Nieradość

Tekst
Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

No i tak to było z tym Bartkiem, że nigdy nie wiedziałeś, co się stanie, jakby to, że z tylu różnych żyć był sklecony, wyłaziło z niego nagle na wierzch – różne Bartki z małego Bartka wystawiały głowę i choć zawsze śmiesznie gadały, choć zawsze chodziły niczym źle podkute konie, to raz były takie, a raz inne. Bywał Bartek jak spod ręki pana Rysia, dobry, z oczami lekko przestraszonymi, ale miłymi, z okruchami chleba na dłoni dla gołębi i wróbli na rynku, i bywał Bartek podpity, z Ratuszowej, wykrzykujący przekleństwa koślawe, a przez to może i obrzydliwsze, choć głosikiem piskliwym, pożyczonym raczej od wróbli niż gołębi, Bartek tłukący kuflem o blat stolika i rżący z grubych żartów kolegów, aż mu się trzęsły chude ramiona, a jedno ramię miał wyżej niż drugie i gdyby nie głowa pijana z czupryną czarnych włosów, to można by zjechać z tego jednego ramienia na drugie na maleńkich sankach, bo jeszcze mu się łupież od śmiechu z włosów sypał. No ale była szyja z głową po drodze i w głowie, nad cienkim nosem, oczy. Teraz już nie przestraszone, tylko jakby ktoś je naostrzył osełką do oczu, by bali się inni, by bali się chociaż tego, bo przecież nie jego ciała, wykrzywionego jak wieża w Pizie, którą nam pokazywała na lekcji pani Więckowska, chłopięcego ciała, które już-już miało stać się męskie, ale nagle zrezygnowało, zatrzymało się w pół drogi i zostało takie – na śmiech ludzki, strach na wróble, gdyby wróble były jeszcze mniejsze i nie tak cwane jak te nasze w Niedynku. I był w nim jeszcze trzeci Bartek, najtajniejszy, najsłabszy może, trzeba było długo patrzeć i wiedzieć, kiedy podejść bliżej, wtedy czasem można go było zobaczyć.

Tydzień niemal przed tym strasznym piątkiem była niedziela, ale też upalna, bo cały ten czerwiec był napuchnięty od słońca i ludzkiego potu, jakby tylko czekał, aż ktoś go przekłuje. No i przekłuł, ale najpierw leżeliśmy nad rzeką, z rękami pod głową, w samych majtkach i zadowoleniu: ja, Włodek i Grześ Antolowski – syn sierżanta. A dalej, już na trawie, siedział mały Bartek i palił sporty, popluwając drobinkami tytoniu. My dopiero co wyszliśmy z wody. Kto nie leżał nad niewielką rzeką w wielki upał, mokry jeszcze, i nie czuł, jak do pleców, nóg i pośladków przywiera złoty rzeczny piasek, a krople na brzuchu, piersiach i łydkach łaskocząc, topnieją od słońca, kto nie czuł, jak każdy, najmniejszy nawet podmuszek wiatru zdaje się maźnięciem nadchodzących jesieni i zim, jak mięśnie zmęczone pływaniem, nurkowaniem, podtapianiem i śmiechem powoli się uspokajają i na powrót układają na kościach i ścięgnach, ten nie może chyba powiedzieć, że był szczęśliwy. I wtedy Bartek zaczął nucić, trochę bez słów, a trochę w jakimś języku, ale tak nieprzypominającym niczego, że nie można było nawet poznać, czy koślawi głoski jak zwykle. Śpiewał albo nucił, w każdym razie cicho, niewiele głośniej, niż szumiała mała w końcu Niedynka. Włodek uderzył mnie kolanem w piszczel, odwróciłem głowę w jego stronę, a on puścił do mnie oko, co miało znaczyć: ten to daje, ten to wariat jednak jest, mały Bartek. Ale jakoś nie chciało mi się śmiać i Włodek też przekręcił w końcu głowę tak, że mógłby liczyć chmury, ale może trzy były tylko na błękitnym niebie. Melodia wiła się jak ta nasza rzeczka, trochę ją Bartek gubił, jakby znikała mu z oczu, ale potem znowu śpiewał pewniej, chyba te fragmenty, które lepiej pamiętał. Nie wiem, czy słyszałem coś takiego kiedykolwiek wcześniej. W tamtych latach śpiewało się jeszcze często, różne rzeczy, głupie i mądre piosenki, ludowe, pobożne, nawet ruskie, słuchało się Mirskiej z radia, śpiewało w kościele, ale to było niepodobne do niczego, co znaliśmy. Tęskne, ale rytmiczne, jakby ktoś, kogo nie widzieliśmy, wybijał Bartkowi rytm i te słowa do tego, niezrozumiałe. Kto by pomyślał, że niedorobek (tak za nim wołały dzieciaki) potrafi tak śpiewać, wysokim, jakby trochę dziewczęcym głosem, lekko przeciągając nuty, tak że drżały na końcu, ale za jedną zaraz szła następna – miękka, wyłowiona z niespiesznego nurtu rzeki. I patrząc zmrużonymi oczami w niebo, poczułem nagle, że to pasterska melodia, że przegania trzy powolne, rozleniwione chmury na czerwcowym niebie. A gdy zamknąłem oczy, to pod powiekami, na czarnym tle te chmury stały się różowe, a potem tło zrobiło się różowe, a chmury czarne i zaokrągliły się w ciemne oczy mamy, a potem zaczęły maleć i malały, aż prawie znikły, jak ludzie, gdy odchodzą gdzieś daleko, czarne punkciki, i to byli mój tata z mamą, tylko już tacy maleńcy. Szli przez wnętrze moich powiek prowadzeni tą melodią, uwiedzeni nią jak w bajce. I nie było już widać, czy trzymają się za ręce, ale mi się zdawało, że tak. Bartek przestał śpiewać. Otworzyłem oczy. Załzawione. Od zaciskania i słońca.

