tralala! Klotylda lubi owsiankę z rodzynkami! – podśpiewywał pod nosem.

Przechylił puszkę… i do rondelka posypały się żołędzie.

– A niech to szczotecznica szarawka! – zaklął z cicha Piątek, mimo woli przywołując jednego z najbardziej uprzykrzonych szkodników dębów. – Kto zrobił mi taki głupi kawał?!

W pierwszej chwili jego myśli podążyły w stronę Ogryzka. Niejeden raz miał ze szczurkiem na pieńku z powodu podjadania przez niego cukru… Ale rodzynki? Ogryzek nie lubił rodzynków, leśniczy wiedział to na pewno, bo widział, jak szczurek wydłubuje je z ciasta.

Zastanawiał się jeszcze nad tą zagadką, gdy na śniadanie zeszła Klotylda z Anielką.

– O! Moja ulubiona owsianka! – zawołała Klotylda i otworzyła szufladę w kredensie. – Gdzie się podziały wszystkie łyżki? – spytała, unosząc brwi.

– Powinny być na miejscu, sam je tam kładłem! – zapewnił ją Piątek, dumny, że z własnej woli pozmywał po kolacji.

– Jesteś tego pewien? – jego żona z dziwną miną wyciągnęła z przegródki na sztućce śrubokręt i kombinerki, których Piątek szukał od tygodnia.

– A niech to zawisak borowiec – wybełkotał zaskoczony leśniczy.

– W nocy krzyczysz, rzucasz butami i tłuczesz wazony, w dzień gubisz przedmioty – powiedziała wyraźnie zmartwiona Klotylda. – Fryderyku, to wszystko dlatego, że za dużo pracujesz. Przydałby ci się urlop!

– Wiesz, że to nie jest takie proste… – westchnął Piątek. – Muszę do końca kwietnia zakończyć plan odnowień2. Obiecałem nadleśniczemu Wasiukiewiczowi, że w tym roku posadzę w moim leśnictwie sto pięćdziesiąt tysięcy sadzonek sosny i brzozy! A chciałbym jeszcze założyć nową uprawę bukową. Odyniec Zdzisław i locha Gertruda tak bardzo lubią bukowe orzeszki!

– Bardziej dbasz o mieszkańców lasu niż o samego siebie – powiedziała z wyrzutem Klotylda. – Powiedz, kiedy byłeś na wakacjach?

Leśniczy zadumał się. Prawdę mówiąc, nie pamiętał, kiedy ostatni raz wyjechał z Doliny Bagiennej Trawy. Rok w rok nadleśniczy Wasiukiewicz pod groźbą najstraszliwszych tortur zmuszał go do wzięcia obowiązkowego urlopu, ale nawet zwierzchnik nie potrafił nakłonić Piątka do opuszczenia doliny. Cały swój wolny czas leśniczy poświęcał poszukiwaniom sześcioptaka3, przemierzał niedostępne ostępy, bagna i trzęsawiska po drugiej stronie rzeki, ale niestety nie udało mu się zobaczyć na własne oczy tajemniczego stwora.

 

Rozmyślania przerwał mu okrzyk Klotyldy. Gdy on bujał w obłokach, żona nałożyła do miseczki owsiankę i prawie złamała ząb.

– A niech to rozwałek korowiec! – jęknął Piątek. – Kochanie, najmocniej cię przepraszam! Ktoś zrobił nam kawał i wsypał żołędzie do puszki z rodzynkami!

Klotylda z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia, co dzieje się w tym domu. Bez przerwy giną jakieś przedmioty! Jestem pewna, że wieczorem zostawiłam szczotkę w kuchni, a dzisiaj rano znalazłam ją pod łóżkiem, mydło zawędrowało wczoraj do maselniczki, a pilot od telewizora przepadł na dobre przed tygodniem. Do tego ktoś zwędził wszystkie łyżki z szuflady i podłożył na ich miejsce twoje narzędzia, a teraz te żołędzie… Jak dorwę w swoje ręce Ogryzka…

– To nie on! – Piątek natychmiast stanął w obronie przyjaciela. Dobrze wiedział, że jego żona nie przepada za szczurkiem. – Ogryzek lubi kawały, ale nigdy nie był naprawdę złośliwy! To musi być wina mojego przepracowania…

W odpowiedzi Klotylda ciężko westchnęła.

