Wszystkie okna dla oknówek

Tekst
Z serii: Menażeria
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria MENAŻERIA

Bernd Heinrich, Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci

Stanisław Łubieński, Dwanaście srok za ogon

Helen Macdonald, J jak jastrząb

Bernd Heinrich, Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii

Bernd Heinrich, Umysł kruka. Badania i przygody w świecie wilczych ptaków

Robert Pucek, Sennik ciem i motyli

Arkadiusz Szaraniec, Żubry lubią jeżyny

Bernd Heinrich, Drzewa w moim lesie

Bernd Heinrich, Zimowy świat. Jak zwierzęta radzą sobie z zimnem

Konrad Malec, Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by De Agostini / Getty Images

Copyright © by Paweł Pstrokoński, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Paulina Piądłowska

Korekta Sabina Szczerbuk, Iwona Łaskawiec

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-235-8

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wszystkie okna dla oknówek

Patrz, ptak!

Bury i srajda

Kumate krukowate

Trzysta dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę

Cicha śmierć nad stolicą

Dzikie na dobre

Podziękowania

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Pamięci Andrzeja Grembowicza

Wszystkie okna dla oknówek
2014

Pod koniec lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku na warszawskim Żoliborzu wyrosło osiedle Kępa Potocka. Zgodnie z projektem Hanny Graf-Chylińskiej i Bogusława Chylińskiego w sąsiedztwie starorzecza Wisły postawiono trzy osiemnastokondygnacyjne punktowce i jeden jedenastokondygnacyjny, długi na sto dziesięć metrów galeriowiec – superjednostkę. Mieszkańcy mówią, że z najwyższych pięter nowych budynków można było dostrzec wolno płynącą królową polskich rzek. Dziś, gdy nadwiślański łęg się rozrósł, a tkankę miejską przecięła otwarta w 1974 roku Wisłostrada, Wisły nie widać. Galeriowiec, nazywany potocznie „Deską”, w 1970 roku otrzymał nagrodę architektoniczną Mister Warszawy. Z kolei strzeliste trio szybko stało się łakomym kąskiem dla stołecznych oknówek. To one tu rządzą. Witamy w królestwie jaskółek – miłośniczek naszych okien i naszego sąsiedztwa!

Drobnym oknówkom na Kępie jest dobrze. To bliskość Wisły decyduje o tym, że żyją tu tak chętnie i licznie1. Nazwa gatunkowa wiele mówi o tych ptakach. Nim oknówki upodobały sobie okna bloków, swoje gliniane domki mocowały na wysokich ścianach skalnych lub stromych klifach. Ci mali konstruktorzy do zbudowania gniazda potrzebują kleistej gliny, której pod dostatkiem znajdują nad brzegami rzeki. Przenoszona drogą powietrzną w dziobkach, a następnie mocowana w formie grudek przyklejanych śliną do elewacji budynku, zasycha niemal natychmiast. Taki ptasi klej szybkoschnący. Całość jest wzmacniana przez wtykanie pomiędzy grudki suchych źdźbeł traw. Warto się przyłożyć do roboty – dobrze skonstruowana czarka posłuży przez wiele lat. Wśród białobrzuchych jaskółek panuje równy podział obowiązków, przynajmniej podczas budowania. Państwo oknówki przeniosą ponad tysiąc pięćset maleńkich grudek, nim ich lokum zostanie ukończone. Pracować będą żwawo, od świtu do zmierzchu, przez dziesięć–czternaście dni. Wnętrze wyłożą puchem i miękkimi fragmentami roślin. Ukończoną budowę obwieszczą okolicy radosnym i głośnym „prit, prit”.

W mieście chyba trudno o bliższe sąsiedztwo z dzikimi stworzeniami. Niemcy i Chińczycy uważają, że tam, gdzie mieszkają jaskółki, mieszka szczęście. Coś w tym jest. Gdy razem z Katarzyną wprowadzaliśmy się do naszego mieszkania, w rogu okna balkonowego wisiała przyczepiona jedna czarka. Najtrwalsza. Jest z nami do dziś, tak jak kochane przez nas oknówki. Te, które mieszkają tuż obok, nazywam „sąsiadami”, „wariatami”, „pritpritami” albo „laserami” (wydawany przez nie w powietrzu odgłos kontaktowy kojarzy mi się z wystrzałami pistoletów laserowych w grach komputerowych z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku). Daję im swoje okno, kibicuję, pomagam, i tak sobie trwamy w tej bliskości.