– Ty, co to była za melodia? – zapytał Grześ.

– Nie wiesz? Żydowska! – ze śmiechem odpowiedział Włodek. – Moja mama mówi, że się mały Bartek z Żydami chował, bo go matka pijaczka do domu nie wpuszczała!

Podniosłem się, bo myślałem, że trzeba ich będzie rozdzielać, ale mały Bartek chyba nawet nie usłyszał. Patrzył na rzekę, jakby płynął po niej amerykański parowiec albo biały żaglowiec z czterdziestoma armatami na burcie, jakby nie była tylko płytką rzeką obok małego miasteczka. I to był ten trzeci.

5

Pytam czasem sam siebie, tak jak to robią ludzie samotni albo chcący zwrócić na siebie uwagę, ale pytam w myślach, więc chyba to pierwsze, pytam: czy moja mama była ładna? Otóż oczywiście wszystkie mamy są ładne, gorzej – są tak ładne, że potem szuka się ich rysów w twarzach dziewczyn albo szuka się ich przeciwieństw, żeby zapomnieć, jak były piękne, albo w ogóle przechodzi się do drugiego szeregu, szeregu wiecznych obserwatorów, szeregu ludzi niebiorących udziału w tych damsko-męskich ganiankach, a jeśli, a jeśli już, to wierszem wypisanym na serwetce, westchnięciem, które się maskuje dłonią jak kaszel. To wiadomo, ale czy mama naprawdę była ładna, czy podobała się mężczyznom? Oczywiście tej hałastrze w Ratuszowej tak, ale im podobałaby się każda przed osiemdziesiątką, z parzystą liczbą kończyn i oczu, a i to ostatnie chyba nieobowiązkowo. Czy podobała się tacie? Pewnie tak, skoro mówiła sąsiadce: „Tak bardzośmy się kochali”. Ale to przecież mogło być jej wspomnienie, najpiękniejsze, krótkie, bo zaraz umarł, więc czy znała prawdę? Podobała się chyba Romanowi Krzemykowi, gdy zamawiał u niej piwo z pianką, gdy zastępował radiowego spikera swoim głosem Bogarta, tylko melodyjniejszym, bo naoliwionym naszym galicyjskim powietrzem. Dziś widzę jednak, że to należało też przecież do jego roli, do roli, którą grał przed miasteczkiem, przed Bułą, przed Antolowskim, a nawet przed swoim bratem, którą grał w końcu przed sobą samym, przed latami w więzieniu, przed dekadami w partii, która na złość połączyła się z inną partią i oddała się jej, tak mówił, jak tania dziwka (nawet jeśli nie miała innego wyjścia, nawet wtedy), przed zimami w lesie, gdy liczyło się ziemniaki tak zmarznięte, że wyglądały jak wyschnięte mirabelki, i trupy kolegów w łachmanach udających mundury, przed swoim ogromnym rozczarowaniem, do którego nie przyznawał się na głos. Byłem dzieckiem, nie myślałem o tym tak, jak myślą dorośli mężczyźni, nie znałem równań, w których biodra i biusty dzieli się przez długość nóg i rzęs, a potem jeszcze podnosi się to wszystko do potęgi uroku i seksapilu, tych nieuchwytnych zmiennych, które widać w pozornie błahych gestach rąk i rytmie kroków, gdy mama niosła tacę z kieliszkami na salę. Czuję też jakiś opór, to chyba normalne, że umysł dziecka, choćby już miało siedemdziesiąt lat, broni się przed takim myśleniem o matce. Zakładam, że Roman jej pożądał, ale czy ona jego? A nawet jeśli tak, to czy mogła cokolwiek z tym pożądaniem zrobić, w naszym małym miasteczku, w którym języki były dłuższe od ulic, a szepty głośniejsze niż bicie dzwonów w kościele na górce? Czy mogła dać się porwać temu pożądaniu, wiedząc, że Krzemyk to jednak były więzień bez pracy i perspektyw? Czy mogła odwzajemnić jego pragnienia ze mną pałętającym się przy jej, nawet najlepszej, spódnicy, sukience raczej, ze mną, który mówił mało, ale wszystko widział, bo miał oczy po niej, prawie czarne, połykające najmniejszy promień światła niemal jak kot?

