Stan krytycznyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Część I – Letarg. Opowieść o trwaniu

Rozdział 1. Śmierć po raz pierwszy

Rozdział 2. Marazm

Rozdział 3. Przygotowania

Rozdział 4. Wirus

Część II – Patologia. Opowieść o cierpieniu

Rozdział 5. Strach

Rozdział 6. Dzień – noc – dzień

Rozdział 7. Żal

Rozdział 8. Zadyszka

Część III – Agonia. Opowieść o odchodzeniu

Rozdział 9. Samotność

Rozdział 10. Pro morte

Rozdział 11. Zakażeni systemowo

Okładka


Copyright © Paweł Reszka, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

Frycz Wicha

Korekta

Barbara Zawiejska

Skład

Tomasz Erbel

Research

Agnieszka Hejne

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. sp. k.

ul. Walecznych 39/5

03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-66219-35-9

Warszawa 2020

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zakutany w kombinezon, maskę, przyłbicę. Siedział na metalowym taborecie, otoczony monitorami. Kolorowe linie biegnące po ekranach opowiadały to, co i tak było widać gołym okiem – zalegający na łóżkach staruszkowie o przezroczystej skórze tylko siłą przyzwyczajenia trzymali się życia. Michał niewiele mógł dla nich zrobić.

Po prostu pilnował respiratorów. Czasem strzelał prądem i siłą zawracał zmęczonych uciekinierów, którzy wybierali się na tamten świat. Najczęściej jego robota ograniczała się do reagowania na alarmowy brzęczyk. Kiedy w pompach kończyło się lekarstwo, Michał niespiesznie wstawał i aplikował nową dawkę. Staruszkowie zapadali w narkotyczny sen, zwany przez medyków śpiączką farmakologiczną.

– Tak jest lepiej – mówił mi Michał.

– Czyli jak?

– Żeby umierali we śnie.

Gdy wpuszczał mnie na oddział, ryzykował, że dyrektor szpitala wyrzuci go dyscyplinarnie.

– Trudno, chcę, żebyś to zobaczył.

Czasami rozmawialiśmy wieczorami. Telefon albo sygnał, że chce rozmowy, przekazywany przez wspólnego znajomego oznaczał, że dzieje się coś złego. Ktoś umarł albo brakowało kombinezonów i Michał nie miał jak wejść na „brudną” stronę, dyrekcja wydała jakieś głupie zarządzenie, ktoś się zwolnił z pracy…

Michał siedział wtedy w swoim pustym mieszkaniu. Okna bloku wychodziły na szpital. Rodzina wyprowadziła się zaraz, gdy się zaczęło.

Gdyby ktoś zrobił mu zdjęcie, to taka fotografia miałaby wymiar symbolu. Bo najlepszym słowem do opisania epidemii jest samotność.

Dotyczyła tak samo pacjentów, jak i tych, którzy usiłowali ich ratować.

Jeździłem na oddziały szpitalne, do domów lekarzy, do ratowników medycznych na stacje pogotowia. Wieczorami najczęściej wisiałem na telefonie. Wydawało się, że nie mieli z kim pogadać, dlatego dzwonili. Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni opowiadali cząstkę pandemicznej historii. Nie musiałem ich specjalnie namawiać. Wszyscy byli przekonani, że trzeba dokumentować to, co się działo za zamkniętymi drzwiami otoczonych przez policję wielkich szpitali covidowych i w zwykłych powiatowych szpitalikach. Opowiadali, co dzieje się na SOR-ach, w karetkach pogotowia, na intensywnej terapii. To, że nie powtórzył się u nas scenariusz z Włoch czy Hiszpanii, tłumaczyli raczej szczęściem i tym, że władze w miarę szybko wprowadziły zasady izolacji społecznej. Jednak wcale nie uważali, że byliśmy dobrze przygotowani.

– Musisz to opisać. Ludzie pomyślą, że było tak fajnie, jak opowiada minister w telewizji – mówił mi jeden z lekarzy ze szpitala zakaźnego.

– A nie jest fajnie?

– System trzyma się na ofiarności zwykłych ludzi, poświęceniu medyków.

– Państwo?

– Nie ma żadnego państwa. A my się ciągle boimy, że jak już system walnie, to będziemy robili za kozły ofiarne. Oskarżą nas o chciwość, lenistwo, naślą na nas prokuratorów. Jeśli tylko politykom się to opłaci.