2015

Oknówki mają rajtki. Delikatne piórka pokrywają im nóżki aż po same stópki. Rajtek oknówce pozazdrościli gawron i bielik, więc pierwszy wybrał kalesony, drugi – nogawice. Sukces modowy oknówki trudno jednak powtórzyć. Błyszczący czernią i granatem kubraczek tylko dodaje szyku tej jaskółce miejskiej – Delichon urbicum[1] – wielbicielce lokowania swoich domostw blisko człowieka. Oknówki często można spotkać brodzące w błocie, gdzie zbierają materiał na gniazdo. Przyznaję, że nawet umorusane, z brudnymi rajtkami prezentują się doskonale. Stęskniony, wypatruję tych podniebnych elegantek.

W kwietniu wyglądam przez okno w każdej możliwej chwili. Od pierwszych ciepłych dni zaczyna się czekanie – na wiosnę i na oknówki. Przyleciały czy nie? Wreszcie afrykańskie wakacje moich sąsiadów powoli dobiegają końca i w drugiej połowie kwietnia pojawiają się już jakieś osobniki. Z utęsknieniem wypatruję pierwszych jaskółek, tak samo jak pierwszych trzmieli – latających niczym pijane, wygłodniałych po zimie pękatych baryłek, które poszukują pierwszych kwitnących kwiatów. Czekam też na kwitnące lilaki, te białe i fioletowe. To trzy symbole budzącej się do życia przyrody. Moje symbole w moim mieście.

W kupie raźniej. Oknówka, w odróżnieniu od swojej kuzynki dymówki, lubi towarzystwo. Podobnie jak trzecia przedstawicielka jaskółkowatych żyjących w Polsce – brzegówka. Lęgnące się kolonijnie oknówki tworzą jaskółczy szeregowiec – świergoczący i gwarny. Pierwsze gniazdo to sygnał: „Tu budujemy!”. Już po chwili do pionierów dołączają kolejni budowniczowie. Tu jedna czarka, tam dwie, obok tamtych dwóch zaś trzecia – czasem jedna na drugiej, tuż obok siebie. Ścisk nie gra roli, a heca tylko większa.

Wiosną 2015 roku zyskuję nowych sąsiadów poza tymi, którzy już zajęli gotowe gniazdo w rogu okna balkonowego. Najpierw powstaje nowa czarka w drugim rogu, dokąd wprowadzają się państwo Naprzeciwko. Państwo Obok, z domostwem najbliżej nas, w rogu okna kuchennego, zaczynają budować na końcu, jako trzeci. Finalnie moimi sąsiadami zostają trzy oknówkowe rodziny. I jak to w bloku – remonty, awantury, miłosne uniesienia, płacz dzieci. Życie.

Ulewne deszcze latem 2015 roku zabierają mi pierwszych sąsiadów. Państwo Obok mają pecha – ich gniazdo znajduje się akurat na drodze wielkich strug wody spływających po naszym bloku. Na parapecie zastaję bałagan: rozkruszoną czarkę, trzy drobniutkie, białe jajeczka, skorupki, błoto i trochę piór. Rodziców brak. Mimo upływu dni para nie decyduje się na powtórkę. Pierwsze gniazdo znika.

Na tym jednak nie koniec dramatów. Ulewy tego lata nie ustają. Jedna z nich uszkadza kolejne gniazdo – z domostwa państwa Naprzeciwko pozostaje jedynie połowa czarki! Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak, jakby dwoje piskląt miało za chwilę wypaść. Ale to pozory. Determinacja i lęk wymuszają na nich współpracę. „Ja na tobie, ty na mnie. A teraz zamiana!” – oto ich strategia. Młodziaki zamieniają się pozycjami w sobie tylko znanym rytmie i systemie. Brakuje im dosłownie kilku dni, aby uzyskać lotność. Rodzice czuwają i regularnie przynoszą pokarm. Ułamana połówka czarki staje się pokracznym domem dla dwójki maluchów. Rozpoczyna się czuwanie połączone z kibicowaniem. Musi się udać.

Niejeden pewnie ucieszyłby się z rozwalonego gniazda. Sporo okolicznych mieszkańców utrudnia czy wręcz uniemożliwia oknówkom wybudowanie domostwa. Patentów jest wiele: foliówki, kule z taśmy, kawałki styropianu lub tektury, płyty kompaktowe, girlandy. Wszystko montowane w rogach okien, tak by oknówki nie przykleiły ani jednej grudki. Można to zobaczyć – te śmieci tam wiszą!