Był parę razy u nas na Krakowskiej, jadł kotlety albo racuchy z cukrem, które mu liczyłem, bo spust miał straszny, a ja lubiłem je bardzo i bałem się, że dla mnie nie starczy. Rozmawiali, mama stawiała nawet na stół jakąś nalewkę, ale przecież nigdy nie byli sami, zawsze a to sąsiadka z mężem – Kaczkowscy, a to dziadek Jan, mój imiennik, siedzieli z nimi przy kuchennym stole i gadali. O wojnie, o lesie, o tacie czasem, tego oczywiście słuchałem najuważniej, dopóki ciepło z pieca i melodia ich cichych, ciągle trochę nielegalnych rozmów nie usypiały mnie w końcu. Czy śniło mi się wtedy, że Krzemyk z nami zamieszka, że weźmie z mamą ślub w naszym pięknym kościele i będzie mnie uczył puszczać kaczki na Niedynce, robić proce i iść przez miasteczko tak, że wszyscy się rozglądają, gdzie ta amerykańska ekipa filmowa, dla której tak się idzie? Może raz albo dwa. Często za to śniłem ojca zasypiającego w leśnej ziemiance, skulonego, jak ja pod pierzyną, tyle że pod wojskowym kocem ze zrzutów, i brała mnie w tych snach czułość, jakby odwracały się role i jakbym to ja był tatą mojego taty i okrywał go dokładnie, żeby nie zamarzł w tym lesie, żeby wygoiła się rana w jego boku, żeby nie umarł.

6

A w ten piątek, w piątek nie wiadomo czyjej zemsty, a może w piątek sumienia, gdy po raz kolejny życie Niedynka wywróciło się na drugą stronę i nic już nie było takie samo, szedłem ze wszystkimi do Bułów na Bednarską. Trudno zresztą powiedzieć, że szliśmy, niektórzy biegli, niektórzy maszerowali, sierżant Antolowski szedł sprężyście, ja przebierałem nogami, by nadążyć, ale wszyscy posuwali się w jednym tempie, kupą. Jakby nie dało się nikogo wyprzedzić ani też zamarudzić za bardzo, niczym w męczącym śnie. Bułowie mieli piękne mieszkanie, cały parter takiej niby kamieniczki, jakich było w miasteczku wiele. A w środku – po hrabiowsku, nie wszyscy u nich bywali, za wysokie progi dla niektórych, więc otwierali teraz oczy jak przed ołtarzem i ochali, i achali, jak chór spoconych aniołów. Bo zegar porcelanowy na komódce, taki zegar, co wybijał godziny pewnie jeszcze w osiemnastym wieku, bo stół w salonie, jakby żywcem przeniesiony od pana Wolanga, bo na ścianach obrazy, jacyś strzelcy na koniach, najpewniej powstańcy – a kto miał wtedy obrazy w Niedynku? Może proboszcz, może w komitecie wisiały, ale to raczej Lenin ze Smolnego. Nawet firanki były nieprzyzwoite, cienkie jak bielizna z francuskich filmów, prześwitujące tak, że ostatnie promienie słońca mogły do woli myszkować po mieszkaniu. Ludzi zatkało, ale parli dalej, jak drapieżniki, gdy wyczują żer, tylko Antolowski starał się opanować sytuację.