Władze nie chciały, by wystąpienia lekarzy zaburzały polukrowany obraz tego, jak Polska radzi sobie z pandemią, pokazywany przez rządowe media. Dlatego ministerstwo wydało lekarzom, konsultantom wojewódzkim zakaz wypowiadania się na temat epidemii koronawirusa SARS-CoV-2. Za przykładem poszli dyrektorzy szpitali i zakazywali rozmów z prasą, tępili też krytyczne wypowiedzi w mediach społecznościowych. Za takie przewiny można było wylecieć z pracy. Tak samo jak za wpuszczanie reportera do szpitala czy na stację pogotowia.

Przykre, że ludzie, którzy często zachowywali się bohatersko, muszą ukrywać się za zmyślonymi imionami.

Oto, co zobaczyłem i co mi opowiedzieli.

Część I Letarg. Opowieść o trwaniu

Rozdział 1
Śmierć po raz pierwszy


Wszystko było dokładnie rozpieprzone. Pacjent, gdy tracił równowagę i przytomność, wywrócił stojak od kroplówki. Upadając wyrwał sobie wenflon. Leżał teraz na małym kawałku podłogi między łóżkiem, ścianą a szafką. Julia ledwie się tam zmieściła. Nie widziała nic dookoła. Tylko głowę pacjenta i pielęgniarkę, która uciskała klatkę piersiową. Krzyczała w kółko: „Adrenalina, adrenalina” i modliła się do Boga, żeby anestezjolog z erki wreszcie przyszedł.

Jak wszedł, od progu wiedział, co jest grane.

– Pani doktor!

Nie usłyszała, bo jak ktoś ma na sobie maskę, przyłbicę i kaptur, to mało słyszy. Anestezjolog powtórzył głośniej:

– Pani doktor, no, nie udało się.

Linia na monitorze bez najmniejszego wygięcia, puste ampułki po adrenalinie, przewrócona kroplówka, trup. Ona na podłodze, w białym kombinezonie, płacze.

To był jej pierwszy covidowy nieboszczyk.

* * *

Opowiedzmy to od początku. Tamten dyżur wraca. Ciągle wydaje się jej, że popełniła błąd.

– Pan pisał taką książkę? O pogotowiu?

– Tak.

– Tam była prawda. Chcę skorzystać z okazji i porozmawiać z panem o tamtym dyżurze.

Jesteśmy w szpitalu. Kartony: kombinezony i maski. Zgrzewki: woda z gazem i bez. Krzesła zdrowe i kalekie, z powyłamywanymi nogami. Siedzimy oddaleni o dwa metry, twarze przepisowo zakryte. Tu jest bezpiecznie. Dopiero po drugiej stronie korytarza zaczyna się strefa „brudna”, zainfekowana.

Łatwo poznać, że Julia jest z covidowego. Nie wyciąga ręki na powitanie. Czeka. Ktoś może się przecież bać albo brzydzić jej dotyku. Wówczas zdecyduje chwila. Całkiem możliwe, że jej dłoń samotnie zawiśnie w powietrzu. Po co doprowadzać do głupiej sytuacji?

Od samego początku, gdy COVID zaatakował, szpital Julii wije się w epidemicznej przebudowie: karton-gips, płyty OSB, wkrętarki i pleksi mają zatrzymać wirusa. Nalepki z taśmy klejącej, napisy robione mazakami na kartkach A4 – wskazać bezpieczną drogę.

Na dole, przed izbą przyjęć tłum – powracający z zagranicy, gorączkujący, kaszlący, wystraszeni, że zostali zainfekowani. Lekarze po dyżurach siedzą w internecie: czytają nowości z Włoch (jak podłączyć dwóch pacjentów do jednego respiratora) albo na Allegro usiłują kupić maski.

– W tej sali spotykaliśmy się, żeby wymyślić, co robić dalej – mówi Justyna.

 

Jej głos, tłumiony przez maseczkę, będzie brzmiał mechanicznie. Aż dojdzie do „tego” dyżuru.