– Fryderyku, jestem nauczycielką i kocham uczyć dzieci, po wakacjach wracam do szkoły… I naprawdę boję się tego, co się wówczas stanie! Musimy znaleźć kogoś, kto zajmie się Anielką, ugotuje ci jakiś obiad i ogarnie cały ten bałagan! Nie wiem tylko, ile trzeba będzie takiej osobie zapłacić…

– Jakoś damy sobie radę – zapewnił ją Piątek. – Nie takie kłopoty się rozwiązywało!

Klotylda uśmiechnęła się i pocałowała go w czoło.

– Jadę do miasteczka, podobno zwolnił się etat w gimnazjum. Ty zaopiekuj się Anielką. Wypiła już butelkę mleka, o dziesiątej daj jej kaszkę z jabłuszkiem na drugie śniadanie.


– Tak jest! – zasalutował Piątek.

– Dasz sobie radę? – spytała z niepokojem jego żona.

– Mam trochę papierkowej roboty, ale będę pilnował małej jak oka w głowie – zapewnił ją Piątek. – Jedź spokojnie.

– To dobrze – odetchnęła Klotylda. – Z tego wszystkiego nie zdążyłam nawet zjeść śniadania, ale nie sądzę, żeby smakowała mi owsianka z żołędziami. Wyrzuć ją na kompost.

W chwili, gdy wymówiła te słowa, w kącie jadalni rozległo się gniewne fuknięcie i z ciemności wyleciał pilot od telewizora. Zatoczył w powietrzu łuk, uderzył Piątka w czoło i rozpadł się na drobne kawałki.

* * *

Piątek siedział przy komputerze i wypełniał tabelki w Excelu. Kątem oka zerkał na dębową kołyskę, w której gaworzyła Anielka. Westchnął ciężko, bo nienawidził biurokratycznej strony swojej pracy. Zamiast grzebać w papierach i gapić się przez cały dzień w monitor, wolałby iść do lasu na obchód albo pobawić się z córeczką!

– Tu przynajmniej mam cię na widoku – mruknął pod nosem. – Nigdy nie wiadomo, co strzeli do łebka takiej ześwirowanej kunie.

Potarł guza na czole. Teraz nie miał już wątpliwości, że w jego domu zalągł się tumak albo kamionka. Wiele razy mieszkańcy okolicznych wiosek przychodzili do niego z podobnym problemem i doskonale wiedział, jak wygląda walka z niechcianym lokatorem.

Ludzie, którzy chcieli pozbyć się kuny ze swojego domostwa, zwykle zaczynali od sprawienia sobie ciętego psa lub łownego kota. Z psa kuny tylko się śmiały, kotu wyrywały wąsy i przeganiały ze strychu. Zdesperowani mieszkańcy instalowali wówczas na poddaszu urządzenia wysyłające ultradźwięki4. Kuny świetnie bawiły się przy takiej „muzyce”, więc ich nocne dyskoteki były jeszcze bardziej hałaśliwe. Wtedy przychodziła kolej na trutkę…

Piątek na samo wspomnienie takiej podłości aż zatrząsł się ze złości. Przy każdej okazji tłumaczył ludziom, że trucie zwierząt to zbrodnia! Co to za pomysł, zabijać sąsiada za głośne tupanie po nocy?!

Gdy mieszkańcy wsi upierali się, że kuny muszą zniknąć, wypożyczał im żywołapkę5 i tłumaczył, jak jej użyć: „Włóżcie do środka jakiś przysmak, na przykład kurze jajko – mówił. – Kuna na pewno wlezie do środka, a wtedy zatrzasną się za nią drzwiczki. Wywieźcie ją do lasu i wypuśćcie”.

Wstał od biurka i podszedł do kołyski. Anielka nie spała – patrzyła na niego swoimi niebieskimi oczami i ssała palec.