 

– Ludzie, cofnijcie się! To jest sprawa dla milicji! Rany boskie, nie pchajcie się!

Posłał kogoś na posterunek po innych milicjantów, zasłonił sobą wejście do sypialni i stał tak, tyłem do nas, zasłaniając drzwi.

– Kurwa jego mać, wynocha! – syczał. – Gdzie ten Żeleźnik i Mayer?!

No bali się go jednak wszyscy tu trochę, więc tylko zaglądali mu przez ramię, ale z dwóch kroków w półmroku nie szło czegokolwiek wypatrzeć. Ja byłem mały, skuliłem się, przycupnąłem między szeroko rozstawionymi, mocnymi nogami sierżanta i podniosłem głowę.

Buła wisiał bokiem do drzwi na swoim pasku od spodni przerzuconym przez hak żyrandola. Żyrandola wartego na oko cały miesięczny utarg Ratuszowej. Spodnie mu zjechały z obfitego brzucha i chyba plama moczu odznaczała się na prawym udzie. Albo cień. Miał wybałuszone oczy, to znaczy widziałem tylko jedno, jakby z samego białka, a język zwisał mu z ust i przypominał nienadmuchany balon. Na ścianie nad łóżkiem wisiała Matka Boska, ale było za ciemno, żeby spojrzeć jej w oczy. Słyszałem szept Antolowskiego:

– Kurwa, gdzie ten Żeleźnik?!

– Już! Wypieprzać stąd wszyscy! – Jakby wreszcie wywołał tę pomoc.

Żeleźnik z Mayerem zaczęli wyrzucać gapiów i mnie też ktoś wyciągnął za koszulę spomiędzy milicyjnych nóg, więc po chwili stałem już w tłumie na Bednarskiej. Mayer zapalał światło i zasłaniał okna w mieszkaniu, tak że teraz można się już było tylko domyślać, co się dzieje w środku. Nagle zakręciło mi się w głowie, jak wtedy, kiedy spadłem z drzewa w kościelnym sadzie, ciemno się zrobiło, tykał jakiś zegar, ale tak jakby mnie uciszał: ci cii ci cii, i z ciemności język Buły sunął do mnie po blacie ogromnego stołu jak zaskroniec.

– Jezus Maria, zabierzcie to dziecko! – Tyle pamiętam.

7

Gdy cichną i tak niegłośne wcześniej małe miasteczka, to słychać, jak przekłada się papiery na komisariacie, jak wykręca się numery telefonów w radzie narodowej i komitecie powiatowym, jak w rzece trą o siebie ryby, a z kościoła słychać nawet te szeptane modlitwy, które mają trafić tylko do uszu świętych. Takie było lato w Niedynku. Nawet w Ratuszowej pito cicho i jakby mniej, nawet fabryka jakby pracowała ciszej, choć przecież do października brakowało kilkunastu tygodni. Krzemyków po dwóch dniach zwolniono, ludzie mówili, że nie ma dowodów, listów żadnych, ani pożegnalnego, ani do Buły, nie znaleziono. Przesłuchiwano jednak, przesłuchiwano Andrzeja i Romana, Bułową, kompanów Bułowych od picia i robotników z fabryki, przesłuchiwano nawet Hultajskiego i ten trząsł się przez całe lato, jakby to już była jesień, choć, zdaje się, w całkiem innej sprawie się trząsł, ale w innej sprawie też można pójść siedzieć. Przesłuchano mamę, proboszcza, pana Rysia, małego Bartka i chyba wszystkich dorosłych w mieście, i tylko mnie nikt o nic nie pytał, choć Antolowski patrzył na mnie nieufnie, pewnie przez to zaglądanie pomiędzy jego nogami, ale synowi bawić się ze mną nie zabraniał. We wrześniu sprawę zamknięto, no powiesił się chłop, nie on pierwszy i nie ostatni. Te telefony w radzie i komitecie terkotały tak jakoś, że wojennych spraw nikt ruszać nie chciał, a gdy mały Bartek popił za bardzo i zaczynał coś opowiadać albo śpiewać, to go szybko pan Ryś zabierał do domu, niby ostro, ale tak to wyglądało, jakby dziecko ukochaną kukiełkę brało pod pachę. Na pogrzebie nie byłem, bo mi po całej tej sprawie kazali kilka dni leżeć, wiem tylko od chłopaków, że był dziwny i mało ludzi przyszło, ale ksiądz pochował normalnie. Kaczkowska gadała, że przed wojną nikt by nie pozwolił i że obraza boska, ale kto tam Kaczkowskiej słuchał? Jej mąż, trzy zupełnie niemiejskie kury, które trzymała na podwórku, i moja mama. Wczesną jesienią Krzemyki zniknęli. Czy im ktoś po służbowej dobroci doradził, czy sami tak zdecydowali, nie wiem. Mówiło się w Ratuszowej, że pojechali w Bieszczady albo na Ziemie Odzyskane, a zamiast nich przy barze i pod ścianą sklepu zaczęli wystawać jacyś pijaczkowie, którzy stali jak ostatnie łajzy i nawet zdjęcia by im pan Gerber, szef kółka fotograficznego w szkole, zrobić nie chciał. Spiker w radio mógł sobie odtąd gadać do woli, a królowa, czyli moja mama, chyba abdykowała, bo coraz częściej myliła zamówienia i gapiła się w tę szparę między zasłonami, przez którą jesienne słońce wślizgiwało się na salę, ale nikt już nie umiał stanąć tak, by padało mu idealnie na grzywkę. Byli tacy, co na widok małego Bartka odwracali się na pięcie albo przechodzili na drugą stronę ulicy, ale mało to takich, co nie mają serca dla kalek?