Zbiegło się wiele czynników, doprowadziły do finału, który znamy. Najpierw to, że wszystko było nowe. Z taką chorobą nie zetknęli się nigdy wcześniej. Leki, reakcje organizmu, metody postępowania – wszystkiego uczyli się w biegu, z dnia na dzień testowali na żywych organizmach. Nie było innego wyjścia. I te wszystkie zabezpieczenia. Zamiast biec na pomoc umierającemu, trzeba najpierw założyć maskę, kombinezon. Okleić taśmą rękawy, nogawki. Wszystko to długo trwa. Ale też nie ma innego wyjścia. I jeszcze jedno. Jak w tym leczyć człowieka? Znaleźć w podwójnych albo potrójnych rękawiczkach żyłę u staruszka? Zrobić wkłucie? Przecież dziadunio ma naczynia kruchutkie, prawie przezroczyste, niewidoczne. I stres, że się nie uda. I strach, że człowiek sam się zarazi. I zmęczenie, bo ile można działać na takich obrotach. To wszystko działo się z Justyną.

Pacjent był wyjątkowo trudny. Już na izbie przyjęć było wiadomo, że niewydolny oddechowo. Dusił się mimo nałożonej maski z tlenem. Saturacja, czyli nasycenie krwi tlenem, na niskim poziomie. Było tak źle, że Justyna chciała dać go od razu na intensywną terapię. Niech anestezjolodzy go tam zaintubują, podłączą do respiratora i gotowe. Ale pacjent bronił się przed erką, bał się intubacji. Intubacja to wprowadzenie plastikowej rurki do przełyku. Zabieg bolesny, odbywa się w znieczuleniu. A erka? Wiadomo, umieralnia.

Julia postanowiła spróbować jeszcze jednej metody. Skoro maseczka nie wystarcza, podłączy pacjenta do high-flow.

Julia: – To nieinwazyjna metoda. Wózeczek, maszyna, rurki. Rurki do tlenu w ścianie. Wąsy do nosa pacjenta. Na masce można dać osiem litrów tlenu na minutę. A tutaj nawet pięćdziesiąt! Więc jest różnica. No i – żeby pan miał świadomość – to jest taki ostatni przystanek. Dalej jest już tylko podłączenie pacjenta do respiratora.

Przygotowywanie aparatury high-flow, podłączenie, obserwacja, czy pacjent się poprawia, czy parametry są lepsze, zajęły kilkadziesiąt minut.

Julia: – Cały czas byłam z nim na sali. Kilkadziesiąt minut to dużo, bo przy zastosowaniu high-flow stężenie wirusa w powietrzu znacznie się zwiększa. Zalecenie jest więc takie, żeby nawet przy najlepszym zabezpieczeniu – gogle, przyłbice, maski, kombinezony – ograniczyć czas przebywania do minimum. Ryzyko zakażenia jest duże. Ale byłam tam, bo pacjent od początku budził mój niepokój. Przekonywałam go do intubacji: „Uważam, że pana stan jest ciężki. Wymaga pobytu na oddziale intensywnej terapii i podłączenia do respiratora”. Był cały czas przytomny. Zgadzał się, potem znów odmawiał. A ja tłumaczyłam: „Proszę pana, może dojść do zatrzymania oddechu, utraty przytomności i wtedy na wszystko może być za późno”.

Wyszła z sali. Przeszła na „czystą” stronę. Żona pacjenta przyniosła rzeczy. W zasadzie nie powinno jej tu być. Miała zakaz wychodzenia z domu, bo była na kwarantannie. Ale wtedy nie obchodziło to Julii. Pomyślała, że to szansa: „Pani porozmawia z mężem przez telefon, namówi go”.

Julia znowu przebrała się w kombinezon, maskę i weszła na salę.

Zobaczyła, że mimo użycia high-flow, saturacja wcale się nie polepszała.

Julia przerywa opowieść i poprawia maseczkę. Zdaję sobie sprawę, że znam tylko jej oczy. Minąłbym ją na ulicy i może nie poznał. Widywaliśmy się tylko w szpitalu i tylko w czasie pandemii. Maseczki zasłaniają twarz, dlatego być może łatwiej mówić o tym, co dręczy? Może musiała wypowiedzieć głośno myśli, które ją zamęczały od tygodni? Siedziała naprzeciwko mnie, ale tak naprawdę – po raz setny, może tysięczny, znowu była „tam”. Ze swoim pacjentem, przy monitorze.