Kupa i robaki to kluczowe argumenty w dyskusji o ptakach w budynkach. Owszem, okno i parapet po pojawieniu się małych lokatorów z dnia na dzień stają się brudniejsze. Jednak letni skwar wypala resztki, wiatr je rozwiewa, a jesienny deszcz zmywa pozostałości. Resztę sprzątam szpachelką. Albo i nie, bo często nie ma czego. Na kuchennym blacie nie widziałem żadnego robaka. Kup też nie. Są za to poranki i ekscytujące powitania – świergoty, trele, bulgotanie. Jaskółcze „dzień dobry”, „cześć”, „miło cię widzieć”. Sąsiedztwo owadożerców oznacza mieszkanie wolne od upierdliwych, kąsających much czy komarów. To też możliwość podglądania spektaklu w wykonaniu dzikich stworzeń. Za darmo. Zgadzam się, że słonie, żyrafy oraz tygrysy są zadziwiające, ale jaką mamy szansę ujrzeć je na żywo w ich naturalnym siedlisku? A tu proszę, po prostu wyglądamy przez okno i obserwujemy. Słuchamy, podziwiamy, odkrywamy po to, by pokochać.

 

Cztery dni – tyle czasu potrzebowały maluchy państwa Naprzeciwko, aby wreszcie wyfrunąć. Z mieszanką ulgi i radości obserwowałem pierwszy lot moich ptasich sąsiadów.

2016

Oknówki to niejedyne ptaki mieszkające w budynkach. Jerzyki, kawki, wróble, mazurki, pustułki, kopciuszki, szpaki, modraszki, bogatki, coraz częściej pełzacze ogrodowe, wreszcie pospolity gołąb miejski – wszystkie one korzystają z naszej gościnności. Każdy w bloku szuka miejsca dla siebie. I je znajduje.

Długoskrzydłe jerzyki często są mylone z jaskółkami. Kolibry – egzotyczne, kolorowe maleństwa – zaliczają się do najbliższych kuzynów jerzyków. Kolibrowate i jerzykowate to dwie rodziny należące do rzędu ptaków krótkonogich. I rzeczywiście, jerzyk ma króciutkie łapki, za to mocne jak diabli. Przekonałem się o tym podczas obrączkowania młodych osobników – mieszkańców Mokotowa. Na swoim balkonie Janek, wówczas nastoletni ptasiarz, zawiesił cztery budki. Zaglądamy. Wewnątrz dwa wtulone w siebie maluchy pokornie czekają na powrót rodziców. Ci potrafią pokonywać sto i więcej kilometrów dziennie w poszukiwania pokarmu. Polowanie polega na rozdziawieniu dzioba i nagarnianiu do wola niczym łyżką cedzakową unoszących się w powietrzu bezkręgowców. Sklejone śliną ofiary w postaci bryłki są przekazywane potomstwu po powrocie do gniazda – dorosły ptak po prostu zwraca ją do dzioba pisklęcia. Ujęty w rękę maluch, uzbrojony w cztery palce, każdy skierowany do przodu, od razu kurczowo chwyta się łapkami mojej dłoni. Robi to naprawdę mocno. Silne stopy idealnie nadają się bowiem do trzymania się chropowatych powierzchni – niegdyś skalnych wyłomów, gdzie żyły jerzyki, a dziś ścian bloków.

Mimo chwytnych stóp siłą jerzyków są jednak skrzydła. To ptaki stworzone do latania. Popiskujące eskadry ganiają się wieczorem między blokami. Niewykluczone, że niektóre z nich nie lądowały od ponad dziesięciu miesięcy2! Ważący tyle co piłeczka golfowa ptak poluje, pije, śpi, pierzy się, a nawet kopuluje w przestworzach. Taką ptasią kopulację widziałem kiedyś nad rabatą kurpiowską w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można ją opisać jednym słowem – szybka. Dwa jerzyki zetknęły się ze sobą w powietrzu i po sekundzie (albo nawet mniej, wszak ludzkiemu oku daleko do doskonałości) było już po wszystkim. Ponieważ te ptaki spędzają niemal całe życie w powietrzu, trudno poznać ich zwyczaje. Dlaczego każdego ranka i wieczora wzbijają się na wysokość dwóch–trzech kilometrów? Może po to, by odbyć drzemki regeneracyjne w trakcie delikatnego opadania. Czy odbywa się to tak jak u młodych delfinów, które wyłączają jedną półkulę swojego mózgu, podczas gdy druga wciąż funkcjonuje? Niewykluczone. Jak to jest, że przy wymianie piór w skrzydłach i ogonie jerzyki wciąż utrzymują zdolność lotu? Ci maleńcy lotnicy skrywają przed nami jeszcze wiele tajemnic, choć sporo z nich staramy się rozwikłać, prowadząc badania. To ważne, bo niewiedza szkodzi, a mieszkańców budynków przybywa.