– A gu! Gu! Gu! – zawołał uszczęśliwiony Piątek. – Jesteś głodna? Chcieś kaśkę z jabłuśkiem?

W tej samej chwili nad jego głową rozległo się głośne tupanie i pełne złości pofukiwanie.

Dziecko zaniosło się płaczem.


– Tego już za wiele! – rozzłościł się Piątek. – Rozumiem, że hałasujesz w nocy, ale w dzień?! Hej! Ty na górze, uspokój się, bo wsadzę cię do worka i wywiozę w takie miejsce, że nawet autostopem do domu nie wrócisz!

W odpowiedzi ze strychu dobiegł go złośliwy chichot i ktoś zaczął tak skakać, że aż z sufitu posypał się tynk.

– Wesoło ci! – leśniczy poczerwieniał z gniewu. – No to zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni!

Cichutko otworzył klapę i opuścił składaną drabinkę. Zdjął buty i w samych skarpetkach zaczął skradać się na strych.

Gdy był już na górze, raptownie włączył latarkę. Spodziewał się zobaczyć znikający w belkowaniu dachu puszysty ogon lub parę fosforyzujących ślepi… Ale nie zobaczył nic. Nigdzie nie było też widać resztek pożywienia i odchodów – charakterystycznych oznak pomieszkiwania kuny.


– A niech to pryszczarek sosnowiec – mruknął zawiedziony Piątek i niepewnie podrapał się po głowie.

Schodząc na dół, pocieszał się, że i tak nic nie zrobiłby złośnikowi. Był koniec kwietnia, kuna mogła mieć w gnieździe młode, które zdechłyby z głodu, gdyby wywiózł matkę gdzieś daleko.

Włożył buty i dał krok w stronę biurka. To znaczy dałby krok, gdyby ktoś nie związał mu sznurówek. Zamiast tego rymsnął jak długi na podłogę, aż deski jęknęły.

Anielka w swojej kołysce przestała płakać i roześmiała się na całe gardło, a dębowa kołyska zaczęła się bujać.

Oszołomiony Piątek z niedowierzaniem spoglądał to na kołyskę, to na swoje buty.

– Ale jak? Jakim cudem? – wybełkotał.

Już wiedział, że nieproszony gość w jego domu nie jest kuną i że ma osobliwe poczucie humoru. Poza tym było pewne, że jest bardzo, ale to bardzo szybki!

– To niemożliwe, żeby zeskoczył z dachu, pobiegł dokoła domu, wszedł po schodach, związał mi sznurówki i uruchomił kołyskę w tak krótkim czasie! – przekonywał sam siebie Piątek. – Chyba… Chyba że jest ich dwóch albo nawet trzech!

Na wszelki wypadek zamknął właz na zasuwę (wiedział, że na niewiele się to zda) i zszedł razem z Anielką do kuchni, gdzie czuł się bezpieczniej.

Zza pieca wyciągnął ciężki pogrzebacz na wypadek, gdyby trzeba było bronić córeczki przed intruzami, i pogrążył się w niewesołych rozmyślaniach.

Nie ulegało wątpliwości, że w leśniczówce zagnieździł się złośliwy stwór albo nawet kilka, ale jak bardzo groźnych? Piątek niechętnie przyznał, że dowcipy, choć niskiego lotu, nikomu nie uczyniły krzywdy. Gdyby tajemnicze istoty chciały, bez trudu porwałyby dziecko, podczas gdy on znajdował się na strychu… Na samą myśl, że jego córeczce mogłaby stać się krzywda, zadrżał.

Z drugiej strony nie wiadomo, co takim złośnikom wpadnie do głowy! Jeśli on i Klotylda pójdą do pracy, Anielce będzie potrzebna nie tylko niańka, ale też ochrona.


Jego ponure myśli przerwało stukanie w szybę. Piątek aż podskoczył, ale to był tylko niedźwiedź brutalny Leon i, będący z nim od pewnego czasu w wyjątkowej komitywie, szop pracz Dziki Bill.

– Hop, hooop! Panie le…leeeeeśniczy! – zwołał tubalnym głosem Leon. – Nie znalazłaby się dla nas jakaś ro…roooobota?