Któregoś grudniowego wieczoru mama, szyjąc coś w domu, skaleczyła się w palec. Krwi było sporo, bieganie z pokoju do kuchni, bo plaster, bo bandaż, bo się leje ta krew, no ale jakoś zaradziliśmy z dziadkiem, mama usiadła w fotelu, zdrową ręką pogłaskała się po opatrunku i nagle się rozpłakała. Nie widziałem nigdy wcześniej, jak płacze. Płakała długo i cicho, patrzyłem na dziadka Jana, mojego imiennika, ale on tylko kręcił głową i przykładał chudy palec do cienkich bladych ust, aż się taki niby krzyżyk mały robił. Następnego dnia mama posadziła mnie na krześle, spojrzała w moje tak podobne do swoich oczy i powiedziała:

– Pojedziemy do Krakowa, do Anki. Tu już nic nie ma.

I choć to była nieprawda, bo były ryby w rzece pod lodem, była fabryka z kominami prostopadłymi do nieba, byli moi koledzy i koleżanki, była Ratuszowa, byli sąsiedzi, dziadek, wszystkie ulice, zaułki i podwórka, które umiałem przejść po ciemku, był pierwszy, drugi, a czasem nawet trzeci mały Bartek i całe moje życie, to pojechaliśmy. Do cioci Anki do Krakowa, choć tak naprawdę to na Podgórze.

8

Byłem tam potem jeszcze tylko dwa razy, Kraków mnie połknął: raz na pogrzebie dziadka i drugi raz później regulować jakieś sprawy. Nawet na grób taty nie jeździliśmy, co pewnie omawiano latami w restauracji i w cukierni. Zmieniał się oczywiście Niedynek i ja się zmieniałem, rosłem, w końcu się zestarzałem, pewnie dziś w Ratuszowej jest żabka albo mcdonald, pewnie piasek nad Niedynką obsiedli ludzie z grillami i magnetofonami, ale gdy zasypiam, widzę, jak Andrzej i Romek Krzemykowie stoją pod sklepem w upale w czerwcu pięćdziesiątego szóstego i patrzą na świat spod półprzymkniętych powiek, paląc giewonty. Tak staliby Butch Cassidy i Sundance Kid, gdyby ich nie uwięziono na zawsze w tej scenie boliwijskiego rozstrzelania, w wiecznej młodości, gdyby pozwolono im się trochę zestarzeć. I gdyby trochę potrenowali.

Ballada martwego poety w marynarce

Czasem zdania trą o siebie. Pozornie do siebie nie pasują. Gruzełki, nadmierności przecierają się na kurz, na odłamki. W tych odłamkach, w tym kurzu trzeba grzebać, tam coś jest. Nie zawsze, ale bywa. To oczywiście zatyka, odkłada się w przełyku, szczególnie jak się jeszcze żyje, życie pomaga w stopniu umiarkowanym.