Przyzwyczajenia jerzyków, wykształcone w odpowiedzi na rozszerzanie się terenów miejskich, mogą te ptaki zgubić. Poza lataniem uwielbiają one otwory wentylacyjne. Z reguły to właśnie tam budują swoje gniazda. Jerzyki co roku wracają do tych samych miejscówek. To silniejsze od nich. Zamurowywanie oraz kratowanie otworów podczas sezonu lęgowego nieraz skutkuje śmiercią uparciuchów i ich młodych. Ptaki z niewyobrażalną wytrwałością dopóty uderzają głową w otwór, dopóki starcza im sił i znoszą to ich ciałka. Żeby temu zapobiec, miejscy przyrodnicy i aktywiści starają się mieć oczy dookoła głowy, ale nie zawsze zjawiają się na czas. Jednego roku w podwarszawskim Radzikowie naliczyłem ponad sto otworów na jednym budynku. Niemal każdy był zajęty. Królestwo jerzyków. Upadło jak wiele innych. Wszystkiemu winne plastik i styropian, gdyż zamykają otwory wejściowe do gniazd. Kawkom styropian nie wadzi. Działają na własną rękę (a mówiąc precyzyjnie – na własny dziób). Tak jak para praskich kawek, które pieczołowicie wydziobywały styropian na jednej z kamienic. Robiły to dotąd, aż powstało zagłębienie. Idealne miejsce na gniazdo, ciepłe i przytulne.

Kopciuszki (tak jak pleszki nazywam je „trzęsidupkami”, bo bardzo się denerwują, kiedy ktoś się kręci w okolicy gniazda) skrywają się w wyłomie lub niszy za rynną. Podobną ciasnotę uwielbiają sikory. Te często anektują przestrzeń pod parapetem. Nadają się dla nich nawet stare latarnie. W rejonie stadionu RKS Skra w Warszawie stoją takie dwie, w których lęgną się modraszki. Ważne, by się nie lało na głowę, choć i to często im nie przeszkadza. Mimo niewątpliwej kreatywności w wyszukiwaniu miejscówek na gniazda ptaki najczęściej wybierają bloki. Bielańskie pustułki rezydują na ostatnim piętrze, w otworach prowadzących do przestrzeni tuż pod dachem. Na dowód swojej obecności zostawiają białe smugi pod obydwoma wejściami. Właśnie po zaschniętych kupach często można poznać, że dany otwór w budynku jest zajęty przez ptasich lokatorów. Z kolei kawki zdradza czarny łuk – efekt lądowania i wycierania sterówek o budynek. W przypadku moich oknówek żadne znaki szczególne nie są potrzebne – wyglądam przez okno i wiem, czy są, czy nie.

W 2016 roku moje oknówki przyfrunęły dwudziestego dziewiątego kwietnia. Tak podpowiada mi notes, w którym notuję fakty z życia sąsiadów. Najpierw przylatuje samiec. To on przeprowadza inspekcję i sprawdza stan gniazda. Po kilku dniach dołącza do niego samica. Wiosenne powitanie i pierwsza wspólna wizyta mają niezwykle emocjonalny przebieg. Radosny duet świergotem obwieszcza wszem wobec: „Wróciliśmy! Ach, jak dobrze znów cię widzieć. Jesteśmy razem i razem będziemy bronić tego gniazda”. Jak świergoczą, tak czynią. Od momentu zajęcia gniazda para broni go przed intruzami. Istnieje jednak pewien wyjątek…

Nim oknówki definitywnie przystąpią do lęgów, wokół czarki potrafi się zrobić nie lada zamieszanie. Oknówkowy galimatias, granatowo-biały przekładaniec. Ptaki fruwają jak w amoku – przyczepiają się po dwa, trzy do czarki, odfruwają, a za moment wracają. Ganiają się w powietrzu, prześcigają, kto pierwszy wślizgnie się do środka czarki. Wygląda to na rytuał – zachowanie społeczne. Wszyscy się cieszą? Utrwalają sąsiedzkie znajomości? A może poznają nowych partnerów?