– Nie! – odburknął Piątek przekonany, że niedźwiedź jak zwykle chce zamieść podwórko albo umyć mu samochód w zamian za spodeczek lipowego miodu.

– Szko…szkoooda!

Nagle Piątkowi zaświtała w głowie genialna myśl.

– A wiesz, Leonie, że owszem! – zawołał, otwierając na oścież okno. – Mam idealne zajęcie dla ciebie i twojego kolegi!

1 Tumak to popularna nazwa kuny leśnej. Jej kuzynka, kuna domowa, nazwana jest kamionką. Oba zwierzątka chętnie wybierają na swoje siedliska zabudowania gospodarskie, a nawet poddasza zamieszkanych domów.

2 Odnowienie lasu – każdy leśniczy odnawia las, czyli sadzi nowe drzewa w miejsce wyciętych (pozyskanych) lub zniszczonych przez klęski żywiołowe (pożar, powódź, wichura). Jeśli sadzenie drzew odbywa się w miejscu, w którym uprzednio nie było lasu, taka czynność nazywana jest zalesianiem.

3 Sześcioptak – tajemniczy stwór zamieszkujący Dolinę Bagiennej Trawy, ma cechy aż sześciu ptaków objętych ścisłą ochroną gatunkową: bielika, orlika krzykliwego, bociana czarnego, żurawia, puchacza i cietrzewia. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej, sięgnijcie po książki O czym szumi las i Na tropie sześcioptaka.

4 Ultradźwięki – fale dźwiękowe o częstotliwości zbyt wysokiej, aby mógł je usłyszeć człowiek. Dla niektórych zwierząt mogą być bardzo nieprzyjemne, inne (delfin, nietoperz) potrafią się przy ich pomocy porozumiewać.

5 Żywołapka – pułapka przeznaczona do odławiania zwierząt żywcem.


Kawał z brodą

Gdy Klotylda wróciła do domu z miasteczka, pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się jej w oczy, był szop pracz z lubością przebierający łapkami w kuchennym zlewie.

– A ten hultaj co tutaj robi? – zdziwiła się żona leśniczego.

– Mówiłem ci, że na wszystko znajdę sposób! – przypomniał jej rozpromieniony Piątek. – Dziki Bill umył już wannę, kabinę prysznicową i toaletę, zrobił też pranie (ręcznie, bo nie uznaje automatycznej pralki). Talerze były czyste, ale uparł się, że umyje je jeszcze raz, żeby nie wyjść z wprawy! Jak widzisz, sprzątaczkę już mamy!

Klotyldę olśniło.


– A więc to ma być nasza gosposia? A kto zrobi obiad?

– Ja nie! – odezwał się znad zlewu Dziki Bill. – Nie umiem gotować!

Piątek stropił się.

– To oczywiście jest pewien problem, ale na pewno go rozwiążemy. Grunt, że ktoś po obiedzie pozmywa!

– Kto w takim razie zajmie się Anielką? – spytała Klotylda i rozejrzała się niespokojnie wkoło. – I gdzie ona jest?

– O tym też pomyślałem! – odparł z dumą Piątek. – Jak wiesz, do naszego domu wprowadziły się ostatnio jakieś złośliwe duchy, ale nawet one nie podskoczą nowej niańce!

Z dumą wskazał okno wychodzące na ogród. Klotylda wyjrzała przez nie i zaniemówiła z wrażenia. Na zielonej wiosennej trawce raczkowała Anielka, a w ślad za nią człapał na czterech łapach niedźwiedź brutalny Leon, przywiązany do dziecka sznurkiem.

– Nie! Nie! Nie! I jeszcze raz nie! – oznajmiła stanowczo Klotylda. – Wiem Fryderyku, że miałeś jak najlepsze intencje, ale naszym dzieckiem nie będzie opiekował się niedźwiedź!

– Dlaczego? – zdziwił się Piątek.


– Bo Leon jest pozbawiony manier, natürlich1! – zaśmiał się Dziki Bill. – Ja to co innego!

Klotylda wskazała ręką drzwi.

– Obaj wynocha! – krzyknęła rozzłoszczona.