Spotyka się bohatera młodości, a on sam przetarty jak gazeta, w najciekawszym miejscu. Włosów ma mniej niż blasku w oczach, no a w tych oczach – nie oszukujmy się – wódka, nie żaden blask.

– Jak się czujesz?

– Jak własny nekrolog.

I zaiste jakby go mieli przybić na drzwiach kościoła, ale nie w Wittenberdze, tylko normalnie, w Świętej Katarzynie na Służewie, tu nie będzie już żadnej rewolucji. Choć ten kościół to też nie takie w kij szepnął, najstarsza parafia w Warszawie, a wcześniej ponoć gontyna, od próśb tam zanoszonych przez stulecia, od szczerej wiary, że jest jakaś instancja, czas się gmatwa i znowu jest rok dziewięćdziesiąty czwarty w budynku tuż obok. To Hufiec Warszawa-Mokotów, uczestnicy kursu na wodzów zuchowych śpią w śpiworach na wielkiej sali. Wszyscy oprócz dwojga, zawsze jest jakichś „dwoje”, takiśmy gatunek. Ręka chłopaka skrada się po brzuchu dziewczyny, po gęsiej skórce, do linii majtek i dalej, do ciepłego, cieplejszego. Starają się być cicho, ale oddechy sobie. Jej ręka idzie podobną drogą, ale nagle on ją zatrzymuje.

– E, boisz się? – Tyle szyderstwa w tym dziewczęcym pytaniu, ile strachu właśnie.

A on się nie boi, to wstyd, bo już jest po wszystkim. Są bardzo młodzi. Jedno z nich kocha naprawdę.

No, tego to na drzwiach kościoła przybić nie wypada, ale chyba właśnie by trzeba, wtedy te wszystkie pozory odpadną, architektura zniknie, dzwony przetopią się na armaty, z których będzie można wystrzelić prośby, zaklinania, rozpacze i szczęścia. Niech dokądś lecą. Bo o nie przecież chodzi.

O te roztargnione, a często przerażone spojrzenia. Tak patrzy teraz bohater młodości, nalewa jeszcze po maluchu, ten kieliszek powinien go już przewrócić. Powinien. A oczy bohater młodości ma właśnie takie: one nie wiedzą już, z kim pije, ale co pewien czas łowią gdzieś w kącie kawalerki przykucniętą postać, czarną, ile trzeba. A jednak opowiada nadspodziewanie trzeźwo bohater młodości:

– Pociąg do Radomia. Jeszcze starego typu, tapicerka w brzydkie wzorki, zimno, a czuć potem. Ta kobieta przed chwilą wysiadła. Między siedzeniami została po niej torebka. Brązowa ze złotą klamerką. Iść po tego, co sprawdza bilety? Jak mu tam? – Wypadło bohaterowi słowo, wypadł mu konduktor z pociągu i idzie teraz wzdłuż mazowieckich torów, i myśli: „conductor” to przecież po angielsku „dyrygent”, jakże tak beze mnie? Co to za kulejąca opowieść będzie?

– Konduktora.

– O, właśnie, iść po konduktora? Może sprawdzić, co w torebce? Sprawdzam. Spodziewane tam rzeczy, jabłko i kanapka w sreberku, portfel, od razu mi się wydał wdowi, w portfelu dwadzieścia złotych, karty, zdjęcia córki i wnuków chyba, dowód osobisty – Janina Kowalska. Naprawdę Janina Kowalska, rocznik pięćdziesiąty pierwszy. I smartfon. Wciskam ten przycisk na dole, bezwiednie, nie wiadomo po co właściwie, wyświetla się godzina, nazwa operatora i zdjęcie, pewnie wnuk. Patrzę kątem oka, bo już zbieram to wszystko i chcę nieść do tego, no, konduktora. Gruby był, sumiennie i przepisowo wyglądał, coś poradzi. I nagle błysk! To nie wnuk, to ja w siedemdziesiątym szóstym na koloniach. Zgasł już ten telefon, więc wciskam znowu, spocony, bo skąd nagle? Rozładował się. Czarny tylko ekran.

– I co?