Julia: – No i widzę na monitorze, że parametry się pogarszają. Pomyślałam, że nie ma co czekać. Dzwonię na erkę: „Proszę o pilną konsultację. Pacjent pomimo high-flow moim zdaniem nadal jest niewydolny oddechowo. Chciałabym go zakwalifikować do pobytu na oddziale intensywnej terapii”. Wezwałam zespół reanimacyjny. Czekałam. Przyszli dopiero po dwudziestu minutach.

– Długo!

– Tak, ale oni są w tamtym drugim budynku, muszą wziąć ze sobą cały sprzęt.

– Stamtąd?

– Tak, tak. Respirator, tlen – wszystko musieli przynieść na plecach.

– Jak to?

– No, dosłownie. W zespole był anestezjolog z pielęgniarką. Nieśli dwa plecaki plus butle. Musieli przejść ten kawałek z drugiego budynku. Potem przebrać się w kombinezony, założyć przyłbice, ochraniacze, otejpować się. Z mojej perspektywy trwało to wieczność. A po covidowej stronie czas biegnie inaczej. Nie mamy zegarków, nie mamy komórek, nie ma jak kontrolować uciekających minut. Cały czas rozmawiałam z pacjentem, a on cały czas powtarzał: „Nie”. Połączyłam go z małżonką. Rozmowa nie zmieniła sytuacji. Nie chciał być zaintubowany. Byłam załamana. Wyszłam z sali. Jak się rozbierałam z kombinezonu, zespół reanimacyjny właśnie docierał. Nie zdążyłam ich odwołać. Powiedziałam im, że nie ma zgody pacjenta. Anestezjolog jeszcze się upewnił, jeszcze sam zadzwonił na salę. No i w końcu poszli. I to był koniec mojego dyżuru.

Julia kończyła dyżur o dziewiętnastej trzydzieści. Zbierała się do domu. Z sali zadzwonił telefon. Jej pacjent informował pielęgniarkę, że idzie do toalety. Podeszła do telewizorka, na którym jest podgląd sali.

Julia: – Mówię do pielęgniarek: „Chodźcie, zobaczymy, czy wróci”. Doszedł do łóżka. Osunął się. Upadł na podłogę. Ja do pielęgniarek: „Ubieramy się i na salę”.

Pobiegły do śluzy. Rozbieranie się do bielizny. Nakładanie kolejnych części wyposażenia: kombinezonu, rękawiczek, ochraniaczy, gogli, masek.

Julia: – Nie wiem, ile to zajęło. Krzyczę, żeby wzywali znów zespół z erki. Wchodzimy, na sali sytuacja taka, że pacjent upadł na stojak z kroplówką. Wenflon wyrwany. On leży między łóżkiem, szafeczką na rzeczy i ścianą. Na takiej malutkiej przestrzeni. Nie jestem nawet w stanie tam dojść. Przestawiam łóżka, sprzęty. Pcham się. Wciskam. Minimalna ilość miejsca. Ja od strony głowy prowadzę wentylację oddechową. Pielęgniarka uciska klatkę. Druga pielęgniarka usiłuje założyć wkłucie – bo przecież wypadł wenflon. Krzyczę, żeby dali adrenalinę. Drę się tak, że mnie słyszą na „czystej” stronie. Przynoszą adrenalinę, jakieś płyny. Wrzucają do śluzy. Wychodzi tam jedna z moich pielęgniarek i wraca do mnie z lekami. Gogle zaparowane i nie można zrobić wkłucia. Tak, nie udaje się wkłucie, kolejna próba... Nie ma sposobu, jesteśmy zaparowane. Siedzę na podłodze, nawet nie widzę monitora. „Jakie są parametry” – pytam pielęgniarki. Ale ona nic nie widzi przez te gogle. Gdzie jest zespół reanimacyjny? Krzyczę, żeby dawali atropinę do śluzy. Wciąż między łóżkiem, ścianą, ściśnięta. Pan rozumie, że nie mogłam wstać? Nawet się odwrócić do monitora? Pytamy jedna drugą: „Gdzie ten anestezjolog? Gdzie?”. Liczyłyśmy, że przyjdzie i przejmie od nas reanimację. A na razie pielęgniarka uciska. Coś tam usiłuje odczytywać, bo ja nalegam: „Czy są jakieś rezultaty? Czy jest jakiś powrót akcji serca?”. Ale nie było…

– Linia, prosta kreska na monitorze.