– Ja też? – zdziwił się Piątek.

 

– Nie ty, tylko ten przemądrzały szkop… Chciałam powiedzieć szop i jego gruboskórny koleżka!

* * *

Klotylda nie gniewała się długo na męża, zresztą nikt nie potrafił się na niego gniewać.

– Co teraz zrobimy? – spytał zmartwiony Piątek, gdy Dziki Bill i Leon w popłochu opuścili leśniczówkę. – Koniecznie musimy znaleźć jakąś nianię dla Anielki!

– Dostałam pół etatu w gimnazjum – odparła Klotylda. – Może wystarczy na pensję opiekunki… Jeśli coś dołożymy.

Piątek pokręcił głową.

– Obawiam się, że nikt nie zechce pracować w takim miejscu. Nawet latem ciężko tu dojechać, a co dopiero zimą… Na dodatek w tym domu straszy!

– Nie bądź głupi! – ofuknęła go Klotylda. – Przecież jesteś światłym człowiekiem, inżynierem leśnictwa! Chyba nie wierzysz w takie przesądy!

Piątek po raz pierwszy tego dnia roześmiał się na całe gardło.

– A to ci się udało! Mieszkam w lesie, w którym żyją gadające zwierzęta i postaci z bajek, widziałem prawdziwego Perepłuta, Baba-Jaga przyprawiła mi kiedyś szczurzy ogon, a mara prawie zadusiła na śmierć, i ja mam nie wierzyć w przesądy?

Klotylda stropiła się, ale tylko na chwilę.

– Fryderyku, wiem, że potrafisz dogadać się z każdym stworzeniem zamieszkującym Dolinę Bagiennej Trawy! Ty jesteś tutaj gospodarzem! Poradzisz sobie i tym razem!

– Skoro tak mówisz… – mruknął mile połechtany Piątek. – Zobaczymy, co przyniesie jutro!

Ale nim nadeszło jutro, trzeba było zmierzyć się z teraźniejszością. Leśniczy udał się do swojego gabinetu, żeby uporać się z zaległą dokumentacją, jednak podczas pracy przez cały czas miał wrażenie, że nie jest sam w pokoju.

Kilka razy obrócił się niespodziewanie i wówczas wydawało mu się, że widzi jakiś rozmazany szary kształt, który błyskawicznie znikał w rogu pokoju.

Szybki jest – pomyślał z uznaniem Piątek.

Skończył pracę późno w nocy, przeciągnął się i ziewnął.

– No, na dzisiaj dosyć!

Zajrzał do sypialni i aż uśmiechnął się na widok Klotyldy i Anielki. Dziewczynka miała tego dnia spać z rodzicami, tak na wszelki wypadek, choć wyglądało na to, że to zbytnia ostrożność.

Leśniczy delikatnie, żeby nie obudzić żony i córeczki, zamknął drzwi i poszedł wziąć prysznic. Pogwizdywał i zastanawiał się, z kim właściwie ma do czynienia. Tajemniczy stwór dwoił się i troił, podmieniał przedmioty, chichotał w ciemnościach i tupał na strychu, ale jak dotąd nikomu nie zrobił krzywdy. Najwyraźniej nie był aż tak złośliwy…

Zamyślony Piątek sięgnął po mydło i aż ryknął z wściekłości:

– A niech to rytownik dwuzębny! – Bo właśnie w tym momencie dowiedział się, gdzie powędrowała zawartość maselniczki.

Wyskoczył jak oparzony spod prysznica, gotów sprać na kwaśne jabłko dowcipnisia, ale oprócz niego nikogo w łazience nie było.

– Co ja ci zrobiłem?! – krzyknął gniewnie leśniczy. – Czego ty chcesz?!

I nagle na zaparowanym lustrze czyjaś niewidzialna ręka niezgrabnymi kulfonami wypisała żądanie: „Daj mi jeść!”.

* * *

Następnego dnia wcześnie rano Piątek zrobił to, co powinien uczynić od razu. Udał się po pomoc do tych, którzy w Dolinie Bagiennej Trawy rozwiązywali sprawy trudne i niezwykłe.