Trudy i niebezpieczeństwa dalekiej podróży sprawiają, że z konieczności tworzy się wiele nowych par. Dla takiego młodego, świeżo upieczonego małżeństwa bez doświadczenia połowa zeszłorocznej czarki (pozostałość domu państwa Naprzeciwko) to łakomy kąsek – część roboty została już przecież wykonana. Po kilkudniowej inspekcji jedna z par podejmuje decyzję: „Się naprawi, będzie dobrze. Budujemy!”. Dziewiątego czerwca prace dobiegają końca – połówka dobudowana, gniazdo ukończone.

Mija miesiąc. Siedemnastego lipca po powrocie z pracy wyglądam przez okno balkonowe. Taki nawyk – podpatruję moje oknówki, kiedy tylko mogę. Uwielbiam słuchać ich głosów. Sprawdzam, czy z otworu nie spojrzy na mnie mały łebek. Obserwuję, jak ptaki szybują i nawołują się wzajemnie. Teraz patrzę i zamieram – zeszłoroczna prowizorka znów się rozpadła, całkowicie! Może błoto nad Wisłą jest kiepskie? Albo moi sąsiedzi są młodzi i niedoświadczeni, więc ich pierwsze mieszkanie ma wady konstrukcyjne? Rozglądam się w poszukiwaniu piskląt. Na parapecie rzygacza znajduję malucha, równie oszołomionego i zestresowanego jak ja. Pakuję go do tekturowego pojemnika po malinach. Wiedziony przeczuciem sprawdzam raz jeszcze. Mam cię! Pośród pelargonii skrył się drugi pisklak. Gdy się zbliżam, zaczyna lekko popiskiwać. Nawołuje brata, siostrę? Brzdąca z pojemnika przenoszę do rodzeństwa, do doniczki. Razem raźniej. Połączone ponownie maluchy nawołują rodziców. Cisza. Opiekunów ani widu, ani słychu. Niepokoję się, czy pisklaki nie wyskoczą z doniczki.

Zabieram się do budowy prowizorycznego gniazda. Katarzyna doradza pojemnik po lodach. Wycinamy otwór z przodu, a do wnętrza pakujemy resztki gniazda, głównie puch. Konstrukcję mocujemy drutem do barierki balkonu. Na koniec umieszczamy w środku naszych milusińskich. Wciąż się boję, że maluchy wypadną. U podstawy montuję więc drugi pojemnik, również na drut. Taka tratwa ratunkowa. Nie wiem, czy potrzebna, ale czuję się spokojniejszy.

Debatujemy z Katarzyną, co zrobić: dzwonić po ekopatrol czy liczyć na powrót rodziców? Mimo nawoływań młodych ich opiekunowie nie pojawiają się w okolicy zaimprowizowanego gniazda. Jutro wyruszamy badać dzięgle. Wyjazd terenowy w okolice Milicza uniemożliwi nam doglądanie piskląt. Czekamy do zmierzchu, po czym zapada decyzja – telefonujemy. Przyjeżdża ekipa. Z ogromnym bólem rozstajemy się z maleńką dwójką. Od teraz wszystko w rękach ludzi z Ptasiego Azylu.

Podczas gdy jedni mają pecha, drudzy odnoszą sukces. W najtrwalszym lokum trwa wyścig z czasem. Młode z pierwszego lęgu zostały wyprowadzone. Teraz rodzice dokładają starań, by przed końcem lata wyprawić z glinianej chałupki kolejne maluchy.

Choć małe, to w grupie oknówki zyskują odwagę. Tak to już jest – w kupie siła. Jedyne realne zagrożenie dla podniebnych akrobatek stanowią kobuzy i sokoły skalne. Z resztą szponiastych oknówki dają sobie radę, stosując mobbing. Nadlatują, skrzeczą, dziobią, gonią, skrzeczą, dziobią, gonią… Aż do skutku. Z reguły umęczony drapieżnik odpuszcza.

2017

Długoogoniaste raniuszki budują misterne gniazda, które po skończonej pracy wyglądają jak jajowate worki z bocznie położonym wejściem. Główny budulec stanowi mech, który przy użyciu pajęczyn i kokonów ptaki sczepiają z porostami oraz korą drzew (najczęściej brzóz). Do wnętrza, na dno, trafia wiele drobnych piórek. Samica składa na nich do kilkunastu małych jaj. Gotowe gniazdo, położone w rozwidleniu gałęzi omszonego dębu lub w głębi krzewu czy też pnącza, staje się niewidoczne.