– Asystolia. Płaski zapis i brak czynności elektrycznej serca. Czułam, że wszystko na nic. Ani akcji serca, ani oddechu. Niczego nie udało nam się przywrócić. Myślę: „Poczekam na anestezjologa”. Przyszedł po dwudziestu minutach. Powiedział: „Pani doktor, no, nie udało się. Widziałem tego pacjenta, znam wyniki. Sam nie przypuszczałem, że to może pójść tak szybko. Ten wirus zaskakuje mnie, panią, wszystkich. Nikt nie mógł tego przewidzieć”. Zaczęłam płakać, ale to już pan wie.

– Często pani reanimuje?

– W takim sprzęcie? Pierwszy raz. I ten nasz oddział nie jest dobrze przygotowany do takiej reanimacji.

– A pani?

– Ja przez pięć lat pracowałam w pogotowiu. Ale to już było jakiś czas temu, nie pamięta się wszystkiego. Nie mam więc jakiegoś bardzo wielkiego doświadczenia.

– Ale jednak to nie jest dla pani nowość.

– Zgadza się, bo przecież niektórzy koledzy wcześniej w życiu nie mieli reanimacji w realu.

Julia siedziała na podłodze. W płaczu wściekłość mieszała się z bezradnością. Walczyła o pacjenta przez cały dyżur. A na końcu wszystko sprzysięgło się przeciwko niej – parujące gogle, wenflon, który wypadł i nie było jak podać leków, monitor za plecami, dwadzieścia minut, które zajęło lekarzowi przyjście z erki na salę.

Julia: – Nie powinnam tego mówić, ale powiem. W normalnych warunkach pomoc byłaby udzielona skuteczniej. Ale w takich epidemicznych obostrzeniach, w tych ubraniach, bez dostępu do natychmiastowej pomocy z erki… Jak to miało się udać?

– Mogła pani zmusić pacjenta do intubacji?

– Sama się pytam: Jak miałam go zmusić? Jakim sposobem uzyskać zgodę? Bo pacjenta trzeba uśpić, zwiotczyć lekami i dopiero potem zaintubować. A on cały czas: „Nie, nie”.

– Więc nie mogła pani inaczej.

– On był przecież niedotleniony.

– Zastanawia się pani, czy rozumiał, co się z nim dzieje?

– Tak. Takie też słyszałam uwagi ze strony kolegów. Mówili, że może powinnam wbrew niemu, bez oglądania się… Skoro był niedotleniony, nieświadomy, to może powinnam intubować za wszelką cenę. Tylko że moim zdaniem on był świadomy, logiczny… Ale jednak niedotleniony… Więc…

– Powinna pani na siłę?

– Może? Tylko jak ja mam facetowi, który jest większy niż ja, dwa razy cięższy niż ja, zrobić coś na siłę? W każdym razie na oddziale trwają na ten temat dyskusje. A skoro trwają dyskusje, to znaczy, że sprawa jest dyskusyjna. I moje postępowanie też.

– I pani ciągle o tym myśli?

– Tak, oczywiście.

– Wyszła pani z sali i poszła do domu.

– Usiadłam w salonie.

– Przed telewizorem?

– Coś tam leciało, ale nie wiem co.

– Pani doktor, przecież oboje wiemy, że to COVID zabił tego człowieka.

– No jeden mówi, że COVID, drugi, że nie COVID. Jest jak jest. Nikt tego ze mnie nie zdejmie. Jest to ze mną i już zostanie.

Notes ( 1 )

Pandemia stawia wszystko na głowie. Żeby wejść do szpitala, muszę przemknąć między patrolami policji. Korzystać z bocznych bram, jakichś dziur w płocie. Albo próbować na bezczela – z plecaczkiem, główną bramą – że niby idę do pracy.

Gdy już jestem w szpitalu, nie mam prawa cytować pod nazwiskiem. Nie mam prawa robić zdjęć. Gdybym (mimo trzech warstw rękawiczek) potrafił coś zapisać i tak nie mogę stąd wynieść ani notesu, ani ołówka, ani w ogóle niczego.