Maurycego i Ogryzka zastał w ogródku warzywnym za ich chatką na Malinowej Polanie. Skrzat i szczurek zajęci byli struganiem żerdzi podtrzymujących łodygi fasoli, bo stare już spróchniały.

– O! Pan leśniczy! – ucieszył się Maurycy. – Co pana do nas sprowadza?


– Jak babcię kocham, to nie ja zwędziłem pański cukier! – zastrzegł się na wszelki wypadek Ogryzek.

Piątek machnął ręką.

– Ja w innej sprawie, mam mały kłopot…

Maurycy i Ogryzek słuchali z uwagą właściwą dla leśnych detektywów. Tylko raz, gdy leśniczy w swoim opowiadaniu doszedł do masła w mydelniczce pod prysznicem, szczurek nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– Nie rozumiem, co w tym śmiesznego – nastroszył się urażony Piątek. – Z takimi dowcipami ostatni raz miałem do czynienia w internacie, gdy jeszcze uczyłem się w technikum leśnym, ale już wtedy były to kawały z brodą!

– Oj z brodą, z brodą! – zaśmiewał się do rozpuku szczurek.

Ale skrzat zgromił go surowym wzrokiem.

– Ogryzku! Pan leśniczy przyszedł do nas po pomoc! – odwrócił się do Piątka i podsumował: – Tak więc pana i pańską rodzinę prześladuje nieuchwytny cień, który w nocy tupie i hałasuje, a w dzień płata głupie figle…

– Dokładnie!

– Czasami, gdy chce mu się pan przyjrzeć, wydaje się panu, że widzi jakiś kształt, ale on natychmiast znika jak kamfora! – zachichotał Ogryzek.

– A kiedy indziej wszystko wskazuje na to, że złośników jest dwóch albo nawet trzech – dodał Maurycy.

– Jakbyś tam był – stwierdził leśniczy. – Ale co ja mam z tym draniem zrobić?!

– Och, proszę się nie martwić! – uspokoił go Maurycy. – Wszystko wskazuje na to, że w pańskiej leśniczówce zamieszkał domowik. Ma pan prawdziwe szczęście, gratuluję!

– Że co? – Piątek niepewnie podrapał się po głowie. – Nie rozumiem…

– A ja nie rozumiem, dlaczego pański domowik zachowuje się w taki sposób… – mruknął w zadumie skrzat. – Czy pamięta pan, jak to wszystko się zaczęło?

– Nie mam pojęcia – przyznał Piątek. – To było chyba jakieś trzy tygodnie temu. Jedliśmy sobie spokojnie owsiankę…

– Może była przesolona? – spytał z naciskiem Maurycy.

– A co to ma do rzeczy?! – żachnął się Piątek. – Kogo obchodzi, jaką ja i moja żona lubimy owsiankę?

– Zaraz, zaraz… – skrzat znacząco uniósł palec do góry. – Chyba nie chce pan powiedzieć, że jedliście tę owsiankę SAMI?

– A z kim mieliśmy jeść?! – zirytował się leśniczy. – Owsiankę zazwyczaj robi się na śniadanie, nie wiem jak wy, ale ja z żoną w tym czasie nie przyjmujemy gości!

Ogryzek nie wytrzymał, wypuścił z łapki na wpół ostruganą żerdź i zaczął tarzać się po trawie, pękając ze śmiechu.

– Ojej! Nie wytrzymam! – wołał, zaśmiewając się do rozpuku. – Nie dali mu owsianki! Ależ się musiał wściec!

Piątek patrzył na niego osłupiały, ale naprawdę przykro zrobiło mu się, gdy zauważył, że Maurycy także uśmiecha się półgębkiem.

– Ja panu wszystko wytłumaczę – zapewnił go skrzat. – Widzi pan, domowik to mój kuzyn, domowy skrzat, czyli inaczej ubożę. Nawiasem mówiąc, nie przepadamy za sobą. Jego jedyną ambicją w życiu jest pomaganie ludziom. Chętnie naniesie wody ze studni, porąbie drewno na szczapy, zajmie się żywym inwentarzem. Gdy trzeba, podwoi się albo nawet potroi, żeby wszystko było zrobione tak, jak trzeba! Prawdę mówiąc, nikt tak jak on nie ukisi ogórków i kapusty na zimę, a już w robieniu dżemów, kompotów i innych przetworów nie ma sobie równych! Do tego uwielbia dzieci, jest doskonałą niańką!