– I nic, zaniosłem. Dałem temu grubemu, on przekaże do biura rzeczy znalezionych. Choć to się przecież powinno nazywać biuro rzeczy zagubionych. Wiesz, trzeźwy byłem i pewnie po prostu przywidzenie, ale już nigdy się nie dowiem. Tamto zdjęcie, moje z kolonii, u matki na biurku zawsze stało, aż do likwidacji mieszkania, to mi się pewnie odbiło w mózgu. No, głupota, ale weź się takiej głupoty pozbądź. Na tamtych koloniach pierwszy raz się całowałem. Niezdarni byliśmy strasznie i nie pamiętam imienia dziewczyny. – Dziewczyna więc też wypada, idzie teraz obok grubego konduktora, rozmawiają jak na filmach dla młodzieży z lat siedemdziesiątych, napuszonym językiem z elementami „gwary młodzieżowej” o pogodzie, o tym, jak być w porządku, i co to jest przyzwoitość[1]. – Pamiętam, że była rok starsza i nad górną wargą miała meszek, to łaskotało. Łaskotało i nosy nam przeszkadzały, nie umieliśmy się dopasować, głów odpowiednio przechylić i w ogóle parę minut na to mieliśmy, po jakimś apelu wieczorem, za takimi paskudnymi prysznicami, wiesz, jak wtedy w ośrodkach leśnych.

– Wiem.

– Albo znów niedawno, chyba dwa miesiące temu, jeszcze ciepło było. Idę od mostu Alejami, od Poniatoszczaka. Tam teraz jest ten ćpuński klub techno.

– Luzztro.

– Tak, a wcześniej był salonik, sprzedaż, wydawnictwo Książka i Wiedza, ty nie możesz pamiętać. No ale to Luzztro w każdym razie zamknięte, a przed wejściem siedzi z psem na kołdrze brudnej Bułat Okudżawa. To znaczy, wiadomo, że nie on, ale podobny, łysawy, w okularach, z tym takim wąsikiem. I żebrze. Ja pijany oczy wytrzeszczam, bo w siedemdziesiątych, osiemdziesiątych latach Książka i Wiedza wydała mu którąś z tych jego historycznych powieści. Oni wszyscy, ci porządniejsi, pisali wtedy albo dla dzieci, albo o wojnach napoleońskich, wiadomo. I dobrze, i ja wiem, tak wytrzeszczając te oczy moje pijane, że to podobny facet po prostu, z psem takim fafikiem niewielkim, ale dlaczego tam usiadł? Tam mało kto chodzi przecież, a obok Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, dalej Stare Miasto. No, o wiele lepsze miejsca na żebry.

 

– Może przegoniony?

– Tak pomyślałem, że przegoniony, jak ta księgarnia przegoniona. Ale wiesz, ile osób by poznało, że to Okudżawa, w Warszawie? Dwieście na te dwa miliony? Może teraz ktoś z tych Ukraińców, ale to też małolaty przecież. Więc gadam do niego po rosyjsku. „Co tu pan robi, panie Okudżawa?”. Na „wy”, znaczy, mówię do niego, a ten sukinsyn tylko się uśmiecha spod tego wąsa mizernego. Więc ja coraz bardziej nie wiem, czy to Rom jakiś z Rumunii albo Mołdawii i nie rozumie, czy może Polak, ale Polak toby jakoś zareagował, żachnął się czy coś, nie? Albo to jednak Bułat Okudżawa siedzi z psem w miejscu, które może pamiętać, bo tu, w przeszklonej witrynie stało jego Spotkanie z Bonapartem?

– Uciekałbym.

– No aż tak to nie. Poszedłem, nawet mu złotówki nie wrzuciłem, bo nic nie miałem. W porządnej bajce spotka mnie za to kara. He, he, tylko jak ją rozpoznać wśród innych?

(I przez tę ucieczkę-nieucieczkę nie wiadomo, czy za grubym konduktorem i dziewczyną z meszkiem nad górną wargą idzie teraz zgarbiony Bułat Okudżawa z marną rosyjską gitarą, brzdąkając im pod te rozmowy znaczące w cieniu wierzb, a każda z nich jakby miała polio. To już trzeba indywidualnie rozstrzygnąć).