Technika pracy? Jak jesteś na sali, najpierw trzeba zapamiętać rozkład łóżek. Potem z każdym łóżkiem połączyć twarz i imię. Szukać szczegółu: może być kolor włosów, fioletowe żyłki na ręce, garb, data urodzenia. Cokolwiek, co pomoże zbudować skojarzenie, które potem zamieni się w obraz.

Jedyny sposób, żeby zrobić „notatki”.

Kazik ma w mojej głowie numer sześć. Łóżko w prawym rogu sali. Oddech płytki, rybi. Jeszcze nie podpięli go do respiratora. Wpadam na pomysł, że Kazik będzie mi się kojarzyć ze słowem „piżama” (ojciec miał kiedyś podobną, w pasy).

Stary, wychudzony. Ma „liczne choroby współistniejące”. Dlatego od razu wzięli go na intensywną. Doktor mówi, że da się jeszcze Kaziowi pomęczyć. Bo kiedy już podpinają do respiratora, to przeważnie zaczyna się równia pochyła. Organizm czuje się zwolniony z obowiązku walki o życie. Jakby maszyna, która tłoczy w płuca tlen, w zamian wysysała resztki buntu przeciwko śmierci.

Tyle że jakby podłączyli do maszyny, to Kazik natychmiast poczułby ulgę. Dostałby silne leki przeciwbólowe. Wkroczyłby do krainy odlotu. Wtedy już na pewno nie byłby świadom powolnego umierania.

Dołączyłby do reszty pacjentów (wkuwam na pamięć ich imiona) leżących na intensywnej, którzy rokują słabo.

Wychodzi stąd maksymalnie dwóch na dziesięciu, czasami statystyka jest jeszcze gorsza. Doktor mówi sucho: „Nie mamy tu wielu sukcesów terapeutycznych, to fakt”. Właśnie wgapia się w monitor w drugim końcu sali. Stoję bezradny.

Nie mam pojęcia, czy Kazik wie, gdzie jest. Leży na łóżku w jakimś dziwnym półśnie, zawieszony między rzeczywistością a maligną. Tak mi się przynajmniej zdawało. Bo teraz Kazik do mnie macha. Wydaje mi się, że to niemożliwe, by dał radę unieść aż tak wysoko rękę. Ale macha. Oddech mu przyspieszył, zrobił się jeszcze płytszy. Pewnie zaraz będzie to widać na monitorze. Jest nadzieja, że niebawem ktoś przyjdzie. Ale nie przychodzi. Na tle wychudzonej, zmęczonej twarzy oczy Kazika wydają się bardzo wielkie.

Po co macha? Ma jakiś kryzys? Ewidentnie nie może złapać oddechu. Mówili mi, że na covida umiera się na dwa sposoby. Pierwszy z powodu niedotlenienia – wtedy śmierć jest powolna, ale delikatna. Głęboki sen, z którego się nie budzisz. Jeśli nie leżysz na intensywnej terapii podpięty do aparatów, które sygnalizują twoją śmierć, możesz nawet umknąć uwadze pielęgniarki. W ramach bonusu leżysz na sali z żywymi do śniadania o szóstej rano.

 

Ale covidowcy umierają też „w mechanizmie zatrzymania krążenia”. A to śmierć gwałtowna: minuty, czasem sekundy dzielą człowieka od końca. Wydaje mi się, że Kazik ma to drugie. Rozglądam się za doktorem, który gdzieś przepadł między monitorami innych pacjentów.

Kazik macha do mnie coraz bardziej nerwowo. Boję się do niego iść. Nie chcę być świadkiem, jak zgaśnie. Ale idę.

– Tak? – mówię głośno, żeby do niego dotarło przez moją maskę i przyłbicę. Bo on nie ma żadnych zabezpieczeń. Po co mu? Ma już przecież covida i chyba właśnie na niego umiera. Porusza ustami. Usiłuje coś powiedzieć, ale nie dochodzi do mnie najmniejszy dźwięk. Muszę oprzeć się o jego łóżko. Pochylić nad ciałem, niemal dotknąć kapturem od kombinezonu ust. Wąskie, sine. Wydzielają aerozol, którego trzeba się bać. Kazik przysuwa się do mnie. Jakby chciał poczuć, że pod kombinezonem jest żywy człowiek.

– Komórka.

– Co, panie Kaziku?

– Pan poda komórkę. Chcę dzwonić. Do syna.