W głowie leśniczego Piątka poruszył się jakiś trybik.

– Co powiedziałeś?

– W zamian domowik oczekuje tylko jednego – ciągnął Maurycy. – Żeby mu codziennie stawiać na progu albo koło pieca miseczkę z kaszą (byle nie osoloną, bo soli nie znosi!). Najprawdopodobniej mojego kuzyna zwabiła do pańskiego domu pyszna owsianka, ale biedak strasznie się rozczarował, bo nie dostał nawet na spróbowanie!

Piątek bezradnie rozłożył ręce.

– Skąd mogłem wiedzieć?

– Dawniej ludziom nie trzeba było tłumaczyć takich rzeczy – westchnął Maurycy. – Tylko wariat mógł sobie pozwolić na lekceważenie domowika, bo skrzat głodny – to skrzat zły! Taki osobnik zaczynał w domu szkodzić, coś popsuł, coś zgubił, coś wywrócił do góry nogami. Ulubioną psotą rozzłoszczonego domowika było sikanie do mleka, ale zazwyczaj zaczynało się niewinnie, od splątywania końskiego ogona i grzywy!

– Jakie to szczęście, że nie mam konia! – odetchnął z ulgą Piątek.

– Na pańskim miejscu sprawdziłbym, czy wszystkie koła w samochodzie są dobrze dokręcone – mruknął Ogryzek.

Leśniczy złapał się za głowę.

– Muszę natychmiast lecieć do domu! – zawołał. – Bardzo wam dziękuję, mam u was dług wdzięczności!

I tyle go widzieli.

– Dobry chłop – mruknął Ogryzek, wracając do pracy. – Tylko musi się jeszcze dużo nauczyć.

– To nie jego wina, że ludzie o wszystkim zapomnieli – odparł Maurycy. – A może to dobrze? Przynajmniej nie zawracają nam głowy!

* * *

Klotylda i Anielka właśnie wstały. Dziewczynka była w złym humorze, bo wyrzynał jej się ząbek, i płakała żałośnie. Jej mama stopą poruszała kołyskę i jednocześnie szykowała jajecznicę na śniadanie. Nagle do kuchni wpadł zdyszany Piątek.

– Poczekaj! – zawołał od progu. – Dzisiaj robimy owsiankę!

– Przecież była wczoraj… – zdziwiła się Klotylda.

– Teraz będzie codziennie! – zapewnił ją Piątek, a widząc, że jego żona nic nie rozumie, dodał: – Zaraz się przekonasz dlaczego!

Prędko zagotował wodę w rondelku, dodał płatki owsiane, jabłko i cynamon, a zamiast rodzynków pokroił w kostkę ostatnią paczkę suszonych daktyli, która została jeszcze z Bożego Narodzenia. Gdy aromatyczna owsianka była gotowa, nałożył sporą porcję na spodeczek i postawił koło pieca. Przez chwilę nic się nie działo i leśniczemu przemknęło przez głowę, że Maurycy i Ogryzek zadrwili z niego, ale nagle w rogu kuchni pojawił się jakiś kształt, który z każdą sekundą nabierał wyrazistości.

– Ojej! – krzyknęła Klotylda.

Przy piecu stał niewielki, ubrany na szaro staruszek. Gdyby nie spiczasta, zakończona końską kitą czapka, sięgałby Piątkowi najwyżej do kolan.

– No, nareszcie – burknął z wyrzutem. – Myślałem, że już nigdy się nie domyślicie!

– To jest domowik! – przedstawił go Piątek.

– Mówcie mi Skrobek – mruknął niewyraźnie skrzat, pałaszując owsiankę drewnianą łyżką wyciągniętą z cholewy buta. – Dobra! – pochwalił, gładząc się po brzuchu. – Teraz to ja mogę pracować!