Nawet gdy przychodzi moment na wyfrunięcie, młode raniuszki nie opuszczają zakamuflowanego gniazdka – zostają, by pomóc. W ten sposób rodzice mają ułatwione zadanie podczas kolejnych lęgów, a młode zdobywają bezcenne doświadczenie. Staż u boku opiekunów może trwać do trzech lat. Dzięki temu rosną szanse na przetrwanie wszystkich piskląt. W biologii taki zabieg nazywa się lęgiem kooperatywnym. Poza raniuszkami z pomocy potomstwa korzystają między innymi kokoszki i – nie kto inny – oknówki. Po odbyciu przez nie pierwszego lęgu w czarce robi się ciasno. Lipcowymi wieczorami młode zlatują się jeszcze do gniazda na nocowanie. Cztery jajeczka, dwójka dorosłych, trójka młodych. Całkiem sporo jak na 0,02 metra kwadratowego.

W 2017 roku oknówki miesiąc główkowały, kiedy by tu zacząć lęgi. Dwudziestego drugiego kwietnia z okna w kuchni dostrzegłem pierwszą krążącą jaskółkę. Do wnętrza gniazda para wpakowała się dopiero w drugiej połowie maja. Wahania i rozterki poskutkowały tylko jednym lęgiem. Gdyby ptaki się postarały, dałyby radę wyprowadzić dwa. Bo potrafią. Często nieudany lęg jest powtarzany. A po udanym pierwszym następuje drugi, jak w zeszłym roku. W tym – nie. Może wymagam zbyt wiele, gdyż po prostu nie rozumiem, ile wysiłku trzeba włożyć, żeby wyprowadzić lęg?

Na czas sezonu lęgowego ptaki gubią pióra. W okolicy brzucha powstaje wtedy plama lęgowa – miejsce z gołą, silnie ukrwioną skórą. Ponieważ pióra to świetny materiał izolacyjny, trzeba się ich pozbyć, aby móc ogrzewać ukryte w skorupkach zarodki. Po złożeniu ostatniego jaja samica oknówki rozpoczyna dwutygodniowe wysiadywanie. Przez cały ten czas jest zdana na swojego partnera, który aktywnie poluje i regularnie dostarcza wybrance pokarm. Dzień mija samicy na ciągłym obracaniu i równomiernym ogrzewaniu jaj oraz na drzemkach. Przed wejściem do gniazda samiec szczebiotem ogłasza, że wrócił z przekąską, a do środka wlatuje dopiero po uzyskaniu zgody partnerki. I nie ma co się dziwić, że zapominalskie samczyki, które pakują się do czarki od razu, bez uprzedzenia, spotykają się z ostrą reprymendą. Siedząca w ciasnocie i ciemnicy samica nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje na zewnątrz (z drobnymi wyjątkami, gdy na moment wyskoczy rozprostować skrzydła), zatem woli być dobrze informowana. Młode oknówki wykluwają się nagie i ślepe. Są całkowicie zdane na swoich rodziców. Nim wyfruną, przez kolejne trzy tygodnie podlegają ogrzewaniu i intensywnemu karmieniu, dzięki czemu zwiększą swoją masę dziesięciokrotnie3.

 

Wylot to piękny spektakl i trudno go przeoczyć, bo pierwsze próby lotu oznaczają duże poruszenie i harmider w oknówkowej społeczności lokalnej. Popołudniem, na znany tylko sobie sygnał, wyfruwają dorośli w towarzystwie dzieci. Wspólny lot stanowi okazję do odkrywania świata, poznania sąsiadów, a co najważniejsze – do treningu. W czasie jesiennej migracji młode jaskółki będą musiały pokonać dziesięć tysięcy kilometrów, by dotrzeć na zimowiska położone w Afryce, na południe od równika. Rodzice bardzo dbają o jakość treningu i leniuchy, które migają się od wysiłku, po prostu zostają strącone na chwilę przed wlotem do gniazda. W ten sposób zmusza się je do ciągłego latania. Wszystko w trosce o potomstwo, gdyż podczas migracji na oknówki czeka wiele zagrożeń: ulewne deszcze, porywiste wiatry, burze piaskowe czy czyhające drapieżniki – kobuzy i sokoły skalne. Do tego stres, głód, wyczerpanie, wreszcie śmierć. Z czterech młodych, które wyfruną, na Żoliborz wróci najpewniej jeden4.