– Wsiadłem w tramwaj i już do siebie dojechałem spać. Ale potem mi się po drodze przypomniało sprzed paru lat jakoś podobne. W ikarusie jeszcze, jeszcze jeździły, z tyłu na tych poczwórnych siedzeniach regularny wariat. To chyba było sto osiem, bo Siekierki mi się majaczą, że kominy w tle i krowy. Upał, lato, w autobusie pustawo, a ten nadaje: że Balcerowicz, że Kaczyński, że Obama chyba też, nie pamiętam. W każdym razie międzynarodowy spisek na tle kosmicznym. Że broń na promieniach gamma, nawet bez Żydów chyba, paranoiczna klasyka, i że nikt z tym oczywiście nic nie robi, no, wieszczył, napominał, przestrzegał, Izajasz taki siekierkowski. Ubrany całkiem porządnie, marynarka, spodnie, wiesz, ten styl z ciuchlandów, ale nie bezdomny, żadnych toreb, tylko reklamówka mała z Auchana. Nie śmierdział, za to jak katarynka pokrzykiwał, potem trochę przycichał, mamrotał i apiać się pogłaśniał, że to przez komórki idzie, znaczy, przez telefony, ale też ze stacji orbitalnych i tak dalej. Staram się z nim nie łapać kontaktu wzrokowego, bo wiadomo, że wtedy eskaluje albo w ogóle się dosiądzie, ale to trudne, jak tak nawija cały czas. Więc w końcu spojrzeliśmy sobie w oczy. I teraz uważaj. Jakby ktoś ręką odjął. Facet się zastopował i patrzy na mnie ironicznie, z uśmieszkiem błąkającym się. Wiesz, intelektualista nad kawą nagle, który coś ciekawego przeczytał. Jakby to wszystko były jaja, czekam tylko, aż oko do mnie puści. Z minutę to trwało, nie więcej, jeszcze się odwrócił do okna, patrzy na ten krajobraz podmiejski z kominami Siekierek, nic, tylko wiersz obmyśla, sukinsyn. A potem znowu się odpalił i pieprzył te banialuki aż do placu Trzech Krzyży. Pieprzył zresztą bez wielkiego polotu, słyszałem dużo lepszych. Ale co tą minutą zasiał, tą ciszy minutą – to jego. I moje, i twoje teraz.

Siedzimy teraz z bohaterem młodości niemal w ciszy, słychać tylko pierwsze tramwaje. Dopijamy, dopalamy jakieś straszne chińskie papierosy z pandą na paczce.

– Prezent od znajomej, ulubione fajki Mao.

To bardzo możliwe, bo smakują okrutnie.

– Będę szedł – mówię i idę, bohater młodości przysnął.

Zamykam za sobą drzwi, na szczęście mają zatrzask. Kusi mnie oczywiście, żeby skręcić za Okudżawą zgarbionym, za konduktorem i dziewczyną, ale potrząsam głową, udaje mi się wsiąść w dwudziestkę czwórkę, w środku nagrzane, muszę poluzować szalik, rozpiąć kurtkę. Boję się, że zasnę i mnie wywiezie na Kwatery Głównej, przy parku Szypowskiego „Leśnika”. Więc żeby nie zasnąć, grzebię w pamięci: Szypowski miał życiorys na pięciu. Bohater twierdzy Osowiec, twierdzy nigdy niezdobytej, przez osiem miesięcy się tam bronili w 1915, nie skapitulowali nawet po ataku gazowym, a masek żadnych nie mieli. On „porażony” tym gazem, tak pisali. Chmura chloru i bromu była ponoć szeroka na osiem kilometrów. Po wojnie siedział we Francji, negocjował zakupy uzbrojenia i przywiózł sobie żonę, późniejszą legendę liceum imienia Batorego. Potem – wiadomo – szef uzbrojenia AK, w jego piwnicy produkowano filipinki, bohater powstania. W okupację używał papierów na nazwisko Jan Kochanowski. Wysiadam na rondzie Waszyngtona. Patrzą tu na siebie z przeciwnych stron Paderewski i Waszyngton z pomników, Paderewski z góry, bo mu wyższy cokół zrobili i jednak gwiazdor był na tym forteklapie. Idę od ronda do siebie, jest szósta rano, paskudny grudzień. Przede mną mężczyzna w kurtce z napisem „Erfurt”. Ale mi się czyta Eufrat. To pierwsza cywilizacja idzie przed świtem, fajkę pali. To kimże ja jestem, skoro już wracam? Atlantydą? A bohater młodości kim? Tajemniczym i niszczycielskim Ludem Morza? Jeszcze nie wiem, że był, a nie jest. Zaraz zacznę nadawać jak tamten z ikarusa, za dużo zdań trących o siebie, za dużo historii, które kaleczą się kantami, spać, spać, byle nie obudzić Agaty, klucz naszykowany już w dłoni, ogrzać go, żeby nie skrzypnął